Dlaczego demokraci przegrali?

Dlaczego PiS wygrał – to mniej więcej wiemy. Czas na pytanie: czemu przegrali demokraci? Bo nie umieli mówić o wartościach. Popadli w politykierstwo, nie skorzystali z potencjału sił obywatelskich. Nie stworzyli wizji kraju. Zabrakło liderów dużego formatu. OKO.press przedstawia 6 powodów porażki, którą Grzegorz Schetyna ogłosił zwycięstwem opozycji

List Grzegorza Schetyny z 20 października nie wskazuje na to, że lider PO jest gotów do rozliczeń, analizy popełnionych błędów i gruntownej refleksji, jak dalej ma wyglądać polityka opozycji.

Główny przekaz listu Schetyny – utrzymanego w tonie partyjnego optymizmu i skierowanego w przyszłość – brzmi: Skupmy się na walce, zjednoczmy siły i wygrajmy z PiS!

Rzecz w tym, że jest zapewne odwrotnie: przed kolejna porażką z prawicowym populizmem w wyborach prezydenckich 2020, może uchronić siły prodemokratyczne tylko refleksja nad tym, co opozycja zrobiła źle i co trzeba zrobić inaczej.

I o tym jest ten tekst.

Schetyna: sytuacja jest lepsza, szanse wzrosły

Grzegorz Schetyna najwyraźniej uważa, że rozliczenia są niepotrzebne, a nawet mogłyby zepsuć bojowy nastrój. „Bądźmy dumni, że w tych nierównych wyborach odebraliśmy PiS-owi większość w Senacie, a w Sejmie udało się zmniejszyć przewagę PiS nad opozycją”.

Lider PO/KO rysuje „nadzieje na zablokowanie niszczenia polskiego państwa przez PiS” i ocenia, że

„sytuacja Platformy i Koalicji jest dziś dużo lepsza niż cztery lata temu”. A jednak w wyborach 2015 roku PO zdobyła 134 mandaty a Nowoczesna 28 (razem 166). W Sejmie IX kadencji koalicja tych dwóch partii (z dodatkiem Zielonych i IP) ma już tylko 134 miejsca (o 28 mniej).

Jednym z zadań Senatu będzie „przedstawienie Polakom planów naprawy państwa” – mówi Schetyna, ale nie tłumaczy, dlaczego nie zrobiono tego wcześniej.

Namawia na „mądrą współpracę całej opozycji – zarówno parlamentarnej, jak i ruchów obywatelskich”, ale nie zauważa, że wbrew własnym deklaracjom nie wykorzystał potencjału społeczeństwa obywatelskiego i ruchów protestu.

Apeluje o „zachowanie spójności i solidarności Platformy Obywatelskiej i Koalicji Obywatelskiej”, co jest odpowiedzią na  ferment w partii. Kolejni liderzy zgłaszają żądania rozliczeń i aspiracje przywódcze.

Jedyny błąd, na jaki wskazuje Schetyna, to „że po wyborach nie udało się utrzymać wielkiej koalicji opozycji”, ale to „nie była nasza decyzja”.

Diagnoza wątpliwa, bo właśnie Koalicja Europejska nieoczekiwanie wysoko przegrała z PiS wybory do PE – o prawie 7 pkt proc. zdobywając zaledwie 38,5 proc. (Wiosna miała 6,1 proc.). Tymczasem trzy bloki w wyborach do Sejmu – idąc osobno – zdobyły razem 48,6 proc. wygrywając z PiS o 5 pkt. Ale mało, by przejąć Sejm.

Wiemy, czemu PiS wygrał, ale czemu demokraci przegrali?

Zwycięstwo PiS – choć mniejsze niż partia się spodziewała – jest wydarzeniem w pewnym sensie banalnym. Prawicowi populiści, od Bolsonaro po Erdoğana i Putina, robią dziś karierę na świecie ogarniętym „globalną recesją demokracji” (Larry Diamond), nawet w takich krajach jak USA (Trump) czy Wielka Brytania (Brexit).

Dużo ciekawsze i poniekąd ważniejsze na przyszłość pytanie brzmi: dlaczego opozycja przegrała wybory do Sejmu?

Nawet jeśli uzbierała – w sumie trzy komitety – o 5 pkt proc. więcej niż PiS i do większości w Sejmie zabrakło jej tylko ok. 200 tys. głosów, czyli mniej niż mieszkańców Radomia, to rządzić będzie Kaczyński z trudnym do przewidzenia skutkiem.

Prawicowy populizm, recepta, która działa

Populiści sięgają po podobny zestaw zmitologizowanych wartości Narodu, Boga i Rodziny. Budują popularność na zarządzaniu strachem przed rzekomym zagrożeniem tych wartości przez wrogie im elity i polityków opozycji, a także uchodźców i imigrantów, gejów czy feministki. Bezpardonowo atakują, poniżają i degradują politycznych rywali i krytyków.

Głoszą, że oni i tylko oni rozumieją potrzeby i reprezentują obywateli, wykluczając wszystkich ze wspólnoty narodowej. W wersji soft oznacza to frontalny atak na rywali czy krytyków prowadzony przez podporządkowane władzy media lub specjalne kampanie mowy nienawiści w sieci (u nas – grupa Piebiaka).

W wersji hard (Turcja, Rosja) – zamykanie do więzień. Putinowi i Orbánowi udało się zdobyć niemal monopol w mediach, Kaczyński ma w ręku media publiczne i snuje plany zdobycia pozostałych.

Populiści podważają istotę ustroju demokratycznego, jakim jest kontrola władzy. Wyznają zasadę, że kto wygrywa wybory, ma pełne prawo do realizacji swego programu, a ci którzy przeszkadzają  czy krytykują – opozycja, ruchy i organizacje społeczne, sądy czy media – naruszają, jak to ujął Andrzej Duda, „podstawy demokracji przedstawicielskiej. Podmywają fundamenty parlamentaryzmu”.

„To nie jest już demokracja, lecz wyborczy autorytaryzm” – mówi o Węgrzech Orbána prof. Jan Werner Mueller.

W przypadku PiS dochodzi argument transferów z budżetu wprost do kieszeni wyborców. Zastępują prawdziwą politykę społeczną, nierozwiązywane pozostają problemy służby zdrowia, katastrofy demograficznej czy ekologicznej, nie mówiąc o destrukcji edukacji, ale wbrew obawom neoliberałów ożywiają konsumpcję i nie niszczą równowagi budżetowej.

Transfery budują wizerunek PiS jako siły skutecznej, realizującej wyborcze zapowiedzi (co pozwala omijać dziesiątki obietnic zaniechanych).

500 plus i inne świadczenia mają też istotny wymiar pozamaterialny, co Aleksander Smolar nazwał w OKO.press redystrybucją godności. Szczególnie osoby mniej wykształcone, uboższe, mieszkańcy mniejszych miejscowości i ludzie starsi odczuwają świadczenia jako dowartościowanie, a wręcz przywrócenie im praw obywatelskich. Propaganda PiS umiejętnie to wzmacnia.

Dużą rolę odgrywa też legitymizacja władzy przez Kościół katolicki, przy czym narracja kleru i aktywu PiS zlewa się często w jedno.

Zważywszy na to wszystko, nie należy się dziwić, że PiS był rozczarowany wynikiem wyborów: tylko 0,6 pkt proc. powyżej granicy zachowania władzy, jaką OKO.press wyliczyło na 43 proc., a do tego porażka w Senacie.

Słaby wynik w porównaniu z 49 proc. Fideszu, 54 proc. Partii Sprawiedliwości i Rozwoju Erdogana, czy 77 proc. Jednej Rosji (wszystkie dane z wyborów z 2018 roku).

„Dostaliśmy dużo, ale zasługujemy na więcej” – powiedział Kaczyński i z punktu widzenia sukcesów światowego populizmu miał rację. Zrobił wszystko jak trzeba, w służbie partii użył machiny państwa i propagandy mediów publicznych, wydał ogromne środki na zachęty wyborcze, miał wsparcie wciąż potężnego Kościoła i… był o włos od porażki wyborczej.

A jednak opozycja – idąc w trzech partyjnych blokach – przegrała starcie o władzę. Dlaczego? Pięć powodów wydaje się oczywistych. Jest i szósty, jak dyscyplina dodatkowa w Totolotku.

(1) Arogancja opozycji. Nie rozliczyła się z porażki 2015 i nie zrobiła bilansu III RP

Grzechem pierworodnym Platformy Obywatelskiej i  PSL, jako poprzedniej koalicji rządzącej, było nierozliczenie się z porażki wyborczej 2015 roku. Nie  wiemy zatem, jakie błędy popełniły rządy PO-PSL we własnej ocenie, a tym samym nie wiemy, co zdaniem polityków należało zrobić inaczej i jak należałoby naprawić III RP po usunięciu deformacji ustrojowych wprowadzonych przez PiS.

W szczególności Platforma nie rozliczyła się z utraty kontaktu z klasą ludową, która w ogromnej większości popiera PiS. Nie wskazała także, jakie popełniła błędy w kampanii wyborczej 2015 i może dlatego część z nich powtórzyła w 2019 roku.

Opozycja tym samym oddała PiS pole do grasowania po ośmiu latach swych rządów, grasowania bezkarnego nie licząc wyroków za kłamstwa w trybie wyborczym na premierze Morawieckim, skądinąd arcymistrzu fejkowej narracji.

Nie miała też podstaw do rzetelnego programu wyborczego, który powinien opierać się na diagnozie polityki lat 2007-2015, a nie tylko wyrywkowej krytyce posunięć PiS 2015-2019.

Od wyborów 2015 uwaga opinii publicznej i reakcja partii opozycyjnych koncentruje się na tym, co robi PiS i jak temu przeciwdziałać. To zrozumiałe, bo doszło do bezprecedensowego bombardowania demokracji i ataku na opozycję, ale brak rozliczeń porażki 2015 roku sprawił, że kontrpropozycje wyborcze opozycji zawisły w próżni.

(2) Nie znalazła kontrwartości dla prawicowej trójcy Narodu, Boga, Rodziny

Opozycja nie znalazła też własnej narracji wartości. Nie potrafiła odpowiedzieć „z głębi serca” na trójcę „Naród – Bóg – Rodzina”. Co robiło wrażenie mniejszej wiarygodności i determinacji polityków opozycji niż działaczy PiS, którzy pokazują się jako zmobilizowani i przekonani do swoich racji.

To dziwne, że opozycja nie potrafiła wiarygodnie nazwać, czym jest patriotyzm i w jakiego wierzy Boga lub – mówiąc językiem Konstytucji – „inne źródła wartości prawdy, sprawiedliwości, dobra i piękna”.

Nie potrafiła odpowiedzieć na tragikomiczną okoliczność, że o „prawdziwej polskiej rodzinie” (czyli wiernych sobie małżonkach hetero, bez rozwodów na koncie, z minimum dwójką dzieci) mówi człowiek, który jest zaprzeczeniem jakiejkolwiek rodzinności, wieczny kawaler.

Jak policzyliśmy w OKO.press rodzin spełniających definicję Kaczyńskiego jest tylko 1,8 mln.

Krzysztof Breja (1983) z żoną adwokatką i trójką dzieci (najstarszy am 8 lat), Joanna Scheuring-Wielgus (1972) z trzema synami i mężem biznesmenem, Małgorzata Kidawa-Błońska (1957)  z mężem-reżyserem i synem po 30., mogli przecież stanąć na „wyborczej scenie” i oznajmić: to my jesteśmy prawdziwym polskimi rodzinami, to my wiemy, co to znaczy miłość w rodzinie, niech nas Kaczyński nie poucza i nie udaje, że coś robi dla polskich rodzin, bo nie wie, o czym mówi.

Prawica – w oficjalnej narracji – faktycznie nie rozumie współczesnych rodzin, z ich mozaiką patchworkowych związków i z problemem godzenia ról zawodowych i rodzinnych przede wszystkim przez kobiety.

I dlatego – ile by nie rzuciła 500 plus – nie jest w stanie zatrzymać demograficznej katastrofy.

Były wyjątki.

Kamila Gasiuk-Pihowicz zapisała się w pamięci jako nieugięta – pomimo hejtu większości sejmowej – obrończyni demokracji.

Joanna Scheuring-Wielgus – polityczka i społeczniczka – powołała się na wielkie wartości w obronie dzieci krzywdzonych przez kler. Pokazała też, co to znaczy troska o rodziny osób z niepełnosprawnością, dając lekcję szacunku dla każdej rodziny i każdego dziecka i współtworząc ich obraz jako ludzi, a nie tylko „biedne ofiary”.

Wyjątkiem było też przemówienie Pawła Adamowicza, konserwatysty, który dwukrotnie zakazywał parady równości, ale dojrzał do zmiany poglądów i w 2017 roku poszedł na jej czele.

„Chrześcijaństwo łączy, nie dzieli. Miłość może tylko łączyć” – zdefiniował naczelną wartość, adresując ją do „większości”. I na tym gruncie zwrócił się do społeczności LGBT, zaliczając ją do owej większości, a wykluczając z niej nienawistników:

„Jak słyszycie, że ktoś jest zboczony, że ktoś jest zepsuty, to powiem tak: ten jest zboczony, który sieje nienawiść, ten jest zepsuty, który odnosi się do drugiego z wrogością, trzyma rękę wyciągniętą w nienawiści, chce rzucić kamieniem, ten który mówi złe słowa, złą energię wysyła do drugiego człowieka, ten jest, przepraszam, zboczony. My jesteśmy najnormalniejsi na świecie”.

W wysokie tony, nie bojąc się patosu, uderzył także w swej najlepszej mowie Grzegorz Schetyna na lipcowej (2019) konwencji KO:

„Czas partyjnych gier już minął. Przyszedł zupełnie inny czas. Na szali jest wszystko. Prawo musi pokonać bezprawie. Prawda kłamstwo. Miłość nienawiść i agresję. Rozsądek szaleństwo”.

Niestety, ten przekaz utonął w morzu wypowiedzi lidera KO, które były mdłe, kunktatorskie, pozbawione ognia.

Lewica – wartości mniejszościowe

Lewica także nie przeprowadziła rzetelnego rozliczenia III RP, co najwyżej (Biedroń) krytykując jałowość duopolu.

Skupiła się na obronie praw kobiet i osób LGBT, ale nie potrafiła przekonać szerszej publiczności, że jeżeli ktoś poniża geja lub osobę trans, albo jeżeli wyraża pogardę wobec kobiety, to nie tylko narusza jej godność, ale również własną jako człowieka i podstawową wartość życia społecznego.

Nie potrafiła też podjąć krytyki PiS za naruszanie zasad społecznej sprawiedliwości i np. zwiększanie edukacyjnych nierówności i dyskryminację dzieci uboższych rodziców i z mniejszych miejscowości.

Takie ma bowiem skutki „reforma edukacji”: likwidacja gimnazjów, podwyższenie wieku szkolnego i skrócenie edukacji ogólnej (dla wszystkich) o rok: z dziewięciu do ośmiu lat ogranicza czas korekty rozwojowej dzieci z mniejszym kapitałem kulturowym.

(3) Nie podjęła własnej narracji godnościowej

W najnowszej książce „On identity” Francis Fukuyama (korzystam z wydania Profile Books, 2019) tłumaczy, że sukces populistów wynika z niezdolności demokracji liberalnych do zaspokajania thymos, czyli tej części duszy, która wg starożytnych Greków pragnie uznania swej godności.

„Całe narody czują się pozbawione szacunku, podobnie marginalizowane grupy i wyznawcy religii, którzy czują, że ich religia jest oczerniana”.

Potrzeba uszanowania tożsamości tych – realnie bądź symbolicznie pokrzywdzonych grup – staje się tematem nr 1, wokół którego krąży współczesna polityka.

Liderzy PiS, odwołując się do osobistych urazów i frustracji, z autentyczną wiarygodnością podjęli taką właśnie narrację urażonej dumy ludu skrzywdzonego przez elity i narodu krzywdzonego przez złe potęgi jak Niemcy, Rosja, „Bruksela” czy „Zachód”, przy czym sama partia wciąż przedstawia się jako ofiara wrogich sił. Nawet śmierć Jana Szyszki wywołana przez zator płuc jest przedstawiana jako zamach wrogich mediów i polityków.

Opozycja nie umiała nazwać tego, jakim poniżeniem dla obywateli są populistyczne rządy i kłamstwo jako narzędzie jej uprawiania. Nie potrafiła pokazać, że naruszana jest godność narodowa w wyniku kompromitacji naszego kraju za granicą. Nie potrafiła zwrócić się do „zwykłego człowieka” z przekazem, że nepotyzm i przywileje władzy to naruszenie elementarnej godności tych, którzy są pozbawieni układów.

Nie było łatwo przejąć od PiS narracji godnościowej, ale mało kto próbował, a część elit politycznych wpisywała się wręcz w przekaz PiS okazując pogardę „ludowi”, który dał się przekupić za 500 zł.

Tymczasem – jak dowodzi w OKO.press Przemysław Sadura, wielu wyborców PiS dokonuje tu po prostu racjonalnej kalkulacji zysków i strat swoich i swojej rodziny.

(4) Nie zarysowała odpowiedzialnej wizji nowoczesnego państwa

Wśród „Siedmiu marketingowych grzechów” opozycji Anna Mierzyńska wymieniła „brak wizji jutra” nie licząc ogólnikowego hasła KO „Jutro może być lepsze”. Już 13 września zniknęło ono zastąpione kampanią wizerunkową Małgorzaty Kidawy-Błońskiej z hasłem „Współpraca, nie kłótnie”, a 16 września sztab ogłosił rozpoczęcie akcji „Silni razem”.

Przekaz pozytywny był chaotyczny i ograniczony do ogólnikowych haseł, przy czym co i raz powracała licytacja na obietnice z PiS na zasadzie, kto da więcej. Tak jakby nie było jasne, że taką licytację z populistą operującym bez ograniczeń budżetem państwa, opozycja musiała przegrać.

A jeżeli już bawić się licytację… Opozycja nie potrafiła znaleźć jednej propozycji przemawiającej do wyobraźni (np. 10 tys. zł dla każdego młodego człowieka „na start” po zakończeniu edukacji – roczny koszt takiego pomysłu to ok. 4 mld zł, 10 razy mniej niż 500 plus).

Opozycja nie zdobyła się na to, by podjąć poważną debatę o problemach państwa – demograficznych, ekologicznych, zdrowotnych, edukacyjnych. Stało za tym prawdopodobnie założenie, że nawet najlepszy program nie ma szans w zestawieniu z prostymi obietnicami typu 500 zł czy 13. emerytury.

Tymczasem badania opinii pokazują, że powszechne jest poczucie, że rządzący powinni skupić się na rozwiązywaniu problemów. W sondażu IPSOS dla OKO.press z lutego 2018 przeważały opinie, że należy zwiększyć wydatki z budżetu przede wszystkim na służbę zdrowia , a zmniejszyć na „programy socjalne, w tym 500 plus”. Kilka innych pracowni uzyskało podobne wyniki.

Może więc nie należało pochopnie rezygnować z poważnej rozmowy o reformie państwa, tak by sprostało wyzwaniom XXI wieku?

Niewykluczone, że nawet obywatele mnie wyrafinowani w myśleniu o problemach państwa daliby się przekonać, że PiS proponuje ogromne transfery, ale zaniedbując usługi publiczne zmusza obywateli do kupowanie ich w prywatnym sektorze zdrowia (dentyści, lekarze, a nawet pogotowia) czy edukacja (płatne studia zaoczne – przede wszystkim dla uboższych studentów oraz plaga korepetycji).

Opozycja nie zarysowała wizji państwa, w którym chciałoby się żyć.

W efekcie głównym motywem głosowania na opozycję pozostaje „anty-PiS”. Pokazał to sondaż OKO.press  z maja 2019, w którym 69 proc. wyborców Koalicji Europejskiej podało, że głównym motywem poparcia KE jest głosowanie „przeciw partiom, które są dla Polski niebezpieczne”.

A także wrześniowy (2019) sondaż „Wyborczej„, w którym 41 proc. wyborców KO podało jako główny motyw swego wyboru „żeby nie wygrała inna partia”.

(5) Partyjniactwo. Nie potrafiła skorzystać z potencjału społeczeństwa obywatelskiego

Partie opozycji nie umiały w kampanii wyborczej skorzystać z potencjału społeczeństwa obywatelskiego i ruchu samorządowego. To tym dziwniejsze, że miały świadomość, że można i warto. W swoim lipcowym wystąpieniu Schetyna deklarował:

„Chcemy otworzyć listy na obywateli, ludzi aktywnych, społeczników, ekspertów, samorządowców, organizacje pozarządowe. Idziemy do wyborów jako Koalicja Obywatelska, ale nie koalicja partii politycznych, tylko ludzi, którzy podzielają nasz światopogląd”.

Niestety, pozostało z tego niewiele, listy wyborcze KO zostały silnie upartyjnione. Tomasza Zimocha – jedynkę KO w Łodzi – trudno uznać za społecznika, to raczej celebryta sprzed lat, w dodatku niezbyt chyba popularny skoro przegrał z bliżej nieznanym posłem-wiceministrem PiS Waldemarem Budą.

Tej oceny nie zmienia kilka „obywatelskich mandatów” zdobytych przez aktywistki z dalszych miejsc, takie jak znienawidzona przez prawicę Iwona Hartwich, organizatorka protestów rodzin z dziećmi z niepełnosprawnościami, albo wiceliderka KOD Magdalena Filiks, autorka m.in. akcji ubierania pomników w koszulki Konstytucja, albo aktywistka feministyczna Anita Kucharska-Dziedzic.

Joanna Scheuring-Wielgus, polityczka-społeczniczka jest ciekawym przykładem. Trudno sobie wyobrazić lepszą kandydatkę Lewicy na liście w Toruniu: lokalna działaczka jako niezależna kandydatka uzyskała 17 proc. poparcia w wyborach na prezydenta miasta w 2014 roku, a jako toruńska posłanka (najpierw Nowoczesnej) zasłynęła zaangażowaniem w obronę praw kobiet, osób z niepełnosprawnościami, demaskowania pedofilii w Kościele.

A jednak szef SLD Włodzimierz Czarzasty dał jedynkę koledze partyjnemu Robertowi Kwiatkowskiemu (ostatecznie zdobył dwa razy mniej głosów niż Scheuring-Wielgus).

Zwyciężyło myślenie o interesie działaczy, nad wizją partii jako siły obywatelskiej czy ideowej.

Ta sama partyjna logika uniemożliwiła (z pojedynczymi wyjątkami) wykorzystanie w kampanii i na listach ludzi kompetentnych i zaangażowanych, którzy walczyli o praworządność w Polsce, wielkich postaci świata prawa i dynamicznych ekspertek, chociażby z Wolnych Sądów.

A także rosnącego ruchu w obronie przyrody i klimatu, gdzie gromadzą się wybitni specjaliści i barwne postaci. A także protestujących nauczycielek i młodych lekarzy. Nie mówiąc o ogromnym potencjale ruchu praw i godności kobiet. Nie wykorzystano wybitnych historyków, którzy bronią prawdy o naszej przeszłości i niezależności muzeów. Aktywistek i aktywistek NGO’sów…

Nie zrobiła tego ani KO, ani – co szczególnie zaskakujące – Lewica.

A wprowadzenie takich osób na listy, jak pokazał przykład Janiny Ochojskiej w wyborach europejskich, dawał właśnie szansę na zyskanie tego, czego opozycji zabrakło. Mogła zwiększyć swą wiarygodność, podkreślić różnicę ze zdyscyplinowaną armią polityków PiS, nadać ton zamiast tylko reagować na PiS, zmobilizować różne grupy zawodowe, interesów czy wartości, zaktywizować mniejsze „bańki internetowe” do poparcia konkretnych wyrazistych kandydatów, pokazać, że dla opozycji liczy się program wyborczy, a nie partyjne gierki i wreszcie dać sygnał, że idzie nie tylko o sukces w wyborach, ale o naprawę psutego przez PiS państwa, naprawę w imię wartości, o które walczą  zaangażowani przedstawiciele społeczeństwa obywatelskiego.

(6) Liderzy nie sprostali. Grzegorz Schetyna…

W powyborczych komentarzach mnożą się spekulacje, kiedy Grzegorz Schetyna ustąpi i kto go zastąpi. List lidera PO z 20 października nie wskazuje na to, że jest gotów do rozliczeń (patrz wyżej). Zapowiada powrót do recepty zjednoczenia całej opozycji, co wydaje się polityczną fikcją w czasach, gdy Lewica i PSL uzyskały dobre wyniki wyborcze i nabierają wiatru w partyjne żagle. Współpraca jest niezbędna, ale nie może już polegać na „zjednoczeniu”, a na pewno nie pod dyktando najsilniejszej partii opozycyjnej.

Narastający kryzys przywództwa wychodzi na jaw teraz, ale trwa od dawna.

W głośnym tekście OKO.press „Petru i Schetyna do wymiany” już w sierpniu 2017 przedstawiliśmy wyniki sondażu IPSOS dla  OKO.press.  Zapytaliśmy w nim, kto byłby najlepszym dziś liderem „twojej partii”. Odpowiedzi były dewastujące dla liderów, zwłaszcza … we własnym elektoracie. Tylko co ósmy zwolennik PO wybierał Schetynę jako najlepszego lidera.

Dwa lata później lider PO – i całej Koalicji Europejskiej – przegrał wybory do PE, a następnie został twarzą kampanii do parlamentu, cały czas dołując też w sondażach zaufania CBOS. We wrześniu 2019 brak zaufania do Schetyny deklarowało 45 proc. badanych, gorzej wypadł tylko Janusz Korwin-Mikke (53 proc.).

Próbą naprawy tego błędu było ogłoszenie Małgorzaty Kidawy-Błońskiej kandydatką KO na premiera, ale zrobiono to dopiero 3 września, a jej kampania wizerunkowa rozpoczęła się 13 września. Ponadto, Grzegorz Schetyna wcale się nie „schował” i stał obok Kidawy-Błońskiej podczas prawie każdej konferencji prasowej, a kandydatka KO nie brała udziału w debatach wyborczych.

Krok był w dobrą stronę, bo kobiecy elektorat stanowi ogromny potencjał wyborczy. W sondażach OKO.press regularnie pokazujemy, jak progresywne są poglądy kobiet (zwłaszcza do 40-tki) w porównaniu z mężczyznami, którzy są znacznie bardziej prawicowi w poglądach i wyborach politycznych (PiS i Konfederacja).

…a także Robert Biedroń

Osobny problem to rozczarowanie zachowaniem Roberta Biedronia. Wystartował z wielkim impetem (tu relacja z „burzy mózgów” w Wałbrzychu, w grudniu 2018), a notowania Wiosny sięgnęły wg IPSOS dla OKO.press w lutym 12 proc., a wg Kantara nawet 14 proc.

Potem nastąpił nieoczekiwany kryzys, który OKO.press opisało w czerwcu : niejasności z finansowaniem kampanii, ukrywany statut partii, a w nim zaskakujące regulacje, i przede wszystkim mętne wyjaśnienia samego Biedronia w sprawie europejskiego mandatu. W niektórych zapowiedziach mówił, że startuje do PE wyłącznie jako lokomotywa listy, ale ostatecznie mandat przyjął, twierdząc, że praca w Brukseli nie naruszy jego zaangażowania w Polsce. Nadal zapowiada, jak zachowa się Sejm, w którym go nie będzie.

Cytowany już Francis Fukuyama zdefiniował pięć cech pożądanych u przywódcy politycznego (stwierdzając przy okazji, że Donald Trump nie ma żadnej z nich):

  • bazowa uczciwość,
  • rzetelność, wiarygodność,
  • głębokie, przemyślane sądy,
  • poświęcenie dla spraw publicznych,
  • własny kompas moralny.

Polska polityka cierpi na deficyt takich postaci, natomiast kryteria spełnia wiele liderek i liderów ruchów obywatelskich i środowisk, które walczyły z „dobrą zmianą”.

Polska, o jakiej marzymy, to ojczyzna wolnych ludzi, którzy czerpią z życia nie przyjemność, lecz satysfakcję – mówi Marcin Król.

Warto teraz, już po wyborach, zastanowić się nad tym, o jakiej Polsce i o jakiej demokracji warto myśleć. Najpierw jednak rozważmy, jakiej Polski nie chcemy.

Bardzo często obecny reżim jest charakteryzowany jako populistyczny i/lub autorytarny, czasem – co jest przesadą – jako totalitarny. Wynika to z braku stosownych określeń, a przede wszystkim z tego, że nie tylko działania, ale też czasem ujawniane przemyślenia Jarosława Kaczyńskiego czy nielicznych innych, a więc Mateusza Morawieckiego i Zbigniewa Ziobry, nie dadzą się opisać przy użyciu klasycznych pojęć. To dziwaczna mieszanina tradycjonalizmu, antymodernizmu, klerykalizmu, pochwały głupoty, banału patriotycznego i rozdawnictwa, a zarazem niechęci do elit, doboru osób o średniej inteligencji, ale usłużnych – mieszanina niespójna, nieco lewicowa w sferze społecznej, silnie prawicowa w sferze obyczajowej.

Takiej Polski na pewno nie chcemy, ale czy to jest autorytaryzm? Mamy precedens, o którym nie pamiętamy.

Wielka rodzina

Otóż w 1932 roku w Portugalii premierem został António Salazar i był nim przez następne 36 lat. Salazar był człowiekiem inteligentnym, ascetycznym, zdecydowanie przeciwnym nowoczesności, walczącym katolikiem. Nie miał wysokiego mniemania o swoich rodakach, więc postanowił urządzić im świat publiczny i prywatny. Ideologię (i w znacznej części praktykę) zaczerpnął od Piusa XI.

Rok przed objęciem władzy przez Salazara Pius XI w encyklice „Quadragesimo anno” zarysował projekt katolickiej gospodarki, katolickiego państwa i katolickiej rodziny. Było to ledwie kilka lat po Wielkim Kryzysie, a zarazem w czasach rosnącego w siłę nazizmu i faszyzmu – już u władzy we Włoszech.

Papież (a potem Salazar) obawia się przede wszystkim modernizacji, która podważa rolę Kościoła. Dlatego kapitalizmowi przeciwstawia gospodarczy solidaryzm i korporacjonizm, a przede wszystkim staje w obronie tradycji i katolickiej rodziny. „Państwo zaś, dostrajając własność prywatną do potrzeb ogółu, nie wyświadcza posiedzicielom prywatnym przysługi wrogiej, lecz przyjazną. Tym bowiem sposobem zapobiega skutecznie, aby własność prywatna, której Stwórca natury w swej Opatrzności udzielił jako pomoc życiową, nie doprowadziła do stosunków nieznośnych i sobie tym samym grobu nie wykopała”.

Solidaryzm i korporacjonizm dały początek „salazaryzmowi” – idei narodu jako wielkiej rodziny, którą trzeba się opiekować (dodajmy, że Salazar doprowadził Portugalię do całkowitej ruiny gospodarczej).

Zatem nie chcemy „solidaryzmu” ani „salazaryzmu”.

Kiedy państwo sobie nie radzi

Wiemy już, jakiej Polski nie chcemy. A jakiej chcemy? Trzeba przyjąć dwa założenia.

Pierwsze, że istotą, podstawą polskości jest romantyzm. Oraz drugie, że nadszedł czas walki nie tylko o środowisko naturalne, ale także o środowisko polityczne. Walka o ekologię polityczną i walka o środowisko naturalne to batalie ściśle powiązane. Nie zmienimy świata naturalnego bez zmiany świata politycznego. Polska mogłaby być jednym z krajów, które wskazują drogę.

Żeby zmienić środowisko polityczne, trzeba zmienić nasze poglądy na cele, do których zmierzamy, i na sposoby realizacji tych celów. Najważniejsze jest radykalne odrzucenie idei wzrostu jako naczelnej. Oczywiście dobrze jest, gdy cywilizacja się rozwija, ale celem jest nie przyrost PKB, lecz rozszerzenie sfery naszego duchowego kontaktu z sobą samym, z innymi i z całym światem. Stąd zasadnicze zmniejszenie roli państwa jako dystrybutora PKB. Już dzisiaj większość państw nie radzi sobie ze służbą zdrowia, z edukacją czy z transportem. Kryzys centralnie sterującego ośrodka jest nieunikniony, bowiem powszechny charakter coraz droższych świadczeń medycznych, powszechny charakter szkolnictwa średniego i wyższego oraz powszechne przemieszczanie się miliardów ludzi przekraczają zdolności państwowego nadzoru.

Trwanie stanu obecnego, nawet przy najlepszych intencjach polityków, musi powodować populizm.

Polityka jako forma sprzedaży towarów przecenionych, poprzedzona kolosalnymi nakładami na reklamę i rozdawnictwo, wyczerpuje możliwości.

Idea demokratyczna jest oparta na – nie będziemy przytaczać Rousseau czy Tocqueville’a – polityce romantycznej. U jej podstaw znajdują się chęć, nadzieja, przekonanie, marzenie, że my sami wspólnie będziemy sobą rządzili. Ani idea powszechnych wyborów, ani – tym bardziej – istnienie partii i wielu innych instytucji nie są, wbrew pozorom, konieczne dla istnienia demokracji. Konieczne jest tylko istnienie wspólnoty politycznej, i to poczynając od jak najniższego poziomu społecznego.

Przyjemności, ale duchowe

O wspólnocie politycznej napisano bardzo dużo. Przedstawiano ją jako wspólnotę interesów, wspólnotę przeciwstawioną liberalnemu indywidualizmowi (komunitarianie) czy też wspólnotę typu samorządowego. Otóż jestem przekonany, że jedyna rzeczywista wspólnota polityczna musi mieć charakter duchowy. To forma ojczyzny, w której czujemy się najlepiej, bowiem panują w niej ciepłe uczucia, a nienawiść jest zniwelowana w stopniu, jaki tylko jest możliwy.

Polska tradycja romantyczna jest tu szczególnie przydatna. Nie dlatego, że jest polska, ale dlatego, że romantyczna, czyli przenosi naszą krzątaninę na poziomie materialnym, pełnym zawiści i konkurencji, na poziom wyższy. Dlatego, że zakłada, że ludzie w sprzyjających warunkach mogą skłaniać się ku dobru, prawdzie i pięknu.

W wielu krajach życie zdominował brutalny utylitaryzm, czyli dążenie do przyjemności materialnych. W Polsce jednak wciąż obecna jest szansa na inną formę życia, bo duchowość romantyczna jest wciąż żywa. Romantyzm także kieruje nas ku przyjemnościom, ale ku przyjemnościom życia duchowego. Czy to brzmi aż tak górnolotnie? Wcale nie, co zaraz się okaże.

Sławne sformułowanie „za wolność waszą i naszą”, upowszechnione na emigracji po powstaniu listopadowym, było często wyszydzane (bezpośrednio przez endecję, ale także w ksenofobicznej ideologii PiS – w stosunku do uchodźców). Jednak z demokratycznego i romantycznego punktu widzenia jest ono w pełni trafne. Rezygnując z idei wzrostu na rzecz idei wspólnoty, musimy przecież poświęcić jakąś część naszego czasu dla innych.

Może wystarczy przeznaczyć sześć godzin tygodniowo na działalność dobrowolną i społeczną na rzecz naszych instytucji lokalnych. Oczywiście może to oznaczać mniejsze zarobki, czyli mniej niższych przyjemności.

Ale w zamian uzyskujemy dostęp do przyjemności wyższych – szansę na satysfakcję z naszego życia, a nie tylko na przetrwanie przy telewizorze lub wódce. Zyskujemy szansę na najważniejszą formę kontaktu z innymi, czyli na przyjaźń (tu wódka wcale nie jest naganna).

Wszystko to jednak wymaga odrzucenia dotychczasowych instytucji politycznych.

Więcej religii

Przede wszystkim radykalna decentralizacja. Trzeba dokonać przeglądu i sprawdzić, gdzie rola państwa jest minimalna. Państwo nie powinno być głównym redystrybutorem pieniędzy z podatków. Decentralizacja wiąże się z zasadniczym zwiększeniem funduszy obywatelskich w gminie, powiecie itd. Nie wójt i rada gminy, lecz wszyscy jej mieszkańcy powinni decydować o istotnych sprawach. Nie chodzi jednak o samorządy (cenne w ramach tej wizji), lecz o wspólnotę polityczną na poziomie gminy lub innej formy społecznej organizacji. Takie wspólnoty mogą delegować przedstawicieli do ciał wyższych, o charakterze płynnym i tylko w niewielkim stopniu związanych z instytucją państwa, która powinna pełnić funkcje czysto usługowe.

Dla romantycznej wizji demokracji przydatna byłaby religia. Powtarzam za Tocqueville’em: religia jako siła pomocna dla duchowości, ale pozbawiona ambicji politycznych. Dziś to niewykonalne, ale też zmiana duchowa nie będzie możliwa bez zmiany Kościoła, a zwłaszcza jego hierarchii, która wyzbyła się duchowości do zera.

Nie przyjemność, ale satysfakcja

Polska, o której marzymy, to ojczyzna wolnych ludzi, którzy czerpią z życia nie przyjemność, lecz satysfakcję. To ważne rozróżnienie. Pomaganie innym nie jest przyjemnością, ale dodaje odrobinę do satysfakcji z dobrego życia. Solidarność z innymi, krzywdzonymi przez instytucje, to także satysfakcja, również sfera przyjemności wyższych. Wolni ludzie spełniają się w dążeniu do satysfakcji duchowych.

Nie należy konstruować ich katalogu, bo duchowość każdego człowieka jest inna i całkowicie prywatna. Wolność i tak będzie wykorzystana, jeżeli osiągniemy choćby minimalny poziom realizacji duchowej. Wtedy będziemy chcieli działać dla demokracji.

Powiada się co najmniej od Machiavellego, że polityka nie ma nic wspólnego z moralnością. Zgoda, ale już Machiavelli (a przedtem Cyceron) łączył wizję wolnej republiki z życiem duchowym obywateli.

Demokracja oddolna i duchowość romantyczna – to nasze drogowskazy. Dalej! W drogę!

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s