Czerwony Kaczyński boi się Białej Róży

Bardzo trafny opis polskiej mentalności przez Andrzeja Szczypiorskiego, szczególnie teraz, gdy rządzi „dobra zmiana” … Do tego dodałbym „modlitwę” Polaka, życzącemu swojemu sąsiadowi jak najgorzej z filmu „Dzień Świra” Koterskiego … #PaństwoPiS

Szwedzka Akademia sprowokowała Polskę, przyznając Literacką Nagrodę Nobla lewackiej pisarce. Musimy więc pokazać jej, co myślimy o niej i o książkach.

Profesor Gliński ma rację: książek noblistek nie ma sensu czytać. Pisarze do piór zamiast do mediów. I po co w ogóle te gryzipiórki wypowiadają się na tematy społeczne, kiedy mogą w tym czasie pisać o miłości do ojczyzny?

Ja bym poszła jeszcze dalej: w ogóle nie ma sensu czytać. No dobrze, ewentualnie Sienkiewicza i Rymkiewicza, ale też wybrane fragmenty. Czytanie rozszerza wyobraźnię, a ta może niebezpiecznie podpowiadać nam wyuzdane obrazy seksualizacji tego i owego czy innych dżenderów. Czytanie pobudza do myślenia, a to stać się może krytyczne, co dla partii rządzącej może mieć niepokojące skutki. Czytanie daje możliwość wyrobienia sobie opinii. A po co mieć opinię, skoro wystarczy włączyć TVP? Czytanie uspokaja i daje wytchnienie – i to błąd, bo należy być cały czas wkurzoną i czujną. Kraj nasz znajduje się bowiem między Niemcami a Rosją i nie wiadomo, co się stanie. Czytanie edukuje – i to już naprawdę jest przesada, bo czy nowa reforma szkolna nie dała nam dostatecznie wiele podręczników pisanych na kolanie, żeby móc do nich sięgnąć i… Zaraz, zaraz, a co z podręcznikami szkolnymi? Z literami, alfabetem? Ministerstwo Kultury powinno wreszcie zająć się tym problemem. Im prędzej, tym lepiej, bo za jakiś czas Biblioteka Narodowa opublikuje kolejny raport dotyczący niskiego stanu czytelnictwa w Polsce. Należy więc podbić statystyki. Czemu aż 37 proc. rodaków czyta książki? Po co, ja się pytam? Obniżyć do 10 proc. i zamknąć te kujony w specjalnych ośrodkach, aby mieć kontrolę nad lekturami, po które sięgają.

Szwedzka Akademia sprowokowała Polskę, przyznając Literacką Nagrodę Nobla lewackiej pisarce. Musimy więc pokazać jej, co myślimy o niej i o książkach. Prohibicja książkowa, ocenzurowane lektury i natychmiastowe zamknięcie bibliotek.

Oto nasza odpowiedź na niecne zagrywki kondominium noblowsko-literackiego. Panie profesorze Gliński, jesteśmy z panem!

 

Czekaliśmy na nią, jak na gwiazdę rocka. W niedzielę Wrocław przywitał Olgę Tokarczuk. To pierwsze spotkanie po ogłoszeniu, że dostała literacką nagrodę Nobla. – Jestem młoda i mam to szczęście, że dostałam tego Nobla w wieku, kiedy mogę jeszcze porządzić – mówiła pisarka.

Spotkanie z Olgą Tokarczuk zostało zaplanowane już dawno jako punkt programu kończącego się właśnie we Wrocławiu festiwalu Bruno Schulza.

Jednak, gdy w czwartek 11 października, gruchnęła wiadomość, że Olga Tokarczuk została laureatką literackiego Nobla za rok 2018 za „narracyjną wyobraźnię, która z encyklopedyczną namiętnością prezentuje przekraczanie granic jako formę życia”, stało się jasne, że trzeba znaleźć znacznie większą salę.

Zainteresowanie spotkaniem z Olgą Tokarczuk było ogromne. Ostatecznie zorganizowano je w Narodowym Forum Muzyki, którego największa sala koncertowa może pomieścić 1800 osób. Dla tych, którym nie udało się zdobyć wejściówek na spotkanie, ustawiono telebim na pl. Wolności przed NFM.

Spotkanie z Olgą Tokarczuk. Noblistkę przywitał prezydent

– Oto największe spotkanie autorskie na świecie – przywitał ze śmiechem widzów Irek Grin, szef Wrocławskiego Domu Literatury. Wspominał, jak zapraszał Olgę Tokarczuk na festiwal Bruno Schulza. -To będzie twoje pierwsze spotkanie po nagrodzie Nobla – miał powiedzieć. Pisarka odparła, że jest fantastą.

Olgę Tokarczuk powitała owacja na stojąco. Rozmowę z noblistką poprowadzi Katarzyna Kantner, autorka monografii „Jak działać za pomocą słów? Proza Olgi Tokarczuk jako dyskurs krytyczny”. Noblistka najpierw powitała osoby zgromadzone przed NFM: – Cieszę się, że przyszliście. Dobrze, że nie pada.

Następnie pisarkę i publiczność zebraną w NFM przywitał prezydent Wrocławia, Jacek Sutryk: – Olgo, witaj we Wrocławiu. We Wrocławiu Tadeusza Różewicza, Rafała Wojaczka, Tymoteusza Karpowicza, w twoim Wrocławiu. Olgo, witaj w domu.

Wspominał słowa pisarki, które wypowiedziała odbierając honorowe obywatelstwo Wrocławia o powojennej odbudowie miasta z miłością. – Miłość do ludzi i do miasta każe nam dbać nie tylko lepsze codzienne życie nas samych, ale z troską spojrzeć na słabszych i potrzebujących. Ja i każdy kolejny prezydent Wrocławia jesteśmy do takiego patrzenia zobowiązany. Potrzebujemy do tego ludzi – drogowskazów. Dziś drogowskazem jest dla nas Olga Tokarczuk, jej osoba i jej dzieło. Powiedziałaś, że nie chcesz być wyrocznią, ale pozwól się traktować jako wyrocznię.

– Warto pamiętać, że to honorowa obywatelka Wrocławia została laureatką nagrody Nobla, nie odwrotnie. W tym sensie wyprzedziliśmy Szwedzką Akademię, jesteśmy od nich lepsi – żartował.

Prezydent Wrocławia wręczył pisarce klucze do miasta – jeden do bram miasta Wrocławia. – Drugi na razie niech pozostanie tajemnicą – mówił prezydent.

Spotkanie z Olgą Tokarczuk – prezent od Szymborskiej

Na spotkaniu z Olgą Tokarczuk pojawił się Michał Rusinek – sekretarz Wisławy Szymborskiej. – Jadąc tu zastanawiałem się, czy nie przywieźć podania o pracę. Mam naprawdę dobre CV, przez 15 lat pracowałem dla noblistki i mam tylko siedmioletnią przerwę żartował.

– Wiem, że znałyście się z panią Szymborską. Wiem, że cię lubiła i ceniła twoje prace. Wiem też, że byłaby szczęśliwa, wiedząc, że jakiś przedmiot z jej mieszkania znajdzie się w twoim mieszkaniu – mówił.

Do Wrocławia przywiózł Oldze Tokarczuk figurkę kota, który pilnuje książek. – Chciałbym, aby ten kot z pustego mieszkania przeniósł się teraz do pełnego. W imieniu przyjaciół, w imieniu fundacji Wisławy Szymborskiej bardzo cię ściskami proszę o przyjęcie – powiedział.

Wzruszona Olga Tokarczuk przyjęła prezent i wspomniała, jak kiedyś umówiła się z koleżanką w kawiarni w Krakowie. – Panowało w niej wielkie poruszenie. Okazało się, że kącie siedzi pani Wisława i z kimś rozmawia. Wszyscy udawaliśmy, że jej nie widzimy, by sprawić jej komfort i jej nie niepokoić. I gdy zamówiłam kawę, usiadłam przy stoliku, nagle ktoś dotknął moje ramię. To była Szymborska. I ona mówi do mnie tak: „Pani Olgo, przepraszam, ja się nazywam Wisława Szymborska. Nie chcę pani niepokoić. Chciałam tylko pani powiedzieć, że uwielbiam pani <<Prawiek>>”.  Byłam cała purpurowa i widziałam, że kawiarnia zamarła. Taka była Szymborska – kochana, skromna, interesująca się innymi ludźmi. Mam nadzieję, że ta nagroda wspaniała, którą dostałam… aż się boję powiedzieć jej nazwę, nie zmieni mnie.

Olga Tokarczuk o tym, jak dowiedziała się o Noblu

Podczas spotkania w NFM we Wrocławiu Olga Tokarczuk opowiadała o momencie, w którym dowiedziała się, że została laureatką Nobla. – Jechaliśmy z moim mężem Grzegorzem autostradą, nawet nie wiem, gdzie to było, miejsce bez nazwy. Nagle kwadrans przed pierwszą zobaczyłam telefon z numerem kierunkowym ze Szwecji. Zdziwiłam się, kto może do mnie dzwonić. Nagle poczułam, jak wzrasta mi ciśnienie. Odebrałam ten telefon. Miły męski głos, który wydał mi się zmartwiony powiedział, że zostałam laureatką nagrody Nobla – wspominała.

Pamięta, że zaczęła powtarzać „nie, nie nie”. Wtedy męski głos odpowiedział: „ależ tak proszę pani”. – Zatrzymaliśmy się na parkingu oszołomieni, po czym zaczęliśmy skakać do góry. Ale ruszyliśmy dalej na spotkanie autorskie. Mój telefon wybuchł, dzwonił przez godzinę, po czym się wyłączył. W Bielefeld, dokąd przyjechałam na spotkanie, widziałam, że coś się dzieje. Tłum ludzi, kamery, burmistrz ze złotym łańcuchem. Zaopiekowali się mną pięknie. Literatura jest bez granic. Niech żyje Bielefeld.

Olga Tokarczuk: Chcę zostać przy pisaniu

Prowadząca spotkanie Katarzyna Kantner wspomniała, że w monografii pisała Oldze Tokarczuk jako o kimś, kto porusza ważne kwestie społeczne i moralne. – Z jednej strony jest piękna fikcja, z drugiej dotykasz fundamentalnych kwestii. Czy nie boisz się, że od noblistki będzie wymagać się, że będziesz autorytetem? – pytała prowadząca spotkanie.

– Myślę, że to nie jest dobre rozwiązanie – powiedziała Tokarczuk. – Literatura posługuje się zupełnie innym rodzajem komunikacji. Wypowiadanie prostych oświadczeń jest mi obcy, czuję się, jakbym musiała przebiec sprint na wysokich obcasach. Literatura jest potężniejsza, ma większą siłę rażenia, gdy zbuduje się postaci i wpuści dialogi w ich usta. Chcę zostać przy pisaniu. Podobno ktoś kiedyś powiedział Miłoszowi: Czesiu, ty nie mów. Ty pisz.

Zapytana, czy spodziewała się kiedyś takiego wyróżnienia jak nagroda Nobla, odparła, że nie sądziła, że może ją dostać. – Cały czas mam problem z nazwaniem jej. Ale mój ojciec wychowywał mnie stawiając za wzór Marie Curie-Skłodowską. Myślę, że jest wzorem dla wielu dziewczynek w Polsce i na świecie, które chcą wychodzić poza narzucony wzór. Ja byłam przekonana, że będę lekarzem misji kosmicznych albo fizykiem jądrowym. Rozmawiałam wczoraj z moją mamą, która powiedziała, że ojciec, który już nie żyje, bardzo by się cieszył. Przecież jak miałam 15 lat i pisałam swoje pierwsze kulawe prozy, ojciec był osobą, która przepisywał to wszystko na maszynie. Robił dziwne miny, widać było, że nie wszystko mu się podoba.

Olga Tokarczuk o zakłamywaniu historii

Olga Tokarczuk została zapytana także o to, czy literatura może pomóc powiedzieć prawdę na temat historii, która została zakłamana. – Literatura jest jedyną drogą, by pokazywać, że to, co nas spotyka, nie jest jednoznaczne. Właściwie dlatego zaczęłam pisać – opowiadała. – Gdy miałam 15 lat, przeczytałam Freuda i doznałam objawienia. Żyjąc, dokonujemy interpretacji tego, co nas spotyka. Tylko literatura jest w stanie pomóc nam w kontaktowaniu się, a jednocześnie zachować mnogość perspektyw. Jako pisarka historyczna korzystam z wiedzy, którą mam współcześnie. Aby wejść w kontakt z czytelnikiem, trzeba być uczciwym – mówiła Olga Tokarczuk.

Pisarka przyznała, że lubi w subtelny sposób prowokować czytelników. – Bo też czytając książki innych autorów, lubię literaturę, która mnie „dźgnie”, każe wyjść ze swojej strefy komfortu. Opowiadała, że „Anna Inn w grobowcach świata” jest ulubioną książką spośród napisanych przez siebie. – Uczyłam się w niej korzystać ze swojej siły, także kobiecej siły. To energia dawania życia, ale też buntu, rebelii. Energia związana z gniewem.

Kantner pytała też o metafizykę i sens duchowości. – Duchowość ma większy sens dzisiaj niż jeszcze 20 lat temu. Na naszych oczach kompromitują się nośniki duchowości, które jeszcze niedawno darzyliśmy estymą. Żyjemy w czasach chaosu i zmiany paradygmatu. Będziemy musieli zbudować nowy rodzaj rozumienia świata – uważa noblistka. – Nie chodzi o wiarę w Boga lecz przeczucie, że istnieje coś więcej. Człowiek jest zwierzęciem, które nieustannie przekracza granice swojej rzeczywistości.

Tokarczuk stwierdziła w rozmowie, że ludzkość dokonuje dziś wielkiego kroku w kierunku natury. – Po wielu latach w końcu przyznajemy, że jesteśmy jej częścią. Jesteśmy wielką ściśle związana ze sobą wspólnotą. – powiedziała. – Myślę, że wszyscy pójdziemy w stronę Nowej Zelandii, która niedawno przyjęła dekret o tym, ze wszystkie zwierzęta są istotami czującymi. Jestem pewna, że za kilkadziesiąt lat będziemy się wstydzili, że jedliśmy mięso.

Olga Tokarczuk pisała też wiersze

Rozmowa poruszała także kwestie fikcji, prawdy i zmyślenia. Tokarczuk, która jest psycholożką, podkreślała, że każde doświadczenie ludzkie jest prawdą. – Filozofowie mówią, że prawdą jest wszystko, co nam się przydarza – powiedziała i odnosiła się także do problemu fake newsów. – Nie wyobrażam sobie, jak poradzimy sobie ze światem skonstruowanym z nieprawdziwych informacji, które można wymierzyć przeciwko komuś. Wyobrażam sobie natomiast takie reżimy, w których zostaną wycięte wszystkie opowieści, których nie da się sprawdzić, w tym baśnie braci Grimm.

Tokarczuk mówiła też o sensie literatury, za który uważa komunikację. Wyraziła też zmartwienie, że spadają w Polsce kompetencje czytelnicze. – Ludzie traktują literaturę rozrywkowo. Nie lubię podziału na gatunki, bo to czyni z literatury towar na sprzedaż. To konsumpcja nie czytanie. Dla mnie zawsze ważne było, by czytelnik mógł zapaść z moją książką w fotelu.

Pod koniec spotkania prowadząca odczytała kilka pytań, które przed spotkaniem mogli nadesłać czytelnicy. – Czy myślała pani o napisaniu autorskiego „bryku”, którzy nie są w stanie doczytać do końca? – brzmiało jedno z nich. – Pierwsze pytanie, które mnie załamuje to, o czym jest moja książka, drugie, gdy mnie ktoś prosi, żebym streściła, o czym jest – odparła noblistka.

Tokarczuk była pytana także o poezję. Przyznała, że bardzo wstydzi się swoich pierwszych prób poetyckich. – Wykupiłam to, co było możliwe. Mam to zakamuflowane, bardzo bym nie chciała, żeby to wyszło na jaw. Nie nadaję się do pisania poezji. Jako dziewczynka naiwnie myślałam, że poeci to są ludzie, którzy nie mają czasu pisać prozy. Te słowa to moja zemsta na Czesławie Miłoszu, który napisał, że „więcej waży jedna dobra strofa, niż ciężar wielu pracowitych stronic”.

Na koniec spotkania wykonano wspólne zdjęcie noblistki z prezydentem Wrocławia i całą zgromadzoną publicznością.

Organizatorami spotkania są Bruno Schulz. Festiwal, miasto Wrocław i Narodowe Forum Muzyki.

Spotkanie z Olgą Tokarczuk. Wrocławianie czekali pod NFM

Już przed godz. 15.30 na pl. Wolności zaczęli się zbierać ludzie, zajmowali nieliczne siedzące miejsca na ławkach i schodkach przy Muzeum Teatru. W holu NFM działał mały sklepik, w którym sprzedawano książki noblistki. W kolejce ustawił się m.in. marszałek województwa Cezary Przybylski.

Na pl. Wolności przed telebimem zebrało się kilkuset wrocławian, którzy nie dostali się na spotkanie z pisarką, zorganizowane w Narodowym Forum Muzyki. Zebrani ucieszyli się, gdy prezydent Jacek Sutryk oraz Olga Tokarczuk pozdrowili tych, którzy przybyli na pl. Wolności. Przyszli z różnych powodów. Niektórzy – by usłyszeć coś mądrego. – Wstyd przyznać, ale czytałam na razie tylko fragmenty „Domu dziennego, domu nocnego” i „Lalki i perły”. Podobało mi się i mam nadzieję dziś też usłyszeć coś wartościowego – mówiła Anna Turowska.

Inni – by spędzić popołudnie. – W niedzielę jest fajna pogoda, warto wyjść na świeże powietrze, coś zrobić, nie siedzieć w domu – mówiła Magdalena Wnuk. – Czytałam książkę Tokarczuk jakieś dwadzieścia lat temu, był to „Dom dzienny, dom nocny”. Ostatnio bardziej zaczęłam czytać teksty historyczne w internecie, chyba wrócę.

Byli wrocławianie bardziej zaznajomieni z twórczością noblistki. Marek Jakubowski: – Przyszedłem wziąć autograf dla żony, która jest poetką, zobaczymy czy się uda. Czytałem dużo książek Tokarczuk, najbardziej podobały mi się „Księgi Jakubowe”.

– Przeczytałam „Biegunów” i zaczęłam też „Księgi Jakubowe” – mówiła Agata Komorowska. – Olga Tokarczuk to kobieta z krwi i kości, bardzo cieszę się, że otrzymała Nobla. przyszłam dziś świętować zwycięstwo Polki.

Kto liczył na autograf noblistki lub chciał zadać pytanie, może być zawiedziony. – Musiałaby podpisywać książki do siódmej nad ranem – tłumaczą organizatorzy.

Laska, która wparowała na lubelskie zebranie Partii Kobiet miała jaja w jajnikach. Trwała kampania wyborcza 2007. Nie stać nas było na ulotki, za własne pieniądze dziewczyny znalazły salę, a ona, twarz plakatów wyborczych PO przerywa nasze spotkanie propozycją: Jestem kobietą, więc głosujcie na mnie.

Myślałam, że ją rozszarpią i wyniosą w stanikach. Joannę Muchę, dr Joannę Muchę. Dostała się do sejmu. W kraju hipochondryków „doktor” rządzi. Ale dr było chwytem reklamowym.

Mucha jest doktorem ekonomii. Powołując się na „znajomość” z Lublina, poprosiła mnie o poparcie tym razem Gowina, z którego frakcją w PO trzymała. Ten talib przebrany za biskupa, niechcący powiedział coś co naprawdę myśli o kobietach.

Odmówiłam sprzątania mentalnych rzygów po nim. Ale doceniłam jej hart ducha. Ambitna kobieta, daleko zajdzie, gdy pozbędzie się balastu palantów.

Została ministrą sportu mianowaną przez Tuska. Marzenie chłopców kopiących piłkę i politykę. Ministra nie założyła wtedy sportowych kapci. Do programu, chyba „Co z tą Polską”, wybrała się w takich szpilach, że Lis musiał ją sprowadzić z podestu na ziemię. Na mój komentarz „Jak się idzie do polityki, to warto o własnych siłach”, odpowiedział, że w studio coś się rozlało i było ślisko. Cóż, nawet, gdy się mleko rozleje trzeba brnąć samej, a nie na męskich plecach.

Po latach Joanna Mucha zdobyła doświadczenie, niełatwe dla kobiety w męskim światku. Widywałam ją na Kongresach Kobiet. Rasową polityczkę. Jej sejmowy plakat wyborczy 2019 nie przypominał w niczym, ani pierwszego, „komunijnego” z 2007, ani żadnego innego polityka przydrożnego.

Bilbord dr Muchy był politycznie pociągający, ziała z niego chuć władzy. Nareszcie. Bo o to chodzi w tej rozgrywce. O tron, nie podnóżek. Kilka dni temu Joanna Mucha ogłosiła, że chce rządzić Platformą.

Jest do tego stworzona: młoda, ambitna, świetnie wykształcona, z doświadczeniem, rozumem, urokiem. Potrafi nawet zaśpiewać jak Ally Mc Beal i zagrać sobie na gitarze. Ma wszystko, czego potrzeba w nowoczesnej polityce. Ale nie ma świata, w którym byłoby to docenione.

Kidawa Błońska prezydentem, a Mucha, przewodniczącą PO, być może premierką? Tego żadna polska partia nie zniesie. W postępowej Lewicy jest 3 szefów, gejostwo Biedronia tych proporcji nie zmienia.

Poza tym Schetyna nie odda władzy. Facet walczący o nią z samcem alfa – Tuskiem, miałby się przestraszyć samczyków beta? I samicy? Zjadł zęby na regionach, koalicjach. Wybije je każdemu, komu uśmiecha się szefostwo PO.

Polityka jest instynktem homo sapiens. Czymś niemal biologicznym, wrodzoną umiejętnością tworzenia intryg, sojuszy. Rządzi najsilniejszy, a światem patriarchat i podobno grzyby. Jest taki grzyb, owadomorkowiec rządzący zachowaniem owadów. Atakuje samicę muchy, zmusza ją do przedśmiertnego rozłożenia skrzydełek, zadarcia odwłoka dla przyjęcia pozycji zachęcającej samców.

Nadlatują, próbują martwą wypierd… i przenoszą dalej grzybnię. Jakoś to mi się kojarzy z polską polityką, traktowaniem w niej kobiet, samic przydatnych do roznoszenia grzybni patriarchatu. Rządzą przecież stare grzyby. Kobiet się używa, kusi nimi wyborców, odsyła zagrażające lub zużyte.

Joanna Mucha chce zmian w PO obawiając się konkurencji lewicy. Joanno (jesteśmy na „ty”, ale nie znamy się prywatnie ), kobiety przyspieszyły ewolucję ucząc mężczyzn mówić. Kobiety zmienią świat ucząc patriarchat myśleć. Mam nadzieję, że Ty ewoluując tak szybko politycznie, znajdziesz się tam, gdzie przyszłość – na Lewicy. W polskiej prawicy zasiada Ojciec z Synem, ewentualnie z braćmi i porasta ich grzybnia tradycji. Joanna Mucha Magdalena Środa

Jarosław Kaczyński twierdzi, że zdjęcie z drugiej połowy lat 70., podpisane jako zrobione w Białymstoku przed pierwszomajowym pochodem, to fotomontaż. Utrzymuje, że nie zna osób, które stoją obok. Jak ustaliliśmy, musiał je znać.

Rysownik Marek Skwarski zamieścił na Facebooku zdjęcie Jarosława Kaczyńskiego z trzema mężczyznami i młodą kobietą. Podpis: „Białystok, końcówka lat 70. Przyszły naczelnik Polski, z extramocnym w palcach, wybiera się na pochód pierwszomajowy”. Fotografia wywołała lawinę komentarzy, udostępniło ją ponad 2 tys. internautów.

Na zdjęciu Kaczyński stoi z papierosem, w płaszczu zapiętym pod szyję, z przypiętą do niego czerwoną kokardą. Takie same ozdoby mają na ubraniach dwaj z mężczyzn i kobieta, która dzierży w ręce duży papierowy kwiat.

Fotografię skomentował na Twitterze Roman Giertych i były minister spraw zagranicznych Radosław Sikorski: „Czy to nie aby nasz niezłomny antykomunista?”.

Timothy Garton Ash w Białymstoku: PiS to nacjonalistyczny wariant populizmu

TVP Info doniosła, że zdjęcie to fałszywka. Zastępca rzecznika PiS Radosław Fogiel w rozmowie z portalem Onet.pl twierdzi, że Jarosław Kaczyński pod koniec lat 70. na pochody pierwszomajowe nie chodził, bo „był już wówczas działaczem opozycji antykomunistycznej”. Przekonuje: – Pokazałem prezesowi to zdjęcie. On nie zna ani jednej osoby z tej fotografii. Jego zdaniem to fotomontaż. Jego twarz została tu wmontowana.

Uczelnia niepoprawnych

Do 1997 r. Uniwersytet w Białymstoku funkcjonował jako filia Uniwersytetu Warszawskiego.

– W latach 70. stał się miejscem, na które skazywano osoby politycznie niepoprawne. Takie jak Andrzej Stelmachowski, Jerzy Stembrowicz czy Lech Falandysz – wspomina prof. Barbara Kudrycka, ministra nauki i szkolnictwa wyższego w rządzie Donalda Tuska, w drugiej połowie lat 70. studentka białostockiej Filii. Pamięta, że jako jeden z pracowników naukowych pojawiał się Jarosław Kaczyński. W oficjalnej biografii Kaczyńskiego jest napisane: „W latach 1971- 1976 zatrudniony był jako pracownik naukowy w Instytucie Polityki Naukowej i Szkolnictwa Wyższego. Później, do 1981, pracował jako adiunkt w białostockiej filii Uniwersytetu Warszawskiego”.

PiS. Kaczyński woli lata 90.

Obecny prezes PiS niechętnie wspomina czasy, kiedy pojawiał się w białostockiej filii UW. W kampanii przed wyborami samorządowymi o pracy Kaczyńskiego na filii UW mówił kandydat PiS na prezydenta Białegostoku, poseł Jacek Żalek: „Przyjeżdżał tutaj jako młody doktor prawa z wykładami dla młodych białostoczan”.

Prof. Stanisław Prutis, były dziekan wydziału prawa UwB: – Dr Jarosław Kaczyński w drugiej połowie lat 70. pojawił się na wydziale ekonomiczno-administracyjnym naszej filii za sprawą dziekana prof. Andrzeja Stelmachowskiego. Prof. Stelmachowski chciał mu dać przeżyć, bo za działalność opozycyjną w stolicy nie był mile widziany. Pracował na wydziale na pełnym etacie. Przyjeżdżał z Warszawy raz na tydzień lub dwa. Specjalizował się w teorii państwa i prawa.

Profesorowie Kudrycka i Prutis: – Obok Kaczyńskiego na zdjęciu stoją doktorzy z wydziału: dr Stefan Iwanowski oraz nieżyjący dr Jerzy Mieszkowski i dr Włodzimierz Zakrzewski [pierwszy od lewej].

Kim jest dziewczyna z papierowym kwiatem, nie wiedzą.

Prof. Prutis jest pewien: – To zdjęcie było zrobione na ówczesnym dziedzińcu wydziału ekonomiczno – administracyjnego przy ul. Mickiewicza, potem zabudowanym, gdzie mieści się od lat wydział prawa UwB.

Nie ma jednak pewności co do autentyczności zdjęcia: – 1 Maja to był dzień wolny od pracy. Wątpliwe, żeby dr Kaczyński miał przyjechać z tej okazji specjalnie do Białegostoku.

A może to Pogonalia?

Stefan Iwanowski jest jednak pewien, że takie zdjęcie było robione. Być może jednak nie przed 1 Maja, ale przy okazji Pogonaliów (białostockich juwenaliów). Pracownicy białostockiej filii UW na pochody pierwszomajowe nie chadzali z kokardami.

Prof. Kudrycka zauważa jednak: – Pogonalia były w drugiej połowie czerwca, a oni wszyscy na tym zdjęciu są ubrani jakby to był przełom kwietnia i maja.

Oda do Kaczyńskiego. „O Jarosławie Wielki, władco dusz Polaków”

Jeden z pracowników naukowych wydziału ekonomiczno-administracyjnego białostockiej filii UW z końca lat 70., proszący o anonimowość: – Nawet gdyby Kaczyński w tamtych czasach szedł w pierwszomajowym pochodzie, to co takiego? Nie było na uczelni entuzjazmu dla pochodów, ale się szło, bo trzeba było. Dopiero po powstaniu „Solidarności”, a zwłaszcza po wprowadzeniu stanu wojennego bojkot pochodów stał się jasną polityczną deklaracją. Czy Kaczyński na tym zdjęciu jest z kokardą czy bez, czy go doklejono, czy nie, czy było to przed 1 Maja, czy przy innej okazji, to wszytko nie ma znaczenia. Bo i tak nie ma to znaczenia dla PiS-owskiego ludu. Nie rozumiem więc, dlaczego dr Kaczyński wstydzi się tego zdjęcia.

W liście do członków PO i wyborców Koalicji Obywatelskiej Grzegorz Schetyna przekonuje, że choć wynik wyborczy jest daleki od ambicji, wcale nie jest taki zły. Bo Platforma jeszcze w 2016 roku miała mniej niż 10 proc. w sondażach i musiała mierzyć się z całym państwowym aparatem.

„Dzięki waszej mobilizacji i walce opozycja ma większość w Senacie. W wyborach do Sejmu Koalicja Obywatelska, której jesteśmy trzonem, przekonała do siebie ponad 5 milionów Polaków i Polek. To dużo więcej głosów niż w 2015 roku zdobyły wspólnie PO i Nowoczesna” – pisze do wyborców Schetyna.

W liczbach bezwzględnych Schetyna ma rację, ale jeśli popatrzymy na wynik procentowy – już nie. W 2015 roku na Platformę zagłosowało 24,09 proc. wyborców, a na Nowoczesną – 7,6. W ostatnich wyborach Koalicja Obywatelska, poszerzona jeszcze m.in. o Inicjatywę Polską i Zielonych, zdobyła 27,4 proc. Wyższa niż w 2015 roku liczba głosów to zasługa wysokiej frekwencji.

Platforma w trudnej sytuacji

Przewodniczący PO przypomina, że w 2016 roku PO spadła w sondażach poniżej 10 proc. „Opozycja wydawała się wielu bezsilna, a władza Kaczyńskiego wszechmocna. Przez te 4 lata udało nam się odzyskać zaufanie milionów Polaków, częściowo powstrzymać niszczenie sądów, usunąć m.in. skompromitowanego marszałka Sejmu, wreszcie – zbudować szeroką współpracę opozycji. To, że po wyborach europejskich nie udało się utrzymać wielkiej koalicji opozycji, nie było naszą decyzją” – pisze Schetyna. I znów ma rację tylko częściowo. Z Koalicji Europejskiej odeszło Polskie Stronnictwo Ludowe, ale Sojusz Lewicy Demokratycznej chciał w niej pozostać. Akces zgłosiła także Wiosna Roberta Biedronia, ale Platforma zdecydowała inaczej.

„W tej sytuacji wyników wyborów, choć są dalekie od naszych ambicji, nie oceniajmy źle” – przekonuje szef PO. I wymienia, w czym PiS miał przewagę: kampania nie była demokratyczna, a partia Jarosława Kaczyńskiego wykorzystała państwowe media. Powołuje się na opinię misji OBWE, która stwierdziła, że „bardzo niepokojąca była stronniczość mediów i retoryka oparta na nietolerancji” a także, że „wyżsi urzędnicy państwowi wykorzystywali wydarzenia finansowane z publicznych pieniędzy do kreowania kampanijnego przekazu”.

Schetyna opowiada także, jakie ma plany na przyszłość jako szef PO. To utrzymanie przewagi opozycji w Senacie (ma 51 głosów, licząc senatorów SLD, PSL i niezależnych, a PiS – 49, w tym jedną senator niezależną), zwycięstwo w wyborach prezydenckich, a na koniec „odebranie Kaczyńskiemu władzy”.

„Jesteśmy najsilniejszą formacją opozycyjną. Jedyną, której Kaczyński się naprawdę boi. Dlatego to przeciw nam będzie skierowana cała propaganda, zastraszanie, szantaże i korupcyjne oferty. Nasz przeciwnik będzie wykorzystywał każdy nasz błąd. Musimy zachować jedność, a dzięki niej sprawczość polityczną” – pisze Schetyna.

Czy Schetyna utrzyma stanowisko?

Przewodniczący PO po przegranych wyborach europejskich i parlamentarnych znalazł się w ogniu krytyki. Atakują go partyjni koledzy i koleżanki.

– Grzegorz Schetyna ma swoje talenty i dobrze byłoby, gdyby z tymi talentami pracował na rzecz Platformy. Ale trzy razy przetestował się w procesie wyborczym – ostatnie dwa razy w wariancie „wszyscy razem i każdy oddzielnie” – i w obu przegraliśmy. To moim zdaniem znaczy, że z tym liderem wyborów z PiS-em nie wygramy – powiedziała Joanna Mucha w wywiadzie dla „Kultury Liberalnej”.

Również Borys Budka w rozmowie z „Wyborczą” nie wykluczył, że zgłosi swoją kandydaturę w wyborach na szefa PO, które mają odbyć się w styczniu. Niektórzy działacze sugerują, że data wyborów jest za późna: że nowemu przewodniczącemu trzeba dać więcej czasu przed wiosennymi wyborami prezydenckimi.

Niekiedy jedna osoba wystarczy, by tchnąć ducha w ogromny ruch, a czasem same jej słowa wysłuchane kilka dekad później; niekiedy parę gorąco zaangażowanych osób inicjuje masowy ruch, a zmiana nadchodzi niczym zmiana pogody.

Rebecca Solnit – ur. w 1961 r., amerykańska eseistka, historyczka. Napisała kilkanaście książek z pogranicza antropologii, filozofii i polityki, m.in. „Zew włóczęgi. Opowieści wędrowne”, „Storming the Gates of Paradise: Landscapes for Politics”, „A California Bestiary”, „Nonstop Metropolis: A New York City Atlas”

Miesiąc przed upadkiem muru berlińskiego niemal nikt nie przewidywał, że radziecki blok wschodni ulegnie gwałtownemu rozpadowi (na skutek działania wielu czynników, w tym olbrzymiego nacisku ze strony społeczeństwa obywatelskiego, które wyrzekało się przemocy działań bezpośrednich i napędzane było nadzieją samoorganizacji), podobnie jak nikt, nawet sami uczestnicy tych wydarzeń, nie przewidział znaczenia arabskiej wiosny, ruchu Occupy Wall Street i wielu innych potężnych zrywów. Nie wiemy, co się wydarzy, w jaki sposób ani kiedy, i właśnie owa niepewność jest siedliskiem nadziei. Ci, którzy powątpiewają w wagę tego typu zajść, powinni docenić przerażenie, jakie wywołują one wśród władz i elit.

Ich strach bierze się stąd, że zdają one sobie sprawę, że władza ludu jest na tyle realna, by obalać reżimy i zmieniać warunki umowy społecznej. I często to czyni. Niekiedy nasi wrogowie wiedzą to, w co uwierzyć nie potrafią nasi przyjaciele.

Ci, którzy lekceważą te zajścia, uznając je za niedoskonałe, ograniczone czy niedostateczne, powinni przyjrzeć się bliżej temu, jaka radość i nadzieja z nich biją i jakie rzeczywiste zmiany przynoszą, nawet gdy nie zawsze są one oczywiste.

Mogę kogoś uratować

Jeśli się uprzemy, możemy widzieć świat jako miejsce pełne wad i niedomagań. Z pomocą przyjść może analogia, która dodaje mi otuchy: w trakcie katastrofy wywołanej przez huragan „Katrina” setki właścicieli łodzi rzuciło się na ratunek ludziom – samotnym matkom, dzieciom, dziadkom – uwięzionym na strychach, chroniącym się na dachach, na osiedlach komunalnych, w szpitalach i budynkach szkolnych. Nikt nie mówił: „Nie dam rady ocalić wszystkich, w związku z tym wszystko na nic; dlatego moje starania są daremne i bezwartościowe” – choć wiele osób tak właśnie powiedziałoby o bardziej abstrakcyjnych kwestiach, w których przecież stawką są życie, istnienie miejsc, kultury, gatunków czy praw. Dostawali się tam na łódkach rybackich, wiosłowych czy pirogach, niektórzy przybywali z tak odległych miejsc jak Teksas, przedostając się nielegalnie do miasta, by dotrzeć z pomocą, inni, sami będąc uchodźcami, nieśli pomoc na terenie miasta. Uruchomiono doraźny bezpośredni transport łodziowy – osławioną Marynarkę Cajun – ciągnący w stronę miasta już dzień po przerwaniu wałów.

Nikt z tych ludzi nie powiedział wówczas: „Nie mogę uratować wszystkich”. Wszyscy zaś mówili: „Mogę kogoś uratować, więc będę ryzykować życie i przeciwstawię się władzom, by móc to zrobić”.

Zmiana rzadko jest czymś prostym. Niekiedy jest tak złożona, jak twierdzi teoria chaosu, i tak powolna jak ewolucja. Nawet to, co zdaje się wydarzać nagle, kiełkuje z nasion od dawna spoczywających w uśpieniu. Samobójstwo młodego człowieka może wywołać powstanie rozpalające kolejne powstania. Jednak sam ten incydent był jedynie iskrą, a ogień, który rozniecił, rozgorzał na stosie przygotowanym przez sieć działaczy, a także przez ideę obywatelskiego nieposłuszeństwa i głębokie pragnienie sprawiedliwości oraz wolności istniejące wszędzie.

Warto zadać sobie pytanie nie tylko o to, jakie długoterminowe skutki przyniosły owe zrywy, lecz również o to, czym były, póki trwały. To, że ludziom przyszło żyć w świecie, w którym część nadziei się urzeczywistniła, w którym panuje radość, a niektóre granice między jednostkami i grupami zostały zatarte, choćby tylko na godzinę, na jeden dzień, na parę miesięcy, nie jest bez znaczenia. Wspomnienia momentów radości mogą stać się dla nas busolą.

Całkowite zwycięstwo nigdy nie nadejdzie

Wspomnijmy słowa Paula Goodmana: „Załóżmy, że twoja strona zwyciężyła i że żyjesz w społeczeństwie, którego zawsze pragnąłeś. Jak byś wówczas żył? Zacznijmy już teraz tak właśnie żyć!”. Opowiadamy się w ten sposób za drobnymi i doraźnymi zwycięstwami i za częściowymi sukcesami, gdy brakuje zwycięstw ostatecznych i pełnych, a być może są one niemożliwe. Całkowite zwycięstwo zawsze wydawało się świeckim odpowiednikiem raju: miejsca, gdzie wszelkie problemy zostają rozwiązane koszmarnie nudną pustynią.

Absolutyści ze starej lewicy wyobrażali sobie, że takie zwycięstwo będzie całkowite i trwałe, co jest równoznaczne ze stwierdzeniem, że zwycięstwo nigdy nie nadejdzie. Tymczasem jest ono, faktycznie, bardziej niż możliwe. Zwycięstwa wydarzały się bowiem już na niezliczone sposoby, małe i duże, często stopniowo, inaczej jednak, niż przewidywano. Zwycięstwa czasem przemykają niezauważone. O wiele łatwiej nam rozpoznać porażkę.

Od czasu do czasu rodzą się nowe możliwości. W takich momentach ludzie stają się członkami pewnego „my”, które wcześniej nie istniało, w każdym razie nie jako jedność obdarzona mocą sprawczą, tożsamością i siłą do działania; wyłaniają się wówczas niespodzianie nowe możliwości.

Niekiedy ziemia grzebie w sobie takie chwile i nie widać, by miały poważniejsze konsekwencje; niekiedy zaś ideologie zrzuca się niczym kajdany. Nie sposób jednak przewidzieć tego, co nadejdzie.

Olbrzym tylko drzemie

Społeczeństwo można porównać do pogrążonego we śnie olbrzyma; gdy się budzimy, nie jesteśmy już tylko publicznością: stajemy się społeczeństwem obywatelskim o nadludzkiej sile, którego pokojowe metody niekiedy, przez krótką, acz pełną blasku chwilę, okazują się o wiele potężniejsze aniżeli przemoc, potężniejsze od reżimów i armii. Niemniej z oczywistych powodów wszystko, czym karmią nas ogólnodostępne środki przekazu, sugeruje, że opór stawiany przez lud jest czymś żałosnym, bezcelowym, a niekiedy wręcz przestępstwem, o ile nie jest oglądany z oddali, nie należy do zamierzchłej przeszłości, a najlepiej jedno i drugie. Ludzie zaprzedani instytucjom żarliwie wierzą, że dzierżą władzę, która coś znaczy. Oto siły, które wolałyby nie budzić tego olbrzyma.

Zawsze jest za wcześnie, by wycofać się w domowe zacisze. I zawsze jest za wcześnie, by przewidzieć skutki własnych działań. Natknęłam się na anegdotę opowiedzianą przez kogoś z Women Strike for Peace, pierwszego masowego amerykańskiego ruchu przeciw broni jądrowej. Ruch ten przyczynił się do ogromnego zwycięstwa: podpisania w 1963 r. układu o zakazie prób w atmosferze, w przestrzeni kosmicznej i pod wodą, dzięki czemu udało się doprowadzić do zakończenia prób z bronią jądrową na lądzie, odpowiadających za radioaktywny opad, którego ślady zaczęły pojawiać się w mleku matek i w zębach ich dzieci. (WSP przyczynił się do upadku House Un-American Activities Committee [HUAC], ówczesnego odpowiednika Departamentu Bezpieczeństwa Krajowego USA. Uczestniczki ruchu wcieliły się w rolę gospodyń domowych i wystawiły na pośmiewisko prowadzone przez HUAC antykomunistyczne przesłuchania).

Jedna z kobiet należących do WSP opowiadała, jak czuła się głupia i niepotrzebna, gdy pewnego poranka protestowała w deszczu przed Białym Domem.

Kilka lat później usłyszała dr. Benjamina Spocka, który stał się znanym orędownikiem rozbrojenia. Mówił, że przełomowy dlań moment nastąpił, gdy zauważył grupkę kobiet tkwiących w deszczu przed Białym Domem. Skoro one są tak żarliwie zaangażowane w tę sprawę – pomyślał – sam powinien poświęcić jej więcej uwagi.

Historia to krab kroczący na boki

Myślenie w kategoriach przyczyn i skutków zakłada, że historia posuwa się naprzód, ale historia to nie armia. To krab kroczący na boki, kropla wody drążąca skałę, trzęsienie ziemi przerywające wielowiekowe napięcia. Niekiedy jedna osoba wystarczy, by tchnąć ducha w ogromny ruch, a czasem same jej słowa wysłuchane kilka dekad później; niekiedy parę gorąco zaangażowanych osób inicjuje masowy ruch, a zmiana nadchodzi niczym zmiana pogody.

Wszystkie te sytuacje łączy to, że poczęły się w wyobraźni, zrodziły się z nadziei. Pokładanie w czymś nadziei przypomina grę hazardową. Stawianie na przyszłość, na możliwość, że otwarte serca i niepewność są lepsze niż przygnębienie i poczucie bezpieczeństwa.

Nadzieja domaga się działania

Nadzieja nie przypomina kuponu na loterię, który można kurczowo ściskać w dłoni, siedząc wygodnie na kanapie i spodziewając się szczęśliwego trafu. Nadzieja to siekiera, którą rozrąbuje się drzwi w sytuacji nagłej konieczności, bo nadzieja powinna nas wypychać za drzwi, bo musicie dać z siebie wszystko, by wytrącić przyszłość z kolein wiodących ku niekończącej się wojnie, ku unicestwieniu całej planety, jej bogactw i skarbów, i ku uciskowi biednych i zmarginalizowanych. Nadzieja oznacza po prostu, że inny świat jest możliwy, a nie że jest ziemią obiecaną, bowiem jego nadejścia nic nie gwarantuje.

Nadzieja domaga się działania; działanie nie jest możliwe bez nadziei. Zdarzyć się może wszystko, a to, czy działamy, czy stoimy bezczynnie, ma ogromne znaczenie.

Choć brak kuponów na loterię dla leniwych i tkwiących w zobojętnieniu, zaangażowani mają szansę na wielką wygraną. Mówię wam to nie dlatego, że uważam, by Stany Zjednoczone stanęły na skraju zniszczenia swych rzekomych wartości, że nasza cywilizacja bliska jest unicestwienia przyrody, od której pozostajemy zależne i zależni – oceanów, atmosfery, niezliczonych gatunków roślin, owadów i ptaków.

Mówię to dlatego, że zauważyłam, co następuje: wojny wybuchną, planeta się ogrzeje, gatunki wymrą, jednak to, jak wiele wojen, o ile stopni i które gatunki uda się ocalić, zależy od tego, czy podejmiemy jakieś działania.

Dworczyk za oszustwa też powinien być zamknięty

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s