Pisowskie Pokraki ośmieszają imię Polski

Prawo i Sprawiedliwość nie wyciągnęło żadnych wniosków z przegranej kandydatury Beaty Szydło, która miał zostać przewodniczącą komisji zatrudnienia i spraw socjalnych Parlamentu Europejskiego. Była premier nie była mile widzianą kandydatką, stąd po przegranym głosowaniu Polsce zaproponowano w kuluarach zmianę kandydatki z gwarancją poparcia naszych partnerów. Jednak rząd wolał iść na starcie, w efekcie Szydło ponownie przepadła, a ważne stanowisko otrzymała zamiast Polki polityk ze Słowacji.

W przypadku komisarza ds. rolnictwa, którego miał wyznaczyć rząd PiS, szykuje się podobny scenariusz. Po fatalnym przesłuchaniu Janusza Wojciechowskiego, który okazał się całkowicie nieprzygotowany merytorycznie w sprawach rolnictwa, w Brukseli oczekuje się nowej kandydatury na to stanowisko. Z tego powodu, jak donosi “Rzeczpospolita” przyspieszono ponowne przesłuchanie Polaka z 14 na 7 października, aby móc szybciej odrzucić jego kandydaturę, ponieważ Bruksela nie chce opóźniać wyłonienia całego składu Komisji Europejskiej. Polska jednak zamiast uniknąć blamażu i z twarzą zaproponować kogoś mniej kontrowersyjnego, uznała, że będzie forsować Wojciechowskiego za wszelką cenę. Mamy więc podobną sytuację jak z Beatę Szydło, czy wcześniej przeciw Tuskowi, z kandydaturą Jacka Saryusza-Wolskiego. Rzecznik rządu pytany, czy polska strona musi szukać nowego kandydata, zaprzeczył. “My cały podtrzymujemy kandydaturę Janusza Wojciechowskiego i liczymy na to, że ona w przyszłym tygodniu zostanie zaakceptowana i z tej kandydatury nie wycofujemy się. Uważamy, że to jest bardzo dobra kandydatura, posła przez wiele lat do Parlamentu Europejskiego, osoby, która zna się na rolnictwie, w związku z tym to jest bardzo dobry kandydat i dziwią mnie trochę te opinie, które pojawiają się w Parlamencie Europejskim”.

Rzecznik ocenił także, sam Wojciechowski podczas przesłuchania wypadł dobrze. Nie przeszkadzał w tym fakt, że gdyby rzeczywiście tak było, to jego kandydatura byłaby już w zasadzie zaakceptowana. Zamiast tego jednak skierowano do niego pytania z oczekiwaniem uściślenia odpowiedzi i wyznaczono kolejne przesłuchanie, które jest spowodowane niepowodzeniem poprzedniego.

Można by pomyśleć, że to jest gra dyplomatyczna ze strony rządu, jednak tego typu twarda, ignorująca realia europejskiej polityki rozgrywka była przez PiS kilkakrotnie przeprowadzana. Zawsze z tragicznym dla wizerunku kraju skutkiem. Zdaje się jednak, że wstawanie z kolan tyczy się tylko skoków na spółki i stanowiska, a kiedy chodzi o dobre imię kraju, to “prawdziwych patriotów” to już zupełnie nie obchodzi.

Pisowskie Pokraki ośmieszają imię Polski.

Kmicic z chesterfieldem

– Mam nadzieję, że Mateusz Morawiecki będzie premierem przez bardzo wiele lat. Może nawet pobije Cyrankiewicza – mówił Jarosław Kaczyński.

Więcej o Kaczyńskim u Rydzyka tutaj >>>

Pozwani zostali:

  • Zbigniew Ziobro, który reprezentuje Skarb Państwa
  • były wiceminister sprawiedliwości Łukasz Piebiak
  • sędzia Jakub Iwaniec, któremu po publikacjach Onetu cofnięto delegację do MS
  • były Prezes Sądu Okręgowego w Gliwicach sędzia Arkadiusz Cichocki
  • były szef biura KRS Tomasz Szmydt
  • prezes Sądu Okręgowego w Rzeszowie i członek KRS Rafał Puchalski

Pozew został złożony przez prof. Krystiana Markiewicza, prezesa „Iustitii”, za „szerzenie zorganizowanej nienawiści wobec niego i środowiska sędziowskiego”.

Małgorzata Kidawa-Błońska miodzio, czytaj tutaj >>>

Profesor żąda zakazania pozwanym rozpowszechniania informacji lub twierdzeń dotyczących jego życia prywatnego oraz rozpowszechniania nieprawdziwych twierdzeń na swój temat”. Domaga się również przekazania 50 tys. zł na rzecz Fundacji Dom Sędziego Seniora oraz publikacji przeprosin w Rzeczpospolitej, Gazecie Wyborczej, TVN24, Polsat News oraz TVP Info.

– „Od miesiąca czekałem…

View original post 905 słów więcej

 

Kościół katolicki i PiS w amoralnym sojuszu

Rozdział państwa od Kościoła był dużym osiągnięciem cywilizacyjnym Europy, który zakończył stulecia traktowania religii jako  narzędzia polityki i walki o wpływy bardziej niż systemu zasad moralnych i wierzeń. Oddzielenie obu sfer pozwoliło podmiotom religijnym nie wykluczać ze swojego grona ludzi w zależności od poglądów, a także zmniejszyło ryzyko korupcji politycznej, kiedy instytucja mająca dotarcie do milionów wyborców lepsze niż nawet największe w kraju media, mogła zwyczajnie skapitalizować swoje kanały komunikacji dla bieżącego interesu hierarchów. Jednak w Polsce rozdział państwa od Kościoła kuleje. Duchowni w ostatnim czasie coraz odważniej zabierają głos w sprawach politycznych, stając się często centralnymi figurami sporu wyborczego w Polsce. Dziś dochodzimy do momentu kiedy kościół jawnie wspiera w wyborach partię rządzącą.

Przykładów parafii, które przypominają bardziej tablice reklamowe polityków PiS niż świątynie można szukać w setkach (ostatnie  z Częstochowy, Białegostoku i Rzeszowa), jednak tu zawsze ze strony episkopatu mógł paść argument, że to zagubione owce, pojedynczy proboszczowie, którzy na własną rękę wsparli działania PiS. Taka zasłona dymna ostatecznie jednak opadła teraz, kiedy przewodniczący konferencji episkopatu Polski sam wskazał wiernym, na kogo mają głosować. Abp Stanisław Gądecki wydał specjalne oświadczenie dotyczące wyborów, w którym możemy wyczytać, co cechuje “dobrego kandydata”. Opis ten zaś zdaje się być kopią przemówienia Jarosława Kaczyńskiego, z tą różnicą, że partia rządząca nie jest wymieniana wprawdzie z nazwy, ale stała się sugestywnie wskazywanym podmiotem domyślnym całego tekstu.

Hierarcha wskazał, że wszyscy katolicy niezależnie od poglądów mają pewne obowiązki:
„Jednocześnie zdaję sobie sprawę z tego, że – w zakresie porządku spraw doczesnych – także między katolikami mogą istnieć uprawnione różnice poglądów. Pluralizm nie może jednak oznaczać moralnego relatywizmu, (…) fundamentalne zasady etyczne (…) nie mogą być przedmiotem ‘negocjacji”.

Jednak problem pojawia się, kiedy hierarcha przechodzi do zdefiniowania tych fundamentalnych wartości. Te bowiem pokrywają się z tak nachalnym przekazem dnia dobrej zmiany z ostatnich miesięcy. Mamy więc histerię wokół edukacji seksualnej w szkołach, akceptacji dla jawnego życia w społeczeństwie osób LGBT, czy kwestii aborcji.

„Katolicy powinni popierać programy broniące prawa do życia od poczęcia do naturalnej śmierci, gwarantujące prawną definicję małżeństwa jako trwałego związku jednego mężczyzny i jednej kobiety, promujące politykę rodzinną, wspierające dzietność, gwarantujące prawo rodziców do wychowania własnego potomstwa zgodnie z wyznawaną wiarą i moralnymi przekonaniami”.

Mamy zatem dla Katolików plusy – “chłopak-dziewczyna normalna rodzina” z narracji narodowców i PiS, tak głośna w słowach prezesa “Wara od naszych dzieci”, strefach wolnych od LGBT i przemocy z Białegostoku. Mamy seksualizację dzieci, temat, który został przez PiS wykreowany pomimo tego, że to rząd kontroluje edukację i to on odpowiada za podstawę programową zajęć w szkołach. Zatem bez kontroli nad MEN nikt nic w tym temacie nie może zrobić, a patrząc po opozycji nikt nawet nie chce. Tymczasem nauka o seksualności istniała w polskiej szkole od wielu lat, z tym że była nieudolnie prowadzona, a także nie była jeszcze chodliwym tematem politycznej historii. Mamy do czynienia z agitacją na rzecz jednej partii, tym bardziej że wbrew politycznym sugestiom arcybiskupa zajęcia tego typu są dobrowolne, także rodzic decyduje o udziale w nich swojego dziecka. Mamy tu w końcu i 500+. W końcu nikt jak PiS nie prowadzi polityki prorodzinnej. W tym ostatnim obszarze sugestia jest oczywista, ponieważ gdyby trzymać się faktów, to trzeba byłoby dostrzec, że i poprzednicy PiS rozszerzali ulgi podatkowe na dzieci, a najwięcej w sprawie dzietności robi nie rząd, a samorządy, prowadzące rozbudowę infrastruktury żłobkowej. Gdyby trzymać się faktów, to apel duchownego nie miałby sensu, ponieważ nie byłoby kandydatów wspierających rodzinę vs niewspierających. Taka manipulacja abp. Gądeckiego wpisuje się bowiem w kampanię wyborczą PiS. Dla niedowiarków, którzy mogliby uznać, że powyższe jest histerią “totalnych”, zostawiam kolejny fragment oświadczenia, który wprost uderza w Lewicę i pośrednio Koalicje Obywatelskie za pomocą argumentów rodem z TVP:

„W związku z tym katolicy nie mogą wspierać programów, które promują aborcję, starają się przedefiniować instytucję małżeństwa, usiłują ograniczyć prawa rodziców w zakresie odpowiedzialności za wychowanie ich dzieci, propagują demoralizację dzieci i młodzieży. Nie mogą się zdecydować na wybór kandydata, który wyraża poglądy budzące zastrzeżenia z punktu widzenia moralnego oraz ryzykowne z punktu widzenia politycznego”

W tekście Stanisława Gądeckiego nie ma niestety miejsca na wewnętrzną decyzję każdego z wiernych. Nie ma tu miejsca na typowych dla ludzkiego życia odcieni szarości. Zamiast tego oferuje się wiernym jasny podział na tych “dobrych” i tych “złych”, do których to grup w sposób czytelny dla wiernych przyporządkowuje się poszczególne obozy polityczne w kraju. Tym samym Kościół katolicki w Polsce stał się bezpłatną platformą kampanii wyborczej Prawa i Sprawiedliwości. Jest to godne najwyższego potępienia, ponieważ widać wyraźnie, że duchowni zamiast zbawieniem wiernych wolą zajmować się załatwianiem swoich interesów. Dokładnie tak samo jak kupcy, których Jezus w ewangelii musiał osobiście przepędzić ze świątyni.

Małgorzata Kidawa-Błońska miodzio, czytaj tutaj >>>

Wyimaginowany wróg polityczny….!!!!! Zastępuje „Radio wolna Europa” XXI w. – …..!!!!

Sojusz PiS i twardogłowego Kościoła, czyli PS i zdemoralizowanego Watykanu, jest faktem, jak był sojusz PZPR i Kremla.

Kmicic z chesterfieldem

Mieszkanka Sosnowca poprosiła przebywającego w tym mieście ministra sprawiedliwości Zbigniewa Ziobrę „na słowo”.

Wymianę zdań zarejestrowała kamera TVN24 i pokazało „Szkło kontaktowe”. Chwilę wcześniej kilka osób dziękowało mu za przybycie, tymczasem kobieta spokojnym głosem powiedziała: – Przykro mi, że ta Polska przez was wygląda tak jak wygląda. Nie liczycie się z nikim. Proszę mi wybaczyć, ale pan szczególnie jest zero, tak jak powiedział pan (Leszek) Miller. 

Minister najpierw odpowiedział krótkim „rozumiem”, lecz po chwili zaczął się bronić (do czego ma wszak prawo).

Po jakie argumenty sięgnął? – Wie Pani, że mafiom odebraliśmy 500 plus? Czy pani wie, że mafiom odebraliśmy 500 plus? – argumentował minister. – Czy pani wie o tym, że trzynasta emerytura? Cieszę się, że mafiom odebraliśmy – uparcie powtarzał, ignorując pytanie, czy „chodzi po sklepach”.

Trudno o bardziej czytelny sygnał, co władza sama o sobie myśli.

View original post 2 217 słów więcej

 

Kaczyński dąży do rozlewu krwi

Posłanka PiS, członkini Rady Mediów Narodowych, Joanna Lichocka w rozmowie z „Wprost” pokazała, że Prawo i Sprawiedliwość nie odpuści i będzie dążyło do całkowitego przejęcia kontroli nad rynkiem mediów. Posłanka uważa, że niezbędna jest dekoncentracja kapitału medialnego, czyli innymi słowy zmuszenie większości właścicieli mediów prywatnych do nagłej, często poniżej ceny rynkowej, sprzedaży części tytułów, na których kupno, jak pokazała sprawa Radia Zet, będą już czekały prorządowe media zasilane kredytami państwowych banków. Posłanka ewidentnie liczy, że zwycięstwo wyborcze pozwoli rozprawić się z niezależnymi mediami raz na zawsze. Wszystko dlatego, że to ostatnie da PiS niezbędne silne zaplecze polityczne, ponieważ „wrzask, jaki się podniesie w tej sprawie, już nawet po tej mojej wypowiedzi, będzie ogromny (…) Hegemoni na tym rynku, niewahający się wyrzucać dziennikarzy za poglądy czy cenzurować niewygodne dla swego obozu informacje i opinie krzyczeć będą, że próba odebrania im tej hegemonii na rynku to walka z wolnością słowa”.

W świetle kolejnych informacji o wyrzucaniu z TVP czy Polskiego Radia dziennikarzy za brak uległości i niewygodne pytania, takie postawienie sprawy wydaje się być groteskowe, ale niestety w Polsce takie oczywiste kłamstwa zdają się na obywateli działać. Stąd Joanna Lichocka czuje się bezkarnie i całkowicie puszcza wodze fantazji. Jej zdaniem to bowiem media komercyjne prowadzą nagonkę i kampanię hejtu. Polityk show nienawiści TVP, które doprowadziło m.in. do śmierci prezydenta Gdańska Pawła Adamowicza i agresji w Białymstoku, nie przeszkadza, niczym za złotą zasadą goebbelsowskiej propagandy, łatwiej oskarżać media niesympatyzujące z rządem o zamiary przyświecające Prawu i Sprawiedliwości. Lichocka w pierwszej kolejności odmawia mediom prywatnym podmiotowości, stawiając prostą wizję świata “my” kontra “oni”, gdzie każdy, kto nie jest usłużnym klakierem władzy, jest propagandzistą na pasku Platformy Obywatelskiej.

“Mamy do czynienia ze zorganizowanym hejtem i propagandą większości mediów komercyjnych, więc media publiczne, jeżeli chcą prostować kłamstwa i zrównoważyć przekaz, stają na linii frontu”

Joanna Lichocka, niczym wybudzona po czteroletniej śpiączce, całkowicie ignoruje strategię przemysłu medialnego Jacka Kurskiego, którego kontrolą zawodowo się przecież zajmuje. Uderza za to w media niezależne od PiS, że te cenzurują niewygodne wiadomości: “Od tego, co wyprawia „Gazeta Wyborcza” czy TVN włos się jeży na głowie – to z jednej strony regularne szczucie na nas, z drugiej cenzurowanie informacji niewygodnych dla ich obozu politycznego”.

Narracja PiS jest tutaj do tego stopnia skuteczna, że na media nie będące w grupie prorządowych często mówi się – te “nieprzychylne” czy “krytykujące”, stawiając je w roli z góry stronniczych, jakby piętnowanie populizmu polityków spod każdego szyldu nie było obowiązkiem dziennikarzy. W przypadku słów Lichockiej ironią losu może być dobór mediów oskarżanych o cenzurowanie. Czyż nie “Gazeta Wyborcza” stała za nagłośnieniem afery reprywatyzacyjnej, która uderzyła w PO i pozwoliła wybić się takim “geniuszom” polityki jak Patryk Jaki. Tymczasem w mediach podległych Lichockiej nawet w materiale o grzybobraniu potrafiono zrobić nagonkę polityczną na PO. Wspomniany materiał osiągnął taką skalę absurdu i groteski, że warto go zobaczyć, aby mieć świadomość z jakiego poziomu własnej moralności politycy PiS krytykują innych.

Kiedy TVP atakowała nauczycieli, lekarzy, niepełnosprawnych, to Lichocka nie protestowała, jednak poczuła się już dotknięta, kiedy spotkała się podczas kampanii wyborczej z agresywną reakcją jednego z wyborców: „Idźcie stąd, wszędzie was pełno, jesteście jak pluskwy” Takiego języka wcześniej nie było. (…) Tej pani o pluskwach nie przyszłoby do głowy mówić, gdyby nie polityka nienawiści jaką od lat stosuje PO“- skomentowała.

Można byłoby uronić łzę nad losem posłanki gdyby nie fakt, że media, za których etykę odpowiada, zasiadając w Radzie Mediów Narodowych, same od miesięcy prowadzą akcję dehumanizacji mniejszości seksualnych, starając się pozbawić je “polskości”. Zresztą czyż to nie polityczny idol Lichockiej, Jarosław Kaczyński, wprowadził do języka polskiej polityki mówienie o imigrantach jako roznosicielach chorób, a krystalicznie czysty episkopat i abp Jędraszewski nie nazwali kilkuset tysięcy Polaków zarazą?

Jeśli przy istnieniu niezależnych od polityków mediów osoba odpowiedzialna za kontrolę stanu mediów publicznych tak ostentacyjnie kłamie, to aż włos jeży się na głowie na myśl, co stanie się, kiedy zupełnie zabraknie tych, którzy weryfikują słowa rządzących. Ten dzień może jednak wkrótce stać się rzeczywistością. I nie jest to wizja żadnych “totalnych” jak lubuje się mówić PiS, ale prosta konsekwencja nacjonalizacji mediów prywatnych i postawienie prorządowych dziennikarzy w roli cenzorów i dystrybutorów legitymacji dziennikarskich w zapowiedzianym już przez PiS samorządzie zawodowym. Stawką wyborów 13 października staje się zatem wolność słowa w Polsce.

Małgorzata Kidawa-Błońska miodzio, czytaj tutaj >>>

My pragniemy Polski uczciwej, w której uczciwość i prawo są na pierwszym miejscu, a tymczasem mamy podejrzany hotel na godziny, oszustwa podatkowe i bezczelne okradanie państwa. Ja się na taką Polskę nie godzę! Ja chcę Polski uczciwej i dumnej, jak Wawel, a nie kamienica Banasia – mówiła na konwencji Koalicji Obywatelskiej w Krakowie kandydatka na premiera Małgorzata Kidawa-Błońska. – Różnica pomiędzy Polską naszych marzeń a Polską obecnie rządzących jest taka sama, jak między siedzibą królów polskich a słynną już niestety kamienicą prezesa NIK – dodawała. Z kolei Grzegorz Schetyna prosił o jeszcze o 2 tygodnie ciężkiej pracy.

Podczas jednego ze swoich wystąpień, Jarosław Kaczyński, oświadczył, że pisowskiemu rządowi udało się więcej zrobić w ciągu 4 lat, niż generalnie w historii udało się osiągnąć przez lat 1000 i jeszcze 50 -siąt.

Domyślam się, że ten okres Kaczyński wyliczył poczynając od umownej daty chrztu Polski. Jakże by inaczej. Przecież jak twierdzi prezes, nie ma moralności poza Kościołem. Każdy ma taki kalendarz, z którym mu najwygodniej.

Zatem jak się okazuje, żaden tam Chrobry, żadne Grody Czerwieńskie, żaden Łokietek i Kazimierz Wielki, co to Polskę zostawił murowaną, żaden Litwin Jagiełło i Grunwald, żadne Kircholmy, żadne unie realne, czy personalne, żadne Rzeczpospolite Obojga Narodów, żadne tam wiedeńskie odsiecze, a później żadne konstytucje, Komisje Edukacji Narodowej, żadna ofiara z krwi tak ochoczo składana przez wieki, okazuje się, że wystarczy:

  • a) pogwałcić, podeptać i zakpić sobie z trójpodziału władzy, niezawisłości sędziowskiej, etosu służby cywilnej;
  • b) pogwałcić, podeptać i zakpić sobie z Konstytucji, zrobić z niej symbol „układu” i narzędzie „fałszywych elit”, służące obecnie rządzącym do kancerowania „zdrowej tkanki narodu”, a strażnikiem tejże konstytucji uczynić wystarczy bezwolną kukiełkę pozbawioną woli i charakteru, natomiast premierostwo zdać należy na ręce cynicznego kłamcy o talencie aktorskim godnym braci Mroczków;
  • c) zamienić Armię Krajową i Bohaterów Getta na Narodowe Siły Zbrojne i Brygadę Świętokrzyską;
  • d) wzniecać nienawiść do mniejszości narodowych, uchodźców, osób nieheteronormatywnych;
  • e) montować w teoretycznie świeckim państwie katofaszystowski reżim, z całym tym rekwizytorium pełnym purpuratów, aroganckich hierarchów i przepychu władzy Kościoła, który nie widzi dalej niż pieniądz i wpływy. I nawet już się tego nie wstydzi. Już tego nie maskuje tym „ubogacaniem” w duchowe wartości.

Wystarczy, mniej więcej, takie cuda wyczarować z niczego, w ciągu czterech magicznych lat pisowskiej „kontrreformacji” i mamy sukces na miarę tysiąclecia.

Ważne, żeby jak chce kawaler Kaczyński – rodzina to był tatuś płci męskiej i mamusia płci żeńskiej, którym rodzą się rumiane i tłuste katolickie dzieci. Planowane i płodzone jak Pan Bóg przykazał, w oparciu o kalendarzyk i za wstawiennictwem świętego Jana Pawła.

Wielka Polska nadeszła jak ta wiosna z wierszyka u Brzechwy. Przyszła pieszo i niepostrzeżenie. I gdyby nam Kaczyński nie powiedział, że to już się wydarza, że właśnie staje się ta wiekopomna chwila, że to jest zwieńczenie tysiącletnich trudów, to byśmy znowu nie dowiedzieli się, jacy jesteśmy wyjątkowi i jacy jesteśmy szczęśliwi.

Dobrze, że mamy Kaczyńskiego, ponieważ moglibyśmy tej Wielkiej Polski nie poczuć i nie zauważyć, a to byłoby niepowetowana strata, w kraju, w którym tylu maluczkich od setek lat śni sen o wielkości.

Przywrócenie prawidłowego obsadzenia i kierownictwa TK; wznowienie postępowań, w których orzekały osoby nieuprawnione do zasiadania w TK; reforma systemu dyscyplinarnego dla sędziów TK – to trzy rekomendacje przygotowane przez wybitnych prawników, prof. Marcina Matczaka i dr Tomasza Zalasińskiego w cyklu ForumIdei Fundacji im. Stefana Batorego

„Wierzę, że w Polsce – i to szybciej, niż później – przywrócenie praworządności będzie możliwe. Cykl ekspertyz prawnych przygotowanych dla ForumIdei Fundacji im. Stefana Batorego jest wyrazem troski o to, żeby rządy prawa wróciły na należne im miejsce. Ten powrót jest absolutnie konieczny” – mówi prof. Marcin Matczak, współautor, wraz z dr Tomaszem Zalasińskim, ekspertyzy pt. Preferowane kierunki zmian prowadzących do przywrócenia prawidłowego funkcjonowania Trybunału Konstytucyjnego”.

„Nasza ekspertyza jest apolityczna. Kierujemy ją do wszystkich stron, którym zależy na przywróceniu porządku prawnego w Polsce. O apolityczności naszego działania świadczy, że zaproponowany sposób przywracania prawidłowego funkcjonowania Trybunału Konstytucyjnego, różni się chociażby od propozycji Aktu Odnowy Demokracji, jaki przedstawiła Platforma Obywatelska (więcej o pomysłach opozycji na przywracanie praworządności w wywiadach z Kamilą Gasiuk-Pihowicz o pomysłach Koalicji Obywatelskiej i Krzysztofem Śmiszkiem o propozycjach Lewicy – przyp.red.).

Zalecamy mozolny, ale konieczny, proces przywracania rządów prawa. Naprawa państwa prawa nie może się odbywać jak naprawa starego zegarka, jednym stuknięciem młotka. Jednym ruchem nie da się wszystkiego odwrócić”

– zauważa prof. Matczak.

Dr Tomasz Zalasiński przypomina, że kwestia obsadzenia, przewodnictwa i funkcjonowania TK nie może nigdy umykać naszej uwadze, nawet w ferworze innych zmian dotyczących wymiaru sprawiedliwości.


#OKOnawybory: przed wyborami parlamentarnymi Archiwum Osiatyńskiego i OKO.press omawiają kluczowe raporty, analizy i ekspertyzy na temat zmian dotyczących praworządności oraz ustroju Rzeczpospolitej, które zaszły podczas VIII kadencji Sejmu, przez cztery lata „dobrej zmiany” PiS. Oprócz diagnozy zniszczeń, przedstawiamy też rekomendacje, jak przywrócić i ulepszyć państwo prawa.

Prof. Marcin Matczak* dr Tomasz Zalasiński** z Zespołu Ekspertów Prawnych Fundacji im. Stefana Batorego przygotowali ekspertyzę pt.Preferowane kierunki zmian prowadzących do przywrócenia prawidłowego funkcjonowania Trybunału Konstytucyjnego”. To pierwsza z cyklu pięciu publikacji przygotowanych dla ForumIdei Fundacji Batorego.

Prof. Matczak i dr Zalasiński o tym, jak przywrócić porządek w TK

Po pierwsze, należy przywrócić prawidłowe obsadzenie i kierownictwo Trybunału Konstytucyjnego.

Podczas trwania VIII kadencji Sejmu do składu TK wprowadzono osoby, które nie mają statusu sędziów TK. Zasiadają one w składach orzekających i biorą udział w wydawaniu orzeczeń TK. Jednocześnie od orzekania odsuwanych jest czterech sędziów wybranych w poprzednich kadencjach Sejmu.

W grudniu 2016 roku niezgodnie z wymogami ustawowymi i konstytucyjnymi powołano nowe kierownictwo.

Dlatego zaleca się wprowadzenie do TK osób powołanych w jego skład przez Sejm VII kadencji, czego zgodność z Konstytucją RP potwierdził nigdy w pełni niewykonany wyrok TK z 3 grudnia 2015 roku o sygnaturze K 34/15. W tym celu Sejm RP kolejnej kadencji, na podstawie art. 8 ust. 1 w związku z art. 190 ust.1 Konstytucji RP oraz postanowienia TK z 30 listopada 2015 roku, powinien uchwalić, że działania Sejmu RP i Prezydenta RP, ze względu na sprzeczność z postanowieniem zabezpieczającym wydanym przez TK z 30 listopada 2015, nie wywoływały skutków prawnych.

Należy rozważyć zastosowanie art. 190 ust. 4 Konstytucji RP, który pozwala wzruszyć nie tylko wyroki sądowe czy decyzje administracyjne, ale i „inne rozstrzygnięcia”, takie jak uchwały Sejmu VIII kadencji uchylające uchwały wybierające trzech sędziów wybranych przez Sejm VII kadencji oraz uchwały dokonujące ponownego wyboru pięciu sędziów TK, w tym trzech osób nieuprawnionych do orzekania w TK. Podstawą prawną tych uchwał Sejmu, wydanych 2 grudnia 2015, nie była znowelizowana ustawa o TK z 19 listopada 2015, która zaczęła obowiązywać 5 grudnia 2015, ale art.137 ustawy o TK z 25 czerwca 2015 roku (Dz.U. 2015 poz. 1064).

Sejm RP kolejnej kadencji na podstawie art. 190 ust. 4 Konstytucji RP i odpowiednich przepisów Regulaminu Sejmu powinien wznowić postępowanie w sprawie wyboru trzech sędziów TK dokonanego 2 grudnia 2015 roku, uznać ten wybór za nieważny, a ze względu na jego niezgodność z Konstytucją RP i wyrokiem TK z 3 grudnia 2015 wezwać Prezydenta RP do dokonania zaprzysiężenia trzech sędziów wybranych przez Sejm VII kadencji.

Będzie to oznaczało konieczność opuszczenia przez TK osób, które w nim zasiadają bezpośrednio na podstawie uchwał Sejmu z 2 grudnia 2015 roku (Mariusz Muszyński) lub pośrednio (Justyn Piskorski i Jarosław Wyrembak),

w związku ze śmiercią dwójki sędziów (Lecha Morawskiego i Henryka Ciocha) wybranych na podstawie uchwał Sejmu z 2 grudnia 2015.

Po drugie, należy wznowić  postępowania, w których orzeczenia wydały osoby nieuprawnione do zasiadania w Trybunale Konstytucyjnym.

Możliwe są dwa rozwiązania. Pierwsze polega na uregulowaniu w ustawie o TK zasad wznawiania postępowania przed TK w przypadku zasiadania w składzie orzekającym osób nieuprawnionych. Rozwiązanie to musiałoby zakładać wyłączną kompetencję Trybunału Konstytucyjnego zarówno co do stwierdzenia statusu osoby nieuprawnionej, jak i decyzji o wznowieniu postępowania, a sama decyzja o wznowieniu powinna być dokonywana przez pełny skład Trybunału.

Zalecane jest jednak drugie rozwiązanie, czyli uznanie, w zgodzie ze stanowiskiem TK wyrażonym w postanowieniu z 17 lipca 2003 roku, że wznowienie postępowań przed TK jest niedopuszczalne. Ze względu na zasadę stabilności prawa rekomenduje się zajęcie takiego stanowiska, nawet pomimo głębokości naruszeń Konstytucji RP, co miało miejsce w ostatnich trzech latach.

Zarazem rekomenduje się, aby działania osób, które jako nieuprawnione zasiadały w składzie TK, zostały rzetelnie ocenione pod względem prawnym i dyscyplinarnym, aby zniechęcić do podobnych działań w przyszłości.

Po trzecie, należy wprowadzić zmiany w systemie dyscyplinarnym dla sędziów TK.

Zaleca się wprowadzenie zmian w obecnie obowiązującym systemie postępowania dyscyplinarnego dla sędziów TK, aby zapobiec jego dysfunkcjonalności w przypadku konieczności prowadzenia równocześnie postępowań dyscyplinarnych wobec kilku sędziów TK. Zapobiegnie to sytuacji, kiedy skład TK nie wystarczy dla ukształtowania wystarczającej liczby składów sądu dyscyplinarnego. Należy znowelizować ustawę o TK i rozszerzyć grupę osób, z której można powołać sędziów sądu dyscyplinarnego dla sędziów TK, o sędziów TK w stanie spoczynku z wyłączeniem osób, które zrzekły się stanowiska sędziego TK, oraz osób, które nie mogą pełnić funkcji sędziego sądu dyscyplinarnego ze względu na zły stan zdrowia.

Pełny tekst ekspertyzy jest dostępny na stronie Fundacji im. Stefana Batorego.

Najważniejsze fakty o kryzysie w Trybunale Konstytucyjnym

Od 2015 roku pogłębia się kryzys dotyczący obsadzenia, przewodnictwa i funkcjonowania Trybunału Konstytucyjnego. Po objęciu rządów przez obecną większość rządzącą, prezydent Andrzej Duda nie odebrał ślubowania od trzech sędziów wybranych przez Sejm poprzedniej kadencji – Romana Hausera, Krzysztofa Ślebzaka i Andrzeja Jakubeckiego.

Ich miejsca w TK zajęli Mariusz MuszyńskiLech Morawski (zasiadał w TK do śmierci 12 lipca 2017) oraz Henryk Cioch (zasiadał w TK do śmierci 20 grudnia 2017 roku). Prezydent Andrzej Duda przyjął od nich ślubowanie grudniową nocą 2015 roku. Po śmierci sędziów Morawskiego i Ciocha, miejsca w TK zajęli „dublerzy dublerów” – Justyn Piskorski (w miejsce, które powinien zajmować Krzysztofa Ślebzak) i Jarosław Wyrembak (w miejsce Romana Hausera).

W listopadzie 2016 roku przyjęto ustawę regulującą procedurę wyboru Prezesa TK. Na podstawie nowej, niezgodnej z Konstytucją procedury, 21 grudnia 2016 roku Prezydent Duda powołał Julię Przyłębską na stanowisko Prezesa TK. Po objęciu urzędu, włączyła ona do orzekania w TK tzw. sędziów-dublerów.

W 2017 roku TK pod przewodnictwem Julii Przyłębskiej rozstrzygnął 88 spraw. Dla porównania, w 2015 roku rozstrzygnął ich aż 173. Średnia za lata 2010-2015 wynosiła zaś 140 spraw rocznie.

Do „nowego”  TK wpływa o wiele mniej spraw niż przed „dobrą zmianą”, co jest wyrazem braku zaufania do tej instytucji w obecnym kształcie.  W OKO.press pisaliśmy, że podczas gdy do TK w 2014 roku  wpłynęło 530 spraw, a w 2015 roku – 623, 2016 roku było to zaledwie 360 spraw (spadek o 42 procent w porównaniu z poprzednim rokiem), a w 2017 roku – 282 sprawy.

Ponadto trybunalskie tryby długo mielą niektóre politycznie newralgiczne sprawy, ze szkodą dla ochrony praw i wolności obywateli.

Aż rok zajęło TK wydanie wyroku i stwierdzenie niezgodności z Konstytucją zaskarżonych przez prezydenta Dudę przepisów nowelizacji ustawy o IPN ze stycznia 2018 roku.

PiS jest akuszerem faszyzmu

Kiedy dziewięć lat temu przyszedł na świat mój syn, byłem przekonany, że będzie żył w rzeczywistości dużo lepszej od tej, w której ja przeżyłem swoje dzieciństwo i lepszej od tej, w której przeżywam swoją dorosłość. Jednego byłem pewien. Byłem przekonany, że mój syn nie będzie żył w kraju, w którym państwo będzie sankcjonowało przemoc, dogmaty jednej religii i jednego wyznania będą miały wpływ na działania legislacyjne państwa, a telewizja publiczna będzie różniła się od tej z wczesnych lat osiemdziesiątych wyłącznie tym, że spikerzy nie będą umundurowani.

Kiedy w 2016 roku, urodziła się moja córka, nie byłem już tak optymistycznie nastawiony, wydawało mi się jednak, że ten bogobojny ludek, „swój rozum ma” i że istnieje jeszcze jakaś granica, jakaś miara, która sprawi, że ci, którzy próbują zrobić z tego kraju połączenie bananowej republiki, w której katolicka wersja faszyzmu łączy się z putinowską kpiną z demokracji, zostaną w jakiś sposób zweryfikowani, że ten bogobojny ludek nosi w sobie jakiś rodzaj „umiłowania wolności”, o którym tyle napisano na tej ziemi wierszy, którą na stronicach tylu ksiąg opiewa się i hołubi. Głupi ja.

Więc, kiedy wraz z kolejnymi kompromitacjami tej władzy, przy których „ośmiorniczki” to tylko niepoważny numer kilku buców, którym się wydawało, że nikt się nie dowie, kiedy po tym, jak ta władza jawnie i wprost pokazuje, że za nic ma zasady, którymi kierują się zachodnie demokracje, po tym, jak ta władza bije w każdą instytucję, która tę władzę miałaby kontrolować w jej faszystowskich dążeniach, po tym, jak prominentni funkcjonariusze tej władzy przyłapywani są na kłamstwach, oszustwach i szczeniackich numerach z jakimś trollingiem w sieci, po tym, jak ta władza skazuje tych, którzy przeciwko zapędom tej władzy protestują i umarza postępowania przeciwko tym, którzy tych protestujących biją i lżą, kiedy wobec tego, tej władzy wciąż rośnie społeczne poparcie, kiedy im rosną sondażowe słupki, kiedy ten bogobojny ludek wciąż jest tą władzą zachwycony i tę władzę nieustannie, z coraz większą mocą popiera, w imię swojego poczucia sprawiedliwości, w swojej istocie „ludowego” więc ze sprawiedliwością mającą, mniej więcej, tyle wspólnego co „ludność” ma wspólnego z tym, co nazywamy „społeczeństwem”, wobec tego wszystkiego, kiedy przyglądam się moim dzieciom, z ogromną obawą patrzę w przyszłość. Ich przyszłość.

Zastanawiam się, czy mój syn nie zostanie kiedyś „wezwany do służby ojczyźnie z bronią w ręku” i z „głową na karabinie” nie zalegnie w jakimś okopie, kiedy już na wszystkich się obrazimy i zostanie mam wyłącznie „Bóg, Honor i Ojczyzna”. Święta Trójca. Wieczny pretekst i wieczne usprawiedliwienie. Czy moja córka nie zostanie pozbawiona prawa decydowania o własnym ciele i własnej płodności, ponieważ grupa mężczyzn uzna, że to się spodoba jakiemuś Bogu, który dla nich akurat wydaje się, z jakiegoś powodu, punktem odniesienia, ponieważ jakiś bezdzietny, schorowany, starzejący się kawaler uznał, że nie ma moralności poza Kościołem, tak jak kiedyś miało nie być poza nim zbawienia.

Ja tutaj uprawiam taki patos, którego sam się brzydzę, i który mnie samego trochę śmieszy, a trochę przeraża, ale to dlatego, że do niedawna myślałem, że przebudzenie tego bogobojnego ludu nastąpi, kiedy wstrząśnie nim małość tej władzy, jej pokraczność i nieudolność. Myliłem się, ponieważ pokraczność i nieudolność tej władzy jest szyta na miarę, dlatego świetnie się w tym fasonie czuje ów bogobojny ludek.

Dlatego współczuję moim dzieciom, że przyszło im żyć w ojczyźnie „wielkiego papieża Polaka”, ponieważ żadne przebudzenie nie nastąpi. Nie nastąpi dlatego, że po tych wszystkich latach, przez które ten ludek żywił w sobie przekonanie o swojej wyjątkowości, o swoim powołaniu do rzeczy wielkich, po tym wszystkim, co się na tej ziemi wydarzyło i wciąż się wydarza, przebudzenie wiązałoby się z bolesną świadomością, że oto jesteśmy tak głęboko w dupie, że ostatni promyk światła zgasł już lata temu, a nikt nie lubi dnia zaczynać od przykrych prawd na swój temat. Otyły woli wierzyć w to, że ma lekką nadwagę, mniej urodziwy, powtarza sobie, że uroda jest rzeczą gustu, głupiec jest przekonany o swojej wyjątkowości i powołaniu go do rzeczy wielkich. Tak że, jak na razie, śpimy.

A ja patrzę na moje dzieci i myślę, że nie po to siostra mojej babki „dała głowę” w Auschwitz, żeby mi teraz rodacy „na prawicy” urządzali faszystowską Polskę. Będę o tym pamiętał w październiku, przy urnie. Państwo też pamiętajcie. Bo faszyzm nie przychodzi „gotowy”. On się robi. Powoli. Robi się przez zaniedbanie i przez krótką pamięć. Grubo? Być może. Ale w Polsce albo chudo, albo grubo. Nic pośrodku. A ja chciałem, żeby tym razem, było po polsku.

Zawsze fascynowała mnie ta fiksacja prawicy na Stany Zjednoczone. Na Amerykę w ogólności. Natomiast, kiedy mowa o amerykańskiej armii, dochodzi wtedy „na prawicy” do pobudzenia o charakterze niemal erotycznym. Wydawać by się mogło, że amerykański żołnierz to jest obiekt westchnień i uniesień prawicowych polityków. To jest jakiś archetyp męskości i ta męskość ich najwyraźniej stymuluje. Tym bardziej że jest w ten archetyp wpisana jakaś przemoc. A ta, z kolei, na prawicy, zawsze cieszy się uznaniem.

Więc, kiedy poseł Sasin odnosi się do wizyty Andrzeja Dudy w Stanach Zjednoczonych i mówi o tej wizycie, że jest to „absolutny przełom” w relacjach Polski ze Stanami Zjednoczonymi, nie jestem tym entuzjazmem specjalnie zaskoczony. Przeciwnie. Entuzjazm posła Sasina wydaje mi się „absolutnie” naturalny.

Jest tak dlatego, że wizyta dotyczy „obecności Stanów Zjednoczonych w Polsce”, a mówiąc ściśle „deklaracji bardzo silnej obecności Stanów Zjednoczonych w Polsce, z konkretami, ze wskazaniem konkretnych miejsc, gdzie będą ulokowane siły amerykańskie”.

Czyli znowu to, co „Tygryski lubią najbardziej”, mianowicie, amerykańskie wojsko. „Absolutnie”. Amerykańskie „siły”. Siła i moc naszego sojusznika. Cóż bardziej pobudzającego dla posła Sasina.
„Absolutnie” nic.

Czy nie czujecie Państwo mrowienia na dnie żołądków? Czy nie wędrują wam po plecach przejmujące dreszcze? Wyobraźcie to sobie: Umundurowani, amerykańscy chłopcy, uzbrojeni po zęby w nowoczesne, śmiercionośne urządzenia i w futurystyczny sprzęt bojowy. I co? Dalej nic? Zero przyjemnego napięcia? No właśnie. Tymczasem chłopcy „na prawicy”, na samą myśl o tym, dostają gęsiej skórki.

Odnoszę wrażenie, że sytuacją modelową dla prawicy byłaby amerykańska okupacja. Wtedy poseł Sasin mógłby poczuć się bezpiecznie. Mógłby z jeszcze czystszym sumieniem powiedzieć, że doszło do „absolutnego przełomu”. Cóż to byłby za przełom, gdyby nagle okazało się, że tutaj też jest Ameryka. Wtedy, poseł Sasin, mógłby używać swojej paraerotycznej retoryki stwierdzając z jeszcze większą (Państwo wybaczą) satysfakcją, że amerykańcy żołnierze „zakorzenią się” w Polsce na stałe. Zakorzenią się „absolutnie”.

Naturalnie wizy dla Polaków jak były tak są. Ale, ostatecznie, jakie to ma znaczenie w obliczu faktu, że nam sojusznik, na terenie kraju, gotów jest zapuścić swój „korzeń”. Żadnego to nie ma znaczenia. Żadnego. „Absolutnie”.

Obserwując polską scenę polityczną po stronie opozycji zauważalna jest rosnąca z każdym miesiącem frustracja. Politycy nie lubią o tym mówić, gdyż zawsze w walce należy głosić pewność zwycięstwa, ale zarówno w kuluarach jak i w samym elektoracie rośnie poczucie bezsilności. Uczucie to wynika w znacznej mierze z tego, że nie ma dłużej znaczenia, jakie argumenty zostaną wysunięte, czy fakty przytoczone. Premier jak i cały obóz rządzący udowadniają dziś bowiem, że prawda nie ma w polityce znaczenia, jeszcze bardziej niż kiedykolwiek wcześniej w ciągu ostatnich 30 lat. Kiedyś bowiem politycy również manipulowali, ale złapani na gorącym uczynku ponosili bowiem konsekwencje i kajali się przed mediami. Nie było również tak, że publicznie powtarzano stwierdzenia sprzeczne z faktami, które można sprawdzić w 3 sekundy za pomocą Googla. Mateusz Morawiecki już dziś jest pierwszym urzędującym premierem z wyrokiem za kłamstwo, ale polityk nic sobie z tego nie robi i brnie dalej w kolejne oszustwa, wprawiając bezczelnością w szok. Szef rządu w wywiadzie dla “Rzeczpospolitej” odpierał zarzuty o populistyczne i destrukcyjne dla gospodarki podwyższanie płacy minimalnej powołując się na argument w postaci korelacji zamożności krajów i wysokości najniższego wynagrodzenia:

“Nie bez powodu najwyżej rozwinięte dziś państwa Zachodu, Szwecja, Holandia, Niemcy, Dania, mają najwyższe płace minimalne”.

Był to element podważania wiarygodności całego przekazu oponentów:  “Narracja KO kompletnie się nie klei. Mamy w okresie rządów czterech lat PiS najwyższy przyrost średniego wynagrodzenia w porównaniu z poprzednimi kadencjami wszystkich poprzednich rządów. Generalnie całość wzrostu płac jest spójna z tempem podnoszenia płacy minimalnej”.

Problem jednak w tym, że Mateusz Morawiecki powołał się na przykłady krajów, które nie dość, że nie mają wysokiej płacy minimalnej, to na dodatek… nie mają jej w ogóle zapisanej w prawie. Będące wzorem państw dobrobytu Szwecja i Dania nie posiadają tego typu regulacji, a jednak mimo to nie są strefami głodowych wynagrodzeń. Jest wręcz przeciwnie, te dwa kraje są w czołówce państw jeśli chodzi o udział płac w PKB i niewielkie rozwarstwienie dochodów populacji. Wszystko to udało się bez płacy minimalnej. Jednak warunkiem sukcesów opiekuńczych krajów nordyckich było postawienie na wolność gospodarczą. Uchodzące za oazę socjalizmu kraje północy Europy są bowiem równocześnie swoistymi liderami indeksów wolności gospodarczej i innowacyjności gospodarek. Są to zatem kraje kapitalistyczne, które wtórnie użyły zasoby do prowadzenia szerokich programów socjalnych.

W przypadku Niemiec premier także był daleki od prawdy. Ten kraj uchodzi od dawien dawna w narracji PiS za symbol sfinansowania dobrobytu, jednak za Odrą płaca minimalna pojawiła się dopiero w 2015 roku. Nasz zachodni sąsiad nie zawdzięcza zatem swojej pozycji takiemu rozwiązaniu, ale raczej bogactwo pozwoliło Niemcom sfinansować taką politykę.

Tworzenie tak elementarnych fake newsów przez szefa rządu powinno skończyć się w cywilizowanym kraju dymisją, jednak PiS doprowadził do takiej radykalizacji sceny politycznej, że obywatele są już na wszystko znieczuleni. Premier kłamczuszek, szef Najwyższej Izby Kontroli zamieszany w nielegalny sexbizes czy szef KNF grożący szefowi prywatnego banku. Od upadku standardów oczekiwanych od polityków jest jednak tylko krok do upadku samego państwa.

Ciemnogród PiS wcale nie jest taki sobie zbaraniały, jest właśnie poprzez głupotę niebezpieczny, będą wszystko robić, aby nie oddać władzy, oszukiwać, manipulować, a nawet przelewać naszą krew.

Kmicic z chesterfieldem

Nielogiczne? Nie martwcie się. Jeżeli PiS wygra wybory, to takie informacje nie będą Was więcej niepokoić. Po prostu nie będzie miał kto o tym informować. #wolneMedia

Jachira: Zdaję sobie sprawę, że tylko dzięki takim osobom jak ja, Kaczyński przegra

– Zdaje sobie sprawę, że tylko dzięki takim osobom jak ja, Kaczyński przegra. Muszę [być pewna siebie], bo gdybym w to nie wierzyła, to bym tego nie robiła. Wszystko co robię, to robię to, w co wierzę – stwierdziła Klaudia Jachira w rozmowie z Beatą Lubecką w Radiu Zet.

– Prowadzę bardzo aktywną kampanię. Codziennie jestem na ulicy. Cały czas rozmawiam z ludźmi i naprawdę wierzę w to, że my jesteśmy w stanie wygrać i uważam że tylko mocny przekaz, który pokazuje całą obłudę obecnej władzy… Po prostu marzę o wolności, o tym, żeby każdy w moim, naszym kraju mógł żyć tak, jak chce – dodała.

Jachira: Gombrowicz też byłby hejtowany tak…

View original post 2 010 słów więcej

 

Szatan w skórze arcybiskupa

Kiedy arcybiskup Jędraszewski mówił o tęczowej zarazie, większość katolików w Polsce nie zareagowała. Obok głośnej mniejszości tych, których obraźliwe słowa ucieszyły i słali z kraju, i świata wyrazy poparcia, stała jeszcze większa grupa tych, którzy zachowali wobec sprawy całkowitą obojętność z myślą, że przecież ona ich nie dotyczyła. Nie było przeszkodą tutaj nawet to, że poniekąd następca Jana Pawła II na stanowisku metropolity krakowskiego całkowicie sprzeniewierza się dziedzictwu pontyfikatu papieża Polaka, które w publicznych deklaracjach wierzących w Polsce uchodzi za bardzo ważne.

Zwolnienia kobiet w kurii

Jednak dyskryminacja i pogarda dla drugiego człowieka nie spotykając się ze sprzeciwem zawsze narasta, dotykając kolejnych grup ludzi. Tak stopniowo w swej bezkarności eskalowały swoje metody reżimy totalitarne, ale taki efekt psychologiczny nie jest obcy działaniu jednostek. Świadczy o tym dobitnie kolejna decyzja arcybiskupa Jędraszewskiego, który na tropie prawdziwych Polaków i katolików postanowił potępić kolejną grupę osób. Represja tym razem dotknęła niespodziewanie osób pracujących w samej kurii.

Portal lovekrakow.pl poinformował bowiem, że 19 września pięć kobiet tworzących zespół prasowy Archidiecezji Krakowskiej dowiedziało się, iż decyzją metropolity krakowskiego abp. Marka Jędraszewskiego 1 października straci pracę. W tej sytuacji nie byłoby nic szokującego, gdyby nie tłumaczenie kurii, która wydała oświadczenie:

“W związku z pojawiającymi się w przestrzeni medialnej nieprawdziwymi informacjami na temat zmian personalnych w Biurze Prasowym Archidiecezji Krakowskiej, Kuria Metropolitalna w Krakowie informuje, że podjęte działania dotyczą zakończenia współpracy jedynie z koordynatorem Biura, panią Joanną Adamik, i jej dwiema najbliższymi współpracowniczkami, które są osobami niezamężnymi”

Dodano także informację, że dwie pozostałe osoby z biura prasowego, które w życiu prywatnym jako matki tworzą wraz ze swymi mężami katolickie rodziny” pozostają pracownikami Biura Prasowego Archidiecezji Krakowskiej.

Dyskryminacja osób bez ślubu 

Jedna ze wspomnianych pracownic odniosła się do sprawy na Facebooku, że “nareszcie wie”, że ona i inna pracownica biura zostały zwolnione za to, że “z wyboru” nie mają mężów, a “będąc praktykującymi katoliczkami” wychowują adoptowane dzieci i są “rodzinami zastępczymi dla innych dzieciaków”.

Opisana sprawa w świetle dotychczas znanych okoliczności jest bulwersująca. Jędraszewski swoją decyzją pokazuje, że osoby nie będące w związku małżeńskim nawet jeśli nie zostały wykluczone ze wspólnoty kościoła, to są zdecydowanie gorszym sortem wiernych. Działania metropolity idą według zasady, że „rewolucja zjada własne dzieci”, kiedy obiektem wrogości czyni się członków własnego środowiska. Jest to kolejny dowód jak amoralnym miejscem stał się kościół katolicki w Polsce. W naszym kraju żyją miliony osób samotnych, niezamężnych, często nie z wyboru, a okoliczności, teraz wszyscy Ci ludzie otrzymali od mającej wspierać ich instytucji bolesny policzek.

Wzbudziło to od razu zastrzeżenia internautów, choćby w kontekście sprawy pracownika Ikei, że prawica powinna teraz ruszyć ochoczo do szturmu na kurię w obronie pracownic, co jednak jak wiemy nigdy nie nastąpi:

Zajścia w Krakowie powinny być dla nas przestrogą przed obłudą tych, którzy pierwsi są do moralnego osądzania innych, samemu żyjąc w poczuciu własnej wyższości. Nie mówiąc już o tym, jak to ma się do przepisów o niedyskryminowaniu pracowników, które funkcjonują w polskim prawie.

Program Koalicji Obywatelskiej, czytaj tutaj >>>

Strajku nauczycieli winien jest rząd, ponieważ od początku kadencji, od ponad trzech lat, wyciąga miliardy złotych jak króliki z kapelusza. Są pieniądze na 500 plus? Są, bo uszczelniliśmy podatki. Są miliardy na 500 plus na pierwsze dziecko? Dzięki nam – są.

Są pieniądze na trzynastą emeryturę? Są pieniądze na obniżenie nauczycielom kosztów uzyskania dochodu? Są, bo my pamiętamy o milionach emerytów, którzy stanowią wielki elektorat. Są pieniądze na zwolnienie z podatku ludzi młodych, do 26. roku życia? Są, a Tusk z Rostowskim ich nie umieli znaleźć, a jeśli powrócą do władzy, to wam to wszystko odbiorą i zmarnują na in vitro, na seksualizację przedszkolaków. W ten sposób PiS krok po kroku kupował, korumpował wyborców i ogłupiał – młodych, starych i średnich, którzy już mają dzieci. My wam płacimy – wy na nas głosujecie.

Gdyby, powtarzam, gdyby PiS mniej hojnie rozrzucał pieniądze, przyznając np. 500 plus tylko najbiedniejszym rodzinom, gdyby trzynastkę dostali tylko emeryci i renciści, którzy mają najniższe świadczenia – znalazłoby się choć część pieniędzy na nauczycieli. Pieniądze są! Pieniądze są! – mówił rząd i rozdawał na lewo i na prawo, np. na kosztowne projekty i wizje, jak choćby miliony na poprawę wizerunku Polski i premie dla swoich.

Prawo i Sprawiedliwość, mając miliardy do dyspozycji, popełniło kolosalny błąd – kupowało głosy wyborców, zaniedbując nauczycieli i ochronę zdrowia. Co mają zrobić pacjenci, którzy umierają w SOR, gdzie brakuje miejsca na podłodze dla dzieci chorych psychicznie? Co w tej sytuacji miał sobie pomyśleć młody nauczyciel po studiach, który pracuje w szkole publicznej za 1800 zł miesięcznie i uczy w klasie, w której jest 30 dzieci? A obok, w szkole „społecznej”, klasy są o połowę mniej liczne, a zarobki wyższe.

Nauczyciele nie mieli innego wyjścia niż strajk, choć uderzenie akurat w czasie egzaminów jest dyskusyjne. Odnoszę wrażenie, że opozycja i część mediów opozycyjnych zachęcały do strajku, widząc w nim szansę na porażkę rządu. To jest nie fair. Walka z rządem „do ostatniej nauczycielki” nie powinna być celem opozycji. Celem powinna być znaczna poprawa sytuacji materialnej nauczycieli, a co za tym idzie – poprawa ich prestiżu, przede wszystkim w szkole, ale i w społeczeństwie w ogóle. To położyłoby kres negatywnej selekcji do zawodu, wszak wiadomo, że dla wielu młodych ludzi praca w szkole to ostatni ratunek. Rząd w dodatku niepotrzebnie prowokuje nauczycieli. Przynieść na spotkanie ostatniej szansy projekt podniesienia pensum (obecnie niskie, 18 godz. tygodniowo) i zarobków stopniowo przez kilka lat to liczyć na odrzucenie tej idei w tym momencie. Dyskusje o pensum i wzroście zarobków trzeba było położyć na stół dużo wcześniej, a nie ostatniej nocy.

Niewykluczone, że rząd liczy na złamanie strajku, co by utrudniło roszczenia innych grup zawodowych. Rząd, który miesiącami zwlekał z rozpoczęciem negocjacji, lansuje teraz tezę, że jest to strajk „polityczny”, którego plan powstał półtora roku temu „w gabinecie Schetyny”. Oczywiście, że tego typu wydarzenie ma wymowę polityczną. Żółte kamizelki są też polityczne. 500 plus też jest polityczne i to żaden wstyd. Na półtora miesiąca przed wyborami do Europy i pół roku przed wyborami do Parlamentu Kaczyński i Morawiecki woleliby mieć w kraj spokój, posprzątane. Ale są pod ścianą: na wynik starcia z nauczycielami patrzą inni, którzy tylko czekają.

A premier Morawiecki już mówi, że budżet państwa nie jest z gumy. Budżet z gumy nie jest, ale premier – tak. Do tego wszystkiego planowany wyjazd minister Zalewskiej do Paramentu Europejskiego w trakcie „jej” reformy to po prostu wstyd.

Kaczyński do dziennikarzy: mordy w kubeł

Ogłoszony w ostatnich dniach program Prawa i sprawiedliwości wywołał wielkie emocje. Jednym z bardziej kontrowersyjnych punktów okazał się postulat uregulowania przez obóz władzy zawodu dziennikarza. Władza pod pretekstem walki z “reliktami PRL” zdecydowała się bowiem na wprowadzenie specjalnej ustawy w tej sprawie. W programie partii zapisano, że wynika ona z odpowiedzialności i zaufania, jakim cieszy się zawód dziennikarza: “Wprowadziłaby ona rozwiązania podobne do tych, jakie mają inne zawody zaufania publicznego, np. prawnicy lub lekarze. Głównym celem zmiany powinno być utworzenie samorządu, który dbałby o standardy etyczne i zawodowe, dokonywał samoregulacji oraz odpowiadał za proces kształtowania adeptów dziennikarstwa“.

Do powyższego obrazu trzeba dodać także zapowiedź, że możliwe jest całkowite wykreślenie z Kodeksu karnego art. 212, który daje możliwość skierowania prywatnego aktu oskarżenia za zniesławienie wobec dziennikarza. Miałoby to w zamyśle służyć temu, aby “powstała gwarancja nie nadużywania mechanizmów medialnych w sposób nieetyczny”. Politycy zapierają się oczywiście, że “ustawa ta nie będzie jednak w żadnym stopniu ograniczać zasady otwartości zawodu dziennikarza”.

Co kryje się za tym pomysłem

Ciężko jednak uwierzyć w dobre intencje polityków. Rząd nie wprowadziłby zupełnie nowej ustawy, jeśli nic nie miałoby się przecież zmienić. Deklaracja tego rodzaju jest niestety traktowaniem wyborców jako osób nie myślących racjonalnie. Osobna ustawa oznacza bowiem to, że wszystko co obecnie znajduje się w prawie na temat zawodu dziennikarza nie pozwala na wdrożenie wizji autorstwa obozu władzy, stąd praktycznym wyjściem jest stworzenie osobnego aktu prawnego. Zmieni się zatem wiele, prawdopodobnie w niesamowicie niebezpieczną stroną, ku czemu są bardzo poważne przesłanki.

PiS mówi bowiem o samorządzie dziennikarskim, który oceniałby etykę innych dziennikarzy. Mamy zatem dwa scenariusze. Pierwszy z nich, rzeczywiście powstaje Izba Dziennikarska, która zrzesza członków zawodu, którzy reprezentują sformułowany jasno kodeks etyczny. Wówczas jednak taki organ powinien nie wpuścić do swojego grona dziennikarzy TVP, Sieci, wPolityce.pl, a także już nieprorządowych, ale dalej fake newsowych portali typu Pikio.pl. Na taki ruch jednak nie ma ze strony władz szans, zatem w samorządzie znajdzie się Tomasz Sakiewicz od “stref wolnych od LGBT” i fake newsów smoleńskich czy pracownicy TVP nasyłający drony na dom Tomasza Lisa w celu szukania haków. Jeśli zatem postawy tych wszystkich osób będą zgodne z pisowskim kodeksem etyki, to łatwo sobie wyobrazić jak bardzo niewiele wspólnego z etyką będzie miał ten ostatni.

Ciężko mieć również złudzenia, że jeśli nie o etykę chodzi, to co gra w głowie polityków? Jeśli PiS stworzy korporację dziennikarską, w której upcha wszystkich swoich zaufanych dziennikarzy, którzy zbiegiem okoliczności będą mieli większość głosów w takim organie i jego władzach, to rząd będzie mógł rozpocząć wydawanie prawa wykonywania zawodu dziennikarza. Tym samym komentować działań władzy nie będzie można w praktyce bez zgody władzy. To znaczy, oczywiście dalej będzie można prowadzić np. bloga na YouTube, ale na żadną konferencję rządową, czy na teren Sejmu już wstępu się mieć nie będzie. Na ten ostatni potrzeba zdobyć przecież akredytacje dla dziennikarzy, której “nielegalnym” dziennikarzom można odmówić.

Daleko od dobrych wzorców

Analogicznie do propozycji władzy działa samorząd lekarski. System praw wykonywania zawodu i sądów koleżeńskich połączonych z jasnym kodeksem etyki sprawiają, że w zawodzie lekarza nie ma miejsca na szarlatanów i oszustów. Jednak jest poważna różnica między środowiskiem lekarskim, które dba o swoją reputację, a dziennikarzami TVP, Sieci czy Gazety Polskiej. Ci bowiem nie są podmiotami niezależnymi, a jedynie wykonawcami poleceń z góry. 3

Żaden zawód sformowany ustawowo w korporację nie posiada tak scentralizowanego mechanizmu hierarchicznej kontroli jaki posiada dziś PiS nad pozarządowymi mediami (jest przecież fizycznie współwłaścicielem części tytułów – np. Gazeta Polska). Niezależność takiej Izby Dziennikarskiej byłaby zatem na poziomie nowej Krajowej Rady Sądownictwa i tego wzorca zdaje się chcą trzymać rządzący.

Czasy bezkarnego hejtu dziennikarzy?

Widać zatem wyraźnie, że plan repolonizacji mediów zawiódł, przez co władza szuka nowego sposobu, który pozwoli jej zamknąć usta oponentom. Wskazuje na to także fakt, że w warunkach rozdawanych rządowych legitymacji dziennikarskich zniesienie art. 212, który daje możliwość skierowania prywatnego aktu oskarżenia za zniesławienie wobec dziennikarza oznacza, że hejt ze strony prorządowych mediów będzie bezkarny. Dziś bowiem media te kłamią, ale stosują rożne triki prawne, aby widz zrozumiał przekaz, a sąd nie miał możliwości ukarania dziennikarza. Bez bata w postaci konsekwencji personalnych nic nie stoi na przeszkodzie, aby bezczelna nagonka na przeciwników rządu w oparciu o np. akta personalne i sprawy rodzinne stała się na porządku dziennym nie w wykonaniu anonimowych trolli internetowych, ale gwiazd wieczornych “Wiadomości”.

Propozycja PiS zatem idzie w kierunku państwa totalnego, które będzie nie tylko kontrolowało instytucje publiczne, prokuratury i sądy, ale nawet informacje, które mają prawo dotrzeć do uszu obywatela.

Program PiS tutaj czytaj >>>

Pisowski sędzia pokraczny, Przemysław Radzik

Sędzia Przemysław Radzik robi z siebie ofiarę mediów i składa wniosek o zabezpieczenie, aby nie mogły one pisać o nim w kontekście „afery hejterskiej”.

Radzik – według informacji podawanych przez „Gazetę Wyborczą” – był członkiem nieformalnej grupy „Kasta”. Twór ten zajmował się hejtowaniem i pomawianiem sędziów, którym nie po drodze było z „dobrą zmianą” i jej lizusami. Sam Radzik zaprzecza, aby angażował się w działalność hejterów.

W zapewnienia Radzika nie wierzą jego koledzy i koleżanki po fachu. Orzekania w składzie z Radzikiem, odmówiła ostatnio Anna Bator-Ciesielska z Sądu Okręgowego w Warszawie. Kobieta złożyła również wniosek do Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej, w którym zapytała o to czy delegowanie sędziów przez ministra Ziobrę było zgodne z wewnętrznymi regulacjami Unii Europejskiej.

Radzik w rozmowie z TVN 24 zasugerował, że jest… ofiarą medialnej i środowiskowej nagonki. „Pani sędzia zrobiła coś takiego, że na podstawie doniesień medialnych – nieprawdziwych, fałszywych – odmówiła orzekania z innym sędzią. To jest niepojęte, w dziejach Europy to się nie zdarzyło. Ja tego nie rozumiem, ja tego nie akceptuję, bo to nie jest działanie nawet godzące we mnie osobiście, co w podstawy państwa prawnego” – stwierdził podczas telewizyjnego wywiadu.

Sędzia Radzik doniósł już na Bator-Ciesielską do ministra sprawiedliwości, Krajowej Rady Sądownictwa, ministra sprawiedliwości i prezesa Sądu Okręgowego w Warszawie.

W dalszej części rozmowy Radzik narzekał na stronniczość mediów. „Moja matka płacze i wy macie to gdzieś. Tego wam nigdy nie zapomnę. Nigdy. Jako człowiek i jako sędzia. Nigdy. Bo żeście państwo mnie opluli, tak samo jak sędzia Bator, bez żadnego dania racji, bez niczego. Ja wiem, że ten program zmanipulujecie, że potniecie go, że to się nie ukaże. Mam tego pełną świadomość. I się dziwię sam sobie, że z wami rozmawiam” – mówił w materiale, który został wczoraj wyemitowany „Faktach” TVN.

Mężczyzna skierował do sądu wniosek o zabezpieczenie. W ten sposób media nie będą mogły pisać o nim w kontekście afery, która toczy się wokół grupy „Kasta”.

Pokraczny Duda, pokraczny Kaczyński, zakłamany do imentu Morawiecki. Polska pisowska jako alegoria: Pokrak z „Pulp fiction”.

Kmicic z chesterfieldem

Prawo i Sprawiedliwość ruszyło wczoraj z kontrofensywą medialną przeciwko swoim poprzednikom i konkurentom wyborczym.  Narracją akcji są środki o horrendalnej skali, które nie trafił do budżetu z powodu działalności mafii paliwowej. Oczywiście, przekaz rządzących poszedł w radykalnym kierunku oskarżenia przeciwników w zasadzie o zmowę z przestępcami i działanie na szkodę skarbu państwa.

To już prawie tradycja – Andrzej Duda często opowiada anegdoty, które praktycznie tylko jego śmieszą. Nie inaczej było i tym razem, kiedy pojechał uroczyście wmurować akt erekcyjny pod rozbudowę strzelnicy w Centralnym Ośrodku Szkolenia Straży Granicznej w Koszalinie.

– „Nie wZ jednej strony atakując politycy PiS ponownie wyjęli argumenty, jak to dzięki rządowi znalazły się środki na problemy społeczne i wsparcie choćby polskich rodzin.

W tym kontekście warto wypomnieć rządzącym ich największy własny konwój wstydu tej kadencji. I nie mowa tutaj wcale o tak głośnym temacie nagród w rządzie, ale biedzie, na którą rządzący skazali polskich emerytów.

View original post 1 252 słowa więcej