Pisowiec Kaleta zaorany przez angielskiego profesora Laurentego Pecha

PiS-owska nowelizacja ustawy o sądach to „skopiowanie przepisów przepisów obowiązujących we Francji” – przekonywał Sebastian Kaleta z PiS. Na jego słowa zareagował profesor Laurent Pech, wykładający prawo na Uniwersytecie Middlesex w Londynie. „Masz szczęście. Tak się składa, że specjalizuję się w tej kwestii” – napisał, dodając, że Kaleta nie wie, o czym mówi.

Poseł PiS i wiceminister sprawiedliwości Sebastian Kaleta był jednym z trzech przedstawicieli swojego klubu, którzy w piątek poinformowali o złożeniu w Sejmie projektu nowelizacji ustawy dotyczącej sądów powszechnych i Sądu Najwyższego. Zakłada ona dyscyplinowanie „nieposłusznych” sędziów. Tym, którzy będą podważali legalność nowej Krajowej Rady Sądownictwa i innych sędziów, groziły będą kary finansowe i wydalenie z zawodu. Na nowelizację ustawy przedstawioną przez PiS spadła fala krytyki, a opozycja i przedstawiciele środowiska sędziowskiego zgodnie wskazywali, że to „kneblowanie ust sędziom” i „próba wprowadzenia stanu wojennego w sądach”.

Kaleta stwierdził, że nowelizacja PiS to kalka z prawa francuskiego

Broniąc zmian wprowadzanych przez PiS Sebastian Kaleta stwierdził, że dyscyplinująca sędziów nowelizacja to nic innego, jak „skopiowanie przepisów obowiązujących we Francji”. Zasugerował też, że z tego powodu jej krytykowanie jest nie na miejscu.

„O ile mi wiadomo Francja jest UE, w UE są również Niemcy, w których sędziów powołują bezpośrednio politycy. Kwalifikowanie naszych partnerów z UE jako państw autorytarnych jest nie na miejscu!” – napisał na Twitterze. W podobnych słowach nowelizację komentowali wcześniej także inni posłowie PiS – m.in. Marek Ast i Ryszard Terlecki.

Na słowa Kalety odpowiedział specjalizujący się w prawie międzynarodowym profesor prawa Laurent Pech z Uniwersytetu Middlesex w Londynie, który postanowił dać politykowi PiS mały wykład.

Drogi Sebastianie Kaleto, masz szczęście! Jestem ekspertem od niezawisłości sędziowskiej w prawie francuskim, europejskim i EKPC (Europejskiej Konwencji Praw Człowieka – red.). Pozwól, że wyjaśnię ci, dlaczego nie wiesz, o czym mówisz (zakładając, że nie chcesz nikogo celowo wprowadzić w błąd)

– napisał. W kolejnych wpisach wypunktował Kalecie, dlaczego jego stwierdzenie, że nowelizacja to „skopiowane przepisy z prawa francuskiego”, jest jego zdaniem nieprawdziwe.

Prawo francuskie NIE dopuszcza żadnych sankcji wobec jakiegokolwiek sędziego, który stara się stosować prawo UE zgodnie z interpretacją orzecznictwa Europejskiego Trybunału Sprawiedliwości, tym bardziej, gdy mówimy o niezawisłości sądów, również ściśle chronionych na mocy francuskiej konstytucji (ponownie – jest to oczywiste dla wszystkich, oprócz kłamców i ignorantów)

– wskazał Perch, powołując się na kolejne zapisy francuskiego prawa. Jak dodał, francuskie prawo broni niezawisłości sędziowskiej i stawia ją na pierwszym miejscu.

Jak to działa we Francji, tłumaczył również korespondent „Wyborczej” z Paryża Piotr Moszyński: zgodnie z art. 10 par. 2 dekretu z 1958 roku sędziowie nie mogą wprawdzie okazywać niechęci rządowi podczas orzekania, ale nie zabrania się im uczestniczenia w zgromadzeniach politycznych czy uczestniczenia w stowarzyszeniach po pracy. Po zdjęciu togi mogą wygłaszać poglądy polityczne, a nawet należeć do partii, jeśli nie narusza to ich niezawisłości sędziowskiej – czytamy w tekście Moszyńskiego.

Brytyjski profesor na Twitterze ocenił, że politycy PiS, powołując się na zagraniczne przepisy, celowo chcą wprowadzić opinię publiczną w błąd. Skwitował:

błąd ludzi, ukrywając się za fałszywie przedstawionymi przepisami obcego prawa, w celu uzasadnienia oczywistych naruszeń zasady niezawisłości sądów z oczywistym naruszeniem zarówno polskiej konstytucji, jak i prawa UE.

Sebastian Kaleta zdecydował się odpowiedzieć na zarzuty profesora. „Żaden z twoich tweetów nie odnosi się do przepisów, które obowiązują lub są w ostatnio przedstawionej ustawie. Niestety ktoś wprowadził cię w błąd i nadużył twojego stanowiska eksperta. Niemniej jednak doceniam twój wysiłek przedstawienia wartości i przepisów, które są również obecne w polskim prawie” – napisał po angielsku.

Profesor zdecydował się ponownie odpowiedzieć politykowi PiS. „Przypominam tylko grzecznie, że to ty odwoływałeś się do prawa francuskiego, aby uzasadnić najnowszy projekt, który zasadniczo narusza wymogi praworządności UE / Europejskiej Konwencji Praw Człowieka, więc poprzyj swoje stwierdzenia lub postępuj zgodnie z moją radą: „gdy jesteś w dziurze, przestań kopać” – napisał.

Kmicic z chesterfieldem

Tusk: Kidawa-Błońska jest najlepszą kandydatką do konkurowania z Dudą

W trakcie konferencji Tusk odniósł się również do wyboru Kidawy-Błońskiej na kandydatkę PO w wyścigu o prezydenturę w Polsce. – Trzymałem kciuki za obu kandydatów (Jaśkowiaka i Kidawę Błońską – red.), ale serce mi bije mocniej, że jest to Małgorzata Kidawa-Błońska – stwierdził Tusk. W jego ocenie to kandydatka „najlepsza z możliwych” do konfrontacji z Andrzejem Dudą.

– Nie zgadzam się fundamentalnie z argumentami, że jest za mało bojowa lub mało charyzmatyczna – dodał. – Kidawa-Błońska prezentuje ciepło, a nie chłód. Synonimem charyzmy nie jest bycie twardzielem. Polska polityka potrzebuje ludzi gotowych do robienia dobra i działania nie przeciwko ludziom – ocenił Tusk.

O konwencji Platformy Obywatelskiej tutaj czytaj >>>

Napisać, że ten wywiad przeprowadzono – nomen omen – na kolanach, to mało. To właściwie monolog Jarosława Kaczyńskiego, z włożonymi w niektórych miejscach pytaniami, które pasują prezesowi PiS.

Wywiad, którego udzielił…

View original post 2 858 słów więcej

 

Wyborca PiS impregnowany na wiedzę, bo zindoktrynowany

Wyborco! Przed wyborami Jarosław Kaczyński świadomie ukrył przed tobą wiele faktów, które do tej partii zniechęcały, bo podważały jej wizerunek ludzi o wyższym morale, czystych rękach i sumieniach.

Wyborco PiS, poparłeś swoją partię, bo uwierzyłeś jej liderom (np. marszałkowi Senatu Stanisławowi Karczewskiemu), że prezes NIK Marian Banaś jest krystalicznie czysty?

Bo uwierzyłeś prezesowi Jarosławowi Kaczyńskiemu, że PiS uchwali ustawę, na podstawie której żona premiera Morawieckiego będzie zmuszona przed wyborami ujawnić swój majątek, a wcześniej również Morawieckiego?

Bo uwierzyłeś premierowi, że Kaczyński nie oszukał swojej rodziny, Austriaka Geralda Birgfellnera na 1,3 mln euro przy projektowaniu inwestycji dwóch srebrnych wież?

Jeśli im uwierzyłeś, to cię oszukali. Bo chcieli i mogli cię wykiwać.

Po pierwsze: Banaś nie jest krystalicznie czysty

Bo Banaś nie jest krystalicznie czysty, co PiS nader chętnie przyznaje po wyborach, choć w partii Kaczyńskiego i w rządzie Morawieckiego wiedzieli o tym przed wyborami. Ba, przed nominacją Banasia na ministra finansów (czerwiec 2019) i przed wyborem na prezesa NIK (sierpień 2019).

Bo Banaś nie jest krystalicznie czysty, co PiS nader chętnie przyznaje po wyborach, choć w partii Kaczyńskiego i w rządzie Morawieckiego wiedzieli o tym przed wyborami. Ba, przed nominacją Banasia na ministra finansów (czerwiec 2019) i przed wyborem na prezesa NIK (sierpień 2019).

Ale Kaczyński logicznie kalkulował, że tobie, wyborco PiS, ta wiedza może utrudnić zagłosowanie na nich. Bo wyszłoby, że nie tylko kłamcy mają brudne ręce, skoro na czele NIK postawili człowieka, na którego mają kompromaty

Wyborco Kaczyńskiego, prezes PiS chciał, byś tego przed wyborami nie wiedział.

Po drugie: obiecanej ustawy nie będzie szybko

Bo ustawy nakazującej ujawnienie żonie premiera Morawieckiego majątku nie zdołał PiS uchwalić szybko. Choć 21 maja prezes Kaczyński obiecywał ci, wyborco PiS, że „my jesteśmy gotowi w bardzo krótkim czasie uchwalić ustawę, na podstawie której będzie trzeba ujawniać majątki także małżonek, osób pozostających we wspólnym pożyciu oraz dorosłych dzieci”.

Chodzi nie o malutką działeczkę, a o 15 ha gruntów, które państwo Morawieccy kupili w 2002 r. za 700 tys. zł od Kościoła.

Jak pisała „Wyborcza”, eksperci od nieruchomości szacują, że już w 1999 r. ta działka miała być warta prawie 4 mln zł. Premier nie musiał wpisywać nieruchomości do oświadczenia, bo częściowo rozdzielił swój majątek i majątek żony.

Ba, wygląda na to, że Kaczyńskiemu udało się bardzo opóźnić wejście w życie tego prawa. Prezydent Duda przesłał ustawę po wyborach do podległego PiS Trybunału Konstytucyjnego, by ten ją tam trzymał tak długo, jak długo to będzie w interesie Kaczyńskiego. Duda mógł ustawę skierować do Trybunału, bo PiS w Sejmie, w trakcie prac nad ustawą, świadomie wpisał do projektu artykuły wątpliwe konstytucyjnie, np. dotyczące ujawniania majątku dorosłych dzieci polityków. Świadomie, bo opozycja właśnie przed tym przestrzegała.

Inna rzecz, że żona premiera nie potrzebuje ustawy, by swój majątek ujawnić. Gadanie o nowej ustawie to był tylko wybieg, by tego nie zrobiła. Morawiecka mogła to ujawnić w każdej chwili przed wyborami, bo nie ma prawa, które by jej tego zakazywało.

PiS zadbał o to, by prawo, które by jej to nakazywało, bardzo długo nie weszło w życie.

Ale Kaczyński logicznie założył, że gdybyś, wyborco PiS, przed wyborami poznał sytuację majątkową państwa Morawieckich, mógłbyś nie chcieć oddać głosu na PiS.

Po trzecie: niektórzy są ponad prawem

Wyborco PiS, uwierzyłeś, że prokuratura jest uczciwa i że nie ma dla niej ludzi ponad prawem? Jest. To prezes Kaczyński.

Prokuratura Kaczyńskiego nie przesłuchała, choć Birgfellner wprost oskarżył go o oszustwo. Kaczyński nigdy przed prokuratorem nie zaprzeczył. Bo by nie mógł. Birgfellner go bowiem nagrał i Kaczyński musiałby podważać swoje własne słowa. Prokuratura zrobiła wszystko, by nie postawić go w takiej sytuacji.

I zdecydowała o niewszczynaniu śledztwa z zawiadomienia Austriaka. Decyzja zapadła na dwa dni przed wyborami, wyszła na jaw tydzień po.

Kaczyński logicznie przyjął, że, wyborco PiS, mógłbyś na niego nie zagłosować, gdybyś wiedział, że prokuratura jest obrońcą z urzędu Kaczyńskiego, a nie stróżem praw oszukanego obywatela.

Wyborco PiS, tak, masz pełne prawo czuć się oszukany. Przed wyborami Kaczyński świadomie ukrył przed tobą wiele spraw, które do tej partii zniechęcały, bo podważały jej wizerunek ludzi o wyższym morale, czystych rękach i sumieniach.

Ale tak to jest, ludzie o nieuczciwych duszach oszukują.

„Kompromis” – to słowo, które wiceminister spraw zagranicznych Konrad Szymański powtarzał najczęściej, prezentując priorytety polskiej polityki zagranicznej w Unii Europejskiej

Najważniejszy wspólny cel państw europejskich to budowanie strefy bezpieczeństwa i dobrobytu – stwierdził Szymański, były europoseł, który w MSZ odpowiada za politykę europejską.

Przemawiając na inaugurację seminarium „Europa czasu przemian”, zorganizowanego przez resort spraw zagranicznych i Polski Instytut Ekonomiczny, nazwał potężnym błędem niedawną decyzję UE o nierozpoczynaniu negocjacji akcesyjnych z Macedonią Północną i Albanią, głównie z powodu oporu Francji. Minister mówił, że najbardziej antyeuropejskie stanowisko prezentują państwa, które sprzeciwiają się rozszerzeniu UE, wspólnemu rynkowi usług, stosują praktyki protekcjonalistyczne, a równocześnie kreują się na państwa skłonne do pouczania innych. Jako najważniejszy obszar z punktu widzenia Polski wskazał kwestie wspólnego rynku usług.

Kolejnym elementem jest polityka obronna Unii. Szymański stwierdził, że Polska jest państwem, które wspiera transatlantycką koncepcję bezpieczeństwa, ale działania NATO nie muszą być na kursie kolizyjnym z polityką Unii. Minister podkreślił, że kluczowe musi być wspólne określenie przez UE i NATO najważniejszych zagrożeń z południa i wschodu. Wezwał do stworzenia wspólnego Europejskiego Funduszu Obronnego, który wspierałby unijny przemysł obronny.

W sprawie zagrożenia migracją Polska jest skłonna poprzeć wzmocnienie Frontexu i wspierać politykę migracyjną Unii, a czerwoną linią jest wyłącznie zasada przymusowej relokacji uchodźców.

W kwestiach klimatycznych wiceszef MSZ przypomniał, że Polska nie poparła postulatu UE, aby do 2050 r. unijne państwa doprowadziły do gospodarki bezemisyjnej. Stwierdził, że w przypadku Polski pozbawionej elektrowni nuklearnych jest to niemożliwe, a tak ambitny cel doprowadzi do deindustrializacji wspólnej Europy. Zaznaczył, że Polska skłonna jest jednak przeprowadzać taką transformację energetyki i przemysłu, by działać w kierunku gospodarki bezemisyjnej.

Pytany o pomysł nowej szefowej Komisji Europejskiej Ursuli von der Leyen, aby dążyć do wprowadzenia europejskiego dochodu gwarantowanego, stwierdził, że Polska będzie takim rozwiązaniom przeciwna, bo polityka socjalna leży w zakresie poszczególnych państw. Zaznaczył jednak, że prowadzona w ostatnim czasie polityka socjalna stała się istotnym argumentem w Europie przeczącym tezie, że Polska chce konkurować na kontynencie niskimi płacami.

Minister nie poruszył kwestii praworządności. Pytany o to przez „Wyborczą” odparł, że nie jest to ani agenda polityki unijnej, ani polskiej, ale incydent we wzajemnych relacjach, „który niestety nie może się zakończyć”.

– Orzekam 30 lat i takiej sytuacji nie pamiętam. Kategorycznie żądamy od policji wyjaśnień i wyciągnięcia konsekwencji – mówi rzecznik poznańskiego sądu Aleksander Brzozowski. We wtorek policjanci chcieli wylegitymować na sali rozpraw sędzię Beatę Woźniak. Ta odmówiła okazania dowodu osobistego.

Sędzia Beata Woźniak orzeka w Wydziale Cywilnym Odwoławczym Sądu Okręgowego w Poznaniu. We wtorek w gmachu przy ul. Hejmowskiego wydawała wyrok w sprawie dotyczącej alimentów. Mężczyzna, który przegrał w pierwszej instancji, złożył apelację. Sąd okręgowy ją oddalił.

W trakcie ogłaszania wyroku mężczyzna wyszedł z sali rozpraw, bo poczuł się znieważony jego uzasadnieniem.

Sędzia: Weszli pewnie, uzbrojeni, ubrani na czarno

Jak ustaliła „Wyborcza”, mężczyzna wezwał policję, prosząc o interwencję w sądzie. Mimo że znieważenie to przestępstwo ścigane z oskarżenia prywatnego (trzeba złożyć w sądzie prywatny akt oskarżenia), a w budynku sądu na stałe znajdują się już funkcjonariusze policji sądowej, na miejsce wysłano radiowóz.

– Policjanci stanęli przed sądem z włączonymi kogutami. Sędzia Woźniak prowadziła w tym czasie już kolejną rozprawę. Policjanci wtargnęli do sali i chcieli wylegitymować sędzię. Żądali od niej dowodu osobistego. Sędzia odmówiła – opowiada nam, zastrzegając anonimowość, jeden z poznańskich sędziów.

Tę relację potwierdza rzecznik poznańskiego sądu Aleksander Brzozowski: – Policjanci wtargnęli do sali, ale zostali z niej wyproszeni. Po chwili wrócili z mężczyzną, który ich wzywał. I wtedy zażądali od sędzi dokumentów. Chyba nie wiedzieli, gdzie się znajdują. Sala sądowa to nie bazar, żeby jechać na interwencję i robić jakieś rozpytania.

O sprawie napisał też na zamkniętym profilu na Twitterze inny poznański sędzia. „Policjanci oświadczyli, że przyjechali na interwencję, bo strona [procesu] zawiadomiła, że podczas uzasadnienia wyroku została znieważona przez sędziego. Policjanci wyrazili zdziwienie, że przełożeni kazali im interweniować. Poza tym zaznaczyli, że pierwszy raz są na takiej interwencji. Miałem wrażenie, że to się nie dzieje, ale się działo. Wkroczyli pewnie, uzbrojeni, ubrani na czarno podczas kolejnej sprawy”.

Policja wchodzi do sądu. Sędziowie: Przekroczona kolejna granica

Jak dowiadujemy się nieoficjalnie, sędzia Beata Woźniak opisała zdarzenie w notatce, którą przekazała prezesowi sądu okręgowego.

Od poznańskich sędziów słyszymy, że są tą sytuacją oburzeni. – Od zapewnienia bezpieczeństwa i porządku na terenie sądu, a także od reagowania na ewentualne łamanie prawa jest policja sądowa. Jeśli patrol już przyjechał, to nie powinien być wpuszczony do sądu, a interwencję powinna przejąć policja sądowa. Inna rzecz, że w ogóle nie było podstaw do interwencji – podkreśla jeden z naszych rozmówców.

– Sąd nie jest eksterytorialny, więc teoretycznie policja może tu przysłać patrol z miasta. Ale przy wejściu do sądu są funkcjonariusze policji sądowej. Powinni przejąć sprawę i powiadomić prezesa sądu – podkreśla sędzia Aleksander Brzozowski.

Jeśli mężczyzna wzburzony uzasadnieniem wyroku czuje się znieważony, ma prawo wystąpić z prywatnym aktem oskarżenia lub cywilnym pozwem o ochronę dóbr przeciwko sędziemu. Jako strona procesu znał imię i nazwisko sędziego, więc tym bardziej policja nie musiała przyjeżdżać. – A skoro już przyjechała, to mogła pouczyć mężczyznę, jakie ma prawa – mówi Brzozowski.

– Została przekroczona kolejna granica. Oczywiście, to może być wynik tylko czyjejś głupoty, ale nie można wykluczyć też celowego działania, by nas zastraszać – mówią nam sędziowie.

Rzecznik sądu Aleksander Brzozowski: – Wystąpimy do komendanta policji. Kategorycznie żądamy wyjaśnień i wyciągnięcia konsekwencji.

Policja przeprasza sędzię

Andrzej Borowiak, rzecznik wielkopolskiej policji, wyjaśnia, że mężczyzna zadzwonił do komisariatu na Starym Mieście, rozmawiał z oficerem dyżurnym. Według adnotacji w policyjnym systemie zgłosił awanturę pod salą rozpraw. – Dyżurny wysłał tam patrol. To było dwóch młodych policjantów z 3-letnim stażem służby. Mężczyzna powiedział, że został obrażony podczas rozprawy. Policjanci weszli na salę rozprawę, ale sędzia poprosiła ich o wyjście. Już po rozprawie zaprosiła ich do środka. Rzeczywiście chcieli wylegitymować sędzię, która odmówiła okazania dowodu, powołując się na sędziowski immunitet – mówi Borowiak.

– Policjanci nie mieli złych intencji. Sami przyznają, że pierwszy raz znaleźli w tego typu sytuacji. Nie powinni byli tak postąpić, dlatego pani sędzi należą się przeprosiny – dodaje Borowiak. Zapowiada, że policja przeprowadzi postępowanie wyjaśniające i jeśli będą ku temu podstawy, to wyciągnie konsekwencje.

Nie jest jasne, dlaczego oficer dyżurny, mając informację o rzekomej awanturze w sądzie, nie skontaktował się z policją sądową. – Mógł przekazać im taką informację albo poinformować dyżurnego komendy miejskiej – przyznaje Andrzej Borowiak.

W państwie PiS, Policja wezwana przez podsądnego, wkracza z bronią na salę rozpraw i próbuje legitymować sędzię. To nowy pomysł na wymiar sprawiedliwości? Po co sędziowie? Niech orzekają sami policjanci, najlepiej z odbezpieczoną bronią.

Kmicic z chesterfieldem

Partia Jarosława Kaczyńskiego boi się wyborów prezydenckich. Ale już widać, w jaki sposób będzie walczyć o drugą kadencję dla Andrzeja Dudy.

Wbrew oficjalnemu optymizmowi PiS boi się, że przegra wybory prezydenckie wiosną 2020 r. Bo w wyborach parlamentarnych opozycja zdobyła więcej głosów niż PiS, a podczas prezydenckich mobilizacja elektoratów nie osłabnie. Dla opozycji zdobycie prezydentury będzie ostatnią szansą, by powstrzymać władzę Jarosława Kaczyńskiego. Dla PiS przegrana to paraliż i demontaż autokratycznego państwa. Taka mobilizacja daje większe szanse opozycji, PiS nie przyciągnie bowiem kolejnych rzesz wyborców.

Nie pocieszają też rządzących sondaże prezydenckie. Wprawdzie większość z nich wskazuje na zwycięstwo prezydenta Dudy, ale są one przeprowadzane w warunkach, gdy nie ma jeszcze oficjalnych kontrkandydatów, a kampania dopiero się rozkręca. Duda wygrywa, bo jest na razie jedynym oczywistym kandydatem na ten urząd. Ale wygrywa ledwo, ledwo, co powinno PiS niepokoić. W 2014 r., kilka miesięcy przed wygraną Dudy, prezydent Komorowski miał w podobnych…

View original post 3 176 słów więcej

 

Możemy się spodziewać najgorszego?

Zakończyła się cisza wyborcza. Oto pierwsze, sondażowe wyników wyborów:

PiS – 43,6 proc.

Koalicja Obywatelska – 27,4 proc.

Lewica – 11,9 proc.

PSL – 9,6 proc.

Konfederacja – 6,4 proc.

Inne – 1,1 proc.

Wyniki exit poll Ipsos, źródło: TVN24.

Pracownia IPSOS, która przeprowadza badanie exit poll dla wszystkich stacji telewizyjnych, przedstawia następujący możliwy rozkład głosów w Sejmie.

Prawo i Sprawiedliwość – 239 mandatów

Koalicja Obywatelska – 130 mandatów

Lewica – 43 mandaty

PSL – 34 mandaty

Konfederacja – 13 mandatów

Większość zwykła w Sejmie wynosi 231 mandatów.

Jeśli potwierdzą się wyniki sondażowe, PiS utrzyma większość w Sejmie, choć patrząc na przemawiającego Jarosława Kaczyńskiego w sztabie PiS, dostrzec można było rozczarowanie, że jego partia nie będzie miała większości konstytucyjnej. – „Jeśli wynik sondażowy się utrzyma, przed nami kolejne cztery lata rządzenia, czeka nas refleksja nad tym, co się udało i nad tym, co spowodowało, że pewna część społeczeństwa uznała, że nie należy nas popierać” – stwierdził.

W przemówieniu prezesa PiS – oczywiście nie zabrakło wątków o „wrażych siłach”. – „Mimo wszystko mamy powody do radości, bo mimo tego potężnego frontu przeciwko nam zdołaliśmy wygrać i wszystko wskazuje na to, że to się jednak utrzyma” – mówił Kaczyński.

Lider PO Grzegorz Schetyna zapowiedział współpracę z innymi partiami opozycji demokratycznej. – „To były trudne cztery lata, to nie była równa walka, nie mieliśmy poczucia, że startujemy w uczciwej walce, że przeciwnik stosuje uczciwe metody. Współpraca ugrupowań opozycyjnych to jedyna droga. Wszystko przed nami. Przed nami wybory prezydenckie. Tym wszystkim, którzy marzyli o wielkim zwycięstwie, o dominacji, którzy chcą układać państwo tak, by w nim dobrze było tylko im – chcę im powiedzieć: nie będzie Budapesztu w Warszawie” – stwierdził szef PO.

Po czterech latach do Sejmu wraca Lewica. – „Jarosław Kaczyński ma problem, bo będzie w Sejmie opozycja odważna, której będzie się chciało walczyć o prawa pracownicze, o lepszą ochronę zdrowia. To pierwszy krok do lewicowego rządu po następnych wyborach” – stwierdził Adrian Zandberg, lider Razem. A Robert Biedroń dodał: – „Pokażemy, że Polska może być otwarta, tolerancyjna i nowoczesna, a do tego być państwem dobrobytu. Będziemy konstruktywną opozycją, która każdego dnia będzie pokazywała, że Konstytucja będzie broniona od pierwszego do ostatniego artykułu”.

„Jeżeli te wyniki się potwierdzą, to jest wielki mandat zaufania dla racjonalnego centrum, dla naszych propozycji dla Polski. Stoimy po stronie państwa wolnego, niepodległego, demokratycznego, godnego, który szanuje każdego obywatela, a nie samowładzę” – powiedział szef PSL Władysław Kosiniak-Kamysz.

Zapamiętajcie słowa Kaczyńskiego – To nie jest jeszcze zwycięstwo ostateczne, otrzymaliśmy dużo, ale zasługujemy na więcej! Strach się bać, kolokwialnie mówiąc… On już grozi!

– Jeszcze nie jest jasne, kto będzie miał większość – mówi prof. Jarosław Flis, socjolog z Uniwersytetu Jagiellońskiego.

Według badania exit poll z godziny 21 dla TVN, TVP i Polsatu poparcie dla poszczególnych komitetów wyborczych wynosi: 43,6 pkt. proc. dla PiS, 27,4 pkt. proc. dla Koalicji Obywatelskiej, 11,9 pkt. proc. dla Lewicy, 9,6 pkt. proc. dla PSL-Koalicji Polskiej i 6,4 pkt. proc. dla Konfederacji.

Ipsos podał też prawdopodobny podział mandatów: 239 dla PiS, 130 dla KO, 43 dla Lewicy, 34 dla PSL-Koalicji Polskiej i 13 dla Konfederacji.

Flis i Machowski: PiS ma tylko 227 mandatów

Prof. Flis, z którym rozmawialiśmy przed godziną 23, przeliczył dane Ipsos wedle własnego wzoru. I wyszło mu, że PiS może liczyć na 227 mandatów, obóz anty-PiS – na 217, a Konfederacja – na 16. – Więc jeszcze nie jest jasne, kto będzie miał większość – komentuje socjolog.

To oznaczałoby klincz, bo ani PiS, ani anty-PiS nie mogłyby samodzielnie stworzyć większościowego rządu. Języczkiem u wagi stałaby się Konfederacja. Na wieczorze wyborczym lider PiS Jarosław Kaczyński studził nastroje.

Podobnie wyliczył mandaty Andrzej Machowski, doktor psychologii w zakresie psychometrii i analityk badań sondażowych. Jego zdaniem wyniki podane przez Ipsos są prawdziwe, ale podział mandatów – już nie. Wyliczył, że PiS ma właśnie 227 posłów, KO – 135, Lewica – 47, PSL-Koalicja Polska – 34, a Konfederacja – 16.

Machowski podkreślił, że model wyliczenia mandatów z uwagi na to, iż nie bierze pod uwagę specyfiki geograficzno-politycznej, może się trochę mylić, ale na pewno nie o 12 posłów w przypadku PiS. W wyborach z 2015 r., w których PiS zdobył 235 mandatów, model przypisał partii Kaczyńskiego 233 miejsca w Sejmie, a np. Nowoczesnej „dał” 31, o trzy więcej niż w rzeczywistości.

Prof. Cześnik: opozycja ma więcej głosów

Rozmawialiśmy też z prof. Mikołajem Cześnikiem, politologiem z Uniwersytetu SWPS i Fundacji Batorego. – Po pierwsze, wysoka frekwencja. W tym roku poszło na wybory o ok. 3 mln osób więcej niż w 2015 r., to z punktu widzenia demokracji sukces. Po drugie, jeśli się doda głosy oddane na KO, PSL i Lewicę to widać, że obóz anty-PiS jest silniejszy niż PiS. Dostał ok. 8,5 mln głosów [PiS niecałe 8 mln] – mówi prof. Cześnik, komentując wyniki. – Po trzecie, jeśli Konfederacja wejdzie do Sejmu, to sprawdzi się najczarniejszy sen Jarosława Kaczyńskiego o obejściu go z prawej flanki. Gdyby PiS nie zdobył powyżej 230 mandatów, to Kaczyński stanie przed diabelską alternatywą, czy dogadywać się z Konfederacją. A w niej są ludzie, którzy są albo twardymi graczami, albo wariatami, a Kaczyński takich nie potrzebuje.

Wg dwóch politologów PIS traci większość. To będzie długa noc.

Socjolożka Elżbieta Korolczuk po ogłoszeniu wyników exit poll: „Ten wynik musi być dla PiS rozczarowaniem. To trudny moment dla Polski. PiS będzie kontynuować politykę transferów, ale gdy sytuacja ekonomiczna nie pozwoli, sięgnie po środki represyjne. Takie ruchy jak Ordo Iuris będą miały większe znaczenie. Dla praw kobiet możemy się spodziewać najgorszego”

Elżbieta Korolczuk: PiS wciąż ma większość, proces gnicia polskiej demokracji będzie trwał. Oczywiście, sytuacja, w której się obudzimy jutro, ma kilka wariantów – w zależności od tego, czy Konfederacja wejdzie czy nie. Ale zasadniczo nie zmieni to sceny politycznej.

Jednocześnie, biorąc pod uwagę ilość transferów pieniężnych dokonanych przez PiS do różnych grup, w tym do takich, które miały znaczenie jeżeli chodzi o mobilizację wyborców, i biorąc pod uwagę ilość pieniędzy, które PiS włożył w kampanię wyborczą, to ten wynik musi być dla nich rozczarowaniem.

Magdalena Chrzczonowicz: Jarosław Kaczyński był bardzo powściągliwy po ogłoszeniu wyników.

To nie jest wynik, którego się spodziewali przy tak wielkich transferach, które już zagrażają stabilizacji ekonomicznej państwa. Trudno dać więcej pieniędzy, a to oznacza żę grupa wyborców, którą można było zachęcić poprawą sytuacji ekonomicznej, już się wyczerpała.

To trudny moment dla Polski. To oznacza, że PiS albo może kontynuować swoją politykę transferów, ale nie wiadomo, czy sytuacja ekonomiczna na to pozwoli, albo sięgać po środki represyjne.

Te wyniki oczywiście ciągle mogą się zmienić. Mówi się, że do tej pory wyniki exit poll niedoszacowywały PiS. Nie wiem, czy po 4 latach tak ciągle jest.

Jak oceniasz wynik lewicy?

Wynik lewicy jest zadowalający – przypomnijmy, że do tej pory lewicy w Sejmie nie było. Lewica miała problem z tożsamością, bo połączenie trzech tak różnych projektów jak Razem SLD i Wiosna, było wyzwaniem.

Lewica nie miała też możliwości finansowych, żeby zrobić dobrą kampanię. Oczywiście, ja oczekiwałam więcej, ale było to myślenie życzeniowe. Biorąc pod uwagę finanse, którymi dysponował PiS – tak zawsze jest w przypadku partii rządzącej, a PiS z tego korzystał dość bezczelnie – nie należało się spodziewać, że nastąpi jakaś zasadnicza zmiana.

Ale istotne jest to, że lewica nie była w stanie przejąć od PiS kwestii socjalnych. Nie wygrano problemu z jakością usług publicznych, katastrofą w służbie zdrowia, sytuacją w edukacji itp. To jest wyzwanie. Lewica musi się zdecydować, który przekaz jest najważniejszy. Moim zdaniem najważniejsze są równość i jakość usług publicznych. To sprawy, które dotyczą nas wszystkich.

Te wybory pokazują dwie rzeczy – nie da się pokonać PiS operując wyłącznie przekazem o zagrożeniu demokracji.  Ale też PiS nie jest w stanie wygrać wyborów wyżej niż te 43-44 proc. i to łącząc politykę pamięci, nacjonalizmu i transferów socjalnych.

Jedni i drudzy osiągnęli limit. Pytanie, kto się określi od nowa.

Co będzie z prawami kobiet?

Będzie fatalnie. Nastąpią kolejne ograniczenia w kwestii aborcji, będzie manipulowanie przy konstytucji. To jest ciągle na tapecie, to jest tak ważna sprawa dla ruchów ultrakonserwatywnych, że oni tego nie odpuszczą.

Wygrana PiS jest dla tych środowisk sygnałem, że trzeba dalej i jeszcze intensywniej o to zabiegać. Takie ruchy jak Ordo Iuris będą miały coraz większe znaczenie. Możemy się spodziewać najgorszego.

Człowiek jednoosobowo trzęsący krajem, dla swoich groźny, przez innych wyśmiewany, podczas kampanii przeistoczył się nagle w troskliwego ojca narodu

Ta kampania wyborcza przeszła do historii. Czy wyniknęło z niej coś istotnego dla Polaków? Co zapisze się w naszej zbiorowej pamięci? Co, oprócz pytań: jak bardzo opłaca się okłamywać elektorat, albo jak kto woli – jak bardzo nie opłaca się mówić wyborcom nieprzyjemnej prawdy? W mojej pamięci pozostanie wiele obrazków i zdarzeń, które nadają owej elekcji niepowtarzalny rys, precedensowy w historii polskiej demokracji.

Jeśli pominąć pierwsze po wojnie sfałszowane wybory nigdy dotąd nie byliśmy świadkami tak wielkiej desperacji obozu władzy, która użyła całego aparatu państwa, by nie przegrać. Rządowe media bez żenady kolportowały kłamstwa i plotki dyskredytujące opozycję. Służby specjalne cichcem donosiły zaufanym pseudodziennikarzom podrasowane szczegóły z życiorysów kandydatów koalicji. Rządowe szczujnie prześcigały się w fabrykowaniu rzekomych wypowiedzi i cytowaniu wydzieranych z kontekstu wypowiedzi, które miały kompromitować ludzi z opozycji. Dyspozycyjna prokuratura nie nadążała z preparowaniem formalnych i werbalnych zarzutów, a przedstawiciele władz straszyli zagrożeniami, które akurat w okresie przedwyborczym jakby się zmówiły, by zawisnąć nad głowami Polaków.

Z tej wyborczej batalii na zawsze zapamiętam zakłamane twarze funkcjonariuszy partyjnych, zapewniających mnie żarliwie, że nie śpią, nie jedzą, tylko furt myślą o moim losie i o dobru Ojczyzny, matki naszej. Zapamiętam na zawsze tego sztukmistrza, który przed kamerą był zatroskanym mężem stanu i miał łzy w oczach mówiąc o dramatycznych zakrętach polskiej historii, a po minucie, gdy tylko zszedł z wizji, potrafił przepoczwarzyć się w podchmielonego birbanta, rechoczącego z chamskiego dowcipu partyjnego kolesia. Nie zapomnę głupio zaskoczonej miny premiera, któremu pokazano oficjalną statystykę, gdzie stało jak byk, że jednak mamy w kraju ludzi żyjących poniżej absolutnego minimum socjalnego i że przybywa ich w zastraszającym tempie. I jeszcze utrwaliło mi się w pamięci wstrząsające przemówienie najważniejszej osobistości kraju, który najpierw długo mnie obrażał, potem jeszcze dłużej apelował do moich patriotycznych uczuć (które wyrażać się powinny poparciem dla programu jego partii), a w końcu wezwał mnie do ratowania ojczyzny, co to właśnie stanęła przed straszliwymi historycznymi zagrożeniami.

W tej kampanii wiele było podobnych wezwań, apeli i ostrzeżeń. Ostrzegano mnie przed straszliwą katastrofą w przypadku, gdy wybory wygra „ulica”.  Ostrzegano Polaków przed zakamuflowanymi wysłannikami wrażych sił, którzy za obce pieniądze planują wprowadzić w Polsce niepolskie porządki i niemoralny ład moralny. Ostrzegano cały świat, by nie mieszał się w sprawy, które „we własnym domu” rozwiązywać może wyłącznie demokratycznie wybrana władza.  Prym wiodła tutaj opanowana przez wiodącą partię telewizja publiczna, sterowana przez króla cyników, o którym mówiło się podczas kampanii, że kłamie nawet przez sen.

Na ulicach widać było od razu, kto ma władzę, pieniądze i prawo zawieszania plakatów i ulotek w najlepszych miejscach. Plakaty kandydatów opozycji były masowo zrywane, zachlapywane i uzupełniane swastyką albo gwiazdą Dawida. Dziennikarze nie kryli rozbawienia, gdy na konferencji prasowej minister od spraw wewnętrznych opisywał niebywałe trudy ścigania „całkowicie nieznanych sprawców” tych przedwyborczych ekscesów.

Nigdy nie zapomnę niezwykłej mieszanki niepokoju i nadziei, niepowtarzalnie rozedrganej atmosfery towarzyszącej tym wyborom. Na spotkaniach kłębiły się obietnice i zwoje kiełbasy wyborczej. Sondaże nie były pomyślne, ale może jednak… Dla jednych zwycięstwo oznaczało nowy początek, dla drugich koniec całej epoki. Człowiek jednoosobowo trzęsący krajem, dla swoich groźny, przez innych wyśmiewany, podczas kampanii przeistoczył się nagle w troskliwego ojca narodu, zapewniającego, że jedynym celem jego rządów i rządów jego partii jest zaprowadzenie w Polsce porządku, bo takie jest mickiewiczowskie zadanie, bo „przed ucztą potrzeba dom oczyścić ze śmieci”. Podczas kampanii pochowali się gdzieś najbardziej znienawidzeni, na pierwszy plan wysunięto młodszych, których nauczono klepać przygotowane dla nich formułki i uśmiechać się radośnie. Na scenie politycznej tłoczyli się nieznani dotąd ludzie, a za kulisami znani demiurgowie pociągali za sznurki i zarządzali efektami specjalnymi, siejąc entuzjazm, zwątpienie, nadzieję, ale głównie strach. Ktoś gdzieś zobaczył schowaną w jakimś zakamarku gotową urnę na wymianę, wypełnioną odpowiednio skreślonymi kartami. W popularnym kabarecie znany artysta prognozował wyniki: – Głosowali jak chcieli, a wybrali kogo trzeba! Sondaże wskazywały dużą przewagę rządzących – na zewnątrz buńczucznych i pewnych siebie, a w środku rozbieganych, nerwowych i napastliwych.

Mówiło się o jedynej, może nawet ostatniej szansie pokonania okupantów, którzy zabrali nam Polskę. Bo dziś jeszcze stać nas na masowe protesty, bo jeszcze teraz rządzący muszą się liczyć z opinią Europy i świata, bo w tych wyborach obserwatorzy i mężowie zaufania z opozycji patrzeć im będą na ręce. Ale kiedy rządząca partia wygra wybory, to z pomocą własnej krajowej komisji wyborczej, własnych komisarzy, własnej administracji i własnych sędziów wygrywać już może zawsze. Przez lata mataczenia i manipulowania prawem zdobyła przecież wystarczającą wprawę, by nigdy już nie przegrać…

Skończyła się ta kampania. Przyszedł czas wyborów. A następnego dnia okazało się, że wygraliśmy wszystko, co było do wygrania. Kiedy ogłoszono pierwsze wyniki okazało się, że zwyciężyła solidarność przez duże i małe „S”. Dzisiaj, po 30 latach trudnej wędrówki, wróciliśmy do początku drogi. Zapamiętana zostanie Polska z tamtych i tych ostatnich wyborów – pęknięta na pół i trudna do sklejenia, bo wciąż rozdrapywana przez ludzi przekonanych, że są nieśmiertelni i że tak, jak jest, będzie zawsze – ludzi bez świadomości, że największym błędem politycznym jest uwierzenie własnej propagandzie.

Andrzej Karmiński

Podczas wieczoru wyborczego „Wyborczej Trójmiasto” w hotelu Hilton w Gdańsku prezydent miasta Aleksandra Dulkiewicz podsumowała wstępne wyniki wyborów parlamentarnych 2019. – PiS nie uzyskał konstytucyjnej większości, powinniśmy poczekać też na wyniki wyborów do Senatu – mówiła Dulkiewicz.

Prezydent Gdańska Aleksandra Dulkiewicz wskazywała podczas wieczoru wyborczego „Wyborczej Trójmiasto”, że wyniki wyborów nie są dla niej i mieszkańców Gdańska satysfakcjonujące. – Będzie trudno, ale każdy obywatel i obywatelka powinien zastanowić się, co sam może zrobić, żeby już od jutra dalej dbać o demokrację w Polsce – mówiła prezydent Dulkiewicz. – Na pewno obecna sytuacja nie jest prosta, co widać choćby na przykładzie naszego samorządu i tego, co się działo w ostatnich latach.

Zdaniem prezydent samorządy w całej Polsce będą cierpieć coraz bardziej, bo wydatki na edukację rosną, a finansują je głównie gminy.

– Do tego już w sierpniu wejdą w życie przepisy, które zwolnią z podatków osoby do 26. roku życia, co przełoży się na wielomilionowe straty w budżetach miast – mówiła Dulkiewicz. – Może dojść do sytuacji, w której władzom miast zabraknie pieniędzy czy to na oświetlanie ulic, czy choćby usuwanie odpadków. To jest właśnie polityka PiS, która polega w dużej mierze na wykrwawianiu samorządów.

Dulkiewicz nawiązała też do frekwencji, która o godz. 17 wynosiła w Gdańsku nieco ponad 49 procent. – To bardzo dobry wynik, który jeszcze wzrośnie. Należy się z tego cieszyć, tak jak i cieszyłby się z niego prezydent Paweł Adamowicz.

Wyniki wyborcze exit polls. Szambo wybiło

PiS jest akuszerem faszyzmu

Kiedy dziewięć lat temu przyszedł na świat mój syn, byłem przekonany, że będzie żył w rzeczywistości dużo lepszej od tej, w której ja przeżyłem swoje dzieciństwo i lepszej od tej, w której przeżywam swoją dorosłość. Jednego byłem pewien. Byłem przekonany, że mój syn nie będzie żył w kraju, w którym państwo będzie sankcjonowało przemoc, dogmaty jednej religii i jednego wyznania będą miały wpływ na działania legislacyjne państwa, a telewizja publiczna będzie różniła się od tej z wczesnych lat osiemdziesiątych wyłącznie tym, że spikerzy nie będą umundurowani.

Kiedy w 2016 roku, urodziła się moja córka, nie byłem już tak optymistycznie nastawiony, wydawało mi się jednak, że ten bogobojny ludek, „swój rozum ma” i że istnieje jeszcze jakaś granica, jakaś miara, która sprawi, że ci, którzy próbują zrobić z tego kraju połączenie bananowej republiki, w której katolicka wersja faszyzmu łączy się z putinowską kpiną z demokracji, zostaną w jakiś sposób zweryfikowani, że ten bogobojny ludek nosi w sobie jakiś rodzaj „umiłowania wolności”, o którym tyle napisano na tej ziemi wierszy, którą na stronicach tylu ksiąg opiewa się i hołubi. Głupi ja.

Więc, kiedy wraz z kolejnymi kompromitacjami tej władzy, przy których „ośmiorniczki” to tylko niepoważny numer kilku buców, którym się wydawało, że nikt się nie dowie, kiedy po tym, jak ta władza jawnie i wprost pokazuje, że za nic ma zasady, którymi kierują się zachodnie demokracje, po tym, jak ta władza bije w każdą instytucję, która tę władzę miałaby kontrolować w jej faszystowskich dążeniach, po tym, jak prominentni funkcjonariusze tej władzy przyłapywani są na kłamstwach, oszustwach i szczeniackich numerach z jakimś trollingiem w sieci, po tym, jak ta władza skazuje tych, którzy przeciwko zapędom tej władzy protestują i umarza postępowania przeciwko tym, którzy tych protestujących biją i lżą, kiedy wobec tego, tej władzy wciąż rośnie społeczne poparcie, kiedy im rosną sondażowe słupki, kiedy ten bogobojny ludek wciąż jest tą władzą zachwycony i tę władzę nieustannie, z coraz większą mocą popiera, w imię swojego poczucia sprawiedliwości, w swojej istocie „ludowego” więc ze sprawiedliwością mającą, mniej więcej, tyle wspólnego co „ludność” ma wspólnego z tym, co nazywamy „społeczeństwem”, wobec tego wszystkiego, kiedy przyglądam się moim dzieciom, z ogromną obawą patrzę w przyszłość. Ich przyszłość.

Zastanawiam się, czy mój syn nie zostanie kiedyś „wezwany do służby ojczyźnie z bronią w ręku” i z „głową na karabinie” nie zalegnie w jakimś okopie, kiedy już na wszystkich się obrazimy i zostanie mam wyłącznie „Bóg, Honor i Ojczyzna”. Święta Trójca. Wieczny pretekst i wieczne usprawiedliwienie. Czy moja córka nie zostanie pozbawiona prawa decydowania o własnym ciele i własnej płodności, ponieważ grupa mężczyzn uzna, że to się spodoba jakiemuś Bogu, który dla nich akurat wydaje się, z jakiegoś powodu, punktem odniesienia, ponieważ jakiś bezdzietny, schorowany, starzejący się kawaler uznał, że nie ma moralności poza Kościołem, tak jak kiedyś miało nie być poza nim zbawienia.

Ja tutaj uprawiam taki patos, którego sam się brzydzę, i który mnie samego trochę śmieszy, a trochę przeraża, ale to dlatego, że do niedawna myślałem, że przebudzenie tego bogobojnego ludu nastąpi, kiedy wstrząśnie nim małość tej władzy, jej pokraczność i nieudolność. Myliłem się, ponieważ pokraczność i nieudolność tej władzy jest szyta na miarę, dlatego świetnie się w tym fasonie czuje ów bogobojny ludek.

Dlatego współczuję moim dzieciom, że przyszło im żyć w ojczyźnie „wielkiego papieża Polaka”, ponieważ żadne przebudzenie nie nastąpi. Nie nastąpi dlatego, że po tych wszystkich latach, przez które ten ludek żywił w sobie przekonanie o swojej wyjątkowości, o swoim powołaniu do rzeczy wielkich, po tym wszystkim, co się na tej ziemi wydarzyło i wciąż się wydarza, przebudzenie wiązałoby się z bolesną świadomością, że oto jesteśmy tak głęboko w dupie, że ostatni promyk światła zgasł już lata temu, a nikt nie lubi dnia zaczynać od przykrych prawd na swój temat. Otyły woli wierzyć w to, że ma lekką nadwagę, mniej urodziwy, powtarza sobie, że uroda jest rzeczą gustu, głupiec jest przekonany o swojej wyjątkowości i powołaniu go do rzeczy wielkich. Tak że, jak na razie, śpimy.

A ja patrzę na moje dzieci i myślę, że nie po to siostra mojej babki „dała głowę” w Auschwitz, żeby mi teraz rodacy „na prawicy” urządzali faszystowską Polskę. Będę o tym pamiętał w październiku, przy urnie. Państwo też pamiętajcie. Bo faszyzm nie przychodzi „gotowy”. On się robi. Powoli. Robi się przez zaniedbanie i przez krótką pamięć. Grubo? Być może. Ale w Polsce albo chudo, albo grubo. Nic pośrodku. A ja chciałem, żeby tym razem, było po polsku.

Zawsze fascynowała mnie ta fiksacja prawicy na Stany Zjednoczone. Na Amerykę w ogólności. Natomiast, kiedy mowa o amerykańskiej armii, dochodzi wtedy „na prawicy” do pobudzenia o charakterze niemal erotycznym. Wydawać by się mogło, że amerykański żołnierz to jest obiekt westchnień i uniesień prawicowych polityków. To jest jakiś archetyp męskości i ta męskość ich najwyraźniej stymuluje. Tym bardziej że jest w ten archetyp wpisana jakaś przemoc. A ta, z kolei, na prawicy, zawsze cieszy się uznaniem.

Więc, kiedy poseł Sasin odnosi się do wizyty Andrzeja Dudy w Stanach Zjednoczonych i mówi o tej wizycie, że jest to „absolutny przełom” w relacjach Polski ze Stanami Zjednoczonymi, nie jestem tym entuzjazmem specjalnie zaskoczony. Przeciwnie. Entuzjazm posła Sasina wydaje mi się „absolutnie” naturalny.

Jest tak dlatego, że wizyta dotyczy „obecności Stanów Zjednoczonych w Polsce”, a mówiąc ściśle „deklaracji bardzo silnej obecności Stanów Zjednoczonych w Polsce, z konkretami, ze wskazaniem konkretnych miejsc, gdzie będą ulokowane siły amerykańskie”.

Czyli znowu to, co „Tygryski lubią najbardziej”, mianowicie, amerykańskie wojsko. „Absolutnie”. Amerykańskie „siły”. Siła i moc naszego sojusznika. Cóż bardziej pobudzającego dla posła Sasina.
„Absolutnie” nic.

Czy nie czujecie Państwo mrowienia na dnie żołądków? Czy nie wędrują wam po plecach przejmujące dreszcze? Wyobraźcie to sobie: Umundurowani, amerykańscy chłopcy, uzbrojeni po zęby w nowoczesne, śmiercionośne urządzenia i w futurystyczny sprzęt bojowy. I co? Dalej nic? Zero przyjemnego napięcia? No właśnie. Tymczasem chłopcy „na prawicy”, na samą myśl o tym, dostają gęsiej skórki.

Odnoszę wrażenie, że sytuacją modelową dla prawicy byłaby amerykańska okupacja. Wtedy poseł Sasin mógłby poczuć się bezpiecznie. Mógłby z jeszcze czystszym sumieniem powiedzieć, że doszło do „absolutnego przełomu”. Cóż to byłby za przełom, gdyby nagle okazało się, że tutaj też jest Ameryka. Wtedy, poseł Sasin, mógłby używać swojej paraerotycznej retoryki stwierdzając z jeszcze większą (Państwo wybaczą) satysfakcją, że amerykańcy żołnierze „zakorzenią się” w Polsce na stałe. Zakorzenią się „absolutnie”.

Naturalnie wizy dla Polaków jak były tak są. Ale, ostatecznie, jakie to ma znaczenie w obliczu faktu, że nam sojusznik, na terenie kraju, gotów jest zapuścić swój „korzeń”. Żadnego to nie ma znaczenia. Żadnego. „Absolutnie”.

Obserwując polską scenę polityczną po stronie opozycji zauważalna jest rosnąca z każdym miesiącem frustracja. Politycy nie lubią o tym mówić, gdyż zawsze w walce należy głosić pewność zwycięstwa, ale zarówno w kuluarach jak i w samym elektoracie rośnie poczucie bezsilności. Uczucie to wynika w znacznej mierze z tego, że nie ma dłużej znaczenia, jakie argumenty zostaną wysunięte, czy fakty przytoczone. Premier jak i cały obóz rządzący udowadniają dziś bowiem, że prawda nie ma w polityce znaczenia, jeszcze bardziej niż kiedykolwiek wcześniej w ciągu ostatnich 30 lat. Kiedyś bowiem politycy również manipulowali, ale złapani na gorącym uczynku ponosili bowiem konsekwencje i kajali się przed mediami. Nie było również tak, że publicznie powtarzano stwierdzenia sprzeczne z faktami, które można sprawdzić w 3 sekundy za pomocą Googla. Mateusz Morawiecki już dziś jest pierwszym urzędującym premierem z wyrokiem za kłamstwo, ale polityk nic sobie z tego nie robi i brnie dalej w kolejne oszustwa, wprawiając bezczelnością w szok. Szef rządu w wywiadzie dla “Rzeczpospolitej” odpierał zarzuty o populistyczne i destrukcyjne dla gospodarki podwyższanie płacy minimalnej powołując się na argument w postaci korelacji zamożności krajów i wysokości najniższego wynagrodzenia:

“Nie bez powodu najwyżej rozwinięte dziś państwa Zachodu, Szwecja, Holandia, Niemcy, Dania, mają najwyższe płace minimalne”.

Był to element podważania wiarygodności całego przekazu oponentów:  “Narracja KO kompletnie się nie klei. Mamy w okresie rządów czterech lat PiS najwyższy przyrost średniego wynagrodzenia w porównaniu z poprzednimi kadencjami wszystkich poprzednich rządów. Generalnie całość wzrostu płac jest spójna z tempem podnoszenia płacy minimalnej”.

Problem jednak w tym, że Mateusz Morawiecki powołał się na przykłady krajów, które nie dość, że nie mają wysokiej płacy minimalnej, to na dodatek… nie mają jej w ogóle zapisanej w prawie. Będące wzorem państw dobrobytu Szwecja i Dania nie posiadają tego typu regulacji, a jednak mimo to nie są strefami głodowych wynagrodzeń. Jest wręcz przeciwnie, te dwa kraje są w czołówce państw jeśli chodzi o udział płac w PKB i niewielkie rozwarstwienie dochodów populacji. Wszystko to udało się bez płacy minimalnej. Jednak warunkiem sukcesów opiekuńczych krajów nordyckich było postawienie na wolność gospodarczą. Uchodzące za oazę socjalizmu kraje północy Europy są bowiem równocześnie swoistymi liderami indeksów wolności gospodarczej i innowacyjności gospodarek. Są to zatem kraje kapitalistyczne, które wtórnie użyły zasoby do prowadzenia szerokich programów socjalnych.

W przypadku Niemiec premier także był daleki od prawdy. Ten kraj uchodzi od dawien dawna w narracji PiS za symbol sfinansowania dobrobytu, jednak za Odrą płaca minimalna pojawiła się dopiero w 2015 roku. Nasz zachodni sąsiad nie zawdzięcza zatem swojej pozycji takiemu rozwiązaniu, ale raczej bogactwo pozwoliło Niemcom sfinansować taką politykę.

Tworzenie tak elementarnych fake newsów przez szefa rządu powinno skończyć się w cywilizowanym kraju dymisją, jednak PiS doprowadził do takiej radykalizacji sceny politycznej, że obywatele są już na wszystko znieczuleni. Premier kłamczuszek, szef Najwyższej Izby Kontroli zamieszany w nielegalny sexbizes czy szef KNF grożący szefowi prywatnego banku. Od upadku standardów oczekiwanych od polityków jest jednak tylko krok do upadku samego państwa.

Ciemnogród PiS wcale nie jest taki sobie zbaraniały, jest właśnie poprzez głupotę niebezpieczny, będą wszystko robić, aby nie oddać władzy, oszukiwać, manipulować, a nawet przelewać naszą krew.

Kmicic z chesterfieldem

Nielogiczne? Nie martwcie się. Jeżeli PiS wygra wybory, to takie informacje nie będą Was więcej niepokoić. Po prostu nie będzie miał kto o tym informować. #wolneMedia

Jachira: Zdaję sobie sprawę, że tylko dzięki takim osobom jak ja, Kaczyński przegra

– Zdaje sobie sprawę, że tylko dzięki takim osobom jak ja, Kaczyński przegra. Muszę [być pewna siebie], bo gdybym w to nie wierzyła, to bym tego nie robiła. Wszystko co robię, to robię to, w co wierzę – stwierdziła Klaudia Jachira w rozmowie z Beatą Lubecką w Radiu Zet.

– Prowadzę bardzo aktywną kampanię. Codziennie jestem na ulicy. Cały czas rozmawiam z ludźmi i naprawdę wierzę w to, że my jesteśmy w stanie wygrać i uważam że tylko mocny przekaz, który pokazuje całą obłudę obecnej władzy… Po prostu marzę o wolności, o tym, żeby każdy w moim, naszym kraju mógł żyć tak, jak chce – dodała.

Jachira: Gombrowicz też byłby hejtowany tak…

View original post 2 010 słów więcej

 

Gnojki pisowskie

Zbigniew Hołdys o na polityce historycznej polityków PiS w kontekście obchodów rocznicy Porozumień Sierpniowych.

– Morawiecki w sierpniu 1980 roku miał 12 lat. Duda miał 8. Brudziński miał 12 (jeszcze nie napadał na pociągi). Błaszczak miał 11. Gnojki mogły nie wiedzieć, że jest jakiś strajk i że na jego czele stoi Lech Wałęsa, lat 37. Ps. Drugi Duda służył wtedy w komunistycznym Ludowym Wojsku Polskim – za to Maleńczuk siedział w więzieniu za odmowę służby w czymś takim – napisał na Facebooku muzyk Zbigniew Hołdys.

Łupienie PiS

Władza piknikuje, dlatego nie miała czasu przeprowadzić akcji informacyjnej. Takie „drobne cwaniactwo” rządu wobec setek tys. Polaków – nieinformowanie i liczenie, że na skutek niewiedzy jak najmniej wniosków będzie złożonych” – napisał na Twitterze Krzysztof Brejza. W poniedziałek 29 lipca (ustawowo 27 lipca, ale to sobota) mija termin składania wniosków, dzięki którym najmniejsze przedsiębiorstwa zachować mogą niższe opłaty za prąd.

Przedsiębiorcy, którzy nie złożą wniosków do poniedziałku, zapłacą rachunki wyższe o 30-40%. Jak się okazuje, oświadczenia złożyła mniej niż połowa uprawnionych, ale trudno się dziwić, bo rząd PiS na składanie wniosków dał im zaledwie 28 dni. – „Otrzymaliśmy dopiero ok. 20 tys. takich oświadczeń, przy czym 10 tys. z tego wpłynęło do nas wczoraj. Jednak liczbę uprawnionych szacujemy na jakieś 350-400 tys., więc to wciąż mało. Wiele pism trafi do nas pewnie w ostatniej chwili, ale prawdopodobnie dojdziemy do jakichś 30 proc. wszystkich uprawnionych” – przyznał w rozmowie z portalem WysokieNapiecie.pl przedstawiciel jednej ze spółek energetycznych. Sytuacja podobnie wygląda u innych dostawców prądu. „U nas także do tej pory wpłynęły oświadczenia od zaledwie kilku procent klientów, głównie instytucji publicznych” – stwierdził pracownik innej firmy.

Winę za dezorientację i chaos ponosi przede wszystkim rząd, który zbagatelizował problem i nie zadbał o sprawny system informowania przedsiębiorców. Niedoinformowanie dotyczy nawet samorządowców i włodarzy miast. – „Prezydent jednego z miast o potrzebie złożenia oświadczenia dowiedział się dopiero na spotkaniu z nami. Był tak przejęty, że chciał wysłać do naszej firmy pracownika, który pobrałby formularz, chociaż można go znaleźć w ustawie i wydrukować sobie samemu. W innym, gdzie my obsługujemy jedną część sprzedaży energii elektrycznej, a nasi koledzy drugą, do kolegów wpłynęło prawidłowe oświadczenie, a do nas jakiś papier nie tylko nie na ustawowym formularzu, ale nawet bez podpisu. Na szczęście samorządów nie ma aż tak wiele, więc jesteśmy w stanie w takich sytuacjach wyjaśniać, jak należy złożyć prawidłowe oświadczenie, ale w przypadku małych firm to jest niemożliwe” – opowiedział jeden z rozmówców portalu WysokieNapiecie.pl.

Sytuacja jest na tyle dramatyczna, że spółki – na prośbę Ministerstwa Energii – zdecydowały się na przyjmowanie częściowo błędnie wypełnionych wniosków. Złożenie oświadczenia to ostatnia deska ratunku, aby zachować zeszłoroczną taryfę – od 1 stycznia 2020 r. wszystkie przedsiębiorstwa będą płaciły już wyższe stawki.

Przepełnione działaczami partii władzy spółki energetyczne pakują setki milionów złotych do partyjnych mediów, czy też PFN. Wykupują bezsensowne reklamy w nieczytanych periodykach, albo płacą za billboardy w polu atakujące sędziów. Ważnej informacji dla przedsiębiorców zabrakło” – stwierdził Krzysztof Brejza. A jeden z internautów skomentował dosadnie: -„Kolejny przykład łupienia przedsiębiorców przez PiS”.

Wzór oświadczenia można znaleźć w tekście ustawy.

Kaczyńskiego czeka los przynajmniej Janukowycza.

Kmicic z chesterfieldem

„Mija pół roku od złożenia przez G. Birgfellnera zawiadomienia w spr. oszustwa. Do dziś nie wszczęto śledztwa, ani nie przesłuchano nikogo poza pokrzywdzonym. Nie zabezpieczono też żadnych dowodów. Ta sprawa na zawsze będzie stanowić plamę na honorze polskiej prokuratury” – przypomniał na Twitterze Roman Giertych, pełnomocnik austriackiego biznesmena.

Birgfellner twierdzi, że został oszukany przez prezesa PiS, bo nie otrzymał wynagrodzenia za pracę przy projekcie budowy dwóch wieżowców na działce zajmowanej przez związaną z PiS spółkę Srebrna.

Zawiadomienie Birgfellnera zostało złożone w prokuraturze pod koniec stycznia tego roku, więc wszelkie przewidziane prawem terminy, dotyczące rozpoczęcia przez prokuraturę postępowania lub umorzenia sprawy, już dawno zostały przekroczone. Cóż, Jarosław Kaczyński jeszcze w marcu podczas wywiadu dla RMF FM zadekretował: – „Śledztwo w moim przekonaniu sensu nie ma”.

„Jak można wszczynać śledztwo w sprawie naczelnika państwa, chodzącego kryształu, lekko tylko przysypanego łupieżem, krynicy mądrości i uczciwości? Nie po to przejął wymiar sprawiedliwości i…

View original post 1 536 słów więcej

 

Kaczyński jak Gomułka

Hanna Lis na temat polityki PiS skierowanej przeciwko mniejszości LGBT.

Kaczyński to tylko reinkarnacja Gomułki. Tradycja PiS.

Kmicic z chesterfieldem

Skromność, pokora, praca.

Setki osób – mimo padającego deszczu – pojawiło się we wtorkowy wieczór na Długim Targu w Gdańsku, aby zaprotestować przeciw temu, co wydarzyło się podczas Marszu Równości w Białymstoku. Kibole i chuligani zaatakowali tam uczestników tego przemarszu. – „Ci ludzie, którzy bili, którzy nienawidzili też są ważni. Dlaczego? Bo oni bardzo się boją, bo nienawiść i agresja bierze się ze strachu” – mówił do zgromadzonych w Gdański Paweł Lęcki, nauczyciel z Sopotu, który wymyślił hasło „Strefa wolna od stref” w odpowiedzi na naklejki prawicowego tygodnika „Strefa wolna od LGBT”.

Demonstracja w Gdańsku odbywała się pod hasłem „Strefa wolna od stref – pokażmy, że miłość wygrywa”. – „Solidarność z osobami dyskryminowanymi to nasz obowiązek. Bierność prowadzi do strasznych rzeczy” – mówili organizatorzy protestu z Młodej Zarazy, która powstała z połączenia grup: Młodzi ponad Podziałami, Strajk Uczniowski oraz Trójmiejski Strajk Klimatyczny.

„Nas, młodych ludzi, oburza, że w kraju, gdzie…

View original post 532 słowa więcej