Choć Duda to złamas, to za złamanie Konstytucji czeka go w przyszłości wielka przykrość

o grzechach prezydenta dr hab. Ryszard Balicki, konstytucjonalista z Uniwersytetu Wrocławskiego

Przysięga to nie tylko słowa, to zobowiązanie

Dzień 6 sierpnia 2015 roku był bardzo ważny w życiu Andrzeja Dudy, może nawet najważniejszy. Tego dnia złożył przysięgę przed Zgromadzeniem Narodowym.

Posłowie i senatorowie wysłuchali wypowiadanych wówczas słów: „(…) uroczyście przysięgam, że dochowam wierności postanowieniom Konstytucji, będę strzegł niezłomnie godności Narodu, niepodległości i bezpieczeństwa Państwa, a dobro Ojczyzny oraz pomyślność obywateli będą dla mnie zawsze najwyższym nakazem”.

Dla podkreślenia wagi wypowiadanych słów Andrzej Duda dodał także „Tak mi dopomóż Bóg”.

Wypowiadając słowa roty Andrzej Duda objął urząd, na który wybrali go obywatele i stał się kolejnym prezydentem niepodległej Polski. Ale składana przysięga to nie tylko słowa, to zobowiązanie, które nowy prezydent zaciąga każdorazowo wobec suwerena. Czy prezydent Andrzej Duda temu zobowiązaniu sprostał?

Grzech pierwszy: Instrumentalne potraktowanie prawa łaski

Już w pierwszych miesiącach urzędowania doszło bowiem do znamiennych wydarzeń, które naznaczyły tę kadencję. 16 listopada 2015 roku, powołując się na prerogatywę określoną w art. 139 Konstytucji, Prezydent RP wydał postanowienie w sprawie zastosowania prawa łaski wobec czterech osób.

Ta – wydawało się – rutynowa decyzja okazała się jednak inna niż wszystkie dotychczasowe. Prezydent Duda postanowił bowiem zastosować przysługujące mu uprawnienie wobec osób, których proces sądowy jeszcze się nie zakończył. W związku z powyższym pojawiła się uzasadniona wątpliwość czy prezydent mógł tak uczynić.

Konstytucyjna regulacja prawa łaski jest nader lakoniczna – art. 139 Konstytucji RP stwierdza jedynie, że: „Prezydent Rzeczypospolitej Polskiej stosuje prawo łaski. Prawa łaski nie stosuje się do osób skazanych przez Trybunał Stanu”.

Ten krótki przepis reguluje zakres podmiotowy i przedmiotowy agracjacji (prawa łaski) w polskim porządku konstytucyjnym. Prawo łaski stanowi zatem wyłączną kompetencję głowy państwa.

Powyższy artykuł wskazuje również katalog wyłączeń – z prawa łaski nie mogą korzystać osoby skazane przez Trybunał Stanu, czyli osoby ponoszące odpowiedzialność konstytucyjną.

Dodatkową normą ustawy zasadniczej, poruszającą problematykę agracjacji, jest art. 144 ust. 3 Konstytucji RP, stanowiący, że wymóg podpisu Prezesa Rady Ministrów pod aktem urzędowym Prezydenta RP nie dotyczy stosowania prawa łaski. Oznacza to zatem, że stosowanie instytucji ułaskawienia nie wymaga kontrasygnaty, jest więc prerogatywą Prezydenta RP.

Tak ograniczona regulacja konstytucyjna jest konsekwencją szczególnego charakteru norm konstytucyjnych, mających jedynie wyznaczyć zakres uprawnień poszczególnych organów. W takim przypadku konieczne jest odwołanie się do charakteru instytucji, do ukształtowanych zwyczajów konstytucyjnych, doktryny oraz orzecznictwa Trybunału Konstytucyjnego.

Dotychczas w literaturze polskiego prawa konstytucyjnego nie budziło wątpliwości, że prawo łaski to prawo państwa do darowania prawomocnie orzeczonej kary lub innych skutków o podobnym charakterze.

Prawo to nie służy jednak uniewinnieniu skazanego, nie unieważnia wydanego wyroku sądu, nie prowadzi nawet do przebaczenia winy sprawcy.

Jest to wyłącznie możliwość zrzeczenia się – w imieniu państw, przez uprawniony organ – egzekucji wymierzonej już kary.

Nie bez znaczenia w przedmiotowej sprawie będą także skrajnie polityczne pobudki działania głowy państwa. Prezydent nie podejmował swoich decyzji z powodów społecznych czy moralnych, lecz jedynie dążył do – jak sam oświadczył – „wyręczenia sądu”, aby ułatwić swojej byłej partii politycznej obsadę stanowisk rządowych.

Grzech drugi: Odmowa przyjęcia ślubowania od sędziów Trybunału Konstytucyjnego

Kolejną decyzją Prezydenta RP, która wzbudziła wątpliwości co do jej zgodności z konstytucją, była faktyczna odmowa przyjęcia ślubowania od sędziów Trybunału Konstytucyjnego wybranych przez Sejm VII kadencji. Zaistniała sytuacja stała się także elementem wielomiesięcznej batalii, której częścią – w praktyce przedmiotem – stał się Trybunał Konstytucyjny.

Punktem wyjścia do późniejszych zdarzeń było uchwalenie w dniu 25 czerwca 2015 roku nowej wówczas ustawy o Trybunale Konstytucyjnym, której art. 137 dawał możliwość Sejmowi VII kadencji dokonanie wyboru sędziów na wszystkie zwalnianie w 2015 roku stanowiska sędziowskie.

Poza materią niniejszego tekstu jest szczegółowa ocena uchwalonej wówczas ustawy. Ale warto przynajmniej krytycznie skomentować zarówno sam fakt uchwalania tak ważnej ustawy pod koniec kadencji Sejmu, jak i szczególnie umieszczenie w niej przepisu pozwalającego w niekonstytucyjny sposób zwiększyć kompetencje kreacyjne Sejmu danej kadencji.

W dniu 30 sierpnia 2015 ustawa weszła w życie, należy przy tym podkreślić, że prezydent Duda nie zgłosił swoich zastrzeżeń do konstytucyjności ustawy i nie wystąpił do Trybunału Konstytucyjnego z wnioskiem w trybie kontroli następczej.

8 października Sejm VII kadencji wybrał pięciu sędziów TK: Romana Hausera, Krzysztofa Ślebzaka, Andrzeja Jakubeckiego, którzy mieli być następcami: Marii Gintowt-Jankowicz, Wojciecha Hermelińskiego i Marka Kotlinowskiego (ich kadencje kończyły się 6 listopada 2015 roku), oraz Bronisława Sitka i Andrzeja Sokalę, którzy mieli być następcami sędziów: Zbigniewa Cieślaka (koniec kadencji 2 grudnia 2015) i Teresy Liszcz (koniec kadencji 8 grudnia 2015).

Jednak prezydent Duda nie umożliwił sędziom wybranym przez Sejm VII kadencji złożenia ślubowania w terminie umożliwiającym rozpoczęcie kadencji. W tej sytuacji doszło do naruszenia Konstytucji i ustawy o Trybunale Konstytucyjnym.

Prezydent RP, poprzez swoje działanie uniemożliwił rozpoczęcie sprawowania funkcji przez osoby legalnie wybrane przez kompetentny organ, w oparciu o obowiązujący akt prawny. Bezspornym jest bowiem, że wyłączna kompetencja do powoływania sędziów Trybunału Konstytucyjnego jest w gestii Sejmu RP, a art. 21 ust. 1 ustawy o TK – co podkreślił Trybunał w uzasadnieniu do wydanego wyroku – „wyraża normę kompetencyjną, która nakłada na Prezydenta obowiązek niezwłocznego odebrania ślubowania od sędziego Trybunału Konstytucyjnego”.

Trybunał podkreślił także, że „odebranie ślubowania od sędziów TK nie może być postrzegane jako należące do ewentualnego uznania głowy państwa. Prezydent jest obowiązany przyjąć ślubowanie od sędziów wybranych przez Sejm na podstawie art. 194 ust. 1 Konstytucji. Nie ma w tym zakresie możliwości dokonywania samodzielnej, a przy tym swobodnej – zależnej jedynie od własnego uznania – oceny ani podstaw prawnych dokonanego wyboru, ani prawidłowości procedury, która została w danym wypadku zastosowana przez Sejm.

Prezydent jako organ władzy wykonawczej, nie jest bowiem uprawniony do ostatecznego i wiążącego inne organy państwa wypowiadania się o zgodności norm prawnych z Konstytucją. Nie ma również kompetencji w zakresie oceny legalności działań podejmowanych przez Sejm na podstawie powszechnie obowiązującego prawa.

Przyznanie Prezydentowi niczym nieograniczonej możliwości dokonywania takich ocen oznaczałoby podejmowanie działań bez podstawy prawnej. Wiązałoby się z naruszeniem zasady legalizmu (art. 7 Konstytucji) oraz pozostawałoby w sprzeczności z zasadą, że Prezydent wykonuje swoje zadania w zakresie i na zasadach określonych w Konstytucji i ustawach (art. 126 ust. 3 Konstytucji)”.

Tak więc prezydent winien niezwłocznie przyjąć ślubowanie wybranych przez Sejm sędziów TK, a ostatnim akceptowanym momentem może być taki, który umożliwi rozpoczęcie kadencji nowego sędziego TK bezpośrednio po zakończeniu kadencji sędziego dotychczasowego, czyli najpóźniej w dzień poprzedzający koniec kadencji.

W przypadku wyboru sędziego na skutek powstałego wakatu w składzie TK, ślubowanie winno nastąpić w najbliższym dogodnym momencie po dokonanym wyborze. Jak stwierdził Trybunał: „Prezydent ma swoim działaniem stworzyć warunki ku temu, aby sędzia wybrany przez Sejm mógł niezwłocznie rozpocząć wykonywanie powierzonej mu funkcji urzędowej. Rola Prezydenta jest więc wtórna, a zarazem podporządkowana w swej istocie temu skutkowi, jaki wynika z wykonania przez Sejm powierzonej mu kompetencji wyboru sędziów TK”.

Nie realizując powyższego obowiązku Prezydent RP uniemożliwia sprawne funkcjonowanie organu konstytucyjnego oraz narusza postanowienia Konstytucji i ustawy o Trybunale Konstytucyjnym, co może być podstawą do pociągnięcia go do odpowiedzialności konstytucyjnej przed Trybunałem Stanu.

W przypadku będącym przedmiotem dokonywanej analizy, jedynie w sytuacji, w której głowa państwa złożyłaby wniosek o zbadanie konstytucyjności ustawy z 25 czerwca 2015 roku o Trybunale Konstytucyjnym kwestionując zgodność z Konstytucją art. 137 (będącego podstawą prawną wyboru dokonanego przez Sejm VII kadencji) powstałaby możliwość odroczenia momentu przyjęcia ślubowania.

Jednak nawet w takiej sytuacji – jak podkreślał Trybunał: „Podejmując taką decyzję, Prezydent bierze na siebie pełną, przewidzianą w Konstytucji odpowiedzialność za jej skutki”.

Należy więc uznać, że w analizowanej sytuacji nie wystąpiły żadne okoliczności uzasadniające możliwość odroczenia momentu przyjęcia przez Prezydenta RP Andrzeja Dudę ślubowania sędziów wybranych przez Sejm VII kadencji. Prezydent winien więc niezwłocznie przystąpić do realizacji swojego obowiązku. Jednak w związku z wydanym wyrokiem Trybunału Konstytucyjnego z 3 grudnia 2015 roku, obecnie Prezydent winien przyjąć ślubowanie od 3 sędziów wybranych przez Sejm VII kadencji w miejsce sędziów TK, których kadencja kończyła się 6 listopada 2015 roku.

Smutnym podsumowaniem powyższych rozważań stały się niedawne komunikaty prasowe wygłaszane przez przedstawicieli Kancelarii Prezydenta po ujawnieniu, że PiS zgłosiło jako kandydatów do TK m.in. byłych posłów Krystynę Pawłowicz i Stanisława Piotrowicza.

Rzecznik prezydenta oświadczył, że „to parlament podejmuje decyzję o tym, kto jest wybierany na sędziów TK”. To oczywiście prawda, szkoda jednak, że taka refleksja pojawiła się tak późno. Ale może warto przypomnieć prezydentowi, że trójka prawidłowo wybranych sędziów TK nadal oczekuje na możliwość złożenie ślubowania…

Grzech trzeci: Aktywny uczestnik nocnego przejęcia Trybunału Konstytucyjnego przez PiS

W działaniach podejmowanych przez partię rządzącą w celu politycznego przejęcia Trybunału prezydent Andrzej Duda był – niestety – aktywnym uczestnikiem. Zaakceptował, nieznajdujący uzasadnienia w normach Konstytucji, „wybór” dokonany przez Sejm VIII kadencji osób na miejsca zajmowane przez prawidłowo wybranych sędziów, a następnie – pod osłoną nocy – przyjął od nich ślubowanie. Wszystko po to, aby osoby te mogły zostać wprowadzone do siedziby Trybunału.

Prezydent sankcjonował również kolejne ustawy dotyczące Trybunału Konstytucyjnego, w tym także podpisał 19 grudnia 2016 – w nocy! – ustawy: „Przepisy wprowadzające ustawę o organizacji i trybie postępowania przed Trybunałem Konstytucyjnym” oraz „O statusie sędziów Trybunału Konstytucyjnego”.

Żadna z nich nie przewidywała vacatio legis i obie weszły w życie już kolejnego dnia. Tak nadzwyczajny tryb był podyktowany chęcią uniemożliwienia przeprowadzenia zbadania ich zgodności z Konstytucją.

Na mocy przyjętej ustawy wprowadzone zostało – nieznane Konstytucji i naruszające zawarte w niej postanowienia o wiceprezesie Trybunału – stanowisko „sędziego pełniącego obowiązki Prezesa Trybunału”. Na to stanowisko prezydent powołał sędzię Julię Przyłębską.

Z uwagi na brak takiej kompetencji w konstytucyjnym katalogu aktów zwolnionych z obowiązku uzyskania kontrasygnaty, zgodę na jej powołanie musiał wyrazić także Prezes Rady Ministrów. Należy jednak uznać, że uzależnienie możliwości działania sądu konstytucyjnego od decyzji organu władzy wykonawczej stanowi naruszenie art. 173 Konstytucji, w którym jest zawarta zasada odrębności i niezależności Trybunału od innych władz.

Kolejnego dnia – 20 grudnia 2016 roku – sędzia Julia Przyłębska, naruszając konstytucyjne uprawnienia wiceprezesa TK, zwołała Zgromadzenie Ogólne Sędziów TK. Do udziału w nim dopuściła także osoby nieuprawnione („dublerzy”).

Przeprowadzono wówczas głosowanie, podczas którego na czternaście obecnych osób, jedynie sześć – w tym trzech dublerów – opowiedziało się za wyborem sędzi Przyłębskiej na prezesa Trybunału. Jednak – wbrew wymogowi zawartemu w ustawie – nie została przedstawiona zebranym i przegłosowana uchwała o wyborze Prezesa Trybunału Konstytucyjnego! Pomimo tych uchybień prezydent powołał Julię Przyłębską na Prezesa TK.

Grzech czwarty: sankcjonował naruszenia konstytucyjnych zasad mówiących o niezawisłości sędziów oraz niezależności sądów

Prezydent Andrzej Duda akceptował również i niezwłocznie podpisywał przedkładane mu ustawy zawierające normy literalnie sprzeczne z Konstytucją (m.in. ustawy o KRS, SN i sądownictwie powszechnym).

Działania głowy państwa sankcjonowały w ten sposób naruszenia konstytucyjnych zasad mówiących o niezawisłości sędziów oraz niezależności i odrębności sądów i Trybunałów.

Prezydent Andrzej Duda, pomimo przysługujących mu uprawnień, nie zrealizował więc ciążącego na nim obowiązku „czuwania nad przestrzeganiem Konstytucji”.

Akceptował, a nawet publicznie wspierał swoimi wypowiedziami działania partii rządzącej, mające na celu naruszanie konstytucyjnych zasad ustroju. Nie sprostał obowiązkom, które na swoje barki przyjmuje Prezydent Rzeczypospolitej Polskiej wraz z objęciem urzędu i które tak pięknie zostały ujęte w rocie prezydenckiej przysięgi… „dochowam wierności postanowieniom Konstytucji, będę strzegł niezłomnie godności Narodu, niepodległości i bezpieczeństwa Państwa, a dobro Ojczyzny oraz pomyślność obywateli będą dla mnie zawsze najwyższym nakazem”.

Monitor konstytucyjny

Andrzej Duda nie będzie miał spokojnej starości. Nie dość, że Trybunał Stanu go czeka, to jeszcze inne prawnicze korowody niewątpliwie go spotkają i może skończyć w kiciu.

Kmicic z chesterfieldem

O pedofilskich skłonnościach ks. Mariusza W. poinformowała Szkoła Podstawowa nr 5 w Nowym Targu, gdzie uczył on religii. Sprawa została ujawniona podczas zajęć wychowawczych – nauczycielka poruszyła z dziećmi temat molestowania seksualnego. Kilka uczennic przyznało, że takich zachowań dopuścił się ich katecheta.

Szkolni pedagodzy zawiadomili o tym prokuraturę. Ksiądz Mariusz W., początkowo, zaprzeczał oskarżeniom i twierdził, że jest niewinny. Uznawał się nawet za „duszpasterza dzieci”.

Duchowny – jak poinformowała „Gazeta Krakowska” – zmienił zdanie w zeszłym tygodniu i przyznał się do zarzucanych mu czynów. „Przyznaję się, zrobiłem to” – oznajmił. Deklaracja nie kończy sprawy. Proces dalej trwa, a wyrok jeszcze nie zapadł.

Sprawa jest o tyle bulwersująca, że po nagłośnieniu sytuacji ksiądz został przeniesiony do innej parafii. W Nowym Targu zorganizowano pożegnalną mszę, a część wiernych deklarowało swoje poparcie dla zboczeńca w sutannie, który „umiał zjednywać do siebie ludzi przez swoją otwartość”.

Ofiary zboczeńca miały od 9 do…

View original post 2 212 słów więcej

 

Klaudia Jachira

Pod czaszką byłej posłanki PiS

W odpowiedzi na krążący w  sieci filmik Jachiry sprzed żoliborskiej willi Jarosława Kaczyńskiego Krynicka napisała na Twitterze: „Kup sobie blaszkę i j***ij się w czaszkę …”

W ten sposób Krynicka słynąca z licznych wulgaryzmów i bezduszności, jaką się wykazała podczas strajku rodziców osób niepełnosprawnych, wyrażała swoją niechęć wobec Jachiry we wcześniejszych tweetach.

Teraz napisała: „Myślę, że dopiero z immunitetem Jachira pokaże na co ją stać. Współczuję koleżankom i kolegom, którzy będą zasiadać w ławach poselskich z tą aktoreczką” – pisała była posłanka PiS i coś w tym jest…

Nowo wybrana parlamentarzystka Koalicji Obywatelskiej celnie i w punkt żartuje teraz w swoim filmiku z ponownego liczenia głosów do Senatu na wniosek PiS.

Przekonuje, że Kaczyński przeprowadzi je we własnym domu, aby uniknąć „pomyłki”. „Tiry z kartami do głosowania wypełnią całą tę ulicę” – mówi i drwi: „Jak widzimy są tutaj dwa garaże. W jednym spokojnie da się upchnąć dwa miliony kart do głosowania; myślę, że nie będzie z tym problemu”.

„Będzie to więc idealne miejsce na zamontowanie najlepszej kserokopiarki, której wydruków nie będzie można odróżnić od oryginałów” – sugeruje, podkreślając z ironia, że w okolicy domu Kaczyńskiego jest bezpiecznie, bo „kręcą się ochroniarze”.

Kończy wreszcie emocjonalnie: „No to co? Śpij dalej, Polsko!”

 

Czy Ziobro przyniesie głowę Kaczyńskiego?

Wydaje się, że po zwycięstwie w wyborach parlamentarnych prezes Kaczyński będzie w pełni usatysfakcjonowany. Jednak chodzą słuchy, że nie jest to takie pewne. Ponoć sen z oczu prezesa spędza Zbigniew Ziobro.

Fakt, ugrupowanie ministra sprawiedliwości zdobyło 17 mandatów, a to oznacza, że tylko dzięki temu PiS ma większość w Parlamencie. Ziobro wyczuł więc sytuację idealnie i ponoć zażądał dla siebie stanowisko wicepremiera oraz jakąś tekę ministerialną dla posła ze swojej partii. Nie ukrywa też, że chętnie zamieniłby premiera Morawieckiego na kogoś innego, bardziej mu odpowiadającego.

Koledzy partyjni Ziobry zgadzają się z nim, że zmiany w rządzie są konieczne. Jak to podkreślił Patryk Jaki w rozmowie z TVN24, „Wygraliśmy wybory zdecydowanie, ale mimo wszystko potrzebna jest refleksja i na pewno potrzebne są zmiany”.

Jarosław Gowin nie ma nic przeciwko przyznaniu Ziobrze teki wiceministra, bo przecież „Skoro ja jako lider jednej z trzech partii, z dwóch mniejszych partii obozu rządowego, jestem wicepremierem, nie byłoby rzeczą w żaden sposób zaskakującą, że wicepremierem zostanie także minister Ziobro”, jednak nie zamierza się wtrącać, uznając, że to sprawa miedzy PiS a Solidarną Polską.

Zdecydowanie jednak opowiada się za pozostawieniem Morawieckiego na stanowisku premiera. Takie były wcześniejsze ustalenia i „trzeba trzymać się dawnych reguł solidarnej współpracy”. Wydaje się, że Jarosław Gowin jest bardziej wierny wcześniejszym ustaleniom, czego nie można powiedzieć o Zbigniewie Ziobrze. Jest on zdecydowanie trudniejszym koalicjantem, z wielkimi ambicjami i zapewne nie odpuści, by piąć się coraz wyżej w polityce. W końcu mając tych 17 posłów ma prawo stawiać warunki, a może i w którymś momencie wygryźć samego prezesa?

Mateusz Morawiecki powinien dalej być premierem? – Potrzebna jest rozmowa na ten temat, ale najpierw w gronie koalicyjnym – powiedział europoseł Patryk Jaki w rozmowie z TVN24. Wypowiedź polityka ponownie wznieciła spekulacje o oczekiwanej zmianie szefa rządu ze strony Solidarnej Polski Zbigniewa Ziobry.

  • „Fakty” TVN podają nieoficjalnie, że Ziobro zażądał stanowiska wicepremiera i dodatkowego resortu dla przedstawiciela swojej partii w nowym rządzie
  • Minister sprawiedliwości był dziś widziany w siedzibie PiS przy ul. Nowogrodzkiej
  • Ziobrę na stanowisku wicepremiera widzi Jarosław Gowin, jednak nie wyobraża sobie, aby Morawiecki nie pozostał szefem rządu

Prawo i Sprawiedliwość zdecydowanie wygrało wybory paramentarne, zdobywając 43,59 proc. głosów, jednak rezultat ten przełożył się jedynie na 235 mandatów. Oznacza to, że dysponuje przewagą jedynie pięciu posłów potrzebną do samodzielnego rządzenia. Co ważne, w grupie tej znajduje się liczne grono polityków należących do dwóch innych ugrupowań wchodzących w skład Zjednoczonej Prawicy: Solidarnej Polski Zbigniewa Ziobry i Porozumienia Jarosława Gowina. Partie te mają w nowym Sejmie odpowiednio 19 i 18 przedstawicieli. Może to komplikować plany lidera PiS Jarosława Kaczyńskiego, także co do składu przyszłego rządu.

Według nieoficjalnych informacji „Faktów” TVN Zbigniew Ziobro zażądał stanowiska wicepremiera oraz dodatkowego resortu dla polityka Solidarnej Polski. Ma to być warunkiem poparcia rządu.

– Wygraliśmy wybory zdecydowanie, ale mimo wszystko potrzebna jest refleksja i na pewno potrzebne są zmiany – powiedział w rozmowie z TVN24 europoseł Patryk Jaki, odnosząc się do wyniku wyborów. Bliski współpracownik Zbigniewa Ziobry nie wykluczył też zmiany na stanowisku szefa rządu. – Potrzebna jest rozmowa na ten temat, ale najpierw w gronie koalicyjnym – zaznaczył.

Minister sprawiedliwości był dzisiaj widziany w warszawskiej siedzibie Prawa i Sprawiedliwości przy ul. Nowogrodzkiej. W budynku spędził kilkadziesiąt minut. Nie wydano żadnego oficjalnego komunikatu, czego mogły dotyczyć rozmowy.

Ziobro wicepremierem? Gowin: nie będziemy temu przeciwni

W „Faktach po Faktach” TVN24 o zmiany w rządzie pytany był wicepremier Jarosław Gowin. Polityk stwierdził, że nie będzie przeciwny przyznaniu Ziobrze stanowiska wicepremiera.

– Skoro ja jako lider jednej z trzech partii, z dwóch mniejszych partii obozu rządowego, jestem wicepremierem, nie byłoby rzeczą w żaden sposób zaskakującą, że wicepremierem zostanie także minister Ziobro – tłumaczył. Jednocześnie zaznaczył, że to kwestia negocjacji między PiS a Solidarną Polską. – Nie będę się w to wtrącał – dodał.

Pytany o zmianę na stanowisku premiera powiedział, że nie wyobraża sobie, aby Mateusz Morawiecki nie był szefem rządu. – Sprawa jest poza dyskusją. Tego kandydata wskazała główna partia naszego obozu, czyli PiS. Porozumienie formalnie poparło kandydaturę Morawieckiego – oznajmił. – Trzeba trzymać się dawnych reguł solidarnej współpracy – zaznaczył.

W jego ocenie „nie ma żadnego pośpiechu w powoływaniu nowego rządu”, a on sam nie był jeszcze w siedzibie PiS przy ul. Nowogrodzkiej.

Ziobro jeszcze może, a Kaczyński impotent.

Kmicic z chesterfieldem

W normalnym państwie można by taki pomysł obśmiać. Ale PiS ze środowisk postulujących taką edukację zrobił wroga publicznego, niszczycieli polskiej rodziny, deprawatorów dzieci i nihilistów.

To do nich wołał prezes Kaczyński: „Ręce precz od naszych dzieci”. To także ich miał na myśli abp Jędraszewski, głosząc o „tęczowej zarazie”. W takiej sytuacji można się spodziewać, że obywatelska inicjatywa mająca błogosławieństwo Kościoła zostanie przez parlament uchwalona. Będziemy wtedy chyba jedynym krajem w Europie i ewenementem na skalę światową, gdzie edukacja seksualna nie tylko nie jest w szkołach wykładana, ale jest zakazana i karana więzieniem.

Nauczanie seksualne jako przestępstwo

Na wznowionym po wyborach posiedzeniu Sejmu jednym z punktów było pierwsze czytanie projektu obywatelskiej inicjatywy Stop Pedofilii, który wprowadza do kodeksu karnego nowe przestępstwo: nauczania seksualnego. Przepis ma brzmieć tak: „Kto propaguje lub pochwala podejmowanie przez małoletniego obcowania płciowego lub innej czynności seksualnej, działając w związku z zajmowaniem stanowiska, wykonywaniem zawodu lub działalności związanych z wychowaniem, edukacją, leczeniem małoletnich lub opieką nad nimi…

View original post 5 130 słów więcej

 

Opozycja zreformowana to PiS przegrany

Gdy wiele miesięcy temu Donald Tusk zaapelował do sił polskiej opozycji parlamentarnej i pozaparlamentarnej, by zawrzeć ponadpartyjny pakt na rzecz odbicia izby wyższej Parlamentu, wielu obawiało się czy jest to możliwe. Dziś już wiemy, że się udało i zjednoczonej opozycji udało się odbić Senat. Jak wynika z najnowszych informacji, przeciwnicy partii Jarosława Kaczyńskiego będą w niej mieli co najmniej 51 senatorów, co oznacza utratę możliwości błyskawicznego przepychania ustaw nocą, wzrost znaczenia zmarginalizowanej w ostatnich czterech latach izby i co najważniejsze, kończy jedynowładztwo partii z ul. Nowogrodzkiej w Warszawie.

W izbie wyższej Parlamentu najprawdopodobniej narodzi się także nowy lider opozycji, a marszałek Senatu, formalnie trzecia osoba w państwie bardzo mocno zyska na znaczeniu. To fatalna wiadomość dla stającego do nieuniknionych rozliczeń wewnątrz swojej partii Grzegorza Schetyny. Spory ból głowy wywołuje zapewne też u Jarosława Kaczyńskiego.

Jak opisywał portal 300polityka.pl kontrolowany przez opozycję Senat zapewne maksymalnie wykorzystywałby konstytucyjny termin, odrzucając kontrowersyjne ustawy – np. kolejny etap zmian w sądownictwie, o czym słychać w kuluarach czy dekoncentrację mediów – w ostatnim możliwym terminie. Po 30 dniach ustawa wracałaby do izby niższej, która musiałaby zebrać się, by odrzucić veto Senatu. Konstytucja mówi: Uchwałę Senatu odrzucającą ustawę albo poprawkę zaproponowaną w uchwale Senatu, uważa się za przyjętą, jeżeli Sejm nie odrzuci jej bezwzględną większością głosów w obecności co najmniej połowy ustawowej liczby posłów.

Samo opóźnienie w procesie legislacyjnym to nie wszystko. Internauci zauważyli, że znacznie większym problemem dla ekipy “dobrej zmiany” mogą być kompetencje nominacyjne Senatu, od poważnych utrudnień w przeforsowaniu choćby swojego Rzecznika Praw Obywatelskich poczynając.

Należy się więc spodziewać, że nie tylko w Sejmie, gdzie wciąż waży się samodzielna większość, ale także w Senacie lada moment rozpocznie się polowanie na potencjalnych sprzedawczyków, którzy w zamian za intratne stanowiska w administracji rządowej mogą chcieć zmienić barwy partyjne na korzyść Zjednoczonej Prawicy. Nawet jeśli to się uda (szanse niestety PiS ma spore) to jednak marzenia o zmianie Konstytucji prezes Kaczyński musi odłożyć na wysoką półkę. A to chyba boli go najbardziej.

– Nie dziwi mnie, że wyborcy nie chcieli głosować na Grzegorza Schetynę, polityka, który kroczy od porażki do porażki – mówi Władysław Frasyniuk.

Beata Maciejewska: – Wygrana opozycji we Wrocławiu była do przewidzenia, ale wynik Grzegorza Schetyny, lidera najsilniejszej partii opozycyjnej, jest już sensacją. Wyraźnie przegrał z „jedynką” listy PiS, Mirosławą Stachowiak- Różecką, która nie jest szerzej znana. Dziwi to Pana?

Władysław Frasyniuk: – Dziwi?? Że wyborcy nie chcieli głosować na polityka, który kroczy od porażki do porażki? Nie dziwi.

Ci, którzy chcieli głosować na KO, wybierali Małgorzatę Tracz z Zielonych albo Michała Jarosa – oboje dostali po ok. 30 tys. głosów, a Schetyna tylko 66 tys. Małgorzata Tracz jest obecna na wszystkich wrocławskich demonstracjach, dostała premię za obywatelskie zaangażowanie i za tematykę, którą się zajmuje – ludzie zaczęli rozumieć, że ekologia nie jest lewackim wymysłem i że trzeba mieć kwalifikacje do zajmowania się tymi problemami.

A Michał Jaros swój wynik „wykleił” plakatami i spotkaniami z wyborcami. Wywalczył mandat własną aktywnością, a nie programem. Bo przecież żadnym przekazem krajowym nie mógł się podeprzeć. Żadnym chwytliwym hasłem budzącym emocje u wyborcy.

Pana emocje i bez haseł zostały obudzone. Zdenerwował się Pan?

– Nie jestem zdenerwowany, jestem wk…ny. Na opozycję, że nie miała żadnej oferty, za to demonstrowała kompleks Kaczyńskiego i tańczyła, jak prezes PiS im zagrał. A na dodatek nie prowadziła kampanii wyborczej. Sztabowcy cztery lata grzali ławy w opozycji, a na ostatniej prostej okazało się, że nie mają żadnych pomysłów. Wystawili Kidawę-Błońską, która trzy dni milczała, a jak się wreszcie odezwała, okazało się, że niewiele ma do powiedzenia. Kampanię kreowali dziennikarze, ujawniając kolejne afery, a politycy streszczali tylko własnymi słowami to, co napisały gazety.

Na komentatorów politycznych, którzy nie wołali, że „król jest nagi” i nie byli w stanie wywrzeć presji na liderów, żeby podnieść im poprzeczkę. Było źle w czasie wyborów do PE? Było, ale lepiej nic nie zmieniajmy, bo będzie jeszcze gorzej.

Na impotencję intelektualną i poczucie zadowolenia, które opanowało opozycyjne partie. Okazuje się, że wszyscy wygrali! To musi wywoływać depresję u obywateli. „Jest zaj…cie, właśnie dostałem mandat”. Gdzie w tym jest odpowiedzialność za Polskę?

Na Grzegorza Schetynę też jest Pan wkurzony?

– A jak mam przyjąć spokojnie fakt, że na przykład odmówił udziału w debatach, bo nie występował w nich Jarosław Kaczyński? Debaty nie są po to, żeby politycy ze sobą dyskutowali, ale żeby rozmawiali z obywatelami. Władysław Kosiniak-Kamysz wystąpił i PSL dostał premię.

Ale opozycja odbiła jednak Senat, pakt zadziałał.

– Nie widziałem żadnego paktu, tylko partykularne interesy partyjne. Pakt jest wtedy, gdy wychodzą wszyscy kandydaci, liderzy stają za plecami i mówią: oni są nasi, będziemy ich wszyscy wspierać. A Schetyna złamał tę umowę, wspierając w Łodzi byłego szefa NIK Krzysztofa Kwiatkowskiego, choć opozycja wystawiła rekomendowaną przez SLD prof. Małgorzatę Niewiadomską-Cudak. Wszedł Kwiatkowski, ale wygrał z kandydatem PiS tylko o włos. Głosy się rozbiły na dwóch kandydatów.

Wyniki wyborów 2019

Na Dolnym Śląsku mamy remis, cztery dla opozycji i cztery dla PiS. Ale walka była zacięta, Bogdan Zdrojewski wygrał z Jarosławem Obremskim o włos. Mówiło się, że jak zrobi dobry wynik, będzie mógł pokonać Schetynę w partyjnych wyborach. Grzegorz zrobił już swoje, Grzegorz musi odejść?

– Mnie, wyborcę, przestało to interesować. Albo członkowie Platformy znajdą odwagę, siłę i postawią na zmianę pokoleniową, albo Platformy nie będzie. Muszą mieć świadomość, że jeśli tego nie zrobią, to ich wyborcy przejdą do lewicy albo wymuszą stworzenie liberalnego centrum, bo jest na to przestrzeń. Przypominam, że czterdziestolatkowie to grupa najaktywniejszych wyborców i musi mieć swoją własną reprezentacje polityczną.

Coś się jednak zmieniło na scenie politycznej – Lewica wchodzi do Sejmu, PSL z Kukizem zaczyna się odbudowywać. Co gorsza, wchodzi też Konfederacja, na Dolnym Śląsku mandat zdobył Krzysztof Tuduj, wiceprezes Ruchu Narodowego. Startował już w wyborach europejskich, chciał jechać do Brukseli z hasłem „Polexit”, teraz będzie swoje egzotyczne pomysły testował na krajowym podwórku, w towarzystwie Grzegorza Brauna. Nie boi się Pan?

– Pozytywne jest to, że skończył się duopol, wszystkie partie muszą zredefiniować swoją strategię polityczną i sposób komunikowania się z wyborcami. Mam nadzieję, że ta przewaga opozycji w Senacie przywróci myślenie polityczne, wymusi debatę między Sejmem a Senatem i zmusi do zmiany strategii.

Grzegorz Schetyna przestał być sumieniem narodu, będzie czuł w parlamencie presję lewicy. Oczywiście, jeśli lewica wprowadzi przede wszystkich starą eseldowską gwardię, która lubi się układać, ta presja będzie mniejsza. Ale nikt nie ma chyba wątpliwości, że idzie zmiana pokoleniowa. Z kolei Jarosław Kaczyński będzie miał po prawej stronie Konfederację, która na pewno postawi go w trudnej sytuacji, definiując na nowo pojęcie „prawdziwego patriotyzmu”.

Konfederacja ma już struktury, a teraz dostanie trybunę i mikrofon. Oni są groźniejsi, niż nam się dzisiaj wydaje.

Ale za rok mamy jeszcze jedną szansę na zmianę – wybory prezydenckie.

– Proszę tak nie mówić, boję się, że zaraz zabrzmi stadionowy chór: Polacy, nic się nie stało. Albo: Wygramy to. No cóż, żyjemy w katolickim kraju, nawet niewierzący wierzą w cuda.

– Jeżeli partia robi się towarzystwem wzajemnej adoracji w wąskim gronie, to wyborcy na pewno oceniają to negatywnie – Elżbieta Łukacijewska, polityczka PO z Podkarpacia i europosłanka, mówi w rozmowie z naTemat o największych błędach Platformy Obywatelskiej w tej kampanii. Jej zdaniem, aby partia zaczęła odnosić sukcesy, konieczna jest zmiana jej lidera. Łukacijewska zwracała uwagę na złe posunięcia PO po wyborach do europarlamentu, kiedy to odniosła sukces nie czekając na wsparcie liderów ugrupowania.

Niektórzy tak. W wielu miejscach, także na Podkarpaciu, kandydaci powielali taką kampanię jaką zrobiłam ja, czy jaką zrobił Bartosz Arłukowicz, ale to były indywidualne działania. Odnoszę niestety wrażenie, że sztab PO został powołany, ale jego decyzje chyba nie były samodzielne. Myślę, że i tak wszystko było konsultowane w wąskim gronie.

W tej ogólnopolskiej kampanii zabrakło nowoczesności. Zabrakło energii, uderzenia do młodych ludzi. Małgosia Kidawa-Błońska trochę za późno została ogłoszona premierem. Jak się ogłasza coś takiego i zmienia się całkowicie styl, to przewodniczący powinien się schować, a się nie schował, więc dla wielu wyborców ta zmiana nie była wiarygodna.

Zwracała pani uwagę po wyborach do europarlamentu, że może warto postawić na kobiety. Ale mam wrażenie, że liderzy PO stoją w rozkroku: trochę chcemy tej zmiany, a trochę jednak nie.

Wystarczy popatrzeć ile kobiet było na pierwszych miejscach, ile było na drugich. U mnie w jednym z okręgów kobieta była dopiero na 3 miejscu. Tak się nie robi, jeżeli mówi się o tym, jak ważne są kobiety.

Można było dać ich więcej na jedynki. Szkoda, że tak nie zrobiono. Poza tym zawsze jest źle – a mówię to na przykładzie mojego okręgu – jeżeli ktoś, kto ma jedynkę, robi wszystko, aby w pobliżu nie było silnych osób, wtedy mamy mandat ale nie mamy dobrego wyniku.

Ludzie, którzy nie czują wspólnoty z liderami, którzy są zostawieni sami sobie, są rozczarowani, nie robią kampanii i nie uzyskują głosów. Wystarczy porównać wyniki kandydatów z list KO i PiS.

Największe błędy Platformy Obywatelskiej w tej kampanii?

W PO brakuje wyraźnego przekazu, co tak naprawdę myślimy np. o rozdzieleniu Kościoła od państwa, co myślimy na temat religii w szkołach, co myślimy o reformie zdrowia. Ludzie lubią jasny zwięzły przekaz, a nasz był rozwodniony. Proszę spojrzeć na Lewicę. Oni nie bali się mówić zdecydowanie i jasno, więc Ci którzy się wahali jednak wybrali Lewicę.

Cały czas jest też zbyt mało nowych ludzi. Uważam – biorąc pod uwagę oceny, sugestie i komentarze, a także rozmowy, które odbyłam podczas kampanii do PE, kiedy przejechałam i przeszłam wiele kilometrów – że niestety Grzegorz Schetyna nie jest liderem, który przyciąga wyborców do partii, a czasami wręcz zniechęca swoich.

Czego mu brakuje?

Kiedy spotyka się pani z człowiekiem, to jego mimika i jego postawa albo powodują, że człowiek mówi: „Wow, na niego zagłosuję”, albo odpychają. Lubię Grzegorza i wiem, że był bardzo sprawny jako sekretarz, w najlepszych czasach PO, jednak jako lider chyba nie poprowadzi partii do zwycięstwa.

Wyniki tego wąskiego trzonu, który podejmuje decyzje, pokazują, że czas takich polityków się kończy.

Mówimy o Grzegorzu Schetynie, Sławomirze Neumannie?

O Schetynie, Neumannie, Tyszkiewiczu. To jest ta grupa, która podejmuje decyzje i która dostała bardzo słabe poparcie wyborców.

Wielu wyborców twierdzi, że politycy PO są oderwani od rzeczywistości. Żyją w wielkomiejskich bańkach i nie widzą problemów i priorytetów ludzi np. z Podkarpacia, czy z Warmii i Mazur.

Po pierwsze, jeśli szef jest otoczony bardzo wąską grupą ludzi, którzy nie są miarodajnymi informatorami na temat rzeczywistości, oraz jeśli tzw. baronowie lub ich grupa ma wpływ na decyzje, miejsca, ludzi, to tworzy się układ niesprzyjający obiektywnej ocenie rzeczywistości. Po drugie, jeśli nie mamy sprecyzowanego swojego wyborcy albo nie komunikujemy odpowiednio, wtedy trudno liczyć na sukcesy.

I po trzecie jeżeli nie ma rozliczania z wyników, tylko jest poprawianie sobie humorów, to nigdy nie będzie dobrze. Wiec jeżeli czytam, że opozycja nie powinna się rozliczać to mnie to już zaczyna śmieszyć. Jeżeli dzisiaj nic nie zmienimy, jeśli dziś nie postawimy na nowych ludzi i na nowe twarze, młode twarze, na nowych liderów w regionach, to umówmy się, że nie ma co liczyć na sukces.

To są trzecie przegrane wybory. Przegraliśmy samorządowe, przegraliśmy europejskie, które powinniśmy wygrać, i teraz też przegrywamy. Pierwsze co się nasuwa na myśl to konieczne zmiany.

To oznacza, że Grzegorz Schetyna nie potrafi zrozumieć, że nie jest najważniejszy?

Jeżeli ktoś mówi, że ważna dla niego jest Polska, a jednocześnie traci członków, wyborców i przegrywa, to powinien podporządkować swoje prywatne ambicje pod nadrzędne wartości.

Wiem, że to nie jest łatwe i proszę mi wierzyć, że przykro mi to mówić, bo chciałabym, aby szef był tą osobą, która motywuje do działania, wygrywa. Jednak każdy w PO, kto spotyka się z ludźmi, słyszy ze wszystkich stron: Zmieńcie lidera. Zmieńcie liderów. Dlaczego ten Schetyna? Zmieńcie go. On źle działa.

Trzeba schować partykularne interesy?

Tak i tych baronów trochę też pogonić.

Kogo ma pani na myśli?

Wszędzie, gdzie myśmy przegrali, gdzie straciliśmy poparcie, gdzie ono jest mniejsze albo gdzie straciliśmy województwa, jeżeli chcemy być partią europejską, to obecni liderzy powinni zachować się honorowo i zrezygnować.

Chciałabym aby taka była PO, bo jest w niej wielu wspaniałych ludzi, i kobiet i mężczyzn. Mam nadzieję, że będą mieli odwagę wprowadzić zmiany, że to nie osłabianie, że będą wiedzieli, że nie są one skierowane przeciwko komuś. Przecież żadna demokratycznie działająca partia po 3 przegranych z rzędu, nie pozwoli sobie na to, aby nadal kierowała nią ta sama osoba. To dotyczy także liderów w regionach.

PO ma problem, bo elektorat centro-lewicowy w części trafił do Lewicy, część centro-prawicowego zagarnął PSL. Może problemem jest to, że część polityków platformy nie wiedziała, o kogo tak naprawdę zabiega?

Z pewnością. Naszym błędem było także niechodzenie do telewizji publicznej. Mówiłam, że jeżeli nie chodzimy to nikt nas nie usłyszy, a przecież w małych środowiskach ogląda się głównie TVP. Błędem było, że lider nie poszedł na debatę, tak jak poszedł Kosiniak-Kamysz, który po tej debacie na pewno zwiększył poparcie dla PSL-u/

I niestety, z przykrością to mówię, ale jednak wystąpienie Lecha Wałęsy na naszej konwencji też było niewypałem. Tam trzeba było jakichś młodych samorządowców, którzy będą mówili do młodego pokolenia. Pewien etap historii się skończył i trzeba patrzeć do przodu.

W PO brakuje dobrych doradców?

Brakuje tych, którzy umieją słuchać i mają odwagę krytykować. Poza tym my przecież mamy program, a wszyscy powtarzają, że błędem PO było to, że go nie ma. To oznacza, że nie umieliśmy tego sprzedać.

To, co jest problemem to regionalne sztaby, źle kierowane bez spójnego politycznego przekazu, często bez wizji i pomysłów. Sztab powinien pracować na wszystkich, bo jeżeli ktoś się decyduje działać, dawać swoje nazwisko, to powinno się robić wszystko, żeby jego również wspierać i pokazywać. Tego właśnie zabrakło. Zabrakło wizji kampanii dla wszystkich startujących w danym regionie.

Każdy wziął się za swoją indywidualną kampanię, bo to jest normalne, nikt przecież nie będzie czekał. Zresztą ja też tak robiłam, bo nie mogłam liczyć na sztab. Po co powoływać sztaby, skoro one nie działają na rzecz takiego spójnego wizerunku partii?

W kampanii przed wyborami do PE podkreślała pani, że pani sukces to wynik spotkań z wyborcami, zaglądania do najmniejszych miejscowości, a wielu ludzi ciągle uważa, że PO jest partią, która sprzyja przedsiębiorcom, lepiej sytuowanym. Politycy PO nie potrafią pozbyć się tego ze swojego wizerunku.

PO nie potrafi do końca przemawiać językiem normalnych ludzi. Proszę mi wierzyć, tych wyborców można przekonać. Oni mają dzieci, więc chcą, aby one się rozwijały i odnosiły sukcesy. Ale my niczego nie tłumaczymy, nie wyjaśniamy, jak ważny jest dobry wybór, jaki ma wpływ na przyszłość. Wyborcy muszą też czuć, że jesteśmy tacy jak oni, a nie lepsi.

W Polsce stało się coś strasznie złego. PiS wmówił ludziom, że nic nie muszą, bo oni dadzą. Mi to przypomina komunizm, bo dobrobyt zawsze bierze się z pracy. Duża część Polaków bierze różne zasiłki – nie krytykuję 500 plus – a to oznacza, że wychowujemy generację ludzi, którzy absolutnie będą uzależnieni od partii politycznej, bo ta partia nam pomoże albo nie.

Tak naprawdę jest to umacnianie biedy w różnych częściach Polski. Powinno się przecież promować, pobudzać chęć do pracy, do szukania rozwiązań. Natomiast wsparcie socjalne powinno być czymś na trudne czasy albo czymś dodatkowym, a nie że ludzie tylko i wyłącznie liczą na zasiłki.

Nie rozumiem, że do ludzi nie dociera też to, że wielu młodych z jakichś powodów wyjechało z Polski i nie chce tu wracać. Część z nich ma inną orientację, dlatego boją się braku akceptacji. Wielu chciałoby normalnie żyć, rozwijać się.

Ludzie są, mówiąc wprost, „wkurzeni”, że nikt nigdy nie promuje tej przedsiębiorczości. Chodzi o ludzi, którzy pracują, nie biorą żadnych zasiłków. PO też o tej grupie zapomniała, nie sięgnęła po nich. Wszyscy chcą dawać rybkę, zamiast wędki, bo tak łatwiej o głosy?

Ja też jestem zwolenniczką dawania „wędki”. Za chwilę nie będzie pieniędzy na 500 plus. Nie może być tak, że człowiek, który jest kreatywny, któremu się chce i który ciężko pracuje jest za to karany. A tak jest dziś w Polsce.

Nasz głos kierowany do tych osób rzeczywiście zbyt słabo wybrzmiał. Tak samo w przypadku służby zdrowia. Mamy do czynienia z totalną katastrofą. Badania pokazują, że Polacy umierają, bo mają problemy z dostępem do specjalistów, z szybką diagnozą. O tym też za mało mówimy.

Ludzie nie zdają sobie sprawy, jak życie wygląda w takich przypadkach. Nie zdają sobie sprawy, że dzieci, które są wychowane według reformy PiS, nie będą w ogóle atrakcyjne na rynkach pracy, nie będą konkurencyjne. To jest tragedia dla Polaków.

Nasze słowa zbyt nie wybrzmiewają, już nie mówiąc, że my jako nowoczesna partia, jesteśmy tak słabi w mediach społecznościowych. Widzę, że pod wpisem PO jest może ze sto polubień. Katastrofa.

Na Podkarpaciu, które od dawna określa się jako matecznik PiS-u, nawet szef PO w regionie, Zdzisław Gawlik, nie dostał się Sejmu. A wszystkie mandaty, jeśli mowa o Senacie, trafiły do PiS-u. PO odpuściła sobie Podkarpacie?

PiS ma bardzo duże wsparcie Kościoła. Politycy tej partii są w każdej najmniejszej miejscowości, gdzie i ja dostaję zaproszenie na różne wydarzenia. Trudniej tam o działaczy PO. Wynika to też oczywiście z tego, że tak dużo jest posłów PiS.

Odnoszę wrażenie, że w Platformie jest wielu ludzi pełnych energii, zresztą mówiłam to po wyborach do Parlamentu Europejskiego, których się odsunęło i cały czas się odsuwa. Nie rozumiem tego. Nie chcemy dopuścić tych, którym się chce, bo stanowią dla niektórych zagrożenie, a takie myślenie jest katastrofą dla partii politycznej.

Jednak PO nie do końca odpuściła sobie Podkarpacie. Kiedy rządziliśmy, to naprawdę dużo zrobiliśmy. Zawiodła jednak komunikacja. Za mało było nas w małych miejscowościach. Cały czas jest za mało pracy u podstaw.

Może być lepiej? Jest jeszcze potencjał?

Jest. Przed chwilą rozmawiałam z Pawłem Poncyliuszem, który mówi: „Ela, ilu ludzi chce, ilu działa, ale twierdzą, że musi się coś zmienić w PO, żeby oni weszli do tej partii”. Jest nadzieja w ludziach, w młodym pokoleniu.

Jednak jeżeli partia robi się towarzystwem wzajemnej adoracji w wąskim gronie, to wyborcy na pewno oceniają to negatywnie.

Jest pani tak zwyczajnie rozczarowana?

To jest moja jedyna partia. Tworzyłam ją na Podkarpaciu. Poświęciłam dla niej bardzo wiele, co odczuła także moja rodzina, dlatego jest mi smutno, że tylu wspaniałych ludzi nie ma odwagi zrobić pewnych zmian w tej partii. Czasem nieduże zmiany rodzą niesamowity sukces.

Kogo miała pani na myśli pisząc na Twitterze: „Szkoda, że niektórzy nie wypili szklanki zimnej wody przed wygadywaniem głupot”?

Chodziło mi o te nieszczęsne taśmy Neumanna. Powiedział po wyborach do PE, że nie powinnam tyle gadać, tylko powinnam napić się wody. Żałuję, że zanim on wypowiadał te żenujące, niegodne polityka, głupoty na spotkaniach, nie napił się porządnego łyka wody.

Oj, Kaczyński. Iść po większość konstytucyjną i potęgę, która zawstydziłaby Orbana z Erdoganem. Zostać zakładnikiem Ziobry bez Senatu. #tylewygrać

Kmicic z chesterfieldem

– Na pewno nie był to imponujący wynik – mówiła w TVN24 Małgorzata Kidawa-Błońska o liczbie głosów zebranych przez Grzegorza Schetynę. Polityk PO zapewniała przy tym, że lider jej partii zrobił wiele dobrego w trakcie kampanii. Nie chciała za to powiedzieć, czy będzie kandydować na fotel szefa PO.

Szef Platformy Obywatelskiej Grzegorz Schetyna dostał co prawda mandat w okręgu nr 3 (Wrocław), ale jego wynik jako „jedynki” list Koalicji Obywatelskiej pozostawia wiele do życzenia. Mirosława Stachowiak-Różecka (kandydatka PiS w wyborach na prezydenta Wrocławia z 2018 roku) zdobyła ponad 91 tys. głosów, a Schetyna niecałe 67 tys.

„Kropce nad i” w TVN24 o ten wynik lidera PO pytana była Małgorzata Kidawa-Błońska, kandydatka KO na premiera w tegorocznych wyborach. – Na pewno nie był to imponujący wynik – oceniła polityk Platformy Obywatelskiej. Sama Kidawa-Błońska ma powody do zadowolenia, bo w Warszawie zgarnęła ponad 416 tys. głosów, stając się „lokomotywą” listy KO w stolicy.

View original post 844 słowa więcej