Możemy się spodziewać najgorszego?

Zakończyła się cisza wyborcza. Oto pierwsze, sondażowe wyników wyborów:

PiS – 43,6 proc.

Koalicja Obywatelska – 27,4 proc.

Lewica – 11,9 proc.

PSL – 9,6 proc.

Konfederacja – 6,4 proc.

Inne – 1,1 proc.

Wyniki exit poll Ipsos, źródło: TVN24.

Pracownia IPSOS, która przeprowadza badanie exit poll dla wszystkich stacji telewizyjnych, przedstawia następujący możliwy rozkład głosów w Sejmie.

Prawo i Sprawiedliwość – 239 mandatów

Koalicja Obywatelska – 130 mandatów

Lewica – 43 mandaty

PSL – 34 mandaty

Konfederacja – 13 mandatów

Większość zwykła w Sejmie wynosi 231 mandatów.

Jeśli potwierdzą się wyniki sondażowe, PiS utrzyma większość w Sejmie, choć patrząc na przemawiającego Jarosława Kaczyńskiego w sztabie PiS, dostrzec można było rozczarowanie, że jego partia nie będzie miała większości konstytucyjnej. – „Jeśli wynik sondażowy się utrzyma, przed nami kolejne cztery lata rządzenia, czeka nas refleksja nad tym, co się udało i nad tym, co spowodowało, że pewna część społeczeństwa uznała, że nie należy nas popierać” – stwierdził.

W przemówieniu prezesa PiS – oczywiście nie zabrakło wątków o „wrażych siłach”. – „Mimo wszystko mamy powody do radości, bo mimo tego potężnego frontu przeciwko nam zdołaliśmy wygrać i wszystko wskazuje na to, że to się jednak utrzyma” – mówił Kaczyński.

Lider PO Grzegorz Schetyna zapowiedział współpracę z innymi partiami opozycji demokratycznej. – „To były trudne cztery lata, to nie była równa walka, nie mieliśmy poczucia, że startujemy w uczciwej walce, że przeciwnik stosuje uczciwe metody. Współpraca ugrupowań opozycyjnych to jedyna droga. Wszystko przed nami. Przed nami wybory prezydenckie. Tym wszystkim, którzy marzyli o wielkim zwycięstwie, o dominacji, którzy chcą układać państwo tak, by w nim dobrze było tylko im – chcę im powiedzieć: nie będzie Budapesztu w Warszawie” – stwierdził szef PO.

Po czterech latach do Sejmu wraca Lewica. – „Jarosław Kaczyński ma problem, bo będzie w Sejmie opozycja odważna, której będzie się chciało walczyć o prawa pracownicze, o lepszą ochronę zdrowia. To pierwszy krok do lewicowego rządu po następnych wyborach” – stwierdził Adrian Zandberg, lider Razem. A Robert Biedroń dodał: – „Pokażemy, że Polska może być otwarta, tolerancyjna i nowoczesna, a do tego być państwem dobrobytu. Będziemy konstruktywną opozycją, która każdego dnia będzie pokazywała, że Konstytucja będzie broniona od pierwszego do ostatniego artykułu”.

„Jeżeli te wyniki się potwierdzą, to jest wielki mandat zaufania dla racjonalnego centrum, dla naszych propozycji dla Polski. Stoimy po stronie państwa wolnego, niepodległego, demokratycznego, godnego, który szanuje każdego obywatela, a nie samowładzę” – powiedział szef PSL Władysław Kosiniak-Kamysz.

Zapamiętajcie słowa Kaczyńskiego – To nie jest jeszcze zwycięstwo ostateczne, otrzymaliśmy dużo, ale zasługujemy na więcej! Strach się bać, kolokwialnie mówiąc… On już grozi!

– Jeszcze nie jest jasne, kto będzie miał większość – mówi prof. Jarosław Flis, socjolog z Uniwersytetu Jagiellońskiego.

Według badania exit poll z godziny 21 dla TVN, TVP i Polsatu poparcie dla poszczególnych komitetów wyborczych wynosi: 43,6 pkt. proc. dla PiS, 27,4 pkt. proc. dla Koalicji Obywatelskiej, 11,9 pkt. proc. dla Lewicy, 9,6 pkt. proc. dla PSL-Koalicji Polskiej i 6,4 pkt. proc. dla Konfederacji.

Ipsos podał też prawdopodobny podział mandatów: 239 dla PiS, 130 dla KO, 43 dla Lewicy, 34 dla PSL-Koalicji Polskiej i 13 dla Konfederacji.

Flis i Machowski: PiS ma tylko 227 mandatów

Prof. Flis, z którym rozmawialiśmy przed godziną 23, przeliczył dane Ipsos wedle własnego wzoru. I wyszło mu, że PiS może liczyć na 227 mandatów, obóz anty-PiS – na 217, a Konfederacja – na 16. – Więc jeszcze nie jest jasne, kto będzie miał większość – komentuje socjolog.

To oznaczałoby klincz, bo ani PiS, ani anty-PiS nie mogłyby samodzielnie stworzyć większościowego rządu. Języczkiem u wagi stałaby się Konfederacja. Na wieczorze wyborczym lider PiS Jarosław Kaczyński studził nastroje.

Podobnie wyliczył mandaty Andrzej Machowski, doktor psychologii w zakresie psychometrii i analityk badań sondażowych. Jego zdaniem wyniki podane przez Ipsos są prawdziwe, ale podział mandatów – już nie. Wyliczył, że PiS ma właśnie 227 posłów, KO – 135, Lewica – 47, PSL-Koalicja Polska – 34, a Konfederacja – 16.

Machowski podkreślił, że model wyliczenia mandatów z uwagi na to, iż nie bierze pod uwagę specyfiki geograficzno-politycznej, może się trochę mylić, ale na pewno nie o 12 posłów w przypadku PiS. W wyborach z 2015 r., w których PiS zdobył 235 mandatów, model przypisał partii Kaczyńskiego 233 miejsca w Sejmie, a np. Nowoczesnej „dał” 31, o trzy więcej niż w rzeczywistości.

Prof. Cześnik: opozycja ma więcej głosów

Rozmawialiśmy też z prof. Mikołajem Cześnikiem, politologiem z Uniwersytetu SWPS i Fundacji Batorego. – Po pierwsze, wysoka frekwencja. W tym roku poszło na wybory o ok. 3 mln osób więcej niż w 2015 r., to z punktu widzenia demokracji sukces. Po drugie, jeśli się doda głosy oddane na KO, PSL i Lewicę to widać, że obóz anty-PiS jest silniejszy niż PiS. Dostał ok. 8,5 mln głosów [PiS niecałe 8 mln] – mówi prof. Cześnik, komentując wyniki. – Po trzecie, jeśli Konfederacja wejdzie do Sejmu, to sprawdzi się najczarniejszy sen Jarosława Kaczyńskiego o obejściu go z prawej flanki. Gdyby PiS nie zdobył powyżej 230 mandatów, to Kaczyński stanie przed diabelską alternatywą, czy dogadywać się z Konfederacją. A w niej są ludzie, którzy są albo twardymi graczami, albo wariatami, a Kaczyński takich nie potrzebuje.

Wg dwóch politologów PIS traci większość. To będzie długa noc.

Socjolożka Elżbieta Korolczuk po ogłoszeniu wyników exit poll: „Ten wynik musi być dla PiS rozczarowaniem. To trudny moment dla Polski. PiS będzie kontynuować politykę transferów, ale gdy sytuacja ekonomiczna nie pozwoli, sięgnie po środki represyjne. Takie ruchy jak Ordo Iuris będą miały większe znaczenie. Dla praw kobiet możemy się spodziewać najgorszego”

Elżbieta Korolczuk: PiS wciąż ma większość, proces gnicia polskiej demokracji będzie trwał. Oczywiście, sytuacja, w której się obudzimy jutro, ma kilka wariantów – w zależności od tego, czy Konfederacja wejdzie czy nie. Ale zasadniczo nie zmieni to sceny politycznej.

Jednocześnie, biorąc pod uwagę ilość transferów pieniężnych dokonanych przez PiS do różnych grup, w tym do takich, które miały znaczenie jeżeli chodzi o mobilizację wyborców, i biorąc pod uwagę ilość pieniędzy, które PiS włożył w kampanię wyborczą, to ten wynik musi być dla nich rozczarowaniem.

Magdalena Chrzczonowicz: Jarosław Kaczyński był bardzo powściągliwy po ogłoszeniu wyników.

To nie jest wynik, którego się spodziewali przy tak wielkich transferach, które już zagrażają stabilizacji ekonomicznej państwa. Trudno dać więcej pieniędzy, a to oznacza żę grupa wyborców, którą można było zachęcić poprawą sytuacji ekonomicznej, już się wyczerpała.

To trudny moment dla Polski. To oznacza, że PiS albo może kontynuować swoją politykę transferów, ale nie wiadomo, czy sytuacja ekonomiczna na to pozwoli, albo sięgać po środki represyjne.

Te wyniki oczywiście ciągle mogą się zmienić. Mówi się, że do tej pory wyniki exit poll niedoszacowywały PiS. Nie wiem, czy po 4 latach tak ciągle jest.

Jak oceniasz wynik lewicy?

Wynik lewicy jest zadowalający – przypomnijmy, że do tej pory lewicy w Sejmie nie było. Lewica miała problem z tożsamością, bo połączenie trzech tak różnych projektów jak Razem SLD i Wiosna, było wyzwaniem.

Lewica nie miała też możliwości finansowych, żeby zrobić dobrą kampanię. Oczywiście, ja oczekiwałam więcej, ale było to myślenie życzeniowe. Biorąc pod uwagę finanse, którymi dysponował PiS – tak zawsze jest w przypadku partii rządzącej, a PiS z tego korzystał dość bezczelnie – nie należało się spodziewać, że nastąpi jakaś zasadnicza zmiana.

Ale istotne jest to, że lewica nie była w stanie przejąć od PiS kwestii socjalnych. Nie wygrano problemu z jakością usług publicznych, katastrofą w służbie zdrowia, sytuacją w edukacji itp. To jest wyzwanie. Lewica musi się zdecydować, który przekaz jest najważniejszy. Moim zdaniem najważniejsze są równość i jakość usług publicznych. To sprawy, które dotyczą nas wszystkich.

Te wybory pokazują dwie rzeczy – nie da się pokonać PiS operując wyłącznie przekazem o zagrożeniu demokracji.  Ale też PiS nie jest w stanie wygrać wyborów wyżej niż te 43-44 proc. i to łącząc politykę pamięci, nacjonalizmu i transferów socjalnych.

Jedni i drudzy osiągnęli limit. Pytanie, kto się określi od nowa.

Co będzie z prawami kobiet?

Będzie fatalnie. Nastąpią kolejne ograniczenia w kwestii aborcji, będzie manipulowanie przy konstytucji. To jest ciągle na tapecie, to jest tak ważna sprawa dla ruchów ultrakonserwatywnych, że oni tego nie odpuszczą.

Wygrana PiS jest dla tych środowisk sygnałem, że trzeba dalej i jeszcze intensywniej o to zabiegać. Takie ruchy jak Ordo Iuris będą miały coraz większe znaczenie. Możemy się spodziewać najgorszego.

Człowiek jednoosobowo trzęsący krajem, dla swoich groźny, przez innych wyśmiewany, podczas kampanii przeistoczył się nagle w troskliwego ojca narodu

Ta kampania wyborcza przeszła do historii. Czy wyniknęło z niej coś istotnego dla Polaków? Co zapisze się w naszej zbiorowej pamięci? Co, oprócz pytań: jak bardzo opłaca się okłamywać elektorat, albo jak kto woli – jak bardzo nie opłaca się mówić wyborcom nieprzyjemnej prawdy? W mojej pamięci pozostanie wiele obrazków i zdarzeń, które nadają owej elekcji niepowtarzalny rys, precedensowy w historii polskiej demokracji.

Jeśli pominąć pierwsze po wojnie sfałszowane wybory nigdy dotąd nie byliśmy świadkami tak wielkiej desperacji obozu władzy, która użyła całego aparatu państwa, by nie przegrać. Rządowe media bez żenady kolportowały kłamstwa i plotki dyskredytujące opozycję. Służby specjalne cichcem donosiły zaufanym pseudodziennikarzom podrasowane szczegóły z życiorysów kandydatów koalicji. Rządowe szczujnie prześcigały się w fabrykowaniu rzekomych wypowiedzi i cytowaniu wydzieranych z kontekstu wypowiedzi, które miały kompromitować ludzi z opozycji. Dyspozycyjna prokuratura nie nadążała z preparowaniem formalnych i werbalnych zarzutów, a przedstawiciele władz straszyli zagrożeniami, które akurat w okresie przedwyborczym jakby się zmówiły, by zawisnąć nad głowami Polaków.

Z tej wyborczej batalii na zawsze zapamiętam zakłamane twarze funkcjonariuszy partyjnych, zapewniających mnie żarliwie, że nie śpią, nie jedzą, tylko furt myślą o moim losie i o dobru Ojczyzny, matki naszej. Zapamiętam na zawsze tego sztukmistrza, który przed kamerą był zatroskanym mężem stanu i miał łzy w oczach mówiąc o dramatycznych zakrętach polskiej historii, a po minucie, gdy tylko zszedł z wizji, potrafił przepoczwarzyć się w podchmielonego birbanta, rechoczącego z chamskiego dowcipu partyjnego kolesia. Nie zapomnę głupio zaskoczonej miny premiera, któremu pokazano oficjalną statystykę, gdzie stało jak byk, że jednak mamy w kraju ludzi żyjących poniżej absolutnego minimum socjalnego i że przybywa ich w zastraszającym tempie. I jeszcze utrwaliło mi się w pamięci wstrząsające przemówienie najważniejszej osobistości kraju, który najpierw długo mnie obrażał, potem jeszcze dłużej apelował do moich patriotycznych uczuć (które wyrażać się powinny poparciem dla programu jego partii), a w końcu wezwał mnie do ratowania ojczyzny, co to właśnie stanęła przed straszliwymi historycznymi zagrożeniami.

W tej kampanii wiele było podobnych wezwań, apeli i ostrzeżeń. Ostrzegano mnie przed straszliwą katastrofą w przypadku, gdy wybory wygra „ulica”.  Ostrzegano Polaków przed zakamuflowanymi wysłannikami wrażych sił, którzy za obce pieniądze planują wprowadzić w Polsce niepolskie porządki i niemoralny ład moralny. Ostrzegano cały świat, by nie mieszał się w sprawy, które „we własnym domu” rozwiązywać może wyłącznie demokratycznie wybrana władza.  Prym wiodła tutaj opanowana przez wiodącą partię telewizja publiczna, sterowana przez króla cyników, o którym mówiło się podczas kampanii, że kłamie nawet przez sen.

Na ulicach widać było od razu, kto ma władzę, pieniądze i prawo zawieszania plakatów i ulotek w najlepszych miejscach. Plakaty kandydatów opozycji były masowo zrywane, zachlapywane i uzupełniane swastyką albo gwiazdą Dawida. Dziennikarze nie kryli rozbawienia, gdy na konferencji prasowej minister od spraw wewnętrznych opisywał niebywałe trudy ścigania „całkowicie nieznanych sprawców” tych przedwyborczych ekscesów.

Nigdy nie zapomnę niezwykłej mieszanki niepokoju i nadziei, niepowtarzalnie rozedrganej atmosfery towarzyszącej tym wyborom. Na spotkaniach kłębiły się obietnice i zwoje kiełbasy wyborczej. Sondaże nie były pomyślne, ale może jednak… Dla jednych zwycięstwo oznaczało nowy początek, dla drugich koniec całej epoki. Człowiek jednoosobowo trzęsący krajem, dla swoich groźny, przez innych wyśmiewany, podczas kampanii przeistoczył się nagle w troskliwego ojca narodu, zapewniającego, że jedynym celem jego rządów i rządów jego partii jest zaprowadzenie w Polsce porządku, bo takie jest mickiewiczowskie zadanie, bo „przed ucztą potrzeba dom oczyścić ze śmieci”. Podczas kampanii pochowali się gdzieś najbardziej znienawidzeni, na pierwszy plan wysunięto młodszych, których nauczono klepać przygotowane dla nich formułki i uśmiechać się radośnie. Na scenie politycznej tłoczyli się nieznani dotąd ludzie, a za kulisami znani demiurgowie pociągali za sznurki i zarządzali efektami specjalnymi, siejąc entuzjazm, zwątpienie, nadzieję, ale głównie strach. Ktoś gdzieś zobaczył schowaną w jakimś zakamarku gotową urnę na wymianę, wypełnioną odpowiednio skreślonymi kartami. W popularnym kabarecie znany artysta prognozował wyniki: – Głosowali jak chcieli, a wybrali kogo trzeba! Sondaże wskazywały dużą przewagę rządzących – na zewnątrz buńczucznych i pewnych siebie, a w środku rozbieganych, nerwowych i napastliwych.

Mówiło się o jedynej, może nawet ostatniej szansie pokonania okupantów, którzy zabrali nam Polskę. Bo dziś jeszcze stać nas na masowe protesty, bo jeszcze teraz rządzący muszą się liczyć z opinią Europy i świata, bo w tych wyborach obserwatorzy i mężowie zaufania z opozycji patrzeć im będą na ręce. Ale kiedy rządząca partia wygra wybory, to z pomocą własnej krajowej komisji wyborczej, własnych komisarzy, własnej administracji i własnych sędziów wygrywać już może zawsze. Przez lata mataczenia i manipulowania prawem zdobyła przecież wystarczającą wprawę, by nigdy już nie przegrać…

Skończyła się ta kampania. Przyszedł czas wyborów. A następnego dnia okazało się, że wygraliśmy wszystko, co było do wygrania. Kiedy ogłoszono pierwsze wyniki okazało się, że zwyciężyła solidarność przez duże i małe „S”. Dzisiaj, po 30 latach trudnej wędrówki, wróciliśmy do początku drogi. Zapamiętana zostanie Polska z tamtych i tych ostatnich wyborów – pęknięta na pół i trudna do sklejenia, bo wciąż rozdrapywana przez ludzi przekonanych, że są nieśmiertelni i że tak, jak jest, będzie zawsze – ludzi bez świadomości, że największym błędem politycznym jest uwierzenie własnej propagandzie.

Andrzej Karmiński

Podczas wieczoru wyborczego „Wyborczej Trójmiasto” w hotelu Hilton w Gdańsku prezydent miasta Aleksandra Dulkiewicz podsumowała wstępne wyniki wyborów parlamentarnych 2019. – PiS nie uzyskał konstytucyjnej większości, powinniśmy poczekać też na wyniki wyborów do Senatu – mówiła Dulkiewicz.

Prezydent Gdańska Aleksandra Dulkiewicz wskazywała podczas wieczoru wyborczego „Wyborczej Trójmiasto”, że wyniki wyborów nie są dla niej i mieszkańców Gdańska satysfakcjonujące. – Będzie trudno, ale każdy obywatel i obywatelka powinien zastanowić się, co sam może zrobić, żeby już od jutra dalej dbać o demokrację w Polsce – mówiła prezydent Dulkiewicz. – Na pewno obecna sytuacja nie jest prosta, co widać choćby na przykładzie naszego samorządu i tego, co się działo w ostatnich latach.

Zdaniem prezydent samorządy w całej Polsce będą cierpieć coraz bardziej, bo wydatki na edukację rosną, a finansują je głównie gminy.

– Do tego już w sierpniu wejdą w życie przepisy, które zwolnią z podatków osoby do 26. roku życia, co przełoży się na wielomilionowe straty w budżetach miast – mówiła Dulkiewicz. – Może dojść do sytuacji, w której władzom miast zabraknie pieniędzy czy to na oświetlanie ulic, czy choćby usuwanie odpadków. To jest właśnie polityka PiS, która polega w dużej mierze na wykrwawianiu samorządów.

Dulkiewicz nawiązała też do frekwencji, która o godz. 17 wynosiła w Gdańsku nieco ponad 49 procent. – To bardzo dobry wynik, który jeszcze wzrośnie. Należy się z tego cieszyć, tak jak i cieszyłby się z niego prezydent Paweł Adamowicz.

Wyniki wyborcze exit polls. Szambo wybiło