Piotr Szczęsny, nasz współczesny tragizm

Ks. Wojciech Lemański odpiera krytykę, jaka spadła na przewodniczego Platformy Obywatelskiej Grzegorza Schetynę po swoim wspomnieniu Piotra Szczęsnego w mediach społecznościowych.

Schetyna wspomniał Piotra Szczęsnego (mężczyzna podpalił się przed Pałacem Kultury i Nauki w proteście przeciwko polityce PiS) w dzień, w którym była 35. rocznica zabójstwa ks. Jerzego Popiełuszki. Te dwa zdarzenia lider PO postanowił połączyć w jednym wpisie na Twitterze.

Dziś 35. rocznica śmierci bł. ks. Jerzego Popiełuszki. I 2. rocznica śmierci Piotra Szczęsnego – Szarego Człowieka”. Obaj starali się poruszać nasze sumienia w czasach ciężkich. Składamy Im hołd – napisał przewodniczący PO.

Radosław Fogiel (PiS): Uważam, że jest wpis niegodny, haniebny, porównywanie ofiary morderstwa, błogosławionego ks. Jerzego z tragedią, oczywiście, osobistą tragedią tego człowieka i jego rodziny, zestawianie mrocznego reżimu PRL, gdzie księdza porwano i zamordowano z sytuacją, gdy w Polsce rządzi demokratycznie wybrany rząd jest tak kompletnie niewłaściwe, że szkoda w ogóle słów.

Joachim Brudziński (europoseł PiS): Jeżeli stawia się znak równości pomiędzy bestialstwem, okrutną śmiercią, jaką poniósł bł. ks. Jerzy Popiełuszko z rąk komunistycznych oprawców, SB-ckich morderców, z tą tragedią – nie wiem, czy za tą tragedią była też choroba, jeżeli komunistycznych siepaczy zestawia się dzisiaj z demokratycznie wybranym rządem, to pytanie do Grzegorza Schetyny: Czy te przegrane wybory rzuciły się panu na głowę i rozum?

Komentarz ks. Lemańskiego 

Panie Grzegorzu – Szacunek. Wczoraj, przed PKiN w Warszawie, na miejsce samospalenia Piotra Szczęsnego przyszło kilkaset osób. Podobnie było również w Krakowie i kilku innych miastach w Polsce. Do zwykłego szarego człowieka przyszli zwykli szarzy ludzie. I nagle ten wpis Grzegorza Schetyny. A potem jazgot reżimowych mediów, sprzedajnych dziennikarzy i załganych polityków. Ależ ich zabolało przypomnienie tamtej strasznej śmierci Piotra Szczęsnego i jego słów skierowanych do prezesa Kaczyńskiego i elity PiS – Macie moją krew na rękach”. Piotra już ta sfora nie pochwyci. Już go nie skują, nie aresztują, nie postawią przed sądem. Teraz będą kąsać na oślep. Dziękuję Panie Grzegorzu za ten prawdziwy i odważny wpis. Będzie kiedyś pomnik Piotra Szczęsnego, będą ulice i place jego imienia. A szczujnia? Szkoda słów.

Reakcje internautów:

Przecież Pan Schetyna słusznie zestawił te dwie osoby. Obaj Ci Polacy zwrócili uwagę na niegodziwości dziejące się w Polsce! Obu należy się SZACUNEK I HOŁD”.

„Grzegorza Schetyny jako polityka nie lubię jednakże w tym przypadku: szacunek”.

Pierwszy raz p. Schetyna zaskoczył mnie pozytywnie”.

A PiS znów chce dzielić na lepszy i gorszy sort. A w chwili śmierci wszyscy są równi. Po prostu ludzie”.

Desperat Kaczyński

Wbrew lansowanej przez polityków opozycji i część przedstawicieli mediów tezie, że złożone przez Prawo i Sprawiedliwość protesty wyborcze to zamach na polską demokrację, wygląda to raczej na akt desperacji, przygotowany zresztą z bardzo dużym niechlujstwem prawniczym, wręcz pogłębiającym wrażenie chwytania się ostatniej deski ratunku. Dziś możemy już z dużą dozą pewności przyjąć, że próby przekupienia senatorów z opozycji, często intratnymi stanowiskami w rządzie i suto opłacanymi posadami w spółkach Skarbu Państwa spełzły na niczym. Dla Jarosława Kaczyńskiego to musi być duży szok, że nie wszyscy w polityce są tak zepsuci jak jego podwładni. Większość w Senacie staje się celem nieosiągalnym, co przekonanego o słuszności posunięć “dobrej zmiany” lidera PiS musi bardzo irytować.

Wnioski o unieważnienie wyborów w okręgach gdzie kandydaci partii rządzącej przegrali w bezpośrednim starciu nie mają zbyt wielkich szans na sukces, bo wygląda na to, że prawnicy Prawa i Sprawiedliwości popełnili przy ich sporządzaniu fatalny w skutkach błąd. Kodeks wyborczy daje bowiem możliwość merytorycznego rozpatrywania ich dopiero po spełnieniu warunków formalnych, a konkretnie tylko w przypadkach w nim przewidzianych. Jeśli zatem w samej treści wniosków nie znajduje się uzasadnienie dużo obszerniejsze niż to, które opisała depesza Polskiej Agencji Prasowej (ujawnione także w komunikacie SN), to los każdego z tych wniosków został przesądzony już w chwili ich złożenia. Zwrócił na to uwagę jeden z internautów na Twitterze, przywołując dokładnie treść art. 82 KW.

Każda inna decyzja sędziów SN, niż odrzucenie wniosków PiS z uwagi na brak wykazania przestępstwa przeciw wyborom lub naruszenia przepisów dotyczących samego głosowania będzie prawnym absurdem, w zasadzie dyskwalifikującym każdego z sędziów, którzy by się pod nim podpisali. Z kolei wykazanie przestępstwa lub naruszenia przepisów może być niemożliwe dlatego, że w każdej z komisji, które kwestionowane protokoły podpisali był przedstawiciel PiS, który będąc naocznym świadkiem liczenia żadnych nieprawidłowości nie odnotował.
Paradoksem może być zatem to, że partia rządząca na tyle skutecznie poprawiła zapisy Kodeksu Wyborczego w kwestii przeliczania głosów, że dziś, gdy zapewne z chęcią wynik lekko by “skręciła”, nie może tego skutecznie dokonać.

Oczywiście istnieje również opcja, że chęć władzy u Jarosława Kaczyńskiego jest już dziś tak silna, że przestaje już dbać o pozory i oszustwa wyborczego chce dokonać na oczach wszystkich, niezależnie od konsekwencji. Wówczas jednak skutków nie sposób dziś przewidzieć, a za chciwość lidera PiS zapłacimy wszyscy.

Protesty wyborcze latami rozpoznawała Izba Pracy i Ubezpieczeń Społecznych (IPiUS) SN. Sytuacja zmieniła się w kwietniu br.

Prezydencka ustawa utworzyła wtedy dwie nowe izby SN, a sprawy publiczne dostała powołana właśnie Izba Kontroli Nadzwyczajnej i Spraw Publicznych (IKNiSP). Dziś to ona orzeka o ważności wyborów i rozstrzyga protesty wyborcze.

Duda lekceważy orzeczenie NSA

Andrzej Duda nie uzasadnił, dlaczego to właśnie IKNiSP powinna decydować o ważności wyborów. „Jest tylko niewinne wymienienie kompetencji izby. Nie ma analizy, jakie to może mieć konsekwencje ustrojowe oraz dla naszych praw wyborczych” – zauważył w 2017 r. rzecznik praw obywatelskich Adam Bodnar.

Powodów nie trzeba było szukać – w ten sposób prezydent zapewnił sobie prawo obsadzenia izby o strategicznej roli. Do IKNiSP Duda powołał w sumie 20 nowych sędziów. Wszystkich wskazała mu upolityczniona Krajowa Rada Sądownictwa obsadzona pół roku wcześniej przez Sejm głosami PiS.

Prezydent był bardzo zdeterminowany, by wręczyć nominacje nowym osobom. Zlekceważył nawet orzeczenie Naczelnego Sądu Administracyjnego, który wstrzymał wykonalność uchwał KRS z wynikami konkursów do SN po skargach odrzuconych kandydatów. – Nominacje wbrew postanowieniom NSA podważają legitymację powołanych sędziów – uważa prof. UŚ Krystian Markiewicz, prezes stowarzyszenia sędziów Iustitia.

Dziś statusem osób w SN, które wskazała upolityczniona KRS, zajmuje się unijny Trybunał Sprawiedliwości po pytaniach prejudycjalnych o Izbę Dyscyplinarną (obsadzoną tak jak IKNiSP). W listopadzie TSUE może orzec, czy nowa KRS jest niezależna i jaki to miało wpływ na organizowane przez nią konkursy sędziowskie.

Izba czasami wierzga

Prezeską IKNiSP Duda uczynił dr hab. Joannę Lemańską, swoją koleżankę z Katedry Prawa Administracyjnego Uniwersytetu Jagiellońskiego. W izbie są również dr hab. Aleksander Stępkowski, były wiceszef MSZ w rządzie PiS i założyciel instytutu Ordo Iuris, prof. KUL Krzysztof Wiak, członek rady naukowej Ordo Iuris, czy konstytucjonalista z KUL dr hab. Marek Dobrowolski, który wsparł rząd PiS i w opinii prawnej uznał, że Trybunał Konstytucyjny nie ma prawa orzekać wyłącznie na podstawie konstytucji.

W izbie orzeka też prof. UW Antoni Bojańczyk, który był typowany na nowego rzecznika praw obywatelskich, gdyby PiS udało się odwołać Adama Bodnara. Są również doświadczeni sędziowie jak Marcin Łochowski, który pracował wcześniej w Sądzie Apelacyjnym w Warszawie.

W 2019 r. IKNiSP pokazywała niezależność i kwestionowała uchwały upolitycznionej KRS z wynikami konkursów sędziowskich. Uchyliła też decyzje ministra sprawiedliwości, który odmówił sędziom urlopów dla poratowania zdrowia. W SN przegrywał również prokurator generalny – w sprawach przeniesienia prokuratorów w stan spoczynku.

– Mam nadzieję, że sędziowie tej izby wykorzystają szansę na pokazanie, że są niezależni – podkreślił konstytucjonalista Marcin Matczak.

Opozycja apeluje do organizacji międzynarodowych, by monitorowały ponowne liczenie głosów w wyborach do Senatu. O ich ważności zdecyduje izba Sądu Najwyższego utworzona przez PiS. Ale i tu opozycja ma swój plan

– Nie mamy pewności, że głosy zostaną uczciwie przeliczone – stwierdził Grzegorz Schetyna. Apel o pomoc skierował do OBWE, Rady Europy i Komisji Weneckiej. Po rozmowie z liderem Koalicji Obywatelskiej Jan Petersen, ambasador misji OBWE, która monitorowała wybory parlamentarne w Polsce, zapowiedział, że zostanie ona przedłużona na czas rozpatrzenia protestów.

Co zrobi Gersdorf?

Konferencję prasową KO zorganizowała przed gmachem Sądu Najwyższego. Politycy opozycji przedstawili dziennikarzom swoje protesty wyborcze – domagają się powtórzenia wyborów w okręgach: jeleniogórskim, łomżyńskim i pabianickim. Wniosków nie skierowali jednak do utworzonej za czasów PiS Izby Kontroli Nadzwyczajnej i Spraw Publicznych SN.

– Naszą skargę kierujemy do Sądu Najwyższego. To, do której izby zostanie skierowana, będzie osobistą decyzją pierwszej prezes Małgorzaty Gersdorf – mówił poseł KO Mariusz Witczak. – Sugerujemy, że to Izba Pracy powinna rozpoznać sprawę, bo ma charakter niezależny, została prawidłowo powołana i zajmowała się dotąd rozpatrywaniem tego typu protestów.

Sędzia Michał Laskowski, rzecznik SN: – Decyzji jeszcze nie ma, natomiast stan prawny jest taki, że protesty rozpoznaje wiadoma izba. Pani prezes nie ma nieograniczonych możliwości dysponowania sprawami i musi stosować przepisy ustawy, nawet jeśli ta ustawa jej się nie podoba.

Laskowski zastrzegł, że sytuacja mogłaby ulec zmianie, gdyby autorzy protestu dołączyli do niego wnioski o wyłączenie sędziów Izby Kontroli Nadzwyczajnej i Spraw Publicznych: – Wtedy trzeba by im nadać tryb procesowy. Obecnie nie przewiduję, aby pani prezes sama z siebie wydała tak karkołomną decyzję.

Specjaliści: słaba argumentacja PiS

Wcześniej protesty dotyczące sześciu okręgów senackich złożył PiS. Wicerzecznik partii Radosław Fogiel stwierdził, że wnioski dotyczą tych miejsc, w których liczba głosów nieważnych była wyższa niż ta, którą kandydaci opozycji wygrali z kandydatami PiS. Sprawa jest istotna, bo w 100-osobowym Senacie opozycja dysponuje minimalną przewagą – 51:48 (startująca z własnego komitetu wyborczego Lidia Staroń oświadczyła, że będzie niezależna).

Wielu specjalistów, w tym były szef Państwowej Komisji Wyborczej Wojciech Hermeliński, podkreśla, że taka argumentacja, jaką przedstawił PiS, nie jest przesłanką do uznania protestu. Nie ma bowiem żadnych dowodów, że doszło do jakichkolwiek nieprawidłowości. Inaczej, jak podkreśla opozycja, jest w przypadku jej wniosków – SN miałby np. rozstrzygnąć, czy w odpowiednim terminie został zgłoszony kandydat PiS po śmierci Kornela Morawieckiego.

– To próba wpłynięcia na wynik wyborów – oceniał działania PiS Schetyna i przypominał stare powiedzenie przywódcy Związku Radzieckiego Józefa Stalina, że nieważne jest to, kto jak głosuje, ale ważne jest to, kto liczy głosy.

To była aluzja do tego, że sędziowie Izby Kontroli Nadzwyczajnej i Spraw Publicznych zostali wskazani przez upolitycznioną Krajową Radę Sądownictwa, a powołał ich prezydent Andrzej Duda.

Nikt nie zgłaszał uwag

Dwa pierwsze protesty PiS, dotyczące wyborów do Senatu, rozpoznają sędziowie: profesor KUL Jacek Widło, dr hab. Grzegorz Żmij oraz profesor KUL i członek rady programowej Ordo Iuris Krzysztof Wiak. Pozostałe składy we wtorek nie zostały jeszcze przydzielone.

Wnioski rządzącej partii dotyczą np. okręgu nr 75, który obejmuje Mysłowice, Tychy i powiat bieruńsko-lędziński. Do tej pory senatorem z tego okręgu był reprezentujący PiS Czesław Ryszka. W wyborach 13 października niespodziewanie pokonała go jednak Gabriela Morawska-Stanecka, wiceprzewodnicząca Wiosny, która startowała z listy Lewicy jako jedyna kandydatka opozycji.

Morawska-Stanecka zdobyła 64 172 głosy, a Ryszka 61 823. Wicerzecznik PiS Radosław Fogiel protest tłumaczył tym, że różnica między kandydatami była mniejsza niż liczba nieważnych głosów. Było ich w sumie 3749, w tym 1302 z powodu postawienia znaku X przy obydwu kandydatach, a 2447 osób wrzuciło do urny czystą kartę.

W trakcie głosowania i liczenia nikt nie zgłaszał żadnych uwag czy nieprawidłowości. Partia Jarosława Kaczyńskiego zrobiła to dopiero, gdy okazało się, że straciła władzę w Senacie.

Nie ta Lewica

Równocześnie Koalicja Obywatelska złożyła swoje trzy protesty. Jak zaznaczył senator Marek Borowski, wynikają one z szacunku do prawa i zostałyby złożone niezależne od działań PiS. Tłumaczył, że wnioski rządzącej partii nie mają odpowiednich uzasadnień, bo ich jedyną podstawą jest niekorzystny wynik wyborów, czyli różnica między obu kandydatami i głosami nieważnymi. Natomiast kodeks wyborczy wymaga przedstawienia jakichkolwiek dowodów na nieprawidłowości.

Na porannej konferencji prasowej Borowski przypomniał, że w 2011 r. w jednym z okręgów senator PO Stanisław Bisztyga przegrał różnicą 68 głosów, a równocześnie stwierdzono 9 tys. głosów nieważnych. Tym razem najmniejsza różnica stwierdzona przez PiS to 320 głosów przy 3749 głosach nieważnych – to okręg nr 100 w Koszalinie, gdzie wygrał poseł PO Stanisław Gawłowski.

– Nasze protesty dotyczą kwestii absolutnie zasadniczej – uzasadniał Borowski. W jego przekonaniu wyborcy zostali wprowadzeni w błąd z powodu karty wyborczej w okręgu jeleniogórskim. Wystartował tam Jacek Zdrojewski reprezentujący komitet Polska Lewica, którego logo przypomina samochodowe oznaczenie PL. Przy jego nazwisku umieszczone zostało jednak logo Lewicy, którą tworzyły SLD, Wiosna i Razem.

– Polska Lewica nie podpisała paktu senackiego – argumentował Borowski. I wskazywał, że przez tę pomyłkę wiele osób mogło wesprzeć Zdrojewskiego i odebrać głosy, a tym samym zwycięstwo kandydatowi Koalicji Obywatelskiej.

Ramka z logo

Drugi przypadek dotyczy okręgu pabianickiego, gdzie znaczek Koalicji Obywatelskiej został wdrukowany w ramkę po prawej stronie kandydata, choć powinno być samo logo, bez ramki. Jak podkreślał Borowski, instrukcja nakazująca postawić znak X w kratce przy nazwisku, a nie w lewej kratce przy nazwisku, mogła wprowadzić wyborców w błąd.

Różnica między kandydatem KO a PiS wynosiła w okręgu pabianickim 1861, a w ramce z logiem KO krzyżyk umieściło 2546. – Nie jesteśmy pieniaczami. Skarżymy tam, gdzie może to zmienić wynik wyborów – stwierdził Borowski.

Kolejny powód protestu opozycji to zbyt późne zgłoszenie kandydata przez PiS w okręgu 59 łomżyńsko-suwalskim – na miejsce zmarłego Kornela Morawieckiego. Zdaniem Roberta Tyszkiewicza kandydatura może być zgłoszona na 15 dni przed wyborami, a została zgłoszona na 13 dni.

– Okręgowa Komisja Wyborcza w Białymstoku nie miała prawa poinformować komitetu wyborczego PiS, że może taką kandydaturę złożyć, a następnie nie miała prawa tej kandydatury zarejestrować – tłumaczył Tyszkiewicz. – Liczy się data śmierci kandydata. Nowy kandydat został zarejestrowany z naruszeniem przepisów kodeksu wyborczego i został wybrany nieprawnie.

Libicki: Patrzmy PiS na ręce

– Bardzo się ucieszyłem, jak PiS ogłosiło, że chce ponownego przeliczenia głosów. Bo skoro przyszło im do głowy, że nie da się już żadnego senatora opozycji przeciągnąć na stronę PiS, to jest to bardzo dobry sygnał – mówi „Wyborczej” Jan Filip Libicki, senator PSL. – Chciałbym tylko, by opinia publiczna, także za pośrednictwem mediów, bardzo uważnie patrzyła na ręce tym, którzy będą te głosy ponownie przeliczać.

PiS było gotowe oddać panu fotel marszałka Senatu, byleby tylko odzyskać większość w izbie? – zapytaliśmy. – Tego nie wiem. Na pewno zadzwonił do mnie wysoki funkcjonariusz PiS. Nie polityk, mój znajomy. Spytał, czy nie spotkałbym się na kawie z wpływowym senatorem Prawa i Sprawiedliwości, bo mógłbym wysoko zawistować. Powiedziałem, że ja się na kawę, oczywiście, umówię z każdym. Ale jeżeli ma to dotyczyć tego, bym opuścił tę większość, która ukształtowała się w Senacie po wyborach, to nie jestem zainteresowany rozmową – odparł Libicki.

Kmicic z chesterfieldem

View original post

Krew prędzej czy później się poleje, to jest logika rządów Kaczyńskiego i jego partii

Powyborcza rzeczywistość zdecydowanie nabrała tempa. Po 7 dniach od wyborów Prawo i Sprawiedliwość postanowiło zakwestionować wynik wyborów do Senatu i złożyło protest wyborczy. – To wygląda na rozpaczliwą walkę o większość w Senacie po stronie PiS-u – mówi Jerzy Stępień, b. prezes Trybunału Konstytucyjnego. Partia chce przeliczenia głosów w 6 okręgach. Jednocześnie prokuratura odmówiła wszczęcia śledztwa w sprawie dwóch wież Kaczyńskiego.

Państwo nie działa

O decyzji prokuratury poinformowali posłowie opozycji Cezary Tomczyk i Marcin Kierwiński z PO. – To jest sprawa wyjątkowa, dlatego że sprawa dwóch wież, sprawa Srebrnej jak w soczewce pokazuje całe państwo PiS. Dzisiaj ponad wszelką wątpliwość możemy udowodnić, że państwo polskie przestało funkcjonować, że prokuratura nawet bez przesłuchania głównego świadka, a być może nie tylko świadka, jest w stanie odmówić wszczęcia postępowania w sprawie tak bulwersującej – mówił Cezary Tomczyk.

To opozycja złożyła zawiadomienie do Prokuratury Okręgowej w Warszawie w tej sprawie. Jak poinformowali posłowie, na odmowie wszczęcia postępowania jest data 11 października, czyli w przedwyborczy piątek.

– Tak wygląda republika banasiowa, tak wygląda sytuacja, w której na czele państwa stoi paradyktator Jarosław Kaczyński – komentował Cezary Tomczyk.

Senat do powtórnego przeliczenia

PiS nie odpuszcza sprawy Senatu. Przez ostatni tydzień trwały nieformalne próby “przekupienia” senatorów opozycji, które nie przyniosły skutku.

W końcu PiS złożył protesty wyborcze dotyczące 6 okręgów i oczekuje ponownego przeliczenia głosów w okręgach nr 75 (Katowice), nr 100 (Koszalin), nr 12 (Grudziądz), 95 (Kalisz), 96 (Kalisz) i 92 (Konin).

We wszystkich okręgach wygrali kandydaci nie-PiS-owscy.

Wnioski tłumaczy dużą liczbą głosów nieważnych. Protesty wpłynęły w piątek 18 października. W poniedziałek Sąd Najwyższy zwrócił się do przewodniczącego Państwowej Komisji Wyborczej, Prokuratora Generalnego i przewodniczących odpowiednich Okręgowych Komisji Wyborczych z prośbą o zajęcie stanowiska w terminie pięciu dni.

Wybory do Senatu wygrała opozycja dzięki tzw. paktowi senackiemu. W efekcie Zjednoczona Prawica ma 48 senatorów, kandydaci opozycji 51. 43 senatorów dostało się z list Koalicji Obywatelskiej, trzech z PSL-Koalicji Polskiej i dwóch z Lewicy. Czworo senatorów startowało z niezależnych komitetów, z czego trzech kojarzonych jest z opozycją: Stanisław Gawłowski, Krzysztof Kwiatkowski i Wadim Tyszkiewicz.

JUSTYNA KOĆ: Nie dało się przekupić senatorów, więc PiS próbuje innych środków, aby odbić Senat z rąk opozycji?

JERZY STĘPIEŃ, b. prezes Trybunału Konstytucyjnego: To wygląda na rozpaczliwą walkę o większość w Senacie po stronie PiS-u. Natomiast sądzę, że tych protestów będzie więcej i będą dotyczyły także i mandatów obsadzonych przez PiS. Czytałem, że jeden z kandydatów do Senatu głosował w jednej z miejscowości razem z przyjaciółmi. Później okazało się, że w protokole nie odnotowano żadnego głosu, który by padł na tego kandydata do Senatu. Poczekajmy zatem jeszcze z wyciąganiem wniosków.

Dlaczego PiS czekał aż 7 dni ze złożeniem skargi?
Przez ten tydzień

TRWAŁY NAGANNE, PACHNĄCE KORUPCJĄ PROCEDERY, ALE NASZ POZIOM KULTURY POLITYCZNEJ JAK WIDAĆ JEST TAKI, ŻE SIĘGA SIĘ PO TEGO TYPU METODY.

One oczywiście są ukrywane i nie dzieje się to przy podniesionej kurtynie, zatem politycy zdają sobie sprawę, że to jest rzecz naganna. To jedyne, co może nieść tu jakąś nadzieje. Wydaje mi się, że w przypadku Senatu nie ma szans na powtórzenie się przypadku pana Kałuży, przynajmniej na początku, bo nie wiemy, jak sytuacja się rozwinie. Na razie PiS ma trudności z pozyskiwaniem zdrajców czy renegatów.

Z tego, co wiem, to z okręgu, gdzie startował pan Gawłowski, było dużo nieważnych głosów, a w skali całego kraju takich głosów było bardzo mało – o połowę mniej, niż w poprzednich wyborach. Dodatkowo w przypadku wyborów do Senatu ich liczenie jest proste, tu nie ma skomplikowanej procedury przeliczania głosów na mandaty.

PiS zmienił prawo wyborcze w zeszłej kadencji, po raz ostatni jeszcze w sierpniu. O ważności wyborów ma teraz rozstrzygać “właściwa izba” SN, zmieniła się też definicja znaku “x” i ważności oddania głosu. To może mieć znaczenie?
Nie chcę tego komentować. Na pewno poprzednie przepisy były jasne, nie budziły wątpliwości.

TRUDNO MI POWIEDZIEĆ, CZYM KIEROWALI SIĘ RZĄDZĄCY, WPROWADZAJĄC ZMIANY. MOŻE WŁAŚNIE U PODSTAW LEŻAŁA CHĘĆ STWORZENIA MOŻLIWOŚCI SWOBODNEJ OCENY, CZY GŁOS JEST WAŻNY, CZY NIE.

Dodatkowo nie można zmieniać prawa wyborczego w terminie krótszym niż 6 miesięcy przed wyborami – tak orzekł w 2006 roku TK. A zgodnie z kodeksem dobrych obyczajów prawa wyborczego przyjętych przed Radę Europy ten okres powinien wynosić dwa lata. Jak wiadomo, PiS niespecjalnie się przejmuje orzeczeniami poprzedniego TK czy ciał UE.

Jak ważną kwestą jest wygrana opozycji w Senacie?
To bardzo istotne, ponieważ mimo że istnieje możliwość odrzucenia uchwał Senatu w dość prosty sposób, bo wystarczy zwykła większość w Sejmie, to pamiętajmy, że także po stronie rządowej istnieją podskórne bunty i tarcia i wcale nie jest powiedziane, że zawsze senackie zmiany będzie można odrzucić. Ma to tez znaczenie symboliczne, bo PiS przegrał.

SENAT ZACZNIE TEŻ ODGRYWAĆ TERAZ NOWĄ ROLĘ, ZBLIŻONĄ DO TEJ, KTÓRĄ ODGRYWAŁ SENAT W LATACH 1989-91, KIEDY MIAŁ AMBICJE ZGŁASZANIA INICJATYW USTAWODAWCZYCH.

Przypomnę, że reforma samorządowa została zrealizowana dzięki inicjatywie ustawodawczej Senatu.

Prokuratura odmówiła wszczęcia śledztwa w sprawie 2 wież. Na konferencji Cezary Tomczyk z PO skomentował: “Ta sprawa jest dowodem na podporządkowanie prokuratury aparatowi politycznemu. Państwo nie działa”. Zgodziłby się pan ze zdaniem opozycji?
U mnie ta sytuacja rodzi ogromne wątpliwości. Jednak ta sprawa wymagała wszczęcia postępowania i przeprowadzenia podstawowych czynności. Jak wiadomo, nie doszło do tego, tylko sprawie “ukręcono łeb”. Dla mnie jest oczywiste, że ta sytuacja ma podłoże polityczne, tym bardziej, że prokurator generalny jest jednocześnie politykiem partii rządzącej i ministrem sprawiedliwości.

Więcej >>>

Koniec demokracji, Kaczyński zmierza ku dyktaturze

>>>

Szef komitetu wykonawczego PiS Krzysztof Sobolewski poinformował, że partia złożyła cztery kolejne protesty – w okręgach 12 (Toruń), 95 i 96 (Kalisz) oraz 92 (Konin).

W Koninie Paweł Arndt z Koalicji Obywatelskiej zdobył 76,9 tys. głosów, a Robert Gaweł z PiS – 75,4 tys. W Toruniu mandat zdobył Ryszard Bober z PSL, który miał o 2,4 tys. głosów więcej niż Andrzej Mioduszewski z PiS.

W okręgu 95 różnica wyniosła ok. 2,3 tys. głosów. Mandat zdobyła Ewa Matecka z KO, która pokonała Łukasza Mikołajczyka z PiS. W sąsiednim okręgu różnica również wyniosła 1,5 tys. głosów na korzyść Janusza Pęcherza z KO. Wygrał on z Andrzejem Wojtyłą z PiS.

Wcześniejsze protesty PiS

Pozostałe protesty obejmują zarówno głosowanie do Sejmu, jak i Senatu. Już wcześniej informowaliśmy, że dwa protesty wyborcze złożył PiS. Dotyczą one senackich okręgów nr 75 (Mysłowice i Tychy) oraz nr 100 (Koszalin).

Tajne spotkanie prezesa NIK Mariana Banasia z szefem klubu parlamentarnego PiS i wicemarszałkiem Sejmu Ryszardem Terleckim. Jak ustalił reporter RMF Mariusz Piekarski, spotkali się dziś po południu w budynku Sejmu. Rozmowa trwała 20 minut. Obaj panowie zaprzeczają, by podczas rozmowy wicemarszałek Sejmu Ryszard Terlecki nakłaniał Mariana Banasia do rezygnacji z prezesury NIK.

>>>

PiS zmierza ku dyktaturze, władza wymyka się im z rąk. Kiedy Kaczyński i jego mafia pójdą siedzieć?

Kmicic z chesterfieldem

PiS złożył w Sądzie Najwyższym protest wyborczy i domaga się ponownego przeliczenia głosów w dwóch okręgach w wyborach do Senatu.

Wybory do Senatu były niezwykle zacięte. PiS będzie miał tam 49 senatorów, partie opozycyjne – 51. Różnica jest niewielka, więc od razu po wyborach partia Jarosława Kaczyńskiego zaczęła kusić senatorów opozycji. Na razie bezskutecznie. Teraz okazuje się, że walka o Senat przybrała także inną formę. Polska Agencja Prasowa poinformowała, że PiS złożył wniosek do Sądu Najwyższego o ponowne przeliczenie głosów w dwóch okręgach w wyborach do Senatu.

Zażarta walka pomiędzy trzema kandydatami

Protesty dotyczą okręgów nr 75 (Mysłowice i Tychy) oraz nr 100 (Koszalin). W koszalińskim okręgu wyborczym do końca trwała zażarta walka pomiędzy trzema kandydatami – ostatecznie zwyciężył tam Stanisław Gawłowski, poseł PO, z wynikiem 33,67 proc. Tuż za nim umiejscowił się Krzysztof Nieckarz z PiS z wynikiem 33,43 proc., a na trzecim miejscu niezależny Krzysztof Berezowski (32,90 proc.).

Różnica pomiędzy pierwszym…

View original post 4 939 słów więcej

 

Dlaczego demokraci przegrali?

Dlaczego PiS wygrał – to mniej więcej wiemy. Czas na pytanie: czemu przegrali demokraci? Bo nie umieli mówić o wartościach. Popadli w politykierstwo, nie skorzystali z potencjału sił obywatelskich. Nie stworzyli wizji kraju. Zabrakło liderów dużego formatu. OKO.press przedstawia 6 powodów porażki, którą Grzegorz Schetyna ogłosił zwycięstwem opozycji

List Grzegorza Schetyny z 20 października nie wskazuje na to, że lider PO jest gotów do rozliczeń, analizy popełnionych błędów i gruntownej refleksji, jak dalej ma wyglądać polityka opozycji.

Główny przekaz listu Schetyny – utrzymanego w tonie partyjnego optymizmu i skierowanego w przyszłość – brzmi: Skupmy się na walce, zjednoczmy siły i wygrajmy z PiS!

Rzecz w tym, że jest zapewne odwrotnie: przed kolejna porażką z prawicowym populizmem w wyborach prezydenckich 2020, może uchronić siły prodemokratyczne tylko refleksja nad tym, co opozycja zrobiła źle i co trzeba zrobić inaczej.

I o tym jest ten tekst.

Schetyna: sytuacja jest lepsza, szanse wzrosły

Grzegorz Schetyna najwyraźniej uważa, że rozliczenia są niepotrzebne, a nawet mogłyby zepsuć bojowy nastrój. „Bądźmy dumni, że w tych nierównych wyborach odebraliśmy PiS-owi większość w Senacie, a w Sejmie udało się zmniejszyć przewagę PiS nad opozycją”.

Lider PO/KO rysuje „nadzieje na zablokowanie niszczenia polskiego państwa przez PiS” i ocenia, że

„sytuacja Platformy i Koalicji jest dziś dużo lepsza niż cztery lata temu”. A jednak w wyborach 2015 roku PO zdobyła 134 mandaty a Nowoczesna 28 (razem 166). W Sejmie IX kadencji koalicja tych dwóch partii (z dodatkiem Zielonych i IP) ma już tylko 134 miejsca (o 28 mniej).

Jednym z zadań Senatu będzie „przedstawienie Polakom planów naprawy państwa” – mówi Schetyna, ale nie tłumaczy, dlaczego nie zrobiono tego wcześniej.

Namawia na „mądrą współpracę całej opozycji – zarówno parlamentarnej, jak i ruchów obywatelskich”, ale nie zauważa, że wbrew własnym deklaracjom nie wykorzystał potencjału społeczeństwa obywatelskiego i ruchów protestu.

Apeluje o „zachowanie spójności i solidarności Platformy Obywatelskiej i Koalicji Obywatelskiej”, co jest odpowiedzią na  ferment w partii. Kolejni liderzy zgłaszają żądania rozliczeń i aspiracje przywódcze.

Jedyny błąd, na jaki wskazuje Schetyna, to „że po wyborach nie udało się utrzymać wielkiej koalicji opozycji”, ale to „nie była nasza decyzja”.

Diagnoza wątpliwa, bo właśnie Koalicja Europejska nieoczekiwanie wysoko przegrała z PiS wybory do PE – o prawie 7 pkt proc. zdobywając zaledwie 38,5 proc. (Wiosna miała 6,1 proc.). Tymczasem trzy bloki w wyborach do Sejmu – idąc osobno – zdobyły razem 48,6 proc. wygrywając z PiS o 5 pkt. Ale mało, by przejąć Sejm.

Wiemy, czemu PiS wygrał, ale czemu demokraci przegrali?

Zwycięstwo PiS – choć mniejsze niż partia się spodziewała – jest wydarzeniem w pewnym sensie banalnym. Prawicowi populiści, od Bolsonaro po Erdoğana i Putina, robią dziś karierę na świecie ogarniętym „globalną recesją demokracji” (Larry Diamond), nawet w takich krajach jak USA (Trump) czy Wielka Brytania (Brexit).

Dużo ciekawsze i poniekąd ważniejsze na przyszłość pytanie brzmi: dlaczego opozycja przegrała wybory do Sejmu?

Nawet jeśli uzbierała – w sumie trzy komitety – o 5 pkt proc. więcej niż PiS i do większości w Sejmie zabrakło jej tylko ok. 200 tys. głosów, czyli mniej niż mieszkańców Radomia, to rządzić będzie Kaczyński z trudnym do przewidzenia skutkiem.

Prawicowy populizm, recepta, która działa

Populiści sięgają po podobny zestaw zmitologizowanych wartości Narodu, Boga i Rodziny. Budują popularność na zarządzaniu strachem przed rzekomym zagrożeniem tych wartości przez wrogie im elity i polityków opozycji, a także uchodźców i imigrantów, gejów czy feministki. Bezpardonowo atakują, poniżają i degradują politycznych rywali i krytyków.

Głoszą, że oni i tylko oni rozumieją potrzeby i reprezentują obywateli, wykluczając wszystkich ze wspólnoty narodowej. W wersji soft oznacza to frontalny atak na rywali czy krytyków prowadzony przez podporządkowane władzy media lub specjalne kampanie mowy nienawiści w sieci (u nas – grupa Piebiaka).

W wersji hard (Turcja, Rosja) – zamykanie do więzień. Putinowi i Orbánowi udało się zdobyć niemal monopol w mediach, Kaczyński ma w ręku media publiczne i snuje plany zdobycia pozostałych.

Populiści podważają istotę ustroju demokratycznego, jakim jest kontrola władzy. Wyznają zasadę, że kto wygrywa wybory, ma pełne prawo do realizacji swego programu, a ci którzy przeszkadzają  czy krytykują – opozycja, ruchy i organizacje społeczne, sądy czy media – naruszają, jak to ujął Andrzej Duda, „podstawy demokracji przedstawicielskiej. Podmywają fundamenty parlamentaryzmu”.

„To nie jest już demokracja, lecz wyborczy autorytaryzm” – mówi o Węgrzech Orbána prof. Jan Werner Mueller.

W przypadku PiS dochodzi argument transferów z budżetu wprost do kieszeni wyborców. Zastępują prawdziwą politykę społeczną, nierozwiązywane pozostają problemy służby zdrowia, katastrofy demograficznej czy ekologicznej, nie mówiąc o destrukcji edukacji, ale wbrew obawom neoliberałów ożywiają konsumpcję i nie niszczą równowagi budżetowej.

Transfery budują wizerunek PiS jako siły skutecznej, realizującej wyborcze zapowiedzi (co pozwala omijać dziesiątki obietnic zaniechanych).

500 plus i inne świadczenia mają też istotny wymiar pozamaterialny, co Aleksander Smolar nazwał w OKO.press redystrybucją godności. Szczególnie osoby mniej wykształcone, uboższe, mieszkańcy mniejszych miejscowości i ludzie starsi odczuwają świadczenia jako dowartościowanie, a wręcz przywrócenie im praw obywatelskich. Propaganda PiS umiejętnie to wzmacnia.

Dużą rolę odgrywa też legitymizacja władzy przez Kościół katolicki, przy czym narracja kleru i aktywu PiS zlewa się często w jedno.

Zważywszy na to wszystko, nie należy się dziwić, że PiS był rozczarowany wynikiem wyborów: tylko 0,6 pkt proc. powyżej granicy zachowania władzy, jaką OKO.press wyliczyło na 43 proc., a do tego porażka w Senacie.

Słaby wynik w porównaniu z 49 proc. Fideszu, 54 proc. Partii Sprawiedliwości i Rozwoju Erdogana, czy 77 proc. Jednej Rosji (wszystkie dane z wyborów z 2018 roku).

„Dostaliśmy dużo, ale zasługujemy na więcej” – powiedział Kaczyński i z punktu widzenia sukcesów światowego populizmu miał rację. Zrobił wszystko jak trzeba, w służbie partii użył machiny państwa i propagandy mediów publicznych, wydał ogromne środki na zachęty wyborcze, miał wsparcie wciąż potężnego Kościoła i… był o włos od porażki wyborczej.

A jednak opozycja – idąc w trzech partyjnych blokach – przegrała starcie o władzę. Dlaczego? Pięć powodów wydaje się oczywistych. Jest i szósty, jak dyscyplina dodatkowa w Totolotku.

(1) Arogancja opozycji. Nie rozliczyła się z porażki 2015 i nie zrobiła bilansu III RP

Grzechem pierworodnym Platformy Obywatelskiej i  PSL, jako poprzedniej koalicji rządzącej, było nierozliczenie się z porażki wyborczej 2015 roku. Nie  wiemy zatem, jakie błędy popełniły rządy PO-PSL we własnej ocenie, a tym samym nie wiemy, co zdaniem polityków należało zrobić inaczej i jak należałoby naprawić III RP po usunięciu deformacji ustrojowych wprowadzonych przez PiS.

W szczególności Platforma nie rozliczyła się z utraty kontaktu z klasą ludową, która w ogromnej większości popiera PiS. Nie wskazała także, jakie popełniła błędy w kampanii wyborczej 2015 i może dlatego część z nich powtórzyła w 2019 roku.

Opozycja tym samym oddała PiS pole do grasowania po ośmiu latach swych rządów, grasowania bezkarnego nie licząc wyroków za kłamstwa w trybie wyborczym na premierze Morawieckim, skądinąd arcymistrzu fejkowej narracji.

Nie miała też podstaw do rzetelnego programu wyborczego, który powinien opierać się na diagnozie polityki lat 2007-2015, a nie tylko wyrywkowej krytyce posunięć PiS 2015-2019.

Od wyborów 2015 uwaga opinii publicznej i reakcja partii opozycyjnych koncentruje się na tym, co robi PiS i jak temu przeciwdziałać. To zrozumiałe, bo doszło do bezprecedensowego bombardowania demokracji i ataku na opozycję, ale brak rozliczeń porażki 2015 roku sprawił, że kontrpropozycje wyborcze opozycji zawisły w próżni.

(2) Nie znalazła kontrwartości dla prawicowej trójcy Narodu, Boga, Rodziny

Opozycja nie znalazła też własnej narracji wartości. Nie potrafiła odpowiedzieć „z głębi serca” na trójcę „Naród – Bóg – Rodzina”. Co robiło wrażenie mniejszej wiarygodności i determinacji polityków opozycji niż działaczy PiS, którzy pokazują się jako zmobilizowani i przekonani do swoich racji.

To dziwne, że opozycja nie potrafiła wiarygodnie nazwać, czym jest patriotyzm i w jakiego wierzy Boga lub – mówiąc językiem Konstytucji – „inne źródła wartości prawdy, sprawiedliwości, dobra i piękna”.

Nie potrafiła odpowiedzieć na tragikomiczną okoliczność, że o „prawdziwej polskiej rodzinie” (czyli wiernych sobie małżonkach hetero, bez rozwodów na koncie, z minimum dwójką dzieci) mówi człowiek, który jest zaprzeczeniem jakiejkolwiek rodzinności, wieczny kawaler.

Jak policzyliśmy w OKO.press rodzin spełniających definicję Kaczyńskiego jest tylko 1,8 mln.

Krzysztof Breja (1983) z żoną adwokatką i trójką dzieci (najstarszy am 8 lat), Joanna Scheuring-Wielgus (1972) z trzema synami i mężem biznesmenem, Małgorzata Kidawa-Błońska (1957)  z mężem-reżyserem i synem po 30., mogli przecież stanąć na „wyborczej scenie” i oznajmić: to my jesteśmy prawdziwym polskimi rodzinami, to my wiemy, co to znaczy miłość w rodzinie, niech nas Kaczyński nie poucza i nie udaje, że coś robi dla polskich rodzin, bo nie wie, o czym mówi.

Prawica – w oficjalnej narracji – faktycznie nie rozumie współczesnych rodzin, z ich mozaiką patchworkowych związków i z problemem godzenia ról zawodowych i rodzinnych przede wszystkim przez kobiety.

I dlatego – ile by nie rzuciła 500 plus – nie jest w stanie zatrzymać demograficznej katastrofy.

Były wyjątki.

Kamila Gasiuk-Pihowicz zapisała się w pamięci jako nieugięta – pomimo hejtu większości sejmowej – obrończyni demokracji.

Joanna Scheuring-Wielgus – polityczka i społeczniczka – powołała się na wielkie wartości w obronie dzieci krzywdzonych przez kler. Pokazała też, co to znaczy troska o rodziny osób z niepełnosprawnością, dając lekcję szacunku dla każdej rodziny i każdego dziecka i współtworząc ich obraz jako ludzi, a nie tylko „biedne ofiary”.

Wyjątkiem było też przemówienie Pawła Adamowicza, konserwatysty, który dwukrotnie zakazywał parady równości, ale dojrzał do zmiany poglądów i w 2017 roku poszedł na jej czele.

„Chrześcijaństwo łączy, nie dzieli. Miłość może tylko łączyć” – zdefiniował naczelną wartość, adresując ją do „większości”. I na tym gruncie zwrócił się do społeczności LGBT, zaliczając ją do owej większości, a wykluczając z niej nienawistników:

„Jak słyszycie, że ktoś jest zboczony, że ktoś jest zepsuty, to powiem tak: ten jest zboczony, który sieje nienawiść, ten jest zepsuty, który odnosi się do drugiego z wrogością, trzyma rękę wyciągniętą w nienawiści, chce rzucić kamieniem, ten który mówi złe słowa, złą energię wysyła do drugiego człowieka, ten jest, przepraszam, zboczony. My jesteśmy najnormalniejsi na świecie”.

W wysokie tony, nie bojąc się patosu, uderzył także w swej najlepszej mowie Grzegorz Schetyna na lipcowej (2019) konwencji KO:

„Czas partyjnych gier już minął. Przyszedł zupełnie inny czas. Na szali jest wszystko. Prawo musi pokonać bezprawie. Prawda kłamstwo. Miłość nienawiść i agresję. Rozsądek szaleństwo”.

Niestety, ten przekaz utonął w morzu wypowiedzi lidera KO, które były mdłe, kunktatorskie, pozbawione ognia.

Lewica – wartości mniejszościowe

Lewica także nie przeprowadziła rzetelnego rozliczenia III RP, co najwyżej (Biedroń) krytykując jałowość duopolu.

Skupiła się na obronie praw kobiet i osób LGBT, ale nie potrafiła przekonać szerszej publiczności, że jeżeli ktoś poniża geja lub osobę trans, albo jeżeli wyraża pogardę wobec kobiety, to nie tylko narusza jej godność, ale również własną jako człowieka i podstawową wartość życia społecznego.

Nie potrafiła też podjąć krytyki PiS za naruszanie zasad społecznej sprawiedliwości i np. zwiększanie edukacyjnych nierówności i dyskryminację dzieci uboższych rodziców i z mniejszych miejscowości.

Takie ma bowiem skutki „reforma edukacji”: likwidacja gimnazjów, podwyższenie wieku szkolnego i skrócenie edukacji ogólnej (dla wszystkich) o rok: z dziewięciu do ośmiu lat ogranicza czas korekty rozwojowej dzieci z mniejszym kapitałem kulturowym.

(3) Nie podjęła własnej narracji godnościowej

W najnowszej książce „On identity” Francis Fukuyama (korzystam z wydania Profile Books, 2019) tłumaczy, że sukces populistów wynika z niezdolności demokracji liberalnych do zaspokajania thymos, czyli tej części duszy, która wg starożytnych Greków pragnie uznania swej godności.

„Całe narody czują się pozbawione szacunku, podobnie marginalizowane grupy i wyznawcy religii, którzy czują, że ich religia jest oczerniana”.

Potrzeba uszanowania tożsamości tych – realnie bądź symbolicznie pokrzywdzonych grup – staje się tematem nr 1, wokół którego krąży współczesna polityka.

Liderzy PiS, odwołując się do osobistych urazów i frustracji, z autentyczną wiarygodnością podjęli taką właśnie narrację urażonej dumy ludu skrzywdzonego przez elity i narodu krzywdzonego przez złe potęgi jak Niemcy, Rosja, „Bruksela” czy „Zachód”, przy czym sama partia wciąż przedstawia się jako ofiara wrogich sił. Nawet śmierć Jana Szyszki wywołana przez zator płuc jest przedstawiana jako zamach wrogich mediów i polityków.

Opozycja nie umiała nazwać tego, jakim poniżeniem dla obywateli są populistyczne rządy i kłamstwo jako narzędzie jej uprawiania. Nie potrafiła pokazać, że naruszana jest godność narodowa w wyniku kompromitacji naszego kraju za granicą. Nie potrafiła zwrócić się do „zwykłego człowieka” z przekazem, że nepotyzm i przywileje władzy to naruszenie elementarnej godności tych, którzy są pozbawieni układów.

Nie było łatwo przejąć od PiS narracji godnościowej, ale mało kto próbował, a część elit politycznych wpisywała się wręcz w przekaz PiS okazując pogardę „ludowi”, który dał się przekupić za 500 zł.

Tymczasem – jak dowodzi w OKO.press Przemysław Sadura, wielu wyborców PiS dokonuje tu po prostu racjonalnej kalkulacji zysków i strat swoich i swojej rodziny.

(4) Nie zarysowała odpowiedzialnej wizji nowoczesnego państwa

Wśród „Siedmiu marketingowych grzechów” opozycji Anna Mierzyńska wymieniła „brak wizji jutra” nie licząc ogólnikowego hasła KO „Jutro może być lepsze”. Już 13 września zniknęło ono zastąpione kampanią wizerunkową Małgorzaty Kidawy-Błońskiej z hasłem „Współpraca, nie kłótnie”, a 16 września sztab ogłosił rozpoczęcie akcji „Silni razem”.

Przekaz pozytywny był chaotyczny i ograniczony do ogólnikowych haseł, przy czym co i raz powracała licytacja na obietnice z PiS na zasadzie, kto da więcej. Tak jakby nie było jasne, że taką licytację z populistą operującym bez ograniczeń budżetem państwa, opozycja musiała przegrać.

A jeżeli już bawić się licytację… Opozycja nie potrafiła znaleźć jednej propozycji przemawiającej do wyobraźni (np. 10 tys. zł dla każdego młodego człowieka „na start” po zakończeniu edukacji – roczny koszt takiego pomysłu to ok. 4 mld zł, 10 razy mniej niż 500 plus).

Opozycja nie zdobyła się na to, by podjąć poważną debatę o problemach państwa – demograficznych, ekologicznych, zdrowotnych, edukacyjnych. Stało za tym prawdopodobnie założenie, że nawet najlepszy program nie ma szans w zestawieniu z prostymi obietnicami typu 500 zł czy 13. emerytury.

Tymczasem badania opinii pokazują, że powszechne jest poczucie, że rządzący powinni skupić się na rozwiązywaniu problemów. W sondażu IPSOS dla OKO.press z lutego 2018 przeważały opinie, że należy zwiększyć wydatki z budżetu przede wszystkim na służbę zdrowia , a zmniejszyć na „programy socjalne, w tym 500 plus”. Kilka innych pracowni uzyskało podobne wyniki.

Może więc nie należało pochopnie rezygnować z poważnej rozmowy o reformie państwa, tak by sprostało wyzwaniom XXI wieku?

Niewykluczone, że nawet obywatele mnie wyrafinowani w myśleniu o problemach państwa daliby się przekonać, że PiS proponuje ogromne transfery, ale zaniedbując usługi publiczne zmusza obywateli do kupowanie ich w prywatnym sektorze zdrowia (dentyści, lekarze, a nawet pogotowia) czy edukacja (płatne studia zaoczne – przede wszystkim dla uboższych studentów oraz plaga korepetycji).

Opozycja nie zarysowała wizji państwa, w którym chciałoby się żyć.

W efekcie głównym motywem głosowania na opozycję pozostaje „anty-PiS”. Pokazał to sondaż OKO.press  z maja 2019, w którym 69 proc. wyborców Koalicji Europejskiej podało, że głównym motywem poparcia KE jest głosowanie „przeciw partiom, które są dla Polski niebezpieczne”.

A także wrześniowy (2019) sondaż „Wyborczej„, w którym 41 proc. wyborców KO podało jako główny motyw swego wyboru „żeby nie wygrała inna partia”.

(5) Partyjniactwo. Nie potrafiła skorzystać z potencjału społeczeństwa obywatelskiego

Partie opozycji nie umiały w kampanii wyborczej skorzystać z potencjału społeczeństwa obywatelskiego i ruchu samorządowego. To tym dziwniejsze, że miały świadomość, że można i warto. W swoim lipcowym wystąpieniu Schetyna deklarował:

„Chcemy otworzyć listy na obywateli, ludzi aktywnych, społeczników, ekspertów, samorządowców, organizacje pozarządowe. Idziemy do wyborów jako Koalicja Obywatelska, ale nie koalicja partii politycznych, tylko ludzi, którzy podzielają nasz światopogląd”.

Niestety, pozostało z tego niewiele, listy wyborcze KO zostały silnie upartyjnione. Tomasza Zimocha – jedynkę KO w Łodzi – trudno uznać za społecznika, to raczej celebryta sprzed lat, w dodatku niezbyt chyba popularny skoro przegrał z bliżej nieznanym posłem-wiceministrem PiS Waldemarem Budą.

Tej oceny nie zmienia kilka „obywatelskich mandatów” zdobytych przez aktywistki z dalszych miejsc, takie jak znienawidzona przez prawicę Iwona Hartwich, organizatorka protestów rodzin z dziećmi z niepełnosprawnościami, albo wiceliderka KOD Magdalena Filiks, autorka m.in. akcji ubierania pomników w koszulki Konstytucja, albo aktywistka feministyczna Anita Kucharska-Dziedzic.

Joanna Scheuring-Wielgus, polityczka-społeczniczka jest ciekawym przykładem. Trudno sobie wyobrazić lepszą kandydatkę Lewicy na liście w Toruniu: lokalna działaczka jako niezależna kandydatka uzyskała 17 proc. poparcia w wyborach na prezydenta miasta w 2014 roku, a jako toruńska posłanka (najpierw Nowoczesnej) zasłynęła zaangażowaniem w obronę praw kobiet, osób z niepełnosprawnościami, demaskowania pedofilii w Kościele.

A jednak szef SLD Włodzimierz Czarzasty dał jedynkę koledze partyjnemu Robertowi Kwiatkowskiemu (ostatecznie zdobył dwa razy mniej głosów niż Scheuring-Wielgus).

Zwyciężyło myślenie o interesie działaczy, nad wizją partii jako siły obywatelskiej czy ideowej.

Ta sama partyjna logika uniemożliwiła (z pojedynczymi wyjątkami) wykorzystanie w kampanii i na listach ludzi kompetentnych i zaangażowanych, którzy walczyli o praworządność w Polsce, wielkich postaci świata prawa i dynamicznych ekspertek, chociażby z Wolnych Sądów.

A także rosnącego ruchu w obronie przyrody i klimatu, gdzie gromadzą się wybitni specjaliści i barwne postaci. A także protestujących nauczycielek i młodych lekarzy. Nie mówiąc o ogromnym potencjale ruchu praw i godności kobiet. Nie wykorzystano wybitnych historyków, którzy bronią prawdy o naszej przeszłości i niezależności muzeów. Aktywistek i aktywistek NGO’sów…

Nie zrobiła tego ani KO, ani – co szczególnie zaskakujące – Lewica.

A wprowadzenie takich osób na listy, jak pokazał przykład Janiny Ochojskiej w wyborach europejskich, dawał właśnie szansę na zyskanie tego, czego opozycji zabrakło. Mogła zwiększyć swą wiarygodność, podkreślić różnicę ze zdyscyplinowaną armią polityków PiS, nadać ton zamiast tylko reagować na PiS, zmobilizować różne grupy zawodowe, interesów czy wartości, zaktywizować mniejsze „bańki internetowe” do poparcia konkretnych wyrazistych kandydatów, pokazać, że dla opozycji liczy się program wyborczy, a nie partyjne gierki i wreszcie dać sygnał, że idzie nie tylko o sukces w wyborach, ale o naprawę psutego przez PiS państwa, naprawę w imię wartości, o które walczą  zaangażowani przedstawiciele społeczeństwa obywatelskiego.

(6) Liderzy nie sprostali. Grzegorz Schetyna…

W powyborczych komentarzach mnożą się spekulacje, kiedy Grzegorz Schetyna ustąpi i kto go zastąpi. List lidera PO z 20 października nie wskazuje na to, że jest gotów do rozliczeń (patrz wyżej). Zapowiada powrót do recepty zjednoczenia całej opozycji, co wydaje się polityczną fikcją w czasach, gdy Lewica i PSL uzyskały dobre wyniki wyborcze i nabierają wiatru w partyjne żagle. Współpraca jest niezbędna, ale nie może już polegać na „zjednoczeniu”, a na pewno nie pod dyktando najsilniejszej partii opozycyjnej.

Narastający kryzys przywództwa wychodzi na jaw teraz, ale trwa od dawna.

W głośnym tekście OKO.press „Petru i Schetyna do wymiany” już w sierpniu 2017 przedstawiliśmy wyniki sondażu IPSOS dla  OKO.press.  Zapytaliśmy w nim, kto byłby najlepszym dziś liderem „twojej partii”. Odpowiedzi były dewastujące dla liderów, zwłaszcza … we własnym elektoracie. Tylko co ósmy zwolennik PO wybierał Schetynę jako najlepszego lidera.

Dwa lata później lider PO – i całej Koalicji Europejskiej – przegrał wybory do PE, a następnie został twarzą kampanii do parlamentu, cały czas dołując też w sondażach zaufania CBOS. We wrześniu 2019 brak zaufania do Schetyny deklarowało 45 proc. badanych, gorzej wypadł tylko Janusz Korwin-Mikke (53 proc.).

Próbą naprawy tego błędu było ogłoszenie Małgorzaty Kidawy-Błońskiej kandydatką KO na premiera, ale zrobiono to dopiero 3 września, a jej kampania wizerunkowa rozpoczęła się 13 września. Ponadto, Grzegorz Schetyna wcale się nie „schował” i stał obok Kidawy-Błońskiej podczas prawie każdej konferencji prasowej, a kandydatka KO nie brała udziału w debatach wyborczych.

Krok był w dobrą stronę, bo kobiecy elektorat stanowi ogromny potencjał wyborczy. W sondażach OKO.press regularnie pokazujemy, jak progresywne są poglądy kobiet (zwłaszcza do 40-tki) w porównaniu z mężczyznami, którzy są znacznie bardziej prawicowi w poglądach i wyborach politycznych (PiS i Konfederacja).

…a także Robert Biedroń

Osobny problem to rozczarowanie zachowaniem Roberta Biedronia. Wystartował z wielkim impetem (tu relacja z „burzy mózgów” w Wałbrzychu, w grudniu 2018), a notowania Wiosny sięgnęły wg IPSOS dla OKO.press w lutym 12 proc., a wg Kantara nawet 14 proc.

Potem nastąpił nieoczekiwany kryzys, który OKO.press opisało w czerwcu : niejasności z finansowaniem kampanii, ukrywany statut partii, a w nim zaskakujące regulacje, i przede wszystkim mętne wyjaśnienia samego Biedronia w sprawie europejskiego mandatu. W niektórych zapowiedziach mówił, że startuje do PE wyłącznie jako lokomotywa listy, ale ostatecznie mandat przyjął, twierdząc, że praca w Brukseli nie naruszy jego zaangażowania w Polsce. Nadal zapowiada, jak zachowa się Sejm, w którym go nie będzie.

Cytowany już Francis Fukuyama zdefiniował pięć cech pożądanych u przywódcy politycznego (stwierdzając przy okazji, że Donald Trump nie ma żadnej z nich):

  • bazowa uczciwość,
  • rzetelność, wiarygodność,
  • głębokie, przemyślane sądy,
  • poświęcenie dla spraw publicznych,
  • własny kompas moralny.

Polska polityka cierpi na deficyt takich postaci, natomiast kryteria spełnia wiele liderek i liderów ruchów obywatelskich i środowisk, które walczyły z „dobrą zmianą”.

Polska, o jakiej marzymy, to ojczyzna wolnych ludzi, którzy czerpią z życia nie przyjemność, lecz satysfakcję – mówi Marcin Król.

Warto teraz, już po wyborach, zastanowić się nad tym, o jakiej Polsce i o jakiej demokracji warto myśleć. Najpierw jednak rozważmy, jakiej Polski nie chcemy.

Bardzo często obecny reżim jest charakteryzowany jako populistyczny i/lub autorytarny, czasem – co jest przesadą – jako totalitarny. Wynika to z braku stosownych określeń, a przede wszystkim z tego, że nie tylko działania, ale też czasem ujawniane przemyślenia Jarosława Kaczyńskiego czy nielicznych innych, a więc Mateusza Morawieckiego i Zbigniewa Ziobry, nie dadzą się opisać przy użyciu klasycznych pojęć. To dziwaczna mieszanina tradycjonalizmu, antymodernizmu, klerykalizmu, pochwały głupoty, banału patriotycznego i rozdawnictwa, a zarazem niechęci do elit, doboru osób o średniej inteligencji, ale usłużnych – mieszanina niespójna, nieco lewicowa w sferze społecznej, silnie prawicowa w sferze obyczajowej.

Takiej Polski na pewno nie chcemy, ale czy to jest autorytaryzm? Mamy precedens, o którym nie pamiętamy.

Wielka rodzina

Otóż w 1932 roku w Portugalii premierem został António Salazar i był nim przez następne 36 lat. Salazar był człowiekiem inteligentnym, ascetycznym, zdecydowanie przeciwnym nowoczesności, walczącym katolikiem. Nie miał wysokiego mniemania o swoich rodakach, więc postanowił urządzić im świat publiczny i prywatny. Ideologię (i w znacznej części praktykę) zaczerpnął od Piusa XI.

Rok przed objęciem władzy przez Salazara Pius XI w encyklice „Quadragesimo anno” zarysował projekt katolickiej gospodarki, katolickiego państwa i katolickiej rodziny. Było to ledwie kilka lat po Wielkim Kryzysie, a zarazem w czasach rosnącego w siłę nazizmu i faszyzmu – już u władzy we Włoszech.

Papież (a potem Salazar) obawia się przede wszystkim modernizacji, która podważa rolę Kościoła. Dlatego kapitalizmowi przeciwstawia gospodarczy solidaryzm i korporacjonizm, a przede wszystkim staje w obronie tradycji i katolickiej rodziny. „Państwo zaś, dostrajając własność prywatną do potrzeb ogółu, nie wyświadcza posiedzicielom prywatnym przysługi wrogiej, lecz przyjazną. Tym bowiem sposobem zapobiega skutecznie, aby własność prywatna, której Stwórca natury w swej Opatrzności udzielił jako pomoc życiową, nie doprowadziła do stosunków nieznośnych i sobie tym samym grobu nie wykopała”.

Solidaryzm i korporacjonizm dały początek „salazaryzmowi” – idei narodu jako wielkiej rodziny, którą trzeba się opiekować (dodajmy, że Salazar doprowadził Portugalię do całkowitej ruiny gospodarczej).

Zatem nie chcemy „solidaryzmu” ani „salazaryzmu”.

Kiedy państwo sobie nie radzi

Wiemy już, jakiej Polski nie chcemy. A jakiej chcemy? Trzeba przyjąć dwa założenia.

Pierwsze, że istotą, podstawą polskości jest romantyzm. Oraz drugie, że nadszedł czas walki nie tylko o środowisko naturalne, ale także o środowisko polityczne. Walka o ekologię polityczną i walka o środowisko naturalne to batalie ściśle powiązane. Nie zmienimy świata naturalnego bez zmiany świata politycznego. Polska mogłaby być jednym z krajów, które wskazują drogę.

Żeby zmienić środowisko polityczne, trzeba zmienić nasze poglądy na cele, do których zmierzamy, i na sposoby realizacji tych celów. Najważniejsze jest radykalne odrzucenie idei wzrostu jako naczelnej. Oczywiście dobrze jest, gdy cywilizacja się rozwija, ale celem jest nie przyrost PKB, lecz rozszerzenie sfery naszego duchowego kontaktu z sobą samym, z innymi i z całym światem. Stąd zasadnicze zmniejszenie roli państwa jako dystrybutora PKB. Już dzisiaj większość państw nie radzi sobie ze służbą zdrowia, z edukacją czy z transportem. Kryzys centralnie sterującego ośrodka jest nieunikniony, bowiem powszechny charakter coraz droższych świadczeń medycznych, powszechny charakter szkolnictwa średniego i wyższego oraz powszechne przemieszczanie się miliardów ludzi przekraczają zdolności państwowego nadzoru.

Trwanie stanu obecnego, nawet przy najlepszych intencjach polityków, musi powodować populizm.

Polityka jako forma sprzedaży towarów przecenionych, poprzedzona kolosalnymi nakładami na reklamę i rozdawnictwo, wyczerpuje możliwości.

Idea demokratyczna jest oparta na – nie będziemy przytaczać Rousseau czy Tocqueville’a – polityce romantycznej. U jej podstaw znajdują się chęć, nadzieja, przekonanie, marzenie, że my sami wspólnie będziemy sobą rządzili. Ani idea powszechnych wyborów, ani – tym bardziej – istnienie partii i wielu innych instytucji nie są, wbrew pozorom, konieczne dla istnienia demokracji. Konieczne jest tylko istnienie wspólnoty politycznej, i to poczynając od jak najniższego poziomu społecznego.

Przyjemności, ale duchowe

O wspólnocie politycznej napisano bardzo dużo. Przedstawiano ją jako wspólnotę interesów, wspólnotę przeciwstawioną liberalnemu indywidualizmowi (komunitarianie) czy też wspólnotę typu samorządowego. Otóż jestem przekonany, że jedyna rzeczywista wspólnota polityczna musi mieć charakter duchowy. To forma ojczyzny, w której czujemy się najlepiej, bowiem panują w niej ciepłe uczucia, a nienawiść jest zniwelowana w stopniu, jaki tylko jest możliwy.

Polska tradycja romantyczna jest tu szczególnie przydatna. Nie dlatego, że jest polska, ale dlatego, że romantyczna, czyli przenosi naszą krzątaninę na poziomie materialnym, pełnym zawiści i konkurencji, na poziom wyższy. Dlatego, że zakłada, że ludzie w sprzyjających warunkach mogą skłaniać się ku dobru, prawdzie i pięknu.

W wielu krajach życie zdominował brutalny utylitaryzm, czyli dążenie do przyjemności materialnych. W Polsce jednak wciąż obecna jest szansa na inną formę życia, bo duchowość romantyczna jest wciąż żywa. Romantyzm także kieruje nas ku przyjemnościom, ale ku przyjemnościom życia duchowego. Czy to brzmi aż tak górnolotnie? Wcale nie, co zaraz się okaże.

Sławne sformułowanie „za wolność waszą i naszą”, upowszechnione na emigracji po powstaniu listopadowym, było często wyszydzane (bezpośrednio przez endecję, ale także w ksenofobicznej ideologii PiS – w stosunku do uchodźców). Jednak z demokratycznego i romantycznego punktu widzenia jest ono w pełni trafne. Rezygnując z idei wzrostu na rzecz idei wspólnoty, musimy przecież poświęcić jakąś część naszego czasu dla innych.

Może wystarczy przeznaczyć sześć godzin tygodniowo na działalność dobrowolną i społeczną na rzecz naszych instytucji lokalnych. Oczywiście może to oznaczać mniejsze zarobki, czyli mniej niższych przyjemności.

Ale w zamian uzyskujemy dostęp do przyjemności wyższych – szansę na satysfakcję z naszego życia, a nie tylko na przetrwanie przy telewizorze lub wódce. Zyskujemy szansę na najważniejszą formę kontaktu z innymi, czyli na przyjaźń (tu wódka wcale nie jest naganna).

Wszystko to jednak wymaga odrzucenia dotychczasowych instytucji politycznych.

Więcej religii

Przede wszystkim radykalna decentralizacja. Trzeba dokonać przeglądu i sprawdzić, gdzie rola państwa jest minimalna. Państwo nie powinno być głównym redystrybutorem pieniędzy z podatków. Decentralizacja wiąże się z zasadniczym zwiększeniem funduszy obywatelskich w gminie, powiecie itd. Nie wójt i rada gminy, lecz wszyscy jej mieszkańcy powinni decydować o istotnych sprawach. Nie chodzi jednak o samorządy (cenne w ramach tej wizji), lecz o wspólnotę polityczną na poziomie gminy lub innej formy społecznej organizacji. Takie wspólnoty mogą delegować przedstawicieli do ciał wyższych, o charakterze płynnym i tylko w niewielkim stopniu związanych z instytucją państwa, która powinna pełnić funkcje czysto usługowe.

Dla romantycznej wizji demokracji przydatna byłaby religia. Powtarzam za Tocqueville’em: religia jako siła pomocna dla duchowości, ale pozbawiona ambicji politycznych. Dziś to niewykonalne, ale też zmiana duchowa nie będzie możliwa bez zmiany Kościoła, a zwłaszcza jego hierarchii, która wyzbyła się duchowości do zera.

Nie przyjemność, ale satysfakcja

Polska, o której marzymy, to ojczyzna wolnych ludzi, którzy czerpią z życia nie przyjemność, lecz satysfakcję. To ważne rozróżnienie. Pomaganie innym nie jest przyjemnością, ale dodaje odrobinę do satysfakcji z dobrego życia. Solidarność z innymi, krzywdzonymi przez instytucje, to także satysfakcja, również sfera przyjemności wyższych. Wolni ludzie spełniają się w dążeniu do satysfakcji duchowych.

Nie należy konstruować ich katalogu, bo duchowość każdego człowieka jest inna i całkowicie prywatna. Wolność i tak będzie wykorzystana, jeżeli osiągniemy choćby minimalny poziom realizacji duchowej. Wtedy będziemy chcieli działać dla demokracji.

Powiada się co najmniej od Machiavellego, że polityka nie ma nic wspólnego z moralnością. Zgoda, ale już Machiavelli (a przedtem Cyceron) łączył wizję wolnej republiki z życiem duchowym obywateli.

Demokracja oddolna i duchowość romantyczna – to nasze drogowskazy. Dalej! W drogę!

Czerwony Kaczyński boi się Białej Róży

Bardzo trafny opis polskiej mentalności przez Andrzeja Szczypiorskiego, szczególnie teraz, gdy rządzi „dobra zmiana” … Do tego dodałbym „modlitwę” Polaka, życzącemu swojemu sąsiadowi jak najgorzej z filmu „Dzień Świra” Koterskiego … #PaństwoPiS

Szwedzka Akademia sprowokowała Polskę, przyznając Literacką Nagrodę Nobla lewackiej pisarce. Musimy więc pokazać jej, co myślimy o niej i o książkach.

Profesor Gliński ma rację: książek noblistek nie ma sensu czytać. Pisarze do piór zamiast do mediów. I po co w ogóle te gryzipiórki wypowiadają się na tematy społeczne, kiedy mogą w tym czasie pisać o miłości do ojczyzny?

Ja bym poszła jeszcze dalej: w ogóle nie ma sensu czytać. No dobrze, ewentualnie Sienkiewicza i Rymkiewicza, ale też wybrane fragmenty. Czytanie rozszerza wyobraźnię, a ta może niebezpiecznie podpowiadać nam wyuzdane obrazy seksualizacji tego i owego czy innych dżenderów. Czytanie pobudza do myślenia, a to stać się może krytyczne, co dla partii rządzącej może mieć niepokojące skutki. Czytanie daje możliwość wyrobienia sobie opinii. A po co mieć opinię, skoro wystarczy włączyć TVP? Czytanie uspokaja i daje wytchnienie – i to błąd, bo należy być cały czas wkurzoną i czujną. Kraj nasz znajduje się bowiem między Niemcami a Rosją i nie wiadomo, co się stanie. Czytanie edukuje – i to już naprawdę jest przesada, bo czy nowa reforma szkolna nie dała nam dostatecznie wiele podręczników pisanych na kolanie, żeby móc do nich sięgnąć i… Zaraz, zaraz, a co z podręcznikami szkolnymi? Z literami, alfabetem? Ministerstwo Kultury powinno wreszcie zająć się tym problemem. Im prędzej, tym lepiej, bo za jakiś czas Biblioteka Narodowa opublikuje kolejny raport dotyczący niskiego stanu czytelnictwa w Polsce. Należy więc podbić statystyki. Czemu aż 37 proc. rodaków czyta książki? Po co, ja się pytam? Obniżyć do 10 proc. i zamknąć te kujony w specjalnych ośrodkach, aby mieć kontrolę nad lekturami, po które sięgają.

Szwedzka Akademia sprowokowała Polskę, przyznając Literacką Nagrodę Nobla lewackiej pisarce. Musimy więc pokazać jej, co myślimy o niej i o książkach. Prohibicja książkowa, ocenzurowane lektury i natychmiastowe zamknięcie bibliotek.

Oto nasza odpowiedź na niecne zagrywki kondominium noblowsko-literackiego. Panie profesorze Gliński, jesteśmy z panem!

 

Czekaliśmy na nią, jak na gwiazdę rocka. W niedzielę Wrocław przywitał Olgę Tokarczuk. To pierwsze spotkanie po ogłoszeniu, że dostała literacką nagrodę Nobla. – Jestem młoda i mam to szczęście, że dostałam tego Nobla w wieku, kiedy mogę jeszcze porządzić – mówiła pisarka.

Spotkanie z Olgą Tokarczuk zostało zaplanowane już dawno jako punkt programu kończącego się właśnie we Wrocławiu festiwalu Bruno Schulza.

Jednak, gdy w czwartek 11 października, gruchnęła wiadomość, że Olga Tokarczuk została laureatką literackiego Nobla za rok 2018 za „narracyjną wyobraźnię, która z encyklopedyczną namiętnością prezentuje przekraczanie granic jako formę życia”, stało się jasne, że trzeba znaleźć znacznie większą salę.

Zainteresowanie spotkaniem z Olgą Tokarczuk było ogromne. Ostatecznie zorganizowano je w Narodowym Forum Muzyki, którego największa sala koncertowa może pomieścić 1800 osób. Dla tych, którym nie udało się zdobyć wejściówek na spotkanie, ustawiono telebim na pl. Wolności przed NFM.

Spotkanie z Olgą Tokarczuk. Noblistkę przywitał prezydent

– Oto największe spotkanie autorskie na świecie – przywitał ze śmiechem widzów Irek Grin, szef Wrocławskiego Domu Literatury. Wspominał, jak zapraszał Olgę Tokarczuk na festiwal Bruno Schulza. -To będzie twoje pierwsze spotkanie po nagrodzie Nobla – miał powiedzieć. Pisarka odparła, że jest fantastą.

Olgę Tokarczuk powitała owacja na stojąco. Rozmowę z noblistką poprowadzi Katarzyna Kantner, autorka monografii „Jak działać za pomocą słów? Proza Olgi Tokarczuk jako dyskurs krytyczny”. Noblistka najpierw powitała osoby zgromadzone przed NFM: – Cieszę się, że przyszliście. Dobrze, że nie pada.

Następnie pisarkę i publiczność zebraną w NFM przywitał prezydent Wrocławia, Jacek Sutryk: – Olgo, witaj we Wrocławiu. We Wrocławiu Tadeusza Różewicza, Rafała Wojaczka, Tymoteusza Karpowicza, w twoim Wrocławiu. Olgo, witaj w domu.

Wspominał słowa pisarki, które wypowiedziała odbierając honorowe obywatelstwo Wrocławia o powojennej odbudowie miasta z miłością. – Miłość do ludzi i do miasta każe nam dbać nie tylko lepsze codzienne życie nas samych, ale z troską spojrzeć na słabszych i potrzebujących. Ja i każdy kolejny prezydent Wrocławia jesteśmy do takiego patrzenia zobowiązany. Potrzebujemy do tego ludzi – drogowskazów. Dziś drogowskazem jest dla nas Olga Tokarczuk, jej osoba i jej dzieło. Powiedziałaś, że nie chcesz być wyrocznią, ale pozwól się traktować jako wyrocznię.

– Warto pamiętać, że to honorowa obywatelka Wrocławia została laureatką nagrody Nobla, nie odwrotnie. W tym sensie wyprzedziliśmy Szwedzką Akademię, jesteśmy od nich lepsi – żartował.

Prezydent Wrocławia wręczył pisarce klucze do miasta – jeden do bram miasta Wrocławia. – Drugi na razie niech pozostanie tajemnicą – mówił prezydent.

Spotkanie z Olgą Tokarczuk – prezent od Szymborskiej

Na spotkaniu z Olgą Tokarczuk pojawił się Michał Rusinek – sekretarz Wisławy Szymborskiej. – Jadąc tu zastanawiałem się, czy nie przywieźć podania o pracę. Mam naprawdę dobre CV, przez 15 lat pracowałem dla noblistki i mam tylko siedmioletnią przerwę żartował.

– Wiem, że znałyście się z panią Szymborską. Wiem, że cię lubiła i ceniła twoje prace. Wiem też, że byłaby szczęśliwa, wiedząc, że jakiś przedmiot z jej mieszkania znajdzie się w twoim mieszkaniu – mówił.

Do Wrocławia przywiózł Oldze Tokarczuk figurkę kota, który pilnuje książek. – Chciałbym, aby ten kot z pustego mieszkania przeniósł się teraz do pełnego. W imieniu przyjaciół, w imieniu fundacji Wisławy Szymborskiej bardzo cię ściskami proszę o przyjęcie – powiedział.

Wzruszona Olga Tokarczuk przyjęła prezent i wspomniała, jak kiedyś umówiła się z koleżanką w kawiarni w Krakowie. – Panowało w niej wielkie poruszenie. Okazało się, że kącie siedzi pani Wisława i z kimś rozmawia. Wszyscy udawaliśmy, że jej nie widzimy, by sprawić jej komfort i jej nie niepokoić. I gdy zamówiłam kawę, usiadłam przy stoliku, nagle ktoś dotknął moje ramię. To była Szymborska. I ona mówi do mnie tak: „Pani Olgo, przepraszam, ja się nazywam Wisława Szymborska. Nie chcę pani niepokoić. Chciałam tylko pani powiedzieć, że uwielbiam pani <<Prawiek>>”.  Byłam cała purpurowa i widziałam, że kawiarnia zamarła. Taka była Szymborska – kochana, skromna, interesująca się innymi ludźmi. Mam nadzieję, że ta nagroda wspaniała, którą dostałam… aż się boję powiedzieć jej nazwę, nie zmieni mnie.

Olga Tokarczuk o tym, jak dowiedziała się o Noblu

Podczas spotkania w NFM we Wrocławiu Olga Tokarczuk opowiadała o momencie, w którym dowiedziała się, że została laureatką Nobla. – Jechaliśmy z moim mężem Grzegorzem autostradą, nawet nie wiem, gdzie to było, miejsce bez nazwy. Nagle kwadrans przed pierwszą zobaczyłam telefon z numerem kierunkowym ze Szwecji. Zdziwiłam się, kto może do mnie dzwonić. Nagle poczułam, jak wzrasta mi ciśnienie. Odebrałam ten telefon. Miły męski głos, który wydał mi się zmartwiony powiedział, że zostałam laureatką nagrody Nobla – wspominała.

Pamięta, że zaczęła powtarzać „nie, nie nie”. Wtedy męski głos odpowiedział: „ależ tak proszę pani”. – Zatrzymaliśmy się na parkingu oszołomieni, po czym zaczęliśmy skakać do góry. Ale ruszyliśmy dalej na spotkanie autorskie. Mój telefon wybuchł, dzwonił przez godzinę, po czym się wyłączył. W Bielefeld, dokąd przyjechałam na spotkanie, widziałam, że coś się dzieje. Tłum ludzi, kamery, burmistrz ze złotym łańcuchem. Zaopiekowali się mną pięknie. Literatura jest bez granic. Niech żyje Bielefeld.

Olga Tokarczuk: Chcę zostać przy pisaniu

Prowadząca spotkanie Katarzyna Kantner wspomniała, że w monografii pisała Oldze Tokarczuk jako o kimś, kto porusza ważne kwestie społeczne i moralne. – Z jednej strony jest piękna fikcja, z drugiej dotykasz fundamentalnych kwestii. Czy nie boisz się, że od noblistki będzie wymagać się, że będziesz autorytetem? – pytała prowadząca spotkanie.

– Myślę, że to nie jest dobre rozwiązanie – powiedziała Tokarczuk. – Literatura posługuje się zupełnie innym rodzajem komunikacji. Wypowiadanie prostych oświadczeń jest mi obcy, czuję się, jakbym musiała przebiec sprint na wysokich obcasach. Literatura jest potężniejsza, ma większą siłę rażenia, gdy zbuduje się postaci i wpuści dialogi w ich usta. Chcę zostać przy pisaniu. Podobno ktoś kiedyś powiedział Miłoszowi: Czesiu, ty nie mów. Ty pisz.

Zapytana, czy spodziewała się kiedyś takiego wyróżnienia jak nagroda Nobla, odparła, że nie sądziła, że może ją dostać. – Cały czas mam problem z nazwaniem jej. Ale mój ojciec wychowywał mnie stawiając za wzór Marie Curie-Skłodowską. Myślę, że jest wzorem dla wielu dziewczynek w Polsce i na świecie, które chcą wychodzić poza narzucony wzór. Ja byłam przekonana, że będę lekarzem misji kosmicznych albo fizykiem jądrowym. Rozmawiałam wczoraj z moją mamą, która powiedziała, że ojciec, który już nie żyje, bardzo by się cieszył. Przecież jak miałam 15 lat i pisałam swoje pierwsze kulawe prozy, ojciec był osobą, która przepisywał to wszystko na maszynie. Robił dziwne miny, widać było, że nie wszystko mu się podoba.

Olga Tokarczuk o zakłamywaniu historii

Olga Tokarczuk została zapytana także o to, czy literatura może pomóc powiedzieć prawdę na temat historii, która została zakłamana. – Literatura jest jedyną drogą, by pokazywać, że to, co nas spotyka, nie jest jednoznaczne. Właściwie dlatego zaczęłam pisać – opowiadała. – Gdy miałam 15 lat, przeczytałam Freuda i doznałam objawienia. Żyjąc, dokonujemy interpretacji tego, co nas spotyka. Tylko literatura jest w stanie pomóc nam w kontaktowaniu się, a jednocześnie zachować mnogość perspektyw. Jako pisarka historyczna korzystam z wiedzy, którą mam współcześnie. Aby wejść w kontakt z czytelnikiem, trzeba być uczciwym – mówiła Olga Tokarczuk.

Pisarka przyznała, że lubi w subtelny sposób prowokować czytelników. – Bo też czytając książki innych autorów, lubię literaturę, która mnie „dźgnie”, każe wyjść ze swojej strefy komfortu. Opowiadała, że „Anna Inn w grobowcach świata” jest ulubioną książką spośród napisanych przez siebie. – Uczyłam się w niej korzystać ze swojej siły, także kobiecej siły. To energia dawania życia, ale też buntu, rebelii. Energia związana z gniewem.

Kantner pytała też o metafizykę i sens duchowości. – Duchowość ma większy sens dzisiaj niż jeszcze 20 lat temu. Na naszych oczach kompromitują się nośniki duchowości, które jeszcze niedawno darzyliśmy estymą. Żyjemy w czasach chaosu i zmiany paradygmatu. Będziemy musieli zbudować nowy rodzaj rozumienia świata – uważa noblistka. – Nie chodzi o wiarę w Boga lecz przeczucie, że istnieje coś więcej. Człowiek jest zwierzęciem, które nieustannie przekracza granice swojej rzeczywistości.

Tokarczuk stwierdziła w rozmowie, że ludzkość dokonuje dziś wielkiego kroku w kierunku natury. – Po wielu latach w końcu przyznajemy, że jesteśmy jej częścią. Jesteśmy wielką ściśle związana ze sobą wspólnotą. – powiedziała. – Myślę, że wszyscy pójdziemy w stronę Nowej Zelandii, która niedawno przyjęła dekret o tym, ze wszystkie zwierzęta są istotami czującymi. Jestem pewna, że za kilkadziesiąt lat będziemy się wstydzili, że jedliśmy mięso.

Olga Tokarczuk pisała też wiersze

Rozmowa poruszała także kwestie fikcji, prawdy i zmyślenia. Tokarczuk, która jest psycholożką, podkreślała, że każde doświadczenie ludzkie jest prawdą. – Filozofowie mówią, że prawdą jest wszystko, co nam się przydarza – powiedziała i odnosiła się także do problemu fake newsów. – Nie wyobrażam sobie, jak poradzimy sobie ze światem skonstruowanym z nieprawdziwych informacji, które można wymierzyć przeciwko komuś. Wyobrażam sobie natomiast takie reżimy, w których zostaną wycięte wszystkie opowieści, których nie da się sprawdzić, w tym baśnie braci Grimm.

Tokarczuk mówiła też o sensie literatury, za który uważa komunikację. Wyraziła też zmartwienie, że spadają w Polsce kompetencje czytelnicze. – Ludzie traktują literaturę rozrywkowo. Nie lubię podziału na gatunki, bo to czyni z literatury towar na sprzedaż. To konsumpcja nie czytanie. Dla mnie zawsze ważne było, by czytelnik mógł zapaść z moją książką w fotelu.

Pod koniec spotkania prowadząca odczytała kilka pytań, które przed spotkaniem mogli nadesłać czytelnicy. – Czy myślała pani o napisaniu autorskiego „bryku”, którzy nie są w stanie doczytać do końca? – brzmiało jedno z nich. – Pierwsze pytanie, które mnie załamuje to, o czym jest moja książka, drugie, gdy mnie ktoś prosi, żebym streściła, o czym jest – odparła noblistka.

Tokarczuk była pytana także o poezję. Przyznała, że bardzo wstydzi się swoich pierwszych prób poetyckich. – Wykupiłam to, co było możliwe. Mam to zakamuflowane, bardzo bym nie chciała, żeby to wyszło na jaw. Nie nadaję się do pisania poezji. Jako dziewczynka naiwnie myślałam, że poeci to są ludzie, którzy nie mają czasu pisać prozy. Te słowa to moja zemsta na Czesławie Miłoszu, który napisał, że „więcej waży jedna dobra strofa, niż ciężar wielu pracowitych stronic”.

Na koniec spotkania wykonano wspólne zdjęcie noblistki z prezydentem Wrocławia i całą zgromadzoną publicznością.

Organizatorami spotkania są Bruno Schulz. Festiwal, miasto Wrocław i Narodowe Forum Muzyki.

Spotkanie z Olgą Tokarczuk. Wrocławianie czekali pod NFM

Już przed godz. 15.30 na pl. Wolności zaczęli się zbierać ludzie, zajmowali nieliczne siedzące miejsca na ławkach i schodkach przy Muzeum Teatru. W holu NFM działał mały sklepik, w którym sprzedawano książki noblistki. W kolejce ustawił się m.in. marszałek województwa Cezary Przybylski.

Na pl. Wolności przed telebimem zebrało się kilkuset wrocławian, którzy nie dostali się na spotkanie z pisarką, zorganizowane w Narodowym Forum Muzyki. Zebrani ucieszyli się, gdy prezydent Jacek Sutryk oraz Olga Tokarczuk pozdrowili tych, którzy przybyli na pl. Wolności. Przyszli z różnych powodów. Niektórzy – by usłyszeć coś mądrego. – Wstyd przyznać, ale czytałam na razie tylko fragmenty „Domu dziennego, domu nocnego” i „Lalki i perły”. Podobało mi się i mam nadzieję dziś też usłyszeć coś wartościowego – mówiła Anna Turowska.

Inni – by spędzić popołudnie. – W niedzielę jest fajna pogoda, warto wyjść na świeże powietrze, coś zrobić, nie siedzieć w domu – mówiła Magdalena Wnuk. – Czytałam książkę Tokarczuk jakieś dwadzieścia lat temu, był to „Dom dzienny, dom nocny”. Ostatnio bardziej zaczęłam czytać teksty historyczne w internecie, chyba wrócę.

Byli wrocławianie bardziej zaznajomieni z twórczością noblistki. Marek Jakubowski: – Przyszedłem wziąć autograf dla żony, która jest poetką, zobaczymy czy się uda. Czytałem dużo książek Tokarczuk, najbardziej podobały mi się „Księgi Jakubowe”.

– Przeczytałam „Biegunów” i zaczęłam też „Księgi Jakubowe” – mówiła Agata Komorowska. – Olga Tokarczuk to kobieta z krwi i kości, bardzo cieszę się, że otrzymała Nobla. przyszłam dziś świętować zwycięstwo Polki.

Kto liczył na autograf noblistki lub chciał zadać pytanie, może być zawiedziony. – Musiałaby podpisywać książki do siódmej nad ranem – tłumaczą organizatorzy.

Laska, która wparowała na lubelskie zebranie Partii Kobiet miała jaja w jajnikach. Trwała kampania wyborcza 2007. Nie stać nas było na ulotki, za własne pieniądze dziewczyny znalazły salę, a ona, twarz plakatów wyborczych PO przerywa nasze spotkanie propozycją: Jestem kobietą, więc głosujcie na mnie.

Myślałam, że ją rozszarpią i wyniosą w stanikach. Joannę Muchę, dr Joannę Muchę. Dostała się do sejmu. W kraju hipochondryków „doktor” rządzi. Ale dr było chwytem reklamowym.

Mucha jest doktorem ekonomii. Powołując się na „znajomość” z Lublina, poprosiła mnie o poparcie tym razem Gowina, z którego frakcją w PO trzymała. Ten talib przebrany za biskupa, niechcący powiedział coś co naprawdę myśli o kobietach.

Odmówiłam sprzątania mentalnych rzygów po nim. Ale doceniłam jej hart ducha. Ambitna kobieta, daleko zajdzie, gdy pozbędzie się balastu palantów.

Została ministrą sportu mianowaną przez Tuska. Marzenie chłopców kopiących piłkę i politykę. Ministra nie założyła wtedy sportowych kapci. Do programu, chyba „Co z tą Polską”, wybrała się w takich szpilach, że Lis musiał ją sprowadzić z podestu na ziemię. Na mój komentarz „Jak się idzie do polityki, to warto o własnych siłach”, odpowiedział, że w studio coś się rozlało i było ślisko. Cóż, nawet, gdy się mleko rozleje trzeba brnąć samej, a nie na męskich plecach.

Po latach Joanna Mucha zdobyła doświadczenie, niełatwe dla kobiety w męskim światku. Widywałam ją na Kongresach Kobiet. Rasową polityczkę. Jej sejmowy plakat wyborczy 2019 nie przypominał w niczym, ani pierwszego, „komunijnego” z 2007, ani żadnego innego polityka przydrożnego.

Bilbord dr Muchy był politycznie pociągający, ziała z niego chuć władzy. Nareszcie. Bo o to chodzi w tej rozgrywce. O tron, nie podnóżek. Kilka dni temu Joanna Mucha ogłosiła, że chce rządzić Platformą.

Jest do tego stworzona: młoda, ambitna, świetnie wykształcona, z doświadczeniem, rozumem, urokiem. Potrafi nawet zaśpiewać jak Ally Mc Beal i zagrać sobie na gitarze. Ma wszystko, czego potrzeba w nowoczesnej polityce. Ale nie ma świata, w którym byłoby to docenione.

Kidawa Błońska prezydentem, a Mucha, przewodniczącą PO, być może premierką? Tego żadna polska partia nie zniesie. W postępowej Lewicy jest 3 szefów, gejostwo Biedronia tych proporcji nie zmienia.

Poza tym Schetyna nie odda władzy. Facet walczący o nią z samcem alfa – Tuskiem, miałby się przestraszyć samczyków beta? I samicy? Zjadł zęby na regionach, koalicjach. Wybije je każdemu, komu uśmiecha się szefostwo PO.

Polityka jest instynktem homo sapiens. Czymś niemal biologicznym, wrodzoną umiejętnością tworzenia intryg, sojuszy. Rządzi najsilniejszy, a światem patriarchat i podobno grzyby. Jest taki grzyb, owadomorkowiec rządzący zachowaniem owadów. Atakuje samicę muchy, zmusza ją do przedśmiertnego rozłożenia skrzydełek, zadarcia odwłoka dla przyjęcia pozycji zachęcającej samców.

Nadlatują, próbują martwą wypierd… i przenoszą dalej grzybnię. Jakoś to mi się kojarzy z polską polityką, traktowaniem w niej kobiet, samic przydatnych do roznoszenia grzybni patriarchatu. Rządzą przecież stare grzyby. Kobiet się używa, kusi nimi wyborców, odsyła zagrażające lub zużyte.

Joanna Mucha chce zmian w PO obawiając się konkurencji lewicy. Joanno (jesteśmy na „ty”, ale nie znamy się prywatnie ), kobiety przyspieszyły ewolucję ucząc mężczyzn mówić. Kobiety zmienią świat ucząc patriarchat myśleć. Mam nadzieję, że Ty ewoluując tak szybko politycznie, znajdziesz się tam, gdzie przyszłość – na Lewicy. W polskiej prawicy zasiada Ojciec z Synem, ewentualnie z braćmi i porasta ich grzybnia tradycji. Joanna Mucha Magdalena Środa

Jarosław Kaczyński twierdzi, że zdjęcie z drugiej połowy lat 70., podpisane jako zrobione w Białymstoku przed pierwszomajowym pochodem, to fotomontaż. Utrzymuje, że nie zna osób, które stoją obok. Jak ustaliliśmy, musiał je znać.

Rysownik Marek Skwarski zamieścił na Facebooku zdjęcie Jarosława Kaczyńskiego z trzema mężczyznami i młodą kobietą. Podpis: „Białystok, końcówka lat 70. Przyszły naczelnik Polski, z extramocnym w palcach, wybiera się na pochód pierwszomajowy”. Fotografia wywołała lawinę komentarzy, udostępniło ją ponad 2 tys. internautów.

Na zdjęciu Kaczyński stoi z papierosem, w płaszczu zapiętym pod szyję, z przypiętą do niego czerwoną kokardą. Takie same ozdoby mają na ubraniach dwaj z mężczyzn i kobieta, która dzierży w ręce duży papierowy kwiat.

Fotografię skomentował na Twitterze Roman Giertych i były minister spraw zagranicznych Radosław Sikorski: „Czy to nie aby nasz niezłomny antykomunista?”.

Timothy Garton Ash w Białymstoku: PiS to nacjonalistyczny wariant populizmu

TVP Info doniosła, że zdjęcie to fałszywka. Zastępca rzecznika PiS Radosław Fogiel w rozmowie z portalem Onet.pl twierdzi, że Jarosław Kaczyński pod koniec lat 70. na pochody pierwszomajowe nie chodził, bo „był już wówczas działaczem opozycji antykomunistycznej”. Przekonuje: – Pokazałem prezesowi to zdjęcie. On nie zna ani jednej osoby z tej fotografii. Jego zdaniem to fotomontaż. Jego twarz została tu wmontowana.

Uczelnia niepoprawnych

Do 1997 r. Uniwersytet w Białymstoku funkcjonował jako filia Uniwersytetu Warszawskiego.

– W latach 70. stał się miejscem, na które skazywano osoby politycznie niepoprawne. Takie jak Andrzej Stelmachowski, Jerzy Stembrowicz czy Lech Falandysz – wspomina prof. Barbara Kudrycka, ministra nauki i szkolnictwa wyższego w rządzie Donalda Tuska, w drugiej połowie lat 70. studentka białostockiej Filii. Pamięta, że jako jeden z pracowników naukowych pojawiał się Jarosław Kaczyński. W oficjalnej biografii Kaczyńskiego jest napisane: „W latach 1971- 1976 zatrudniony był jako pracownik naukowy w Instytucie Polityki Naukowej i Szkolnictwa Wyższego. Później, do 1981, pracował jako adiunkt w białostockiej filii Uniwersytetu Warszawskiego”.

PiS. Kaczyński woli lata 90.

Obecny prezes PiS niechętnie wspomina czasy, kiedy pojawiał się w białostockiej filii UW. W kampanii przed wyborami samorządowymi o pracy Kaczyńskiego na filii UW mówił kandydat PiS na prezydenta Białegostoku, poseł Jacek Żalek: „Przyjeżdżał tutaj jako młody doktor prawa z wykładami dla młodych białostoczan”.

Prof. Stanisław Prutis, były dziekan wydziału prawa UwB: – Dr Jarosław Kaczyński w drugiej połowie lat 70. pojawił się na wydziale ekonomiczno-administracyjnym naszej filii za sprawą dziekana prof. Andrzeja Stelmachowskiego. Prof. Stelmachowski chciał mu dać przeżyć, bo za działalność opozycyjną w stolicy nie był mile widziany. Pracował na wydziale na pełnym etacie. Przyjeżdżał z Warszawy raz na tydzień lub dwa. Specjalizował się w teorii państwa i prawa.

Profesorowie Kudrycka i Prutis: – Obok Kaczyńskiego na zdjęciu stoją doktorzy z wydziału: dr Stefan Iwanowski oraz nieżyjący dr Jerzy Mieszkowski i dr Włodzimierz Zakrzewski [pierwszy od lewej].

Kim jest dziewczyna z papierowym kwiatem, nie wiedzą.

Prof. Prutis jest pewien: – To zdjęcie było zrobione na ówczesnym dziedzińcu wydziału ekonomiczno – administracyjnego przy ul. Mickiewicza, potem zabudowanym, gdzie mieści się od lat wydział prawa UwB.

Nie ma jednak pewności co do autentyczności zdjęcia: – 1 Maja to był dzień wolny od pracy. Wątpliwe, żeby dr Kaczyński miał przyjechać z tej okazji specjalnie do Białegostoku.

A może to Pogonalia?

Stefan Iwanowski jest jednak pewien, że takie zdjęcie było robione. Być może jednak nie przed 1 Maja, ale przy okazji Pogonaliów (białostockich juwenaliów). Pracownicy białostockiej filii UW na pochody pierwszomajowe nie chadzali z kokardami.

Prof. Kudrycka zauważa jednak: – Pogonalia były w drugiej połowie czerwca, a oni wszyscy na tym zdjęciu są ubrani jakby to był przełom kwietnia i maja.

Oda do Kaczyńskiego. „O Jarosławie Wielki, władco dusz Polaków”

Jeden z pracowników naukowych wydziału ekonomiczno-administracyjnego białostockiej filii UW z końca lat 70., proszący o anonimowość: – Nawet gdyby Kaczyński w tamtych czasach szedł w pierwszomajowym pochodzie, to co takiego? Nie było na uczelni entuzjazmu dla pochodów, ale się szło, bo trzeba było. Dopiero po powstaniu „Solidarności”, a zwłaszcza po wprowadzeniu stanu wojennego bojkot pochodów stał się jasną polityczną deklaracją. Czy Kaczyński na tym zdjęciu jest z kokardą czy bez, czy go doklejono, czy nie, czy było to przed 1 Maja, czy przy innej okazji, to wszytko nie ma znaczenia. Bo i tak nie ma to znaczenia dla PiS-owskiego ludu. Nie rozumiem więc, dlaczego dr Kaczyński wstydzi się tego zdjęcia.

W liście do członków PO i wyborców Koalicji Obywatelskiej Grzegorz Schetyna przekonuje, że choć wynik wyborczy jest daleki od ambicji, wcale nie jest taki zły. Bo Platforma jeszcze w 2016 roku miała mniej niż 10 proc. w sondażach i musiała mierzyć się z całym państwowym aparatem.

„Dzięki waszej mobilizacji i walce opozycja ma większość w Senacie. W wyborach do Sejmu Koalicja Obywatelska, której jesteśmy trzonem, przekonała do siebie ponad 5 milionów Polaków i Polek. To dużo więcej głosów niż w 2015 roku zdobyły wspólnie PO i Nowoczesna” – pisze do wyborców Schetyna.

W liczbach bezwzględnych Schetyna ma rację, ale jeśli popatrzymy na wynik procentowy – już nie. W 2015 roku na Platformę zagłosowało 24,09 proc. wyborców, a na Nowoczesną – 7,6. W ostatnich wyborach Koalicja Obywatelska, poszerzona jeszcze m.in. o Inicjatywę Polską i Zielonych, zdobyła 27,4 proc. Wyższa niż w 2015 roku liczba głosów to zasługa wysokiej frekwencji.

Platforma w trudnej sytuacji

Przewodniczący PO przypomina, że w 2016 roku PO spadła w sondażach poniżej 10 proc. „Opozycja wydawała się wielu bezsilna, a władza Kaczyńskiego wszechmocna. Przez te 4 lata udało nam się odzyskać zaufanie milionów Polaków, częściowo powstrzymać niszczenie sądów, usunąć m.in. skompromitowanego marszałka Sejmu, wreszcie – zbudować szeroką współpracę opozycji. To, że po wyborach europejskich nie udało się utrzymać wielkiej koalicji opozycji, nie było naszą decyzją” – pisze Schetyna. I znów ma rację tylko częściowo. Z Koalicji Europejskiej odeszło Polskie Stronnictwo Ludowe, ale Sojusz Lewicy Demokratycznej chciał w niej pozostać. Akces zgłosiła także Wiosna Roberta Biedronia, ale Platforma zdecydowała inaczej.

„W tej sytuacji wyników wyborów, choć są dalekie od naszych ambicji, nie oceniajmy źle” – przekonuje szef PO. I wymienia, w czym PiS miał przewagę: kampania nie była demokratyczna, a partia Jarosława Kaczyńskiego wykorzystała państwowe media. Powołuje się na opinię misji OBWE, która stwierdziła, że „bardzo niepokojąca była stronniczość mediów i retoryka oparta na nietolerancji” a także, że „wyżsi urzędnicy państwowi wykorzystywali wydarzenia finansowane z publicznych pieniędzy do kreowania kampanijnego przekazu”.

Schetyna opowiada także, jakie ma plany na przyszłość jako szef PO. To utrzymanie przewagi opozycji w Senacie (ma 51 głosów, licząc senatorów SLD, PSL i niezależnych, a PiS – 49, w tym jedną senator niezależną), zwycięstwo w wyborach prezydenckich, a na koniec „odebranie Kaczyńskiemu władzy”.

„Jesteśmy najsilniejszą formacją opozycyjną. Jedyną, której Kaczyński się naprawdę boi. Dlatego to przeciw nam będzie skierowana cała propaganda, zastraszanie, szantaże i korupcyjne oferty. Nasz przeciwnik będzie wykorzystywał każdy nasz błąd. Musimy zachować jedność, a dzięki niej sprawczość polityczną” – pisze Schetyna.

Czy Schetyna utrzyma stanowisko?

Przewodniczący PO po przegranych wyborach europejskich i parlamentarnych znalazł się w ogniu krytyki. Atakują go partyjni koledzy i koleżanki.

– Grzegorz Schetyna ma swoje talenty i dobrze byłoby, gdyby z tymi talentami pracował na rzecz Platformy. Ale trzy razy przetestował się w procesie wyborczym – ostatnie dwa razy w wariancie „wszyscy razem i każdy oddzielnie” – i w obu przegraliśmy. To moim zdaniem znaczy, że z tym liderem wyborów z PiS-em nie wygramy – powiedziała Joanna Mucha w wywiadzie dla „Kultury Liberalnej”.

Również Borys Budka w rozmowie z „Wyborczą” nie wykluczył, że zgłosi swoją kandydaturę w wyborach na szefa PO, które mają odbyć się w styczniu. Niektórzy działacze sugerują, że data wyborów jest za późna: że nowemu przewodniczącemu trzeba dać więcej czasu przed wiosennymi wyborami prezydenckimi.

Niekiedy jedna osoba wystarczy, by tchnąć ducha w ogromny ruch, a czasem same jej słowa wysłuchane kilka dekad później; niekiedy parę gorąco zaangażowanych osób inicjuje masowy ruch, a zmiana nadchodzi niczym zmiana pogody.

Rebecca Solnit – ur. w 1961 r., amerykańska eseistka, historyczka. Napisała kilkanaście książek z pogranicza antropologii, filozofii i polityki, m.in. „Zew włóczęgi. Opowieści wędrowne”, „Storming the Gates of Paradise: Landscapes for Politics”, „A California Bestiary”, „Nonstop Metropolis: A New York City Atlas”

Miesiąc przed upadkiem muru berlińskiego niemal nikt nie przewidywał, że radziecki blok wschodni ulegnie gwałtownemu rozpadowi (na skutek działania wielu czynników, w tym olbrzymiego nacisku ze strony społeczeństwa obywatelskiego, które wyrzekało się przemocy działań bezpośrednich i napędzane było nadzieją samoorganizacji), podobnie jak nikt, nawet sami uczestnicy tych wydarzeń, nie przewidział znaczenia arabskiej wiosny, ruchu Occupy Wall Street i wielu innych potężnych zrywów. Nie wiemy, co się wydarzy, w jaki sposób ani kiedy, i właśnie owa niepewność jest siedliskiem nadziei. Ci, którzy powątpiewają w wagę tego typu zajść, powinni docenić przerażenie, jakie wywołują one wśród władz i elit.

Ich strach bierze się stąd, że zdają one sobie sprawę, że władza ludu jest na tyle realna, by obalać reżimy i zmieniać warunki umowy społecznej. I często to czyni. Niekiedy nasi wrogowie wiedzą to, w co uwierzyć nie potrafią nasi przyjaciele.

Ci, którzy lekceważą te zajścia, uznając je za niedoskonałe, ograniczone czy niedostateczne, powinni przyjrzeć się bliżej temu, jaka radość i nadzieja z nich biją i jakie rzeczywiste zmiany przynoszą, nawet gdy nie zawsze są one oczywiste.

Mogę kogoś uratować

Jeśli się uprzemy, możemy widzieć świat jako miejsce pełne wad i niedomagań. Z pomocą przyjść może analogia, która dodaje mi otuchy: w trakcie katastrofy wywołanej przez huragan „Katrina” setki właścicieli łodzi rzuciło się na ratunek ludziom – samotnym matkom, dzieciom, dziadkom – uwięzionym na strychach, chroniącym się na dachach, na osiedlach komunalnych, w szpitalach i budynkach szkolnych. Nikt nie mówił: „Nie dam rady ocalić wszystkich, w związku z tym wszystko na nic; dlatego moje starania są daremne i bezwartościowe” – choć wiele osób tak właśnie powiedziałoby o bardziej abstrakcyjnych kwestiach, w których przecież stawką są życie, istnienie miejsc, kultury, gatunków czy praw. Dostawali się tam na łódkach rybackich, wiosłowych czy pirogach, niektórzy przybywali z tak odległych miejsc jak Teksas, przedostając się nielegalnie do miasta, by dotrzeć z pomocą, inni, sami będąc uchodźcami, nieśli pomoc na terenie miasta. Uruchomiono doraźny bezpośredni transport łodziowy – osławioną Marynarkę Cajun – ciągnący w stronę miasta już dzień po przerwaniu wałów.

Nikt z tych ludzi nie powiedział wówczas: „Nie mogę uratować wszystkich”. Wszyscy zaś mówili: „Mogę kogoś uratować, więc będę ryzykować życie i przeciwstawię się władzom, by móc to zrobić”.

Zmiana rzadko jest czymś prostym. Niekiedy jest tak złożona, jak twierdzi teoria chaosu, i tak powolna jak ewolucja. Nawet to, co zdaje się wydarzać nagle, kiełkuje z nasion od dawna spoczywających w uśpieniu. Samobójstwo młodego człowieka może wywołać powstanie rozpalające kolejne powstania. Jednak sam ten incydent był jedynie iskrą, a ogień, który rozniecił, rozgorzał na stosie przygotowanym przez sieć działaczy, a także przez ideę obywatelskiego nieposłuszeństwa i głębokie pragnienie sprawiedliwości oraz wolności istniejące wszędzie.

Warto zadać sobie pytanie nie tylko o to, jakie długoterminowe skutki przyniosły owe zrywy, lecz również o to, czym były, póki trwały. To, że ludziom przyszło żyć w świecie, w którym część nadziei się urzeczywistniła, w którym panuje radość, a niektóre granice między jednostkami i grupami zostały zatarte, choćby tylko na godzinę, na jeden dzień, na parę miesięcy, nie jest bez znaczenia. Wspomnienia momentów radości mogą stać się dla nas busolą.

Całkowite zwycięstwo nigdy nie nadejdzie

Wspomnijmy słowa Paula Goodmana: „Załóżmy, że twoja strona zwyciężyła i że żyjesz w społeczeństwie, którego zawsze pragnąłeś. Jak byś wówczas żył? Zacznijmy już teraz tak właśnie żyć!”. Opowiadamy się w ten sposób za drobnymi i doraźnymi zwycięstwami i za częściowymi sukcesami, gdy brakuje zwycięstw ostatecznych i pełnych, a być może są one niemożliwe. Całkowite zwycięstwo zawsze wydawało się świeckim odpowiednikiem raju: miejsca, gdzie wszelkie problemy zostają rozwiązane koszmarnie nudną pustynią.

Absolutyści ze starej lewicy wyobrażali sobie, że takie zwycięstwo będzie całkowite i trwałe, co jest równoznaczne ze stwierdzeniem, że zwycięstwo nigdy nie nadejdzie. Tymczasem jest ono, faktycznie, bardziej niż możliwe. Zwycięstwa wydarzały się bowiem już na niezliczone sposoby, małe i duże, często stopniowo, inaczej jednak, niż przewidywano. Zwycięstwa czasem przemykają niezauważone. O wiele łatwiej nam rozpoznać porażkę.

Od czasu do czasu rodzą się nowe możliwości. W takich momentach ludzie stają się członkami pewnego „my”, które wcześniej nie istniało, w każdym razie nie jako jedność obdarzona mocą sprawczą, tożsamością i siłą do działania; wyłaniają się wówczas niespodzianie nowe możliwości.

Niekiedy ziemia grzebie w sobie takie chwile i nie widać, by miały poważniejsze konsekwencje; niekiedy zaś ideologie zrzuca się niczym kajdany. Nie sposób jednak przewidzieć tego, co nadejdzie.

Olbrzym tylko drzemie

Społeczeństwo można porównać do pogrążonego we śnie olbrzyma; gdy się budzimy, nie jesteśmy już tylko publicznością: stajemy się społeczeństwem obywatelskim o nadludzkiej sile, którego pokojowe metody niekiedy, przez krótką, acz pełną blasku chwilę, okazują się o wiele potężniejsze aniżeli przemoc, potężniejsze od reżimów i armii. Niemniej z oczywistych powodów wszystko, czym karmią nas ogólnodostępne środki przekazu, sugeruje, że opór stawiany przez lud jest czymś żałosnym, bezcelowym, a niekiedy wręcz przestępstwem, o ile nie jest oglądany z oddali, nie należy do zamierzchłej przeszłości, a najlepiej jedno i drugie. Ludzie zaprzedani instytucjom żarliwie wierzą, że dzierżą władzę, która coś znaczy. Oto siły, które wolałyby nie budzić tego olbrzyma.

Zawsze jest za wcześnie, by wycofać się w domowe zacisze. I zawsze jest za wcześnie, by przewidzieć skutki własnych działań. Natknęłam się na anegdotę opowiedzianą przez kogoś z Women Strike for Peace, pierwszego masowego amerykańskiego ruchu przeciw broni jądrowej. Ruch ten przyczynił się do ogromnego zwycięstwa: podpisania w 1963 r. układu o zakazie prób w atmosferze, w przestrzeni kosmicznej i pod wodą, dzięki czemu udało się doprowadzić do zakończenia prób z bronią jądrową na lądzie, odpowiadających za radioaktywny opad, którego ślady zaczęły pojawiać się w mleku matek i w zębach ich dzieci. (WSP przyczynił się do upadku House Un-American Activities Committee [HUAC], ówczesnego odpowiednika Departamentu Bezpieczeństwa Krajowego USA. Uczestniczki ruchu wcieliły się w rolę gospodyń domowych i wystawiły na pośmiewisko prowadzone przez HUAC antykomunistyczne przesłuchania).

Jedna z kobiet należących do WSP opowiadała, jak czuła się głupia i niepotrzebna, gdy pewnego poranka protestowała w deszczu przed Białym Domem.

Kilka lat później usłyszała dr. Benjamina Spocka, który stał się znanym orędownikiem rozbrojenia. Mówił, że przełomowy dlań moment nastąpił, gdy zauważył grupkę kobiet tkwiących w deszczu przed Białym Domem. Skoro one są tak żarliwie zaangażowane w tę sprawę – pomyślał – sam powinien poświęcić jej więcej uwagi.

Historia to krab kroczący na boki

Myślenie w kategoriach przyczyn i skutków zakłada, że historia posuwa się naprzód, ale historia to nie armia. To krab kroczący na boki, kropla wody drążąca skałę, trzęsienie ziemi przerywające wielowiekowe napięcia. Niekiedy jedna osoba wystarczy, by tchnąć ducha w ogromny ruch, a czasem same jej słowa wysłuchane kilka dekad później; niekiedy parę gorąco zaangażowanych osób inicjuje masowy ruch, a zmiana nadchodzi niczym zmiana pogody.

Wszystkie te sytuacje łączy to, że poczęły się w wyobraźni, zrodziły się z nadziei. Pokładanie w czymś nadziei przypomina grę hazardową. Stawianie na przyszłość, na możliwość, że otwarte serca i niepewność są lepsze niż przygnębienie i poczucie bezpieczeństwa.

Nadzieja domaga się działania

Nadzieja nie przypomina kuponu na loterię, który można kurczowo ściskać w dłoni, siedząc wygodnie na kanapie i spodziewając się szczęśliwego trafu. Nadzieja to siekiera, którą rozrąbuje się drzwi w sytuacji nagłej konieczności, bo nadzieja powinna nas wypychać za drzwi, bo musicie dać z siebie wszystko, by wytrącić przyszłość z kolein wiodących ku niekończącej się wojnie, ku unicestwieniu całej planety, jej bogactw i skarbów, i ku uciskowi biednych i zmarginalizowanych. Nadzieja oznacza po prostu, że inny świat jest możliwy, a nie że jest ziemią obiecaną, bowiem jego nadejścia nic nie gwarantuje.

Nadzieja domaga się działania; działanie nie jest możliwe bez nadziei. Zdarzyć się może wszystko, a to, czy działamy, czy stoimy bezczynnie, ma ogromne znaczenie.

Choć brak kuponów na loterię dla leniwych i tkwiących w zobojętnieniu, zaangażowani mają szansę na wielką wygraną. Mówię wam to nie dlatego, że uważam, by Stany Zjednoczone stanęły na skraju zniszczenia swych rzekomych wartości, że nasza cywilizacja bliska jest unicestwienia przyrody, od której pozostajemy zależne i zależni – oceanów, atmosfery, niezliczonych gatunków roślin, owadów i ptaków.

Mówię to dlatego, że zauważyłam, co następuje: wojny wybuchną, planeta się ogrzeje, gatunki wymrą, jednak to, jak wiele wojen, o ile stopni i które gatunki uda się ocalić, zależy od tego, czy podejmiemy jakieś działania.

Dworczyk za oszustwa też powinien być zamknięty

Z PiS można było wygrać i należało

Wyraźnie daje się wyczuć kryzys PiS-u jako „wiodącej siły Narodu”. Natomiast musimy poczekać ze stwierdzeniem, że sytuacja zmieniła się radykalnie. Podstawowy fakt jest taki, że PiS dalej ma 235 głosów – tyle, ile miał. Jak widzieliśmy przez ostatnie 4 lata, to pozwoliło im, wbrew silnym protestom społecznym, podporządkować sobie TK, prokuraturę, w dużej mierze przeprowadzić zmiany upolityczniające wymiar sądowniczy i zmienić media publiczne w propagandową tubę – mówi dr Jacek Kucharczyk, prezes Instytutu Spraw Publicznych. Rozmawiamy o powyborczej rzeczywistości, ale też o możliwych scenariuszach na przyszłą kadencję. Pytamy też, jak na polityczną rzeczywistość może wpłynąć postawa szefa NIK. – Do tej pory ta „skuteczność” prezesa była istotnym motywem poparcia dla partii władzy. Teraz gdy prezes domaga się bezskutecznie dymisji od osoby, którą on sam na to stanowisko w państwie wstawił, jego autorytet zostanie nadwyrężony, co może zachęcić innych graczy w ramach obozu rządzącego do silniejszego stawiania się prezesowi – mówi

JUSTYNA KOĆ: Mimo że PiS wybory do Sejmu wygrał, to sytuacja tej partii w tym rozdaniu zmieniła się radykalnie?

JACEK KUCHARCZYK: Wyraźnie daje się wyczuć kryzys PiS-u jako „wiodącej siły Narodu”. Natomiast musimy poczekać ze stwierdzeniem, że sytuacja zmieniła się radykalnie. Jestem sceptyczny co do tego stwierdzenia, bo wcześniejsze kryzysy, które sam uważałem za potencjalne game changery, jak dwie wieże czy sprawa „pancernego Mariana”, nie zmieniały sytuacji.

Podstawowy fakt jest taki, że PiS dalej ma 235 głosów – tyle, ile miał. Jak widzieliśmy przez ostatnie 4 lata, to pozwoliło im, wbrew silnym protestom społecznym, podporządkować sobie TK, prokuraturę, w dużej mierze przeprowadzić zmiany upolityczniające wymiar sądowniczy i zmienić media publiczne w propagandową tubę.

NAPIĘCIA W PIS SĄ WIDOCZNE GOŁYM OKIEM – SŁABY WYNIK W SENACIE I BRAK WIĘKSZOŚCI SEJMOWEJ POZWALAJĄCEJ NA ZMIANĘ KONSTYTUCJI, NA CO BYŁ APETYT. BRAK TEŻ WIĘKSZOŚCI POZWALAJĄCEJ NA ODRZUCENIE PREZYDENCKIEGO WETA, CO JEST WAŻNE W ŚWIETLE NADCHODZĄCYCH WYBORÓW. WAŻNE SĄ LICZBY – PRAWIE 9 MLN DLA DEMOKRATYCZNEJ OPOZYCJI I 8 MLN DLA PIS-U.

W samym PiS-ie czy raczej Zjednoczonej Prawicy też mamy napięcia wewnętrzne. To de facto koalicja 3 partii, z których dwie mniejsze odniosły względny sukces i mogą sprawić Kaczyńskiemu wiele kłopotów.

Obaj koalicjanci – Gowin i Ziobro – widząc swoją silniejszą pozycję licytują wyżej. A bez tych partii PiS traci większość. To zachwieje monolitem na prawicy?
PiS traci większość bez tych partii i to jest niewątpliwie kłopot dla Kaczyńskiego, bo wobec nowego układu sił będą żądać dla siebie coraz więcej. Ziobro już teraz ma silną pozycję, bo kontrolując prokuraturę, już ma w ręku losy śledztwa w sprawie dwóch wież, czyli w zasadzie ma też mocne argumenty w stosunku do samego prezesa. Gowin z kolei może kwestionować PiS-owską politykę socjalną, a jak wiemy, sukces PiS-u w dużej mierze oparty jest właśnie na transferach socjalnych, na które teraz potrzeba pieniędzy, na przykład od przedsiębiorców, których Gowin chce bronić przed wzrostem danin.

Trzeba zauważyć jednak, że z drugiej strony to hipotetyczne wyjście Gowina nie spowoduje, że pojawi się alternatywa dla rządów PiS-u. Trudno mi sobie wyobrazić większość parlamentarną z Lewicą, PSL-em i Gowinem. Opozycja jest zbyt pluralistyczna, żeby w tej chwili stworzyć realną większość rządzącą z uciekinierami ze Zjednoczonej Prawicy. W najlepszym przypadku możemy mieć więc do czynienia z pęknięciem w obozie władzy, co być może w jakimś momencie doprowadzi do przyśpieszonych wyborów parlamentarnych.

MOŻNA TEŻ SOBIE WYOBRAZIĆ, ŻE PO PRZEGRANYCH PRZEZ PRAWICĘ WYBORACH PREZYDENCKICH DOJDZIE DO ROZŁAMU.

Ziobro i Gowin to nie jedyne problemy Kaczyńskiego. Kolejnym jest Marian Banaś, który wbrew prezesowi pozostaje na stanowisku szefa NIK-u i zaczyna pracę. To duży problem dla prezesa?
To poważna prestiżowa porażka. Ja bym zaczekał jednak, aby zobaczyć, jaki będzie wpływ na opinię publiczną tego nieposłuszeństwa pancernego Mariana. Ta sytuacja może też uruchomić dalsze procesy dekompozycyjne władzy, np. konflikty służb specjalnych, o których się teraz mówi. Jednak w czasie wyborów afera Banasia PiS-owi nie zaszkodziła i być może PiS połknie tę żabę i przejdzie nad szefowaniem Banasia w NIK do porządku dziennego. To będzie oczywiście kolec, który będzie uwierał, ale niekoniecznie musi wywołać jakiś głębszy kryzys poparcia dla władzy.

PiS nieraz wychodził z poważnych kryzysów obronną ręką. Już słyszymy pana Brudzińskiego, że Banaś nie był z PiS-u, co oczywiście może wydawać się śmieszne, ale do tej pory ta strategia rozbrajania przez zaprzeczanie oczywistościom była dla tej partii skuteczna.

Czy to jednak nie podkopie pozycji Kaczyńskiego? Do tej pory zawsze jak wkraczał prezes, to wszyscy kładli po sobie uszy. Był wodzem, który w razie potrzeby doprowadzał do porządku „rozhulanych bojarów”, a tu nagle któryś z nich jawnie pokazał prezesowi gest Kozakiewicza.
Tu zgadzam się, że to może okazać się wizerunkowym problemem nie tylko PiS-u, ale i samego Kaczyńskiego. Do tej pory ta „skuteczność” prezesa była istotnym motywem poparcia dla partii władzy. Teraz gdy prezes domaga się bezskutecznie dymisji od osoby, którą on sam na to stanowisko w państwie wstawił, jego autorytet zostanie nadwyrężony, co może zachęcić innych graczy w ramach obozu rządzącego do silniejszego stawiania się prezesowi. Jak wspomnieliśmy, takich

GRACZY, KTÓRZY MOGĄ PRÓBOWAĆ SIĘ USAMODZIELNIĆ, JEST CO NAJMNIEJ KILKU. TO ZIOBRO, GOWIN, ALE I BYĆ MOŻE MORAWIECKI CZY MACIEREWICZ, KTÓREGO WYNIK WYBORCZY TEŻ WZMOCNIŁ I KTÓRY NIEKONIECZNIE W KAŻDEJ KWESTII BĘDZIE SZEDŁ NA SZNURKU PREZESA.

Opozycja też ma swoje kłopoty. W PO toczy się debata nad przywództwem Schetyny, w Senacie z kolei widać już tarcia co do wyboru marszałka. Czy opozycja nie zmarnuje tego zwycięstwa?
Niewątpliwie jest problem na opozycji. Wynik KO jest rozczarowujący, nawet w świetle celów, które stawiał sobie sam Grzegorz Schetyna, czyli zdobycia co najmniej 30 procent głosów. Koalicja dostała mniej mandatów, niż w bardzo trudnym roku 2015, a to znaczący sygnał. Gdy patrzy się na nowych pozyskanych wyborców, to z całej opozycyjnej trójcy KO wypadła najsłabiej, czyli najmniej wykorzystała wysoką frekwencje wyborczą. To poważny problem, bo jednocześnie KO czy PO pozostaje największą siłą opozycyjną i na niej spoczywa de facto odpowiedzialność nie tylko za własny los, ale także – nie waham się powiedzieć – polskiej demokracji. Słaba KO to przedłużenie rządów PiS przez braku realnej alternatywy. Jest pytanie o wizerunek, o dalsze przywództwo i o jasny klarowny program. Sporo już powiedziano o słabości programu KO, o zmienianiu haseł w trakcie kampanii oraz o tym, że bardzo dobry ruch z nominowaniem Kidawy-Błońskiej przyszedł zbyt późno i nie był konsekwentnie realizowany. Wiele osób miało problem ze zrozumieniem, jaka faktyczna zmiana idzie za tą nową twarzą.

JA NIE WIDZĘ ALTERNATYWY DLA KOALICJI JAKO WIODĄCEJ SIŁY OPOZYCYJNEJ, ALE JEDNOCZEŚNIE JAKO NA NAJWIĘKSZYM UGRUPOWANIU SPOCZYWA NA NIEJ NAJWIĘKSZA ODPOWIEDZIALNOŚĆ ZA LOSY DEMOKRATYCZNEJ OPOZYCJI.

Czy opozycja dogada się w sprawie wyboru marszałka?
Sytuacja, kiedy są inne od KO, niezależne podmioty w opozycji wymaga zupełnie innego podejścia, opartego na dialogu. Senat to wyzwanie. Dla mnie Bogdan Borusewicz jest oczywistym kandydatem ze względu na staż w Senacie i jego przeszłość polityczną, ale to nie jest oczywiste dla innych sił politycznych na opozycji i o tym trzeba z nimi rozmawiać. Nie wolno postawić wszystkich senatorów i sił politycznych przed ultimatum. Tu potrzebny jest kompromis.

Martwi mnie też to, że KO wciąż nie jest w stanie znaleźć swojego języka w kwestii wartości w polityce. PiS zrobił z kwestii wartości młot na opozycję, mam na myśli retorykę obrony rodziny, polskości i Kościoła. Co ważne, badania pokazują, że społeczeństwo robi się coraz bardziej otwarte w tych sprawach, czyli ewoluuje w kierunku dokładnie odwrotnym, niż PiS chce nas popychać.

Z badań, które robiliśmy w Instytucie w ramach międzynarodowego projektu Voices on Values (http://voicesonvalues.dpart.org), wynika, że

W POLSCE (PODOBNIE JAK W INNYCH KRAJACH) JEST DUŻA GRUPA OSÓB, KTÓRYM BLISKIE SĄ ZARÓWNO WARTOŚCI SPOŁECZEŃSTWA OTWARTEGO, JAK I ZAMKNIĘTEGO. ONI PO CZĘŚCI PODZIELAJĄ WARTOŚCI, KTÓRE PROMUJE PIS, A PO CZĘŚCI WARTOŚCI LIBERALNE. TA GRUPA JEST DO WZIĘCIA, TYLKO TRZEBA MÓWIĆ DO NICH JASNO O TYCH WARTOŚCIACH, A NIE UCIEKAĆ OD DYSKUSJI.

Nie wolno mówić, że edukacja seksualna, prawa mniejszości seksualnych czy aborcja to tematy zastępcze. Trzeba o tym wprost mówić do swoich i potencjalnych wyborców. Same elektoraty KO i Lewicy są pod względem wartości społecznych do siebie zbliżone i różnią się od wyborców PiS.

Moim zdaniem, większość wyborców KO jest o wiele bardziej liberalna, niż byśmy mogli przypuścić ze stwierdzeń polityków koalicji czy składu list wyborczych, na których znalazło się szereg bardzo konserwatywnych osób. Ucieczka od zajęcia jasnego stanowiska w takich kwestiach, chociażby poprzez wyjmowanie kart do głosowania przy tej absurdalnej uchwale o tym, jak to prześladuje się w Polsce Kościół katolicki, jest oddawaniem pola PiS-owi. Tutaj opozycja musi znaleźć własny język i mówić wyraźnie o wartościach, a nie rejterować czy „małpować” Kaczyńskiego, próbując pozyskać wyborców, mówiąc jego językiem. To już, moim zdaniem, jest grzech śmiertelny, bo się w ten sposób jedynie uwiarygadnia tę reakcyjną narrację PiS-u.

Więcej >>>

Dla Polski w czasie zarazy PiS nie jest groźny symetryzm, ale dupowatość.

Kmicic z chesterfieldem

„Mamy takiego swojego Jankowskiego teraz, w naszych czasach” – oznajmiła na antenie TOK FM posłanka opozycji Joanna Scheuring-Wielgus w rozmowie Piotrem Kraśko. – „To jest ksiądz Dymer ze Szczecina, który ma powiązania ze wszystkimi politykami, od prawa po Platformę Obywatelską, a który robi rzeczy niewyobrażalne, jeśli chodzi o przestępstwa seksualne. Jest cały czas kryty przez władzę, przez polityków, przez biznesmenów ze Szczecina. Musimy o tym mówić” – oświadczyła.

O duchownym pisała także szczecińska „Gazeta Wyborcza”, ujawniając, że prokuratura wszczynała śledztwa dwukrotnie. Oba zostały umorzone. Także kilkuletni proces, do którego w końcu doszło, zakończył się uniewinnieniem duchownego.

Polityczka zapowiedziała, że w tej sytuacji powoła zespół parlamentarny, który będzie zajmować się Kościołem. – „Mogę zagwarantować, że to będzie jeden z głównych tematów, którymi się zajmę” – zapewniła.

Przy okazji nawiązała do toczącej się obecnie w Sejmie debaty na temat edukacji seksualnej, zwracając uwagę

To ona apelowała w Sejmie, by odrzucić obywatelski projekt…

View original post 2 064 słowa więcej