Mock

– Rozumiem Mocka. Poznałem jego obsesje. Dlatego robię o nich spektakl. Patrzę na niego jak na człowieka, który się mocno pogubił – mówi Konrad Imiela, reżyser spektaklu „Mock. Czarna burleska”.

Przed premierą w Capitolu. Rozmowa z Konradem Imielą, reżyserem spektaklu „Mock. Czarna burleska”

Dorota Oczak-Stach: – Dostałam z teatru kilka miłych słów o panu i wesoły gif. Dlaczego tak pana lubią?

Konrad Imiela: – Mój ojciec, który był wiceprezydentem Starachowic, mojego rodzinnego miasta, mówił mi: pamiętaj, żebyś tak samo odnosił się do swoich szefów jak do sprzątaczki. Staram się nie budować dystansu wynikającego z hierarchii. Nie wyobrażam sobie pracy w „smole emocjonalnej” – wśród niedopowiedzeń, podtekstów, sporów. Wolę pogadać. Udaje mi się szybko rozwiązywać nieporozumienia.

Tu się różnicie z Mockiem. Współpracownicy nie powiedzieliby o nim dobrego słowa.

– Eberhard Mock był introwertykiem, człowiekiem zamkniętym w sobie. Ja nie jestem typem samotnika, trzeba mnie raczej stopować w relacjach międzyludzkich. Jestem gadułą, lubię być wśród ludzi. Ale też lubię być liderem. Nawet jak jestem w gronie kilku zaprzyjaźnionych osób i mamy gdzieś pojechać na wycieczkę, to ja obmyślam plan i mówię, gdzie mamy iść.

Cztery lata temu, gdy przygotowywał się pan do roli Mocka w „Końcu świata w Breslau” Agnieszki Olsten we Wrocławskim Teatrze Współczesnym, odnalazł pan w sobie wiele cech wspólnych z tą postacią.

– Byłem w trudnym momencie życiowym. Dużo łatwiej było mi się identyfikować z mroczną postacią Mocka niż teraz, gdy wszystko się poukładało i jestem szczęśliwy.

A jednak ten Mock cały czas w panu siedział.

– Pewnego dnia po spektaklu we Współczesnym czekała specjalnie na mnie kobieta, żeby mi powiedzieć, że to, jak ja gram Mocka, to jest skandal. „Co pan zrobił z tego wspaniałego Mocka?! Przecież to jest zaczarowany wspaniały świat, a pan gra jakiegoś alkoholika, degenerata, kompletnie zdegenerowaną postać”.

I co pan na to?

– Powiedziałem, że chyba czytaliśmy inne książki. Czasami możemy ulec czarowi tego przedwojennego świata otoczonego dymem cygara, ze wspaniałymi, dobrze skrojonymi garniturami, z pięknym kobietami, z charme’em tamtych lat.

No dobrze, to pokażmy świat z książek Marka Krajewskiego w takim rozrywkowym entourage’u. Zróbmy rewię burleskową! I opowiedzmy w niej te koszmarne historie, które opisuje Marek Krajewski na kartach swoich powieści. Nasz spektakl będzie przewrotny.

Czyli jaki?

– Te opowieści nie są słodkie, to nie jest „dymek z papierosa”. Pomijam już morderców, psychopatów i ich ofiary, ale opowiadamy o świecie podszytym rasizmem, gdzie kobiety są traktowane bezwzględnie przedmiotowo. O świecie w przededniu wojny, gdzie do głosu dochodzą irracjonalne apetyty. Hrabina Gertruda von Mogmitz chciała zostać świętą i tak się zapędziła w realizacji chrystusowych błogosławieństw, że doprowadziła do śmierci swojej siostrzenicy.

W klatkach pokazuje się czarnoskóre osoby. Za urokiem kryją się okropne odcienie zdegenerowanego świata.

Scenariusz został oparty na kilku książkach z cyklu o Eberhardzie Mocku. Ale nie skupia się pan na historiach kryminalnych.

– Rozumiem Mocka. Wiem, co by powiedział. Wiem, co by zrobił. Poznałem jego obsesje. Dlatego robię o nich spektakl. Patrzę na niego jak na człowieka, który się mocno pogubił. Skupił się na spełnianiu oczekiwań innych osób zamiast realizacji własnych planów i marzeń. Od jego personalnych aspiracji odwodziły go obsesje, którym nie był w stanie się oprzeć.

Jakie?

– Nałóg, kariera, władza, uroda kobiet, porywczość i niecierpliwość, pragnienie syna. Każda piosenka reprezentuje jedną z obsesji Eberharda Mocka, która zaciemnia mu obraz tego, czego naprawdę by w życiu chciał. W ten sposób budujemy obraz komisarza. Tytuł ostatniej piosenki, którą śpiewa Mock, brzmi „Każdego znajdę prócz siebie”.

Ten konflikt wewnętrzny jest najciekawszy?

– Jest dla mnie punktem wyjścia. Gdy podczas pracy nad spektaklem we Współczesnym czytałem książkę „Koniec świata w Breslau”, utkwił mi w pamięci krótki fragment, w którym Mock idzie ulicami miasta, patrzy na kamienice, gdzie palą się światła, i obserwuje sielską, mieszczańską scenę: rodzina siada do kolacji, matka nalewa zupę – krupnik na wędzonce, ojciec sobie pyka fajkę, obok brykają dzieci. Mock stoi i gapi się w to jak zaczarowany. Wydaje mu się, że jest to obraz z jego marzeń. Jego mieszczańska niedościgniona utopia.

A dobrze wiemy, że osobowość Mocka kompletnie do takiego obrazka nie przystaje. W spektaklu Mock zawsze ma w kieszeni zdjęcie, znalezione w archiwum policyjnym, które przedstawia właśnie taką scenę. Zdjęcia z archiwum Policji Breslau są też ważnym elementem warstwy wizualnej spektaklu.

Nie kusiło pana, by znów zmierzyć się z tą postacią i zagrać główną rolę?

– To pierwsze pytanie, które zadał mi Marek Krajewski, gdy powiedziałem mu o pomyśle inscenizacji. Lubiłem grać Mocka, ale nie odważę się reżyserować i grać głównej roli w przedstawieniu. Zawsze coś na tym cierpi, albo rola, albo reżyseria.

Wybór Artura Caturiana do tej roli był oczywisty?

– Robimy spektakl rewiowy, w całości śpiewany. Artur Caturian jest bardzo dobrym aktorem, który śpiewa wybitnie. A nie jest dziś łatwo znaleźć mężczyznę aktora, który bardzo dobrze śpiewa. Nie miałem wątpliwości. Artur ma dosyć uniwersalne emploi. Może z powodzeniem zagrać człowieka bardzo młodego i w sile wieku. W spektaklu w ogóle się nie odnoszę do wieku Mocka, do chronologii. Dojrzewa jego osobowość, ale nie zmieniamy charakteryzacji. Prócz jednego istotnego szczegółu.

Jakiego?

– Maski. Czytając „Festung Breslau”, momentami zapominamy o tym, że Mock ją nosi, i nagle pojawia się fragment, w którym komisarz wraca do domu i żona mówi do niego: „zdejmij już maskę”. Zaraz, zaraz, jaką maskę? Ma poparzoną twarz po akcji w drezdeńskim szpitalu i nosi wenecką maskę karnawałową. Gdy zobaczyłem to oczami wyobraźni, ujrzałem niezwykle intrygującą postać.

Bardzo symboliczny zabieg w teatrze.

– Mock się cały czas kryje za jakąś maską, co chwilę zakłada nowe. Sophie Mock w „Końcu świata w Breslau” mówiła, że czeka w domu na Ebiego, nie na Eberharda Mocka, detektywa, celebrytę. Coraz trudniej było jej zobaczyć prawdziwego Mocka. Czy my na co dzień nie zakładamy takich masek?

Czy umiemy się ich pozbyć?

– Lepiej zapytać, w jakich sytuacjach zdarza nam się ich pozbyć. Czy mamy takie bliskie osoby, wobec których jesteśmy w stanie naprawdę zdjąć te maski?

Tym spektaklem żegna się pan z przyjacielem, Romanem Kołakowskim.

– Zastanawiałem się, który z autorów piosenek najlepiej opowie o mrocznym świecie afer kryminalnych. I przypomniałem sobie świetne tłumaczenia Waitsa, Brechta, Cave’a i The Tiger Lillies autorstwa Romana. Dlatego zaproponowałem mu współpracę.

Nasza przyjaźń z Romkiem trwała ćwierć wieku i przyjmowała różne odcienie, potrafiliśmy się pokłócić na parę lat. A w ostatnim czasie bardzo się do siebie zbliżyliśmy. Długo zmagaliśmy się ze stylem tego spektaklu, a gdy już się z nim uporaliśmy, Roman zaczął pisać piosenkę za piosenką. Co kilka dni dostawałem nowy tekst. Dyskutowaliśmy, wprowadzaliśmy poprawki. W poniedziałek o godz. 23 przysłał mi ostateczną wersję piosenki „Ona” o nałogu alkoholowym, śpiewa ją Kurt Smolorz.

We wtorek o 10 rano zadzwoniłem do niego, żeby mu powiedzieć, że jest super. A Roman już wtedy nie żył. To mną wstrząsnęło.

Bardzo się cieszę, że wszystkie teksty, które są w spektaklu, są przez niego skończone, autoryzowane, a on z nich był zadowolony.

Pozostałe piosenki napisał pan sam, a muzykę powierzył debiutantowi.

– Postanowiłem wyjść poza grupę kompozytorów związanych z Capitolem, takich jak Piotr Dziubek, Mariusz Obijalski, Krzesimir Dębski. Wraz z Adamem Skrzypkiem, kierownikiem muzycznym teatru, chcieliśmy znaleźć nowy talent i zrobiliśmy zamknięty konkurs kompozytorski. Zaprosiliśmy obiecujących artystów. Ja, Adam i choreograf Jacek Gębura nie mieliśmy wątpliwości – najciekawsze rzeczy nadesłał Grzegorz Rdzak. To młody chłopak po wrocławskich szkołach muzycznych, jest wykształconym pianistą. Grywał w naszych przedstawieniach. Jego propozycje są bardzo ciekawe i świeże.

Sięgnął po rytmy niekoniecznie kojarzące się z początkami XX wieku. Widzowie mogą być zaskoczeni.

Opowiadamy o Eberhardzie Mocku i świecie z książek Marka Krajewskiego dzisiaj. Skoro tworzymy spektakl rozrywkowy, używamy aktualnych rozrywkowych brzmień, rytmów. Mamy swingujące piosenki zakorzenione w tamtej epoce, ale więcej jest nowoczesnych brzmień. Są nawet gatunki, których wcześniej nie znałem, jak trap. To wszystko bardzo dobrze buja.

Nie uwspółcześniamy historii, lecz używamy dzisiejszych środków inscenizacyjnych. Wyobraziłem sobie, jak by wyglądał klub burleskowy, gdyby zaprojektowali go twórcy Bauhausu. W scenografii czerpiemy z estetyki awangardy tamtych lat. Takich klubów nie było.

Ciekawie wygląda też zestawienie z wnętrzem Capitolu. Bauhaus spotyka ekspresjonizm z elementami art déco. Scenografia jest dopełnieniem estetyki widowni. Tak świętuję 90-lecie Capitolu.

I fantazjuje pan, co by było, gdyby Mock odwiedzał Capitol.

– „Siedzę obok pana, siedzimy w kinie Capitol. Kino ma to do siebie, że siedzimy incognito”. Odszedłem trochę od oryginału Marka Krajewskiego, jedna z piosenek dzieje się w dawnym kinie przy Gartenstrasse. To hołd dla tego budynku.

 

W czasie pańskiej dyrekcji ten teatr zmienił się radykalnie. Jak wyobraża pan sobie Capitol za 10 lat, na stulecie?

– Chciałbym, aby tętnił życiem cały czas. By jego działalność nie sprowadzała się do grania repertuarowych przedstawień. To już się dzieje, ale potencjał tego miejsca jest dużo większy. Rozmawiam o tym z kolejnymi prezydentami miasta. Namawiam też sympatyków Capitolu ze sfer biznesowych. Potrzebujemy więcej pieniędzy. Nie lubię przechodzić koło miejsc, które stoją puste i nic się w nich nie dzieje. Chciałbym, by za 10 lat budżet i zespół Capitolu był tak powiększony, by widz mógł tu wejść o każdej porze, na Podwórku natknąć się na koncert, obok zobaczyć wystawę, a wszystkie trzy sceny będą grać jednocześnie.

To jest realne?

– Ja to potrafię zrobić.

A ta tytułowa „czarna burleska” – co to jest?

– Nawiązujemy do kryminału noir, który reprezentuje Marek Krajewski. Opowiada o mrocznym świecie. Burleska jest dla nas inspiracją, bawimy się tą formą rewiową. Dlatego wszystkie trzy słowa są ujęte w cudzysłowie w tytule: „Mock. Czarna burleska”.

Przewodniczkami po tym świecie będą prostytutki.

– Nazwałem je damami ulicy. Mock zaczynał w policji obyczajowej, znał te wszystkie prostytutki, korzystał z ich usług. Były jego powierniczkami, przyjaciółkami, wspierały go, grywały z nim w szachy. Były często jego informatorkami. Dlatego tworzą scenicznego Mocka.

Jak?

– Kiedy pisaliśmy z Romanem Kołakowskim teksty piosenek, dużo czasu zajęło nam złapanie dobrego sposobu na to, żeby wątek kryminalny wzięty z którejś z powieści zamknąć w krótkiej formie, jaką jest piosenka. By nie opowiedzieć go powierzchownie, ale by był zrozumiały dla osób, które nie czytały książki.

To było najtrudniejsze. Powstały długie songi. Niektóre mają nawet po 11 minut. Natomiast klucze do nich dają damy ulicy, poprzedzając je krótkimi burleskowymi piosenkami. Grają na ukulele i śpiewają kryminalne historie, tak samo jak Stasiek Grzesiuk i inni warszawscy bardowie wyśpiewywali bandyckie, czerniakowskie ballady.

Betty Q, bodaj najbardziej znana polska performerka burleski, powiedziała, że burleska to nie tylko piękno, erotyka i zabawa, ale może ona nieść też treści polityczne. Premiera „Mocka” odbywa się dzień przed wyborami.

– Nie odnoszę się wprost do rodzącego się w początkach XX wieku faszyzmu, bo nie chciałem powielać tematów poruszonych w „Blaszanym bębenku”. W tym spektaklu mówimy raczej o społecznych problemach tamtych lat, głównie rasizmie i uprzedmiotowieniu kobiet.

Na co dzień również udziela się pan społecznie, bierze udział w manifestacjach.

– Nie waham się zabierać głosu, jeśli mogę przekonać do spraw, które uważam za istotne.

Poczucie odpowiedzialności?

– Osoby publiczne powinny wykorzystywać swoją rozpoznawalność do tego, by namawiać innych, byśmy próbowali zmieniać świat na lepsze. Musimy przeciwstawiać się homofobii, ksenofobii, wszelkim przejawom strachu przed innym, który rodzi agresję.

Dlatego podczas ubiegłotygodniowego Marszu Równości na Capitolu zawisła tęczowa flaga?

– W pełni utożsamiam się z hasłem „Miłość przeciw nienawiści”. Kiedy sam doświadczyłem agresji [w 2010 roku Imiela został napadnięty i ciężko pobity – red.], zorganizowałem koncert „Agresję miłością”. Irytuje mnie, że się upraszcza i sprowadza do ideologii historię domagania się równych praw przez mniejszości. To nie jest żadna ideologia! Premier Luksemburga, który jest gejem, powiedział ostatnio, że bycie gejem to nie jest wybór, nietolerowanie homoseksualizmu to jest wybór.

Pan wybrał udział w Marszu Równości.

– W dzisiejszych czasach trzeba manifestować poparcie dla miłości. Ona jest najważniejsza. Za nią kryje się szacunek do innych osób. Gdy kogoś poznaję, to wychodzę z założenia, że jest dobrym człowiekiem i ma dobre intencje.

W niedzielę widzimy się przy urnie?

– Oczywiście.

A w poniedziałek obudzimy się w innej Polsce?

– W lepszej.

Jedna myśl na temat “Mock

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s