PiS wysadzi wpierdut Banaś

Banaś będzie bardzo mocno atakowany przez polityków PiS. Obóz władzy będzie uruchamiał – choć nie wiemy, na czym ma on polegać – swój „plan B”. A wtedy Banaś musi reagować. Finalnie dla PiS to może być bardzo krwawa i kosztowna awantura, ale sami ją przecież rozpętali. PiS nie ma na kogo zrzucić winy. Podejrzewam, że PiS mimo to podejmie próby obwiniania opozycji w ten sposób, że będą argumentować: gdyby opozycja poparła zmianę konstytucji, to nie byłoby już sprawy Banasia.

Wywiad z prof. Antonim Dudkiem – tutaj >>>

Kto by się spodziewał, że nie opozycja, ani protesty obywatelskie i sędziowskie wysadzą PiS, ale ich człowiek – Banaś. Należy mu się pomnik!

Kmicic z chesterfieldem

PiS ma aktualnie 35% poparcia w najnowszym sondażu Kantar. Tego spadku nie zatrzyma już nic. Przedłużająca się afera Banasia ciągnie partię Kaczyńskiego w dół.

Zastępca rzecznika dyscyplinarnego Przemysław Radzik zrobił kolejną dyscyplinarkę sędziemu Krystianowi Markiewiczowi. Zarzuca mu 55 przewinień, m.in. podżeganie sędziów do odmowy współpracy z powołaną przez PiS Izbą Dyscyplinarną SN i podważanie legalności nowej KRS

O nowych zarzutach dla szefa Iustitii poinformował Główny Rzecznik dyscyplinarny Piotr Schab w środę 4 grudnia 2019. Z jego komunikatu wynika, że sędzia Markiewicz dostał zarzuty popełnienia 55 przewinień dyscyplinarnych „oczywistej i rażącej obrazy przepisów prawa i uchybienia godności urzędu sędziego”.

Zastępcy głównego rzecznika Przemysławowi  Radzikowi nie spodobało się to, że w maju 2019 Markiewicz jako szef Iustitii skierował do prezesów sądów i sędziów dyscyplinarnych działających przy sądach apelacyjnych list, w którym zarząd Iustitii wzywał m.in. do powstrzymania się od orzekania w sprawach dyscyplinarnych oraz do nieprzesyłania akt z odwołaniami do Izby Dyscyplinarnej…

View original post 1 982 słowa więcej

 

Cień Polexitu. W tej znajdujemy się fazie wyjścia z Unii Europejskiej

Paradoksalnie ignorowanie wyroku TSUE przez KRS oraz Izbę Dyscyplinarną SN ułatwi wydanie wyroku Sądowi Najwyższemu. Zwłaszcza że dostał szczegółowe wskazówki, jakimi kryteriami ma się kierować. Operacja rybołówcza została zainicjowana zarówno w TSUE, jak i w Polsce – zobacz, na czym polega. I dlaczego zdaniem prof. Łętowskiej wkraczamy w cień Polexitu

Ryba czy wędka? Tak najbardziej lapidarnie można określić oczekiwania i oceny wyroku Trybunału Sprawiedliwości UE z 19 listopada 2019 roku w odpowiedzi na pytania prejudycjalne Sądu Najwyższego (C-585/18, C-624/18 i C-625/18).

Apetyt na rybę – lub strach przed tym daniem, w zależności od tego, kto dokonywał oceny – wzbudziła  ujawniona w czerwcu 2019 opinia Rzecznika Generalnego TSUE prof. Jewgienija Tanczewa, iż Izbie Dyscyplinarnej w Sądzie Najwyższym brak cech niezawisłego sądu, a nowa KRS nie ma przymiotów niezależności, wymaganych dla organów biorących udział w procedurze powoływania sędziów.

„Trybunał dostarcza sądom krajowym elementów wykładni prawa Unii”

Oczekiwania uzyskania od Wielkiej Izby gotowego dania były jednak nierealne, skoro luksemburski Trybunał odpowiadał na pytanie prejudycjalne, czyli w procedurze, o której mowa w art. 267 Traktatu o Funkcjonowaniu Unii Europejskiej.

Pytającemu sądowi udziela się  bowiem odpowiedzi, a nie rozstrzyga za niego sprawę, którą pytający ma rozstrzygnąć, gdy już odpowiedź uzyska.

Przecież nawet, gdyby TSUE podzielił w tekście uzasadnienia wyroku pogląd Rzecznika Generalnego Tanczewa, to i tak Sąd Najwyższy musiałby sam orzec w sprawie, w której zadał pytania. Europejski sąd napisał wyraźnie, że „Trybunał dostarcza sądom krajowym elementów wykładni prawa Unii, które są im niezbędne do rozstrzygnięcia zawisłych przed nimi sporów”.

Przedwczesna radość lekceważących wyrok TSUE. Operacja rybołówcza trwa

Gdyby zaś sam TSUE dokonał oceny KRS i Izby Dyscyplinarnej, to narażałby się na zarzut naciągania trybu postępowania.

I to zupełnie niepotrzebnie, w sytuacji, gdy przed luksemburskim Trybunałem dopiero co zawisła sprawa z wniosku Komisji Europejskiej o naruszenie przez Polskę obowiązków traktatowych, z uwagi na model odpowiedzialności dyscyplinarnej sędziów. Wyrok w tej sprawie poznamy w połowie 2020 roku.

Właściwy tu tryb określa art. 258 Traktatu o Funkcjonowaniu UE.

Ta sprawa czeka na swoją kolej. Dlatego radość uważających, że obecny wyrok TSUE niczego nie oznacza – jest przedwczesna.

Obecny wyrok najwyraźniej oznacza kolejny krok w wypracowywaniu standardu unijnego wymiaru sprawiedliwości.

Szkoda oczywiście, że akurat Polsce przypadła rola zwierzęcia laboratoryjnego. Obecny wyrok daje wędkę, a nie danie gotowe. Operacja rybołówcza została jednak zainicjowana, i to zarówno w Polsce (poprzez powinność wykonania obecnego wyroku), w TSUE – gdzie najwyraźniej gromadzi się niezbędne oprzyrządowanie.

Wędka od TSUE dla polskich sądów

W orzeczeniu z 19 listopada 2019 roku Trybunał Sprawiedliwości UE niezwykle szczegółowo i starannie wyłożył kryteria niezależności organu biorącego udział w procedurze powoływania sędziów (co ważne dla statusu KRS, pkt 133- 144) i niezawisłości sędziów (co istotne z punktu widzenia statusu sędziów Izby Dyscyplinarnej SN – pkt 145 -153), budując w ten sposób standard ocenny.

Ocena, „czy KRS daje wystarczające gwarancje niezależności od organów władzy ustawodawczej i wykonawczej” powinna uwzględnić „zbieg czynników w połączeniu z okolicznościami, w jakich wyborów KRS dokonano”, TSUE wymienia te „czynniki”:

  • KRS w nowym składzie została utworzona w drodze skrócenia trwającej cztery lata kadencji członków wcześniej wchodzących w skład tego organu;
  • chociaż 15 członków KRS wybieranych spośród sędziów było wcześniej wyłanianych przez środowisko sędziowskie, to obecnie są oni desygnowani przez organ władzy ustawodawczej spośród kandydatów, którzy mogą być zgłaszani przez grupę 2000 obywateli lub 25 sędziów, co sprawia, że taka reforma prowadzi do zwiększenia liczby członków KRS z nadania sił politycznych lub przez nie wybranych do 23 z 25 członków
  • występowanie ewentualnych nieprawidłowości, jakimi mógł zostać dotknięty proces powoływania niektórych członków KRS.

TSUE zwraca też uwagę na wątpliwości wobec uprawnień Izby Dyscyplinarnej, roli jaką odegrała ona w obniżaniu wieku spoczynku urzędujących sędziów SN (co zgodnie z wyrokiem TSUE z czerwca 2019 stanowiło naruszenie nieusuwalności i niezawisłości sędziów i uchybienie Traktatowi o UE), a także zasady, że powoływani do Izby mogą być wyłącznie nowi sędziowie, dotychczasowi sędziowie SN są wykluczeni.

Wykorzystanie tych kryteriów leży w rękach organów krajowych. TSUE bowiem nie wyręcza organów krajowych – dostarcza im narzędzi.

Adresatem tych uwag nie jest tylko sąd zadający pytania prejudycjalne (czyli Sąd Najwyższy), ale każdy organ krajowy w zakresie swych kompetencji. Mówi o tym zasada lojalności z art. 4 ust. 3 Traktatu o Unii Europejskiej.

Czy Sąd Najwyższy, bezpośredni adresat odpowiedzi na pytania prejudycjalne, powinien dokonać oceny, czy KRS i Izba Dyscyplinarna SN odpowiadają bądź nie nie kryteriom wskazanym w wyroku TSUE? Czy powinien użyć checklist : porównując sytuację rzeczywistą i konkretną z abstrakcyjnym i potencjalnym modelem przedstawionym w wyroku?

Prezes Gersdorf zapowiedziała rychłe podjęcie sprawy przez SN (wyroków w trzech sprawach rozpatrywanych przez SN można się spodziewać jeszcze przed Świętami Bożego Narodzenia – przyp. red.).

Paradoksalnie – w sukurs SN przychodzą i KRS, i Izba Dyscyplinarna – dwa organy, których status wymaga oceny. Jak to możliwe?

KRS i Izba Dyscyplinarna… ułatwiają zadanie SN

Wyrok TSUE mocno podkreśla konieczność kompleksowej oceny statusu organu niezależnego i oddziaływań na niezawisłość sędziego.

Ocenie podlega mechanizm obejmujący nie tylko brzmienie przepisu, ale i standard stosowania, praktyka. I to w jej dynamicznym rozwoju – gromadzenie sekwencyjnie ujawniających się cech i zachowań.

To wymaga oceny także faktycznych okoliczności (takich jak m.in. występowanie efektu mrożącego) czy kształtowanie społecznego odbioru praktyki KRS (pkt 144, 152 i 153 wyroku – cytowane wyżej – red.).

Takie holistyczne podejście jest sporym wyzwaniem dla polskich sądów, nie przyzwyczajonych do finitystycznego i dynamicznego spojrzenia na własne cechy i praktykę.

Tymczasem już po wydaniu wyroku TSUE oba organy, KRS i Izba Dyscyplinarna SN dostarczają dowodów, które będą z pewnością pomocne przy ocenie dokonywanej przez SN.

Oficjalnie wedle samej KRS, wyrok TSUE jest dla niej bez znaczenia, reakcji nie wymaga. Podobnie twierdzenie zawiera oświadczenie Prezesa Izby Dyscyplinarnej SN.

Dlatego też KRS kontynuowała proces awansowania sędziów (opiniowanie kandydatur do SN), zaś Izba Dyscyplinarna obradując 21 listopada  w sprawie sędzi Aliny Czubieniak (sygnatura sprawy II DSS 2/18,)  nie uwzględniła wniosku o odroczenie postępowania do czasu, gdy SN ustosunkuje się do wyroku TSUE i wydała wyrok.

Te działania  dostarczają wymaganego przez wyrok TSUE materiału faktycznego do dokonania oceny przez Sąd Najwyższy. SN ma wszak ocenić niezależność KRS i ochronę niezawisłości sędziów (wobec działania Izby Dyscyplinarnej SN), w sposób konkretny i rzeczywisty, a nie tylko abstrakcyjny i potencjalny. Bieżąca działalność zarówno KRS, jak i Izby Dyscyplinarnej SN są więc tutaj – paradoksalnie – pomocne.

Wyrok TSUE i prawo krajowe. Wkraczamy w cień Polexitu

Wyroki TSUE w odpowiedzi na pytanie prejudycjalne z natury rzeczy dotyczą wykładni prawa unijnego.

Jednak podanie szczegółowych kryteriów znaczenia niezależności organu i niezawisłości sędziów nie pozostaje bez wpływu na znaczenie prawa krajowego – zwłaszcza, że art. 173, 178 ust 1 i  186 Konstytucji odwołują się do pojęć niezależności i niezawisłości.

Ich interpretacja, nawiązująca do kryteriów wskazanych w wyroku TSUE – a powołuje on także bogato orzecznictwo Europejskiego Trybunału Praw Człowieka – spina zatem dwa systemy prawne: unijny i krajowy. I to też decyduje o znaczeniu wyroku TSUE z 19 listopada.

Oczywiście, do swej pełnej implementacji wyrok TSUE wymagałby także działań legislacyjnych, zmieniających reżim prawny KRS, ustawę o SN i system dyscyplinarny wobec sędziów. Ani to jednak realne, ani przewidywalne. O podjęcie stosownych działań apeluje do władz trzynaście organizacji społecznych (całe, piętnastostronicowe Stanowisko jest dostępne w Archiwum Osiatyńskiego, wraz z Załącznikiem zawierającym dodatkową argumentację).

Oddzielnym problemem jest reakcja sądów. Jeżeli SN działając po orzeczeniu TSUE skorzysta z możliwości negatywnego wypowiedzenia się co do statusu KRS, zapewne pojawią się także inicjatywy innych sądów – szukających wyjaśnienia wątpliwości co do statusu orzeczeń z udziałem sędziów nominowanych z udziałem KRS.

Już jeden z sądów okręgowych – w Olsztynie- zażądał od Kancelarii Sejmu ujawnienia list poparcia nominacji do KRS, motywując to konsekwencjami orzeczenia TSUE.

Odnotować należy też inicjatywę z Izby Cywilnej SN, gdzie na tle jednej ze spraw (sygn. II CO 108/19) skierowano szereg pytań do Trybunału Konstytucyjnego, dotyczących ustalania składów orzekających z udziałem sędziów powołanych w procedurze neo-KRS.C

Czego dotyczą te pytania? Jak je ocenić biorąc pod uwagę rozbieżność ich treści i rzeczywistego znaczenia, a także ich legitymizacyjna i ceremonialna funkcja w obecnej sytuacji – to wymagałaby oddzielnej analizy.

I niestety, wszystko to oznacza nieuchronne pogłębienie chaosu w obrębie wymiaru sprawiedliwości, zarówno w osobowym, jak i w funkcjonalnym wymiarze.

Takie są skutki wydrążania z treści zasad konstytucyjnych i traktatowych. W sferze faktycznej oznacza to zaś, że wkraczamy w cień Polexitu.

Zmierzch władzy PiS, czy cień Polexitu?

Kmicic z chesterfieldem

Art. 190 Kpk § 1. Przed rozpoczęciem przesłuchania należy uprzedzić świadka o odpowiedzialności karnej za zeznanie nieprawdy lub zatajenie prawdy. No chyba, że słuchamy J.Kaczyńskiego. W trosce o to, by nikt jemu nigdy nie postawił zarzutów z 233 kk.

Dosłownie dwa dni przed wyborami prokurator Renata Śpiewak odmówiła dalszego prowadzenia śledztwa w głośnej sprawie „afery Dwóch Wież”. Ujawniona dziesięć dni później decyzja sprawiła, że nie trzeba było przesłuchiwać żadnych świadków, – w tym Jarosława Kaczyńskiego – na których powoływał się Gerald Birgfellner.

A jednak, jak udało się ustalić „Gazecie Wyborczej” w aktach znajduje się zapis przesłuchania prezesa PiS. Z tych zeznań wynika, że Jarosław Kaczyński padł ofiarą manipulacji austriackiego przedsiębiorcy, który wykorzystał jego „powiązania rodzinne” i wprowadził prezesa w błąd.

W trakcie przesłuchania Kaczyński stwierdził, że „może prowadzić rozmowy z przedstawicielami spółki, jednak nie posiada podstaw formalnych do wydawania im poleceń”. Słowa te są całkowitym zaprzeczeniem tego co zastało…

View original post 2 267 słów więcej

 

Srebrna, to nie ja – rzecze Kaczyński

Dosłownie dwa dni przed wyborami prokurator Renata Śpiewak odmówiła dalszego prowadzenia śledztwa w głośnej sprawie „afery Dwóch Wież”. Ujawniona dziesięć dni później decyzja sprawiła, że nie trzeba było przesłuchiwać żadnych świadków, – w tym Jarosława Kaczyńskiego – na których powoływał się Gerald Birgfellner.

A jednak, jak udało się ustalić „Gazecie Wyborczej” w aktach znajduje się zapis przesłuchania prezesa PiS. Z tych zeznań wynika, że Jarosław Kaczyński padł ofiarą manipulacji austriackiego przedsiębiorcy, który wykorzystał jego „powiązania rodzinne” i wprowadził prezesa w błąd.

W trakcie przesłuchania Kaczyński stwierdził, że „może prowadzić rozmowy z przedstawicielami spółki, jednak nie posiada podstaw formalnych do wydawania im poleceń”. Słowa te są całkowitym zaprzeczeniem tego co zastało przedstawione w nagranych rozmowach, kiedy prezes twierdził: „Srebrna, czyli ja”.

W zapisie prokurator Śpiewak nie ma też odniesień do wizyty prezesa Pekao SA w siedzibie partii. Kaczyński w rozmowie z prokurator powiedział, że zna prezesa banku z czasów, gdy ten ostatni pełnił funkcję wiceministra Skarbu Państwa.

Jednak uważny czytelnik akt znajdzie zdanie, które potwierdza spotkanie prezesa banku z prezesem partii: „w rozmowie [Krupiński – prezes PekaoSA] potwierdził, że prowadzi rozmowy z Geraldem Birgfellnerem, jednak nie precyzował dokładnie o co chodzi.” Kaczyński zaprzecza również temu, że wiedział cokolwiek na temat wysokości kredytu na realizację przedsięwzięcia. Ale ponownie jego słowa stoją w całkowitym zaprzeczeniu z dokumentami z dnia 2 lutego 2018 r., gdzie zapisano, że podczas „walnego zgromadzenia wspólników Srebrnej wyraża zgodę na „zaciągnięcie przez spółkę finansowania dłużnego do maksymalnej kwoty 300 mln euro na realizację przedsięwzięcia”. Decyzję w imieniu Walnego Zgromadzenia podejmuje sam Kaczyński. Jest jedynym obecnym na posiedzeniu. Członek zarządu spółki, Jacek Cieślikowski (b. kierowca prezesa) jest tam tylko protokolantem i sekretarzem.” Podczas przesłuchania ani razu Kaczyński nie został zapytany o „kopertę dla księdza”, w której znalazło się 50 tys. zł za podpis ks. Rafała Sawicza pod uchwałą pozwalającą na rozpoczęcie całej inwestycji.

Według prokuratury Jarosław Kaczyński jest ofiarą pomówień austriackiego biznesmena i nie może ponosić żadnej odpowiedzialności w związku z aferą. „Przedstawione okoliczności towarzyszące pierwszym rozmowom w zakresie inwestycji przy ul. Srebrnej 16 (…) nie pozwalają na przyjęcie, iż faktycznie to Jarosław Kaczyński decydował o wszystkich sprawach związanych z realizacją planowanej inwestycji. […] Przeczą [temu] także zeznania świadka Jarosława Kaczyńskiego (…) w których podkreślił, iż jako Przewodniczący Rady Nadzorczej Fundacji Instytut imienia Lecha Kaczyńskiego, która jest właścicielem spółki Srebrna może z przedstawicielami spółki prowadzić jedynie rozmowy, nie ma jednak formalnej podstawy do wydawania im poleceń” – czytamy w dokumencie prokuratury, według której wszystkie 20 spotkań Kaczyńskiego z Birgfellnerem „były na bardzo ogólnym poziomie, nie ustalono żadnych szczegółów zarówno odnośnie zakresu prac jak i oczekiwanego wynagrodzenia”. Jakiekolwiek przekonania austriackiego przedsiębiorcy o tym, że to Jarosław Kaczyński ma decydujące zdanie w sprawie Srebrnej wynikają „jedynie z poczynionej subiektywnej nie znajdującej odzwierciedlenia w rzeczywistości oceny określonych sytuacji”.

Banaś, pisowski François Vidocq. Takie europejskie standardy

Dziennikarki „Rzeczpospolitej” sprawdziły, kim był Henryk Stachowski – mężczyzna, który podarował Marianowi Banasiowi kamienicę w Krakowie i dom na wsi. Dokumenty, które uzyskały w Instytucie Pamięci Narodowej w Warszawie i Krakowie poddają w wątpliwość słowa Banasia o Stachowskim. 

Jak przypomina „Rz”, Banaś sam mówił w mediach o tym, że otrzymał kamienicę od „żołnierza AK”. Według słów Banasia Stachowski był żołnierzem Kedywu AK, po wojnie zaś został aresztowany przez UB; był torturowany i skazany na więzienie. Następnie pracował m.in. w Domu Handlowym Jubilat w Krakowie, gdzie zakładał „Solidarność”. Zmarł 22 czerwca 2007 r.

Autorki tekstu sprawdziły, czy nazwisko Stachowskiego pojawia się w rejestrze Światowego Związku Żołnierzy Armii Krajowej – nie było go tam. Okazało się też, że jako człowiek zakładający „Solidarność” nie był represjonowany w PRL, co jest zaskakujące. „Rz” sprawdziła w archiwach przeszłość Stachowskiego.

Okazało się, że w maju 1945 r. Stachowski, wraz z pięcioma innymi osobami napadł z bronią w ręku na Komunalną Kasę Oszczędności w Myślenicach; przejął 130 000 zł. Zatrzymało go wtedy UB. Napad przypisano wywrotowej wobec państwa grupie leśnej „Cement”, która działała trzy miesiące i miała na koncie dwa napady; Stachowski brał udział tylko w jednym. Za to skazano go na pięć lat więzienia. W dokumentach brak jednak informacji o przynależności do Kedywu AK. W IPN nie ma także dowodów na jego działalność w „Solidarności”.

W 1999 r. Stachowski wystąpił do sądu o zadośćuczynienie za działalność z tamtych lat. Napisał, że był „inwigilowany i śledzony” aż do momentu zmiany systemu ustrojowego. Autorki zaznaczają, że UB interesował się Stachowskim krótko, w latach 50. W IPN nie ma dowodów na intensywniejsze działania bezpieki wobec Stachowskiego. Interesujący jest również powód, dla którego Stachowski chciał uzyskać odszkodowanie – miał zamiar wykupić na własność mieszkanie, które zajmował od 40 lat przy ul. Potebni w Krakowie.

Sąd przyznał mu ostatecznie 68 tys. zł. „Rz” podaje, że nie wykupił mieszkania, ale niedługo po uzyskaniu przez niego pieniędzy, krakowski sąd wpisał do księgi wieczystej kamienicy przy Krasickiego 24 w Krakowie Mariana Banasia. Jak pisze „Rzeczpospolita”: starszy pan, któremu jeszcze niedawno sen z oczu spędzał brak własnego lokum i pieniędzy na jego wykup, w kilka miesięcy zdążył odzyskać kamienicę i darował ją Banasiowi.

Według „Faktu” Zbigniew Ziobro przeprowadził „nieudany szturm” i jego Solidarna Polska nie zwiększy stanu posiadania w rządzie. Co więcej, politycy PiS mają być niezadowoleni z działań ministra sprawiedliwości, padają oskarżenia o nieprzypadkowy „wyciek z prokuratury”.

Zaraz po wyborach parlamentarnych ruszyła giełda nazwisk w nowym rządzie, jaki formuje Zjednoczona Prawica (PiS, Porozumienie i Solidarna Polska). Ledwo ogłoszone zostały pełne wyniki wyborów, a politycy z otoczenia Zbigniewa Ziobry, lidera Solidarnej Polski, zaczęli w niektórych wypowiedziach podważać pozycję premiera Mateusza Morawieckiego, wskazując, że szefem rządu mógłby być prezes PiS Jarosław Kaczyński.

Od dawna w doniesieniach medialnych padały sformułowania o tarciach na linii Ziobro-Morawiecki, zwłaszcza w spółkach Skarbu Państwa. Jednak wraz z deklaracjami Patryka Jakiego, który stwierdził, że „czas na rozmowę” o fotelu premiera dla Kaczyńskiego, w mediach zaczęły się pojawiać się też doniesienia o tym, że Zbigniew Ziobro próbuje wywalczyć sobie fotel wicepremiera.

Gowin i Ziobro mogą negocjować z Kaczyńskim

Sytuacja jest o tyle interesująca, że Zjednoczona Prawica (występująca w Sejmie jako klub PiS), liczy 235 posłów, ale Porozumienie wprowadziło ich 18, Solidarna Polska również 18. Liderzy tych partii, Jarosław Gowin i Zbigniew Ziobro, mają więc naprawdę dobre pozycje negocjacyjne względem Kaczyńskiego: bez ich posłów ZP nie ma większości w izbie niższej.

We wtorkowym „Fakcie” opisano dotychczasowe efekty rozmów obozu Zjednoczonej Prawicy. Sytuacja Gowina jest w ocenie informatorów gazety klarowna: pozostaje w rządzie, na stanowisku wicepremiera.

Rozwiązać miała się też sprawa Jadwigi Emilewicz, dotychczasowej minister technologii i przedsiębiorczości, o której spekulowano, że za swoją krytykę niektórych projektów PiS może stracić posadę. Emilewcz ma zostać w rządzie i kierować nowym Ministerstwem Rozwoju (kiedyś już istniało, ministrem był wówczas Mateusz Morawiecki, powstało m.in. na bazie dawnego ministerstwa gospodarki).

„Nieudany szturm Ziobry”. Padają oskarżenia o „przeciek”

Zupełnie inaczej wygląda za to pozycja ministra sprawiedliwości. „Fakt” donosi, że Solidarnej Polsce nie udało się zdobyć kolejnego ministerstwa i to mimo zdecydowanych prób Ziobry. Tekst zatytułowany jest zresztą „Nieudany szturm Ziobry”.

Część polityków Zjednoczonej Prawicy jest wściekła na zachowanie samego ministra sprawiedliwości oraz jego zaplecza. Chodzi o publiczne wypowiedzi podważające pozycję premiera Morawieckiego, a także ostatni wyciek informacji z prokuratury

– czytamy. W tym kontekście przywołano publikację „Rzeczpospolitej” o tym, że urzędnicy pracujący w Ministerstwie Finansów (gdy ministrem był m.in. Morawiecki), wyłudzali VAT. Informator dziennika wiąże negocjacje w wydaniu Ziobry i pojawienie się tekstu o przestępstwach w resorcie finansów, a termin nazywa „nieprzypadkowym”.

– W partii przyjęto to jako odwet za niespełnienie ambicji politycznych. Nietrudno się domyślić, gdzie jest źródło wycieku – opisywał informator „Faktu”.

Gowin deklaruje: Ziobro nie stawiał żadnego ultimatum

Także we wtorek w programie „Rozmowa Piaseckiego” w TVN24 o negocjacje wewnątrz obozu rządzącego był pytany wicepremier Jarosław Gowin, lider Porozumienia. Gowin zapewnił:

Sędziowie Sądu Najwyższego odrzucili dzisiaj pierwszy z sześciu protestów wyborczych polityków Prawa i Sprawiedliwości w związku z wyborami do Senatu.

PiS złożyło protesty wyborcze ws. okręgów: nr 12 – Grudziądz, 95 – Kalisz, 96 – Kalisz i 92 – Konin, nr 75 – Katowice i nr 100 – Koszalin. Wszędzie tam wygrali kandydaci opozycji.

– Nie będzie ponownego liczenia głosów w okręgu 75 – Mysłowice, Tychy. Sąd Najwyższy pozostawił bez dalszego biegu pierwszy protest wyborczy PiS. W proteście nie wskazano naruszeń prawa ani dowodów na nieprawidłowości – informuje Maciej Sztykiel z Radia Zet.

Oświadczenie Sądu Najwyższego

W dniu 29 października 2019 r. Sąd Najwyższy w Izbie Kontroli Nadzwyczajnej i Spraw Publicznych na posiedzeniu niejawnym rozstrzygnął pierwszy (z sześciu) protest wyborczy złożony przez pełnomocnika wyborczego Komitetu Wyborczego Prawo i Sprawiedliwość (sprawa o sygn. akt I NSW 103/19), dotyczący ważności wyborów do Senatu Rzeczypospolitej Polskiej z dnia 13 października 2019 r. w okręgu wyborczym nr 75 obejmującym obszar powiatu bieruńsko-lędzińskiego oraz miast na prawach powiatu Mysłowic i Tychów (województwo śląskie). W okręgu tym mandat senatorski uzyskała Gabriela Morawska-Stanecka (Komitet Wyborczy Sojusz Lewicy Demokratycznej), która otrzymała 64 172 głosów, pokonując Czesława Ryszkę (Komitet Wyborczy Prawo i Sprawiedliwość), na którego głosowało 61 823 wyborców”.

Banaś wprowadza nowe standardy przestępczości zorganizowanej. Wiele od niego nauczył się Kaczyński. A może – nie. W każdym razie w tym fachu Banaś jest wielce zdolny i nadaje się na szefa NIK. Patrz François Vidocq.

Kmicic z chesterfieldem

– „Złożyliśmy do sądu zażalenie na postanowienie o odmowie wszczęcia śledztwa w sprawie zarzucanego przez G. Birgfellnera Jarosławowi Kaczyńskiemu oszustwa wielkich rozmiarów” – poinformował na Twitterze Roman Giertych. On i Jacek Dubois są pełnomocnikami austriackiego biznesmena.

11 października prokuratura odmówiła wszczęcia śledztwa z zawiadomienia austriackiego biznesmena Geralda Birgfellnera o podejrzeniu popełnienia przestępstwa przez prezesa PiS Jarosława Kaczyńskiego. Chodzi o budowę w centrum Warszawy dwóch wieżowców przez pisowską spółkę Srebrna.

Prokuratura, którą nadzoruje Zbigniew Ziobro, podjęła tę decyzję tuż przed wyborami do parlamentu. „Prokuratura odmówiła śledztwa dot. dwóch wież Kaczyńskiego – sprawa trafi do sądu”.

Dodajmy, że tego samego dnia prokuratura odmówiła również wszczęcia śledztwa w sprawie zawiadomienia, które złożyli posłowie PO. Dotyczyło ono możliwości popełnienia przestępstwa przez Jarosława Kaczyńskiego poprzez m.in. płatną protekcję, powoływanie się na wpływy oraz przekroczenie uprawnień przez funkcjonariusza publicznego.

Internauci w komentarzach obawiali się, że po ewentualnym uwzględnieniu przez sąd zażalenia, prokuratura niewiele zrobi:…

View original post 1 329 słów więcej

 

Desperat Kaczyński

Wbrew lansowanej przez polityków opozycji i część przedstawicieli mediów tezie, że złożone przez Prawo i Sprawiedliwość protesty wyborcze to zamach na polską demokrację, wygląda to raczej na akt desperacji, przygotowany zresztą z bardzo dużym niechlujstwem prawniczym, wręcz pogłębiającym wrażenie chwytania się ostatniej deski ratunku. Dziś możemy już z dużą dozą pewności przyjąć, że próby przekupienia senatorów z opozycji, często intratnymi stanowiskami w rządzie i suto opłacanymi posadami w spółkach Skarbu Państwa spełzły na niczym. Dla Jarosława Kaczyńskiego to musi być duży szok, że nie wszyscy w polityce są tak zepsuci jak jego podwładni. Większość w Senacie staje się celem nieosiągalnym, co przekonanego o słuszności posunięć “dobrej zmiany” lidera PiS musi bardzo irytować.

Wnioski o unieważnienie wyborów w okręgach gdzie kandydaci partii rządzącej przegrali w bezpośrednim starciu nie mają zbyt wielkich szans na sukces, bo wygląda na to, że prawnicy Prawa i Sprawiedliwości popełnili przy ich sporządzaniu fatalny w skutkach błąd. Kodeks wyborczy daje bowiem możliwość merytorycznego rozpatrywania ich dopiero po spełnieniu warunków formalnych, a konkretnie tylko w przypadkach w nim przewidzianych. Jeśli zatem w samej treści wniosków nie znajduje się uzasadnienie dużo obszerniejsze niż to, które opisała depesza Polskiej Agencji Prasowej (ujawnione także w komunikacie SN), to los każdego z tych wniosków został przesądzony już w chwili ich złożenia. Zwrócił na to uwagę jeden z internautów na Twitterze, przywołując dokładnie treść art. 82 KW.

Każda inna decyzja sędziów SN, niż odrzucenie wniosków PiS z uwagi na brak wykazania przestępstwa przeciw wyborom lub naruszenia przepisów dotyczących samego głosowania będzie prawnym absurdem, w zasadzie dyskwalifikującym każdego z sędziów, którzy by się pod nim podpisali. Z kolei wykazanie przestępstwa lub naruszenia przepisów może być niemożliwe dlatego, że w każdej z komisji, które kwestionowane protokoły podpisali był przedstawiciel PiS, który będąc naocznym świadkiem liczenia żadnych nieprawidłowości nie odnotował.
Paradoksem może być zatem to, że partia rządząca na tyle skutecznie poprawiła zapisy Kodeksu Wyborczego w kwestii przeliczania głosów, że dziś, gdy zapewne z chęcią wynik lekko by “skręciła”, nie może tego skutecznie dokonać.

Oczywiście istnieje również opcja, że chęć władzy u Jarosława Kaczyńskiego jest już dziś tak silna, że przestaje już dbać o pozory i oszustwa wyborczego chce dokonać na oczach wszystkich, niezależnie od konsekwencji. Wówczas jednak skutków nie sposób dziś przewidzieć, a za chciwość lidera PiS zapłacimy wszyscy.

Protesty wyborcze latami rozpoznawała Izba Pracy i Ubezpieczeń Społecznych (IPiUS) SN. Sytuacja zmieniła się w kwietniu br.

Prezydencka ustawa utworzyła wtedy dwie nowe izby SN, a sprawy publiczne dostała powołana właśnie Izba Kontroli Nadzwyczajnej i Spraw Publicznych (IKNiSP). Dziś to ona orzeka o ważności wyborów i rozstrzyga protesty wyborcze.

Duda lekceważy orzeczenie NSA

Andrzej Duda nie uzasadnił, dlaczego to właśnie IKNiSP powinna decydować o ważności wyborów. „Jest tylko niewinne wymienienie kompetencji izby. Nie ma analizy, jakie to może mieć konsekwencje ustrojowe oraz dla naszych praw wyborczych” – zauważył w 2017 r. rzecznik praw obywatelskich Adam Bodnar.

Powodów nie trzeba było szukać – w ten sposób prezydent zapewnił sobie prawo obsadzenia izby o strategicznej roli. Do IKNiSP Duda powołał w sumie 20 nowych sędziów. Wszystkich wskazała mu upolityczniona Krajowa Rada Sądownictwa obsadzona pół roku wcześniej przez Sejm głosami PiS.

Prezydent był bardzo zdeterminowany, by wręczyć nominacje nowym osobom. Zlekceważył nawet orzeczenie Naczelnego Sądu Administracyjnego, który wstrzymał wykonalność uchwał KRS z wynikami konkursów do SN po skargach odrzuconych kandydatów. – Nominacje wbrew postanowieniom NSA podważają legitymację powołanych sędziów – uważa prof. UŚ Krystian Markiewicz, prezes stowarzyszenia sędziów Iustitia.

Dziś statusem osób w SN, które wskazała upolityczniona KRS, zajmuje się unijny Trybunał Sprawiedliwości po pytaniach prejudycjalnych o Izbę Dyscyplinarną (obsadzoną tak jak IKNiSP). W listopadzie TSUE może orzec, czy nowa KRS jest niezależna i jaki to miało wpływ na organizowane przez nią konkursy sędziowskie.

Izba czasami wierzga

Prezeską IKNiSP Duda uczynił dr hab. Joannę Lemańską, swoją koleżankę z Katedry Prawa Administracyjnego Uniwersytetu Jagiellońskiego. W izbie są również dr hab. Aleksander Stępkowski, były wiceszef MSZ w rządzie PiS i założyciel instytutu Ordo Iuris, prof. KUL Krzysztof Wiak, członek rady naukowej Ordo Iuris, czy konstytucjonalista z KUL dr hab. Marek Dobrowolski, który wsparł rząd PiS i w opinii prawnej uznał, że Trybunał Konstytucyjny nie ma prawa orzekać wyłącznie na podstawie konstytucji.

W izbie orzeka też prof. UW Antoni Bojańczyk, który był typowany na nowego rzecznika praw obywatelskich, gdyby PiS udało się odwołać Adama Bodnara. Są również doświadczeni sędziowie jak Marcin Łochowski, który pracował wcześniej w Sądzie Apelacyjnym w Warszawie.

W 2019 r. IKNiSP pokazywała niezależność i kwestionowała uchwały upolitycznionej KRS z wynikami konkursów sędziowskich. Uchyliła też decyzje ministra sprawiedliwości, który odmówił sędziom urlopów dla poratowania zdrowia. W SN przegrywał również prokurator generalny – w sprawach przeniesienia prokuratorów w stan spoczynku.

– Mam nadzieję, że sędziowie tej izby wykorzystają szansę na pokazanie, że są niezależni – podkreślił konstytucjonalista Marcin Matczak.

Opozycja apeluje do organizacji międzynarodowych, by monitorowały ponowne liczenie głosów w wyborach do Senatu. O ich ważności zdecyduje izba Sądu Najwyższego utworzona przez PiS. Ale i tu opozycja ma swój plan

– Nie mamy pewności, że głosy zostaną uczciwie przeliczone – stwierdził Grzegorz Schetyna. Apel o pomoc skierował do OBWE, Rady Europy i Komisji Weneckiej. Po rozmowie z liderem Koalicji Obywatelskiej Jan Petersen, ambasador misji OBWE, która monitorowała wybory parlamentarne w Polsce, zapowiedział, że zostanie ona przedłużona na czas rozpatrzenia protestów.

Co zrobi Gersdorf?

Konferencję prasową KO zorganizowała przed gmachem Sądu Najwyższego. Politycy opozycji przedstawili dziennikarzom swoje protesty wyborcze – domagają się powtórzenia wyborów w okręgach: jeleniogórskim, łomżyńskim i pabianickim. Wniosków nie skierowali jednak do utworzonej za czasów PiS Izby Kontroli Nadzwyczajnej i Spraw Publicznych SN.

– Naszą skargę kierujemy do Sądu Najwyższego. To, do której izby zostanie skierowana, będzie osobistą decyzją pierwszej prezes Małgorzaty Gersdorf – mówił poseł KO Mariusz Witczak. – Sugerujemy, że to Izba Pracy powinna rozpoznać sprawę, bo ma charakter niezależny, została prawidłowo powołana i zajmowała się dotąd rozpatrywaniem tego typu protestów.

Sędzia Michał Laskowski, rzecznik SN: – Decyzji jeszcze nie ma, natomiast stan prawny jest taki, że protesty rozpoznaje wiadoma izba. Pani prezes nie ma nieograniczonych możliwości dysponowania sprawami i musi stosować przepisy ustawy, nawet jeśli ta ustawa jej się nie podoba.

Laskowski zastrzegł, że sytuacja mogłaby ulec zmianie, gdyby autorzy protestu dołączyli do niego wnioski o wyłączenie sędziów Izby Kontroli Nadzwyczajnej i Spraw Publicznych: – Wtedy trzeba by im nadać tryb procesowy. Obecnie nie przewiduję, aby pani prezes sama z siebie wydała tak karkołomną decyzję.

Specjaliści: słaba argumentacja PiS

Wcześniej protesty dotyczące sześciu okręgów senackich złożył PiS. Wicerzecznik partii Radosław Fogiel stwierdził, że wnioski dotyczą tych miejsc, w których liczba głosów nieważnych była wyższa niż ta, którą kandydaci opozycji wygrali z kandydatami PiS. Sprawa jest istotna, bo w 100-osobowym Senacie opozycja dysponuje minimalną przewagą – 51:48 (startująca z własnego komitetu wyborczego Lidia Staroń oświadczyła, że będzie niezależna).

Wielu specjalistów, w tym były szef Państwowej Komisji Wyborczej Wojciech Hermeliński, podkreśla, że taka argumentacja, jaką przedstawił PiS, nie jest przesłanką do uznania protestu. Nie ma bowiem żadnych dowodów, że doszło do jakichkolwiek nieprawidłowości. Inaczej, jak podkreśla opozycja, jest w przypadku jej wniosków – SN miałby np. rozstrzygnąć, czy w odpowiednim terminie został zgłoszony kandydat PiS po śmierci Kornela Morawieckiego.

– To próba wpłynięcia na wynik wyborów – oceniał działania PiS Schetyna i przypominał stare powiedzenie przywódcy Związku Radzieckiego Józefa Stalina, że nieważne jest to, kto jak głosuje, ale ważne jest to, kto liczy głosy.

To była aluzja do tego, że sędziowie Izby Kontroli Nadzwyczajnej i Spraw Publicznych zostali wskazani przez upolitycznioną Krajową Radę Sądownictwa, a powołał ich prezydent Andrzej Duda.

Nikt nie zgłaszał uwag

Dwa pierwsze protesty PiS, dotyczące wyborów do Senatu, rozpoznają sędziowie: profesor KUL Jacek Widło, dr hab. Grzegorz Żmij oraz profesor KUL i członek rady programowej Ordo Iuris Krzysztof Wiak. Pozostałe składy we wtorek nie zostały jeszcze przydzielone.

Wnioski rządzącej partii dotyczą np. okręgu nr 75, który obejmuje Mysłowice, Tychy i powiat bieruńsko-lędziński. Do tej pory senatorem z tego okręgu był reprezentujący PiS Czesław Ryszka. W wyborach 13 października niespodziewanie pokonała go jednak Gabriela Morawska-Stanecka, wiceprzewodnicząca Wiosny, która startowała z listy Lewicy jako jedyna kandydatka opozycji.

Morawska-Stanecka zdobyła 64 172 głosy, a Ryszka 61 823. Wicerzecznik PiS Radosław Fogiel protest tłumaczył tym, że różnica między kandydatami była mniejsza niż liczba nieważnych głosów. Było ich w sumie 3749, w tym 1302 z powodu postawienia znaku X przy obydwu kandydatach, a 2447 osób wrzuciło do urny czystą kartę.

W trakcie głosowania i liczenia nikt nie zgłaszał żadnych uwag czy nieprawidłowości. Partia Jarosława Kaczyńskiego zrobiła to dopiero, gdy okazało się, że straciła władzę w Senacie.

Nie ta Lewica

Równocześnie Koalicja Obywatelska złożyła swoje trzy protesty. Jak zaznaczył senator Marek Borowski, wynikają one z szacunku do prawa i zostałyby złożone niezależne od działań PiS. Tłumaczył, że wnioski rządzącej partii nie mają odpowiednich uzasadnień, bo ich jedyną podstawą jest niekorzystny wynik wyborów, czyli różnica między obu kandydatami i głosami nieważnymi. Natomiast kodeks wyborczy wymaga przedstawienia jakichkolwiek dowodów na nieprawidłowości.

Na porannej konferencji prasowej Borowski przypomniał, że w 2011 r. w jednym z okręgów senator PO Stanisław Bisztyga przegrał różnicą 68 głosów, a równocześnie stwierdzono 9 tys. głosów nieważnych. Tym razem najmniejsza różnica stwierdzona przez PiS to 320 głosów przy 3749 głosach nieważnych – to okręg nr 100 w Koszalinie, gdzie wygrał poseł PO Stanisław Gawłowski.

– Nasze protesty dotyczą kwestii absolutnie zasadniczej – uzasadniał Borowski. W jego przekonaniu wyborcy zostali wprowadzeni w błąd z powodu karty wyborczej w okręgu jeleniogórskim. Wystartował tam Jacek Zdrojewski reprezentujący komitet Polska Lewica, którego logo przypomina samochodowe oznaczenie PL. Przy jego nazwisku umieszczone zostało jednak logo Lewicy, którą tworzyły SLD, Wiosna i Razem.

– Polska Lewica nie podpisała paktu senackiego – argumentował Borowski. I wskazywał, że przez tę pomyłkę wiele osób mogło wesprzeć Zdrojewskiego i odebrać głosy, a tym samym zwycięstwo kandydatowi Koalicji Obywatelskiej.

Ramka z logo

Drugi przypadek dotyczy okręgu pabianickiego, gdzie znaczek Koalicji Obywatelskiej został wdrukowany w ramkę po prawej stronie kandydata, choć powinno być samo logo, bez ramki. Jak podkreślał Borowski, instrukcja nakazująca postawić znak X w kratce przy nazwisku, a nie w lewej kratce przy nazwisku, mogła wprowadzić wyborców w błąd.

Różnica między kandydatem KO a PiS wynosiła w okręgu pabianickim 1861, a w ramce z logiem KO krzyżyk umieściło 2546. – Nie jesteśmy pieniaczami. Skarżymy tam, gdzie może to zmienić wynik wyborów – stwierdził Borowski.

Kolejny powód protestu opozycji to zbyt późne zgłoszenie kandydata przez PiS w okręgu 59 łomżyńsko-suwalskim – na miejsce zmarłego Kornela Morawieckiego. Zdaniem Roberta Tyszkiewicza kandydatura może być zgłoszona na 15 dni przed wyborami, a została zgłoszona na 13 dni.

– Okręgowa Komisja Wyborcza w Białymstoku nie miała prawa poinformować komitetu wyborczego PiS, że może taką kandydaturę złożyć, a następnie nie miała prawa tej kandydatury zarejestrować – tłumaczył Tyszkiewicz. – Liczy się data śmierci kandydata. Nowy kandydat został zarejestrowany z naruszeniem przepisów kodeksu wyborczego i został wybrany nieprawnie.

Libicki: Patrzmy PiS na ręce

– Bardzo się ucieszyłem, jak PiS ogłosiło, że chce ponownego przeliczenia głosów. Bo skoro przyszło im do głowy, że nie da się już żadnego senatora opozycji przeciągnąć na stronę PiS, to jest to bardzo dobry sygnał – mówi „Wyborczej” Jan Filip Libicki, senator PSL. – Chciałbym tylko, by opinia publiczna, także za pośrednictwem mediów, bardzo uważnie patrzyła na ręce tym, którzy będą te głosy ponownie przeliczać.

PiS było gotowe oddać panu fotel marszałka Senatu, byleby tylko odzyskać większość w izbie? – zapytaliśmy. – Tego nie wiem. Na pewno zadzwonił do mnie wysoki funkcjonariusz PiS. Nie polityk, mój znajomy. Spytał, czy nie spotkałbym się na kawie z wpływowym senatorem Prawa i Sprawiedliwości, bo mógłbym wysoko zawistować. Powiedziałem, że ja się na kawę, oczywiście, umówię z każdym. Ale jeżeli ma to dotyczyć tego, bym opuścił tę większość, która ukształtowała się w Senacie po wyborach, to nie jestem zainteresowany rozmową – odparł Libicki.

Kmicic z chesterfieldem

View original post

Kaczyński, nie idź tą drogą!

Kaczyński igra z ogniem, bo zamach na wybory przeciętny Polak łatwo zrozumie.

W Senacie PiS nie ma większości. Nie ma też żadnych dowodów na fałszerstwa wyborcze. Nie ma żadnych przesłanek do protestu. Prezesowi Kaczyńskiemu nie podoba się wynik – i to jest jedyna przesłanka.

PiS wymyśla więc księżycowe teorie, że gdyby głosy nieważne uznać za głosy na kandydata partii rządzącej, to on by wygrał. Ale dlaczego głosy nieważne zaliczać na rzecz PiS, a nie opozycji? PiS nie umie na to odpowiedzieć.

Dopóki suweren dawał partii rządzącej większość – suweren był dobry, a fraza „wola suwerena” nie schodziła z ust polityków PiS. Teraz suweren wierzgnął, więc wolę suwerena PiS usiłuje zmienić metodami niedemokratycznymi.

To moment kluczowy w marszu Kaczyńskiego do autorytaryzmu. Były zamachy na demokrację parlamentarną, na konstytucję, Trybunał Konstytucyjny, na niezależne sądy i niezawisłych sędziów – ale nie było zamachu władzy na wynik wyborów. Kaczyński igra z ogniem, bo zamach na wybory przeciętny Polak łatwo zrozumie. Historia uczy, że fałszerstwa wyborcze były początkiem końca niejednej dyktatury.

Senat z przewagą opozycji to rysa na monolicie władzy. Po maksymalnym wychyleniu wahadło nieuchronnie wędruje w przeciwną stronę. Stąd panika. Nie znalazł się wśród opozycji żaden „senator Kałuża”. PiS uruchamia więc plan awaryjny, bo władzy raz zdobytej… itd.

Nie bez powodu dziesiątki tysięcy ludzi protestowały w lipcu 2017 r. przed sądami w całej Polsce. To wówczas Ziobro, Kaczyński i ich bezwolny prezydent przepchnęli utworzenie nowej izby Sądu Najwyższego – Izby Kontroli Nadzwyczajnej i Spraw Publicznych. Obsadziła ją od zera upartyjniona Krajowa Rada Sądownictwa. Izba ta, przez PiS wymyślona i kontrolowana, rozpatrzy teraz protesty PiS.

W odróżnieniu od trzech protestów wyborczych opozycji – nie ma żadnych podstaw dla sześciu protestów PiS. Nawet chodzący na postronku władzy sąd musi w świetle prawa je odrzucić. Tylko czy w państwie PiS „prawo jeszcze prawo znaczy, a sprawiedliwość sprawiedliwość”?

Przekonamy się, czy sędziowie od Ziobry zmienili togi na pisowskie liberie. Nie mieści nam się to w głowie? Ale od czterech lat dzieją się w Polsce rzeczy, które nie mieszczą się w głowie.

Wielu polityków PiS w latach 80. działało w opozycji demokratycznej. Dziś widać, że można było w niej działać, ale nie być demokratą.

Mam do was naiwny apel – choć wiem, że nie posłuchacie: Nie wchodźcie na ścieżkę wyborczych fałszerstw, bo nie zejdziecie z niej nigdy. Fanatyczne przekonanie o wyłączności waszych racji nie uprawnia was do sprawowania wyłącznej władzy.

Śmieliśmy się razem w czasach PRL z radzieckich dowcipów: „Nieważne, kto głosuje, ważne, kto liczy głosy…”.

Śmiesznie było – ale dziś to wy liczycie głosy.

Tu przeczytasz o klerze i seksie >>>

Kaczyński, nie idź tą drogą, bo czeka cię w najlepszym razie los Janukowycza, w najgorszym Ceaușescu.

Kmicic z chesterfieldem

Prokuratura odmówiła wszczęcia śledztwa w sprawie oszustwa, jakiego miał się dopuścić Kaczyński wobec Birgfellnera. Czekała 259 dni, choć przepisowo powinno być 30, w kółko przesłuchując biznesmena i wlepiając mu grzywny. Dlaczego tak długo? Bo 5 października zmieniły się przepisy dające szanse na dochodzenie sprawiedliwości, a 13 października były wybory

Gerald Birgfellner przy pomocy dwóch swoich adwokatów – Romana Giertycha i Jacka Dubois – złożył 25 stycznia 2019 roku „zawiadomienie o uzasadnionym podejrzeniu popełnienia przestępstwa” opisanego w art. 286 par. 1 kodeksu karnego. Przewiduje on karę do 8 lat dla osoby, która „w celu osiągnięcia korzyści majątkowej, doprowadza inną osobę do niekorzystnego rozporządzenia własnym lub cudzym mieniem za pomocą wprowadzenia jej w błąd albo wyzyskania błędu lub niezdolności do należytego pojmowania przedsiębranego działania”.

21 października opinia publiczna dowiedziała się, że śledztwa nie będzie.

Dowodów na to, jak Kaczyński wprowadzał Birgfellnera w błąd dostarczyły zapisy rozmów, które biznesmen zaczął rejestrować widząc, że…

View original post 6 915 słów więcej

 

Krew prędzej czy później się poleje, to jest logika rządów Kaczyńskiego i jego partii

Powyborcza rzeczywistość zdecydowanie nabrała tempa. Po 7 dniach od wyborów Prawo i Sprawiedliwość postanowiło zakwestionować wynik wyborów do Senatu i złożyło protest wyborczy. – To wygląda na rozpaczliwą walkę o większość w Senacie po stronie PiS-u – mówi Jerzy Stępień, b. prezes Trybunału Konstytucyjnego. Partia chce przeliczenia głosów w 6 okręgach. Jednocześnie prokuratura odmówiła wszczęcia śledztwa w sprawie dwóch wież Kaczyńskiego.

Państwo nie działa

O decyzji prokuratury poinformowali posłowie opozycji Cezary Tomczyk i Marcin Kierwiński z PO. – To jest sprawa wyjątkowa, dlatego że sprawa dwóch wież, sprawa Srebrnej jak w soczewce pokazuje całe państwo PiS. Dzisiaj ponad wszelką wątpliwość możemy udowodnić, że państwo polskie przestało funkcjonować, że prokuratura nawet bez przesłuchania głównego świadka, a być może nie tylko świadka, jest w stanie odmówić wszczęcia postępowania w sprawie tak bulwersującej – mówił Cezary Tomczyk.

To opozycja złożyła zawiadomienie do Prokuratury Okręgowej w Warszawie w tej sprawie. Jak poinformowali posłowie, na odmowie wszczęcia postępowania jest data 11 października, czyli w przedwyborczy piątek.

– Tak wygląda republika banasiowa, tak wygląda sytuacja, w której na czele państwa stoi paradyktator Jarosław Kaczyński – komentował Cezary Tomczyk.

Senat do powtórnego przeliczenia

PiS nie odpuszcza sprawy Senatu. Przez ostatni tydzień trwały nieformalne próby “przekupienia” senatorów opozycji, które nie przyniosły skutku.

W końcu PiS złożył protesty wyborcze dotyczące 6 okręgów i oczekuje ponownego przeliczenia głosów w okręgach nr 75 (Katowice), nr 100 (Koszalin), nr 12 (Grudziądz), 95 (Kalisz), 96 (Kalisz) i 92 (Konin).

We wszystkich okręgach wygrali kandydaci nie-PiS-owscy.

Wnioski tłumaczy dużą liczbą głosów nieważnych. Protesty wpłynęły w piątek 18 października. W poniedziałek Sąd Najwyższy zwrócił się do przewodniczącego Państwowej Komisji Wyborczej, Prokuratora Generalnego i przewodniczących odpowiednich Okręgowych Komisji Wyborczych z prośbą o zajęcie stanowiska w terminie pięciu dni.

Wybory do Senatu wygrała opozycja dzięki tzw. paktowi senackiemu. W efekcie Zjednoczona Prawica ma 48 senatorów, kandydaci opozycji 51. 43 senatorów dostało się z list Koalicji Obywatelskiej, trzech z PSL-Koalicji Polskiej i dwóch z Lewicy. Czworo senatorów startowało z niezależnych komitetów, z czego trzech kojarzonych jest z opozycją: Stanisław Gawłowski, Krzysztof Kwiatkowski i Wadim Tyszkiewicz.

JUSTYNA KOĆ: Nie dało się przekupić senatorów, więc PiS próbuje innych środków, aby odbić Senat z rąk opozycji?

JERZY STĘPIEŃ, b. prezes Trybunału Konstytucyjnego: To wygląda na rozpaczliwą walkę o większość w Senacie po stronie PiS-u. Natomiast sądzę, że tych protestów będzie więcej i będą dotyczyły także i mandatów obsadzonych przez PiS. Czytałem, że jeden z kandydatów do Senatu głosował w jednej z miejscowości razem z przyjaciółmi. Później okazało się, że w protokole nie odnotowano żadnego głosu, który by padł na tego kandydata do Senatu. Poczekajmy zatem jeszcze z wyciąganiem wniosków.

Dlaczego PiS czekał aż 7 dni ze złożeniem skargi?
Przez ten tydzień

TRWAŁY NAGANNE, PACHNĄCE KORUPCJĄ PROCEDERY, ALE NASZ POZIOM KULTURY POLITYCZNEJ JAK WIDAĆ JEST TAKI, ŻE SIĘGA SIĘ PO TEGO TYPU METODY.

One oczywiście są ukrywane i nie dzieje się to przy podniesionej kurtynie, zatem politycy zdają sobie sprawę, że to jest rzecz naganna. To jedyne, co może nieść tu jakąś nadzieje. Wydaje mi się, że w przypadku Senatu nie ma szans na powtórzenie się przypadku pana Kałuży, przynajmniej na początku, bo nie wiemy, jak sytuacja się rozwinie. Na razie PiS ma trudności z pozyskiwaniem zdrajców czy renegatów.

Z tego, co wiem, to z okręgu, gdzie startował pan Gawłowski, było dużo nieważnych głosów, a w skali całego kraju takich głosów było bardzo mało – o połowę mniej, niż w poprzednich wyborach. Dodatkowo w przypadku wyborów do Senatu ich liczenie jest proste, tu nie ma skomplikowanej procedury przeliczania głosów na mandaty.

PiS zmienił prawo wyborcze w zeszłej kadencji, po raz ostatni jeszcze w sierpniu. O ważności wyborów ma teraz rozstrzygać “właściwa izba” SN, zmieniła się też definicja znaku “x” i ważności oddania głosu. To może mieć znaczenie?
Nie chcę tego komentować. Na pewno poprzednie przepisy były jasne, nie budziły wątpliwości.

TRUDNO MI POWIEDZIEĆ, CZYM KIEROWALI SIĘ RZĄDZĄCY, WPROWADZAJĄC ZMIANY. MOŻE WŁAŚNIE U PODSTAW LEŻAŁA CHĘĆ STWORZENIA MOŻLIWOŚCI SWOBODNEJ OCENY, CZY GŁOS JEST WAŻNY, CZY NIE.

Dodatkowo nie można zmieniać prawa wyborczego w terminie krótszym niż 6 miesięcy przed wyborami – tak orzekł w 2006 roku TK. A zgodnie z kodeksem dobrych obyczajów prawa wyborczego przyjętych przed Radę Europy ten okres powinien wynosić dwa lata. Jak wiadomo, PiS niespecjalnie się przejmuje orzeczeniami poprzedniego TK czy ciał UE.

Jak ważną kwestą jest wygrana opozycji w Senacie?
To bardzo istotne, ponieważ mimo że istnieje możliwość odrzucenia uchwał Senatu w dość prosty sposób, bo wystarczy zwykła większość w Sejmie, to pamiętajmy, że także po stronie rządowej istnieją podskórne bunty i tarcia i wcale nie jest powiedziane, że zawsze senackie zmiany będzie można odrzucić. Ma to tez znaczenie symboliczne, bo PiS przegrał.

SENAT ZACZNIE TEŻ ODGRYWAĆ TERAZ NOWĄ ROLĘ, ZBLIŻONĄ DO TEJ, KTÓRĄ ODGRYWAŁ SENAT W LATACH 1989-91, KIEDY MIAŁ AMBICJE ZGŁASZANIA INICJATYW USTAWODAWCZYCH.

Przypomnę, że reforma samorządowa została zrealizowana dzięki inicjatywie ustawodawczej Senatu.

Prokuratura odmówiła wszczęcia śledztwa w sprawie 2 wież. Na konferencji Cezary Tomczyk z PO skomentował: “Ta sprawa jest dowodem na podporządkowanie prokuratury aparatowi politycznemu. Państwo nie działa”. Zgodziłby się pan ze zdaniem opozycji?
U mnie ta sytuacja rodzi ogromne wątpliwości. Jednak ta sprawa wymagała wszczęcia postępowania i przeprowadzenia podstawowych czynności. Jak wiadomo, nie doszło do tego, tylko sprawie “ukręcono łeb”. Dla mnie jest oczywiste, że ta sytuacja ma podłoże polityczne, tym bardziej, że prokurator generalny jest jednocześnie politykiem partii rządzącej i ministrem sprawiedliwości.

Więcej >>>