Morawiecki jest konsekwentny w zakłamywaniu

Budżet na 2020 r. został ogłoszony przez rząd budżetem bez deficytu. Owszem – stwierdził prof. Leszek Balcerowicz, były wicepremier i minister finansów – ale będzie takim jednorazowo. Jak zauważył gość „Faktów po Faktach” w TVN24, „pan Morawiecki jest konsekwentny w zakłamywaniu. Mówi tylko o wycinku, który nazywany jest budżetem państwa, ale nie obejmuje samorządów, ZUS-u, itd. W tym przypadku za część „sukcesu” zapłacą samorządy, które będą miały mniej środków na przykład na inwestycje czy łatanie subwencji oświatowej”.

Jak czytamy w portalu Money.pl, w projekcie przyjęto prognozę dochodów państwa na 429,5 mld zł, a po stronie limitu wydatków wpisano dokładnie taką samą kwotę, co oznacza budżet zrównoważony.

Zdaniem Balcerowicza, możliwość ogłoszenia zrównoważonego budżetu to dla PiS „wygrana na loterii”. – Pada sugestia, że ten budżet się będzie równoważył na zawsze, co jest oszustwem. W tym budżecie są jednorazowe wpływy, w okolicach 19 mld zł, co się już nie powtórzy – tłumaczy.

Balcerowicz podkreśla, że jeśli nadejdzie stopniowe spowolnienie gospodarcze, to w Polsce dojdzie to powrotu do zadłużenia. Jeśli jednak kryzys będzie głębszy, to na taki scenariusz jesteśmy już „kompletnie nieprzygotowani”. Apeluje, aby na rządy PiS trzeba spojrzeć w całości. Wcześniej „żaden z rządów tak drastycznie nie atakował sądów, ani tak drastycznie nie używał prokuratur”. Swoją wypowiedź podsumował stwierdzeniem, że działania rządzącej partii są nieprzyzwoite i W działaniach partii rządzącej dostrzega „pogardę dla ludzi”.

PiS to, co najgorsze. To ludzie gorszego moralnego i intelektualnego sortu. To takie pokraki, jak ów Pokrak z „Pulp Fiction”. Pokrak Kaczyński i Pokrak Morawiecki.

Kmicic z chesterfieldem

>>>

Więcej >>>

„Tak działa kombajn nienawiści i hejtu. A w tajnej grupie atakującej mnie i moją rodzinę DWÓCH DYREKTORÓW SĄDÓW nominatów Z. Ziobry – dyr. Sądu Rejonowego w Inowrocławiu i dyr. Sądu Okręgowego w Bydgoszczy” – podsumował Krzysztof Brejza doniesienia gazeta.pl. Portal zamieścił fragmenty rozmów z 2018 r., które prowadzili działacze Solidarnej Polski i PiS z Inowrocławia na komunikatorze WhatsApp.

Administratorem tej grupy był Ireneusz Stachowiak, polityk Solidarnej Polski Zbigniewa Ziobry. Należeli do niej m.in. dwaj dzisiejsi dyrektorzy sądów: Karol Adamski (dyrektor Sądu Rejonowego w Inowrocławiu) oraz Szymon Kosmalski (zastępca dyrektora Sądu Okręgowego w Bydgoszczy). A także pracująca obecnie w Urzędzie Wojewódzkim w Bydgoszczy była redaktor naczelna wydawanego przez ratusz miesięcznika „Nasze Miasto Inowrocław” – Beata Zarzycka.

Według gazeta.pl, członkowie grupy publikowali komentarze i produkowali memy atakujące posła Brejzę. Jeden z nich napisał: – „Zrobię z niego [Krzysztofa Brejzy – przyp.] Misiewicza lepszego niż z Bartka Misiewicza zrobili”. Uczestników…

View original post 1 173 słowa więcej

 

Trolle PiS i trolle w sutannach

>>>

faktury”.

Paweł Reszka udawał księdza. Wszystko opisał w książce. „Piją, objadają się, kochają”

Rozmawiał z dziesiątkami duchownych o zakochaniu, seksie, lenistwie, krzywdzeniu dzieci. Mówili mu o swoich grzechach i słabościach. Chciał na własnej skórze przekonać się, co to znaczy być księdzem. Reporter Paweł Reszka założył sutannę i udawał duchownego. – To było okropne. Lubieżne uśmieszki, docinki. To nienormalne, że ksiądz w publicznym miejscu nie może się pojawić z kobietą – mówi Wirtualnej Polsce.

Jaką dedykację wpisałby pan księdzu, gdyby podszedł z książką?

Napisałbym, żeby wierzył w to, w co wierzył, gdy zaczynał posługę. Życzyłbym wytrwałości. Księża mają bardzo smutne życie.

Dlaczego?

Wydaje się nam, że są bliżej Boga, że mogą załatwić sprawy nie do załatwienia. Zapominamy jednak, że są zwykłymi ludźmi, takimi jak my. Z namiętnościami, pragnieniami, uczuciami, ale – w odróżnieniu od nas – nie mają z kimś się nimi dzielić. Zostają z tym sami. Potworne było dla mnie zrozumienie tego, że wieczór, noc jest dla nich czymś strasznym. To jedna wielka samotność.

Może stąd biorą się wszystkie ich grzechy, o których pan pisze? Nie mają przy sobie bliskiej osoby.

Nie chciałem ich rozliczać. Próbowałem ich zrozumieć. Oprócz wielu cnót, które mają, grzechy też ich dotyczą. Nieczystość, lenistwo, chciwość. Wielu z nich zaczyna od pychy. To się pojawia już w seminarium. Mają przeświadczenie, że muszą być słuchani, że są lepsi od innych. Tyle że kończy się zazwyczaj lenistwem, rezygnacją.

Spotkał pan księdza z pasją, powołaniem, bez grzechów, o których pan pisze?

Spotkałem wielu księży z pasją. Są bohaterami książki, ale każdy z nich jest też grzesznikiem. Jeden z księży poradził mi, żebym pytał wszystkich o to, jak się zakochiwali, gdy byli już w stanie duchownym. Przecież miłość dotyczy każdego z nas, a jeśli ktoś mówi, że nigdy się nie zakochał, to kłamie.

Jak mówili o miłości, zakochaniu?

Tak jak my. Są w tej kwestii zwykłymi ludźmi.

Ale obowiązuje ich celibat. Jest w nich wstyd, gdy o tym mówią?

To nie było łatwe, nakłonić dorosłego faceta, by powiedział jak spędza wieczory.

Zamieniliście się rolami i to pan był tym spowiadającym?

Może w pewnym sensie tak mnie traktowali. Chciałem usłyszeć, o czym rozmawiają w czterech ścianach plebanii. Jeden z nich powiedział mi, że gdyby to nagrać, to byłoby to samo, co u „Sowy i przyjaciół”. Przeklinają, piją, objadają się, kochają.

Na potrzeby książki założył pan sutannę, by samemu przekonać się, jak to jest być duchownym, obserwować reakcje ludzi.

Przede wszystkim czułem otaczającą mnie pustkę. Nikt nie chciał podejść, uśmiechnąć się, zagadać. Nawet ludzie wierzący, patrzący na mnie z sympatią zachowywali dystans. Chodząc w sutannie czułem, jakbym był otoczony polem siłowym, które odpycha innych. Zdałem sobie sprawę, że to strasznie ciężka robota.

Z pana książki wynika, że są księża, którzy pełnią posługę, a są niewierzący.

Zdarzają się tacy, którzy przestali wierzyć. Zacząłem się zastanawiać, jak funkcjonują. Jesteś dorosłym człowiekiem, pewnego dnia wchodzisz do kościoła i uświadamiasz sobie: „O, ku…a, już nie wierzę w Pana Boga!” I co dalej? W zasadzie taki ksiądz powinien wyjść i zrzucić te śmieszne ciuchy. Jednak po chwili włącza się lęk: „Zrzucę, wyjdę i jak się utrzymam, gdzie będę mieszkał, jak przyjmie to rodzina?” Więc zostają i traktują to jako zwykły zawód.

Są też tacy, którzy wierzą, ale jednocześnie łamią podstawowe zasady: celibat, przykazania kościelne.

Rozmawiałem w domu księży emerytów z duchownym, który przez 40 lat miał stałą partnerkę. Gdy związek się zaczął, sprawa dość szybko wyszła na jaw i przełożeni wysłali go za granicę, by wszystko przemyślał. Po powrocie nie potrafił z nią zerwać. Dostał więc ciche przyzwolenie przełożonych na ten związek, pod dwoma warunkami: muszą być dyskretni i nie mogą mieć dzieci. Ten ksiądz liczył na to, że na emeryturze wreszcie będzie mógł prowadzić normalne życie z kobietą. Tyle że ona zmarła na raka. I nawet po tylu latach razem nie był w stanie powiedzieć o niej: moja partnerka, moja ukochana. Nazywał ją „moją katechetką”. Sam przed sobą nie potrafił przyznać, że ją kochał. Nie potrafił wyrwać się z tego zakłamania.

Czasem jednak dzieci się zdarzają…

Ten duchowny nie miał dzieci, choć przyznał, że marzył o tym. Generalnie jest tak, że biskup woli nie wiedzieć. Ksiądz ma to załatwić tak, by nie było zgorszenia. Najczęściej jest przenoszony do parafii daleko od kobiety i dziecka. Zdarzali się jednak też tacy hierarchowie, którzy kazali księżom zdjąć sutannę i wychowywać dziecko.

Może problem rozwiązałoby zniesienie celibatu?

Na pewno zbliżałoby to kapłanów do życia normalnych ludzi. Tyle że dla hierarchii kościelnej byłoby to trudne do zaakceptowania. Wielu z księży ma nadzieję, że coś się zmieni w kwestii celibatu. Za większością argumentów w tej kwestii zazwyczaj stoi Ania, Justyna lub Kasia. Oni chcą po prostu normalnie żyć i kochać.

Ile zarabia ksiądz w Polsce?

W zwykłej, przeciętnej parafii 3-4 tysiące złotych. To nie jest dużo, ale z drugiej strony ksiądz ma zapewnione mieszkanie, meble, więc cała kwota jest dla niego. Zarabiają dodatkowo, gdy uczą religii. Są to zazwyczaj dobrze wykształcone osoby, które jednak nie wierzą, że poradziłyby sobie w normalnym świecie. Myślę, że żyją w pewnym oderwaniu od ludzkich spraw. Jeden z rozmówców zwracał mi uwagę: „Wiesz, że duchowni nie myją po sobie toalet? Duchowni są od innych spraw”. Z drugiej strony rozmawiałem z księdzem, który zaprosił mnie do swojego pokoju i zapytał: widzi pan tu łóżku? Nie widziałem. Powiedział, że śpi na podłodze, by pamiętał, po co tutaj jest. Księża często są dla siebie bardzo brutalni.

Ale też część z nich bagatelizuje takie sprawy jak pedofilia w Kościele.

Pedofilia i homoseksualizm są w tej książce, choć w ograniczonym zakresie. To nie jest dominujący problem Kościoła, choć hierarchia nie potrafi się z tym rozliczyć, a nawet kryje przestępców. Opisuję historię biskupa, który przyjeżdżał do seminarium i wybierał sobie chłopców, z którymi później spędzał czas. Jest to jednak niewielki ułamek duchowieństwa. Przeraża to, że przez lata Kościół milczał o tych grzechach.

Z drugiej strony pokazuje pan duchownych, którzy chcieli walczyć z pedofilią, ale ponoszą za to konsekwencje.

Duchowny z kurii biskupiej był świadkiem tego jak rozliczano księdza, o którym wszyscy wiedzieli, że lubi obcować z nieletnimi chłopcami. Osoba, która to weryfikowała, powiedziała, że nie zauważyła niczego złego poza tym, że ksiądz na powitanie całuje mężczyzn w usta. Całe grono przyjęło to ze spokojem. Mój rozmówca relacjonował, że aż się trząsł, bo prawda była powszechnie znana. Nagle rzucił do przełożonych: „Skoro wszystko jest w porządku, to na koniec pocałujmy się wszyscy w usta”.

Gdy pan chodził w sutannie, posunął się do prowokacji i zabrał na spacer kobietę. Jak reagowali przechodnie?

To było okropne. Lubieżne uśmieszki, docinki. To nienormalne, że ksiądz w publicznym miejscu nie może się pojawić z kobietą. Jeden z duchownych, opowiadał mi, że gdy był klerykiem w seminarium, przyjechała do niego w odwiedziny siostra. Nie chciał się z nią chować po pokojach, więc zabrał ją na spacer. Po powrocie wezwał go przełożony i przekazał, że dostał mnóstwo telefonów. Wierni skarżyli się, że ksiądz sieje zgorszenie. Gdy ksiądz wyjaśniał przełożonemu, że chciał zachować się uczciwie i transparentnie, dlatego wybrał spacer w publicznym parku, usłyszał, że nie liczy się uczciwość, a odbiór społeczny. Gdy skończyłem eksperyment, z wielką ulgą odwiesiłem sutannę w najdalszy kąt. To naprawdę ciężki brzemię, choć tylko się o to otarłem.

Schował pan sutannę, a pójdzie pan jeszcze do kościoła po tym, co usłyszał od księży?

Chodzę co niedziela do kościoła. Nie mogę się spowiadać, bo jestem rozwodnikiem i Kościół nie bardzo wie, co ze mną zrobić. A praca nad książką sprawiła, że Kościół jest dla mnie bardziej uczłowieczony, bliższy. Bardziej rozumiem księży i tę instytucję.

***

Książka „Czarni” Pawła Reszki trafi do księgarń 4 września nakładem wydawnictwa „Czerwone i Czarne”

Największym trollem w PiS jest Jarosław Kaczyński. Ten od „gorszego sortu, mord zdradzieckich, gestapo…”, itd.

Kmicic z chesterfieldem

Donald Trump odwołał swoją wizytę w Polsce. Oficjalną przyczyną jest huragan Dorian, który może na początku przyszłego tygodnia uderzyć we Florydę.

Amerykańscy dziennikarze zwracają jednak uwagę, że prezydent weekend spędza czas na prywatnym polu golfowym.

Biały Dom podkreśla, że prezydent w niedzielę uda się do Federalnej Agencji Zarządzania Kryzysowego. Donald Trump opuścił Biały Dom w piątek i udał się helikopterem do swojej rezydencji w Camp David w Maryland, a stamtąd helikopterm poleciał do posiadłości w Wirginii.

Prezydent umila sobie czas grając w golfa, ale są z nim eksperci, którzy śledzą trasę huraganu.

Według najnowszych prognoz „Dorian” zmierza na północ i przejdzie wzdłuż wybrzeża. Władze apelują do mieszkańców Florydy, aby nadal zachowali czujność. Ostrzegają też przed zagrożeniem inne stany.

Szanowny Panie…

View original post 2 115 słów więcej

 

Antykonstytucja PiS

Biorąc pod uwagę stosunek PiS do obecnie obowiązującej Konstytucji, jego filozofię polityki i programową faktyczną marginalizację funkcji jurydycznej ustawy zasadniczej, znacznie bardziej pasuje do PiS-u państwo bez Konstytucji – piszą prof. Zajadło i prof. Koncewicz. Uzasadniają dlaczego każda konstytucja pisana przez PiS będzie Antykonstytucją

Lekcja ostatnich czterech lat przynajmniej dla prawników jest jasna: PiS realizuje swoją własną wizję konstytucyjną, która w sposób diametralny odchodzi od podstawowych założeń konstytucjonalizmu liberalnego, do którego byliśmy przyzwyczajeni po 1989 roku. Dla ewentualnie zdegustowanych słowem „liberalnego” proponujemy zamiennie – „oświeceniowego”, w sensie historycznych ideowych korzeni współczesnego konstytucjonalizmu. 

Dla niektórych nasz tekst może się oczywiście stać łatwym celem ataku w tych wszystkich punktach, gdzie pojawia się słowo “liberalizm”. By uniknąć wszelkich wątpliwości – używając go nie mamy na myśli konkretnej doktryny politycznej, eksponujemy raczej jego etymologiczną podstawę – libertas, czyli wolność. Gdzieś w tle pobrzmiewa dalekie echo słów Cycerona z oratio pro Cluentioktórych istota jest kompletnie obca antykonstytucji: Wszyscy jesteśmy sługami praw, abyśmy mogli być wolni.

Dlaczego w tytule pojawia się słowo „konstytucja”, a nie „Konstytucja”? Całkiem świadomie. Nie chodzi bowiem o konkretną obowiązującą Konstytucję, lecz o konstytucję w ogóle jako pewien typ szczególnego aktu prawnego. Zbliżające się wybory parlamentarne stawiają bowiem na porządku dziennym pytanie o tak pojętą ustawę zasadniczą, gdyby PiS uzyskał w Sejmie i Senacie większość konstytucyjną.

Nie do końca wiemy, co aktualnie rządząca partia ma na myśli, kiedy mówi o konstytucji, ponieważ jej stosunek do obowiązującej Konstytucji jest – delikatnie mówiąc – ambiwalentny. 

W teorii konstytucjonalizmu już od dawna zwraca się uwagę, że konstytucja pełni różne funkcje – jednak

dla prawników najistotniejsza jest funkcja prawna chroniąca obywateli i wyznaczająca granice działania władzy.

Tę funkcję filozofia polityki PiS – oparta na idei pozakonstytucyjnego ośrodka decyzji politycznej – zdaje się traktować po macoszemu. Wydarzenia ostatnich dni potwierdziły jakby tę filozofię polityki – już bez ogródek przyznaje się, że oto istnieje w Polsce jakiś podmiot pozakonstytucyjny, będący niejako ostateczną instancją racjonalizacji wszelkich decyzji konstytucyjnych organów władzy. I że w PiS-owskiej wizji konstytucji jest to sytuacja normalna, czy wręcz pożądana.

Jeśli tak, to

może się okazać, że PiS mówiąc o konstytucji ma na myśli coś zupełnie innego niż to, co zakłada współczesna europejska kultura prawa.

Antykonstytucja. PiS jako doktryna

Budując swoją anty-Konstytucję PiS kieruje się dziesięcioma podstawowymi regułami. Ten antykonstytucyjny dekalog składa się na wyrafinowany projekt, który jednak z Konstytucją ma niewiele wspólnego. Raczej tworzy coś, co nazywamy w tym tekście Antykonstytucją.

Rację ma Kim Lane Scheppele, gdy pisze: “w momencie gdy mandat wyborczy i prawo są wykorzystywane w służbie nieliberalnego programu, mamy do czynienia z legalistycznym autorytaryzmem”.

Antykonstytucja jest ukoronowaniem takiego autorytarnego przewrotu ubranego w szaty prawa.

To ostatnie podlega bezlitosnej deformacji i instrumentalizacji w imię antykonstytucyjnej i niczym niekontrolowanej woli większości.

Po pierwsze, drastycznie zmienia się rola i rozumienie dokumentu konstytucyjnego: jego istotą nie jest już ochrona obywateli, ale odzwierciedlenie i  obrona unikalności państwa i narodu. Ten ostatni rozumiany jest w kategoriach stricte etnicznych. Konstytucja nie jest już dokumentem najwyższej rangi wyrażającym pewne uniwersalne zasady. Raczej staje się politycznym dokumentem wyrażającym reguły działania większości parlamentarnej “tu i teraz”.

Po drugie, rządy większości są uznane za świętość i ostateczne źródło legitymizacji prawa. Większość atakuje bezlitośnie konstytucjonalizm oparty na podstawowym założeniu, że zarówno wola rządzących, jak i narodu podlega konstytucyjnym ograniczeniom i musi się w tych ramach mieścić. Wola narodu wyrażona przez większość parlamentarną, staje się niczym nieograniczona. 

Po trzecie, prawo jest rozumiane jako wyraz politycznego działania danej większości i podlega wszechobecnej instrumentalizacji: prawo nie stanowi już elementu cywilizującego politykę, raczej prawo ma być polityce podporządkowane i być tak interpretowane, aby tym celom politycznym ślepo służyć. 

Po czwarte, zmienia się charakter konfliktu politycznego. Oponent polityczny nie jest już rywalem, którego w procesie demokratycznego dyskursu staramy się przekonać lub pokonać, nie kwestionując jednak w żadnym momencie jego legitymacji do rządzenia i patriotyzmu.

Obecnie polityczny przeciwnik staje się wrogiem, którego trzeba zniszczyć i który nie ma tytułu do reprezentowania ludzi. W imieniu narodu może przemawiać tylko ten, kto wywodzi się z jedynej słusznej opcji politycznej, ponieważ tylko on ma wyłączność reprezentacji. 

Po piąte, system “checks and balances” i podział władzy nie mają racji bytu, skoro to wola narodu, często rzekoma lub domniemana, jest decydująca.  

Po szóste, jednym z paradygmatów całego powojennego europejskiego konstytucjonalizmu, potwierdzonym w 1989 r., było ograniczenie władzy poprzez utworzenie silnego i niezależnego sądu konstytucyjnego. Ten paradygmat w Polsce po 2015 roku legł w gruzach.

Sąd konstytucyjny stał się instytucją fasadową, która dzisiaj jest wiernym sojusznikiem i przedłużeniem władzy wykonawczej. Polski trybunał konstytucyjny (pisownia z małej litery nie jest przypadkowa) jest parodią i wynaturzeniem idei konstytucjonalizmu.

Z dumnego kontrolera władzy został sprowadzony do poziomu instytucji serwilistycznej. Usłużność z jaką ten quasisąd realizuje program polityczny PiS i brak jakichkolwiek zahamowań tej partii w bezwzględnym tworzeniu spektakli konstytucyjnych, nie znajdują precedensu w historii współczesnego konstytucjonalizmu.    

Po siódmezasada państwa prawa nie jest już zasadą naczelną, która trzyma władze w ryzach i cywilizuje proces ustawodawczy. Raczej jest przeszkodą w pełnej ekspresji większościowej woli suwerena. Dlatego nikt w PiS o nią nie dba.  

Po ósme, międzynarodowe (ponadnarodowe) instytucje są wyśmiewane i poniżane jako obce, wrogie, elitarne, słowem takie, które nie rozumieją potrzeb narodu i ludzi.

Po dziewiąte, kolektywne rozumienie wspólnoty korzysta z bezwzględnego pierwszeństwa przed prawami i interesami jednostek. Te ostatnie mają walor tylko jako część wspólnoty, a nie jako jednostki wyposażone w przyrodzoną i niezbywalną godność.

Po dziesiąte, prawa człowieka w rozumieniu liberalnym definiujące mój status godnościowy stają się przywilejami przyznanymi z woli łaskawie nam panujących. Interesy wspólnoty są ważniejsze od indywidualnych praw podmiotowych, które dla władzy stają się niezrozumiałymi „pretensjami” jednostek. Te ostatnie muszą się wtopić we wspólnotę i akceptować jej pierwszeństwo. 

Antykonstytucja. Implementacja

My, prawnicy, traktując poważnie polską Konstytucję poruszamy się w świecie pewnych konwencji myślowych. Jest tak, ponieważ prawo samo w sobie jest, by odwołać się do wyrafinowanego pozytywizmu Herberta Harta, fenomenem konwencjonalnym.

Mamy więc swoje prawoznawcze paradygmaty dotyczące tworzenia, stosowania, wykładni, przestrzegania i obowiązywania prawa i chcemy/musimy się ich trzymać. Wpadamy jednak w pewną niebezpieczną pułapkę wówczas, gdy przychodzi nam funkcjonować w rzeczywistości, w której podważono samą istotę prawa – dalej odwołujemy się do swoich myślowych konwencji, mimo że zniknął ich przedmiot.

  • Obserwujemy więc pewne działania faktyczne i uznajemy je za złamanie Konstytucji.
  • Przyglądamy się pewnym inicjatywom legislacyjnym i mamy wątpliwości, co do ich materialnej i proceduralnej zgodności z prawem.
  • Oceniamy przyjęte w prawie zmiany i dochodzimy do wniosku, że są niekonstytucyjne.
  • Słuchamy pewnych interpretacji i nie możemy się oprzeć wrażeniu, że nie odpowiadają one ani literze, ani duchowi ustawy zasadniczej itd. itp. 

Wszystko dlatego, że – używając retoryki Ronalda Dworkina – traktujemy prawo poważnie. I słusznie, nie powinniśmy inaczej. A mimo to trudno nie mieć pewnego dysonansu poznawczego. Kompletnie abstrahujemy bowiem od tego, że

obecna władza – jako adresat naszych prawniczych argumentacji – żyje w świecie, w którym prawo utraciło swój konwencjonalny charakter i że nasze prawoznawcze paradygmaty nie mają w nim żadnego znaczenia.

Traktujemy lub przynajmniej chcemy poważnie traktować pewne wartości, zasady czy instytucje zapisane w Konstytucji, a tymczasem władza nie tylko że nie podchodzi do tego tak samo, to jeszcze wręcz dokonała ich całkowitej dekompozycji . Przykładów aż nadto.

Zacznijmy od słynnego zapisu z Preambuły Konstytucji, z którego byliśmy tacy dumni: „My, Naród Polski – wszyscy obywatele Rzeczypospolitej, zarówno wierzący w Boga będącego źródłem prawdy, sprawiedliwości, dobra i piękna, jak i nie podzielający tej wiary, a te uniwersalne wartości wywodzący z innych źródeł, równi w prawach i w powinnościach wobec dobra wspólnego – Polski”. 

Piękne słowa, ale jak je pogodzić z faktyczną polityką, uprzywilejowaną pozycją Kościoła oraz podstawową filozofią tej władzy i podziałem obywateli na lepszy lub gorszy sort?

Przejdźmy do zasad ustrojowych. Art. 4 Konstytucji brzmi dumnie: „Władza zwierzchnia w Rzeczypospolitej Polskiej należy do Narodu, a Naród sprawuje władzę przez swoich przedstawicieli lub bezpośrednio.

Jak to jednak pogodzić z filozofią tej władzy opartą na idei pozakonstytucyjnego ośrodka decyzji politycznej? Jak nie zżymać się na samą myśl, w jaką farsę zamienił się w Polsce proces legislacyjny? Jak poważnie traktować reprezentację Narodu, która zamieniła się w bezrefleksyjną maszynkę do głosowania?

Idźmy dalej – art. 7: „Organy władzy publicznej działają na podstawie i w granicach prawa”. Co my prawnicy mamy z tym zrobić w sytuacji, gdy minister z prezydenckiej kancelarii całkiem poważnie zaprezentował nam swego czasu następującą filozofię tej władzy: „Nakaz działania w granicach prawa nie oznacza zakazu działania poza prawem”.

Art. 10: „Ustrój Rzeczypospolitej Polskiej opiera się na podziale i równowadze władzy ustawodawczej, władzy wykonawczej i władzy sądowniczejKtoś jeszcze ma wątpliwości, że szereg działań podejmowanych od końca 2015 roku wobec organów wymiaru sprawiedliwości jest zaprzeczeniem zasady podziału władzy?

Wreszcie instytucje, np. wspomniany już Trybunał Konstytucyjny. Otrzymaliśmy ostatnio informację, że w 2019 roku wydał rekordowo mało orzeczeń – zaledwie kilkanaście. Ktoś mógłby powiedzieć – to świetnie, nie mamy problemu z konstytucyjnością ustaw. Niestety, jest raczej fatalnie, ponieważ potwierdził się scenariusz planowanej od samego początku dekompozycji tego organu.

Z tego punktu widzenia te kilkanaście orzeczeń to właściwie i tak o kilkanaście za dużo. Albo np. Krajowa Rada Sądownictwa. Tutaj aż trudno o komentarz, ponieważ „koń jaki jest, każdy widzi”. 

Tak więc my prawnicy poruszamy się w pewnym konwencjonalnym świecie, który dla drugiej strony w gruncie rzeczy nie istnieje, ponieważ dokonano w nim dekompozycji wartości, zasad i instytucji tej Konstytucji. Jej świat nie jest więc światem zgodności bądź niezgodności z Konstytucją, jest w istocie światem antykonstytucyjnym. 

Jeśli tak, to zważywszy na pewną szczególną filozofię polityki proponowaną przez PiS, zasadne wydaje się pytanie postawione w tytule tego tekstu. By na nie odpowiedzieć, musimy jednak najpierw ustalić jedno – jakie warunki musi/powinna współcześnie spełniać „konstytucja”, by rzeczywiście stać się „Konstytucją”? 

Kiedy “konstytucja” staję się “KONSTYTUCJĄ

Z perspektywy liberalnej (czytaj: oświeceniowej w przyjętym wyżej znaczeniu) konstytucja ma chronić obywatela i krępować władzę, tak aby większość nie mogła w sposób jednostronny i niekontrolowany dyktować swoich reguł gry i narzucać za wszelką cenę swoją wizję dobrego życia mniejszości. To warunek egzystencjalny dla każdej Konstytucji traktowanej na poważnie.  

Aby konstytucja zasłużyła na miano Konstytucji w XXI wieku musi być także wierna podstawowym zasadom europejskiego porządku konstytucyjnego, które nieprzerwanie po 1945 r. wyznaczają standard europejskiej kultury i praktyki konstytucyjnej.

Europejska tradycja liberalna zakłada prymat prawa nad polityką. 

Pomni tragicznych doświadczeń z przeszłości, gdy wola większości stawała się tępym narzędziem opresji i prowadziła do niewyobrażalnego bezprawia i zbrodni popełnianych w imię prawa, europejski konstytucjonalizm po 1945 roku odnalazł swoje powołanie i kierunek w wyeksponowaniu prawa jako tej siły, dzięki której Europa została odbudowana.

 W 1989 roku podobnie wierzyliśmy w moc sprawczą prawa i niezależnych instytucji, które miały być jasnym zerwaniem z okresem fasadowych instytucji i konstytucji papierowej. Projekt europejski opierał się na potężnym “Nie”, które miało wybrzmieć w stolicach europejskich.

“Nie” dla demokracji statystycznej i dyktatury urny wyborczej.

Każdorazowo wyłoniona większość musiała przestrzegać pewnych podstawowych reguł gry, które miały być ponadczasowe i znajdować się poza dowolnością zmiany, bo “wygraliśmy wybory”. 

Władza polityczna miała być jednak ograniczona nie tylko od wewnątrz (instytucje, procedury, sądy), ale także od zewnątrz (struktury europejskie), by polityczny wybór na poziomie krajowym już nigdy więcej nie doprowadził do autorytaryzmu i hekatomby w imię unikalności “mojego narodu”. W tym celu europejski konstytucjonalizm został zakorzeniony w symbolicznym “nigdy więcej” i składa się dzisiaj z kilku fundamentalnych zasad. 

Po pierwsze, konstytucja stanie się Konstytucją tylko wtedy, gdy wszyscy poddani jej władzy zaakceptują ją jako najwyższe prawo. 

Po drugie, obowiązkiem państwa jest przestrzeganie praw i wolności konstytucyjnych obywateli, które wyznaczają granice działania każdej władzy. 

Po trzecie, jeśli władza na poziomie krajowym zostaje poddana kontroli z zewnątrz w postaci silnego i niezależnego mechanizmu sądowej kontroli sprawowanej przez Europejski Trybunał Praw Człowieka w Strasburgu i Trybunał Sprawiedliwości w Luksemburgu. 

Społeczeństwa głęboko podzielone (a taka jest obecna Polska), to takie, w których grupy społeczne są głęboko przeorane przez fundamentalne konflikty o wizję państwa, jego funkcje i jego relacje z jednostką. 

Gdy dochodzi do pisania konstytucji w społeczeństwach podzielonych, brak konsensusu i gotowości ustąpienia powodują, że zamiast możliwego do osiągnięcia kompromisu, dostajemy dokument konstytucyjny, który opowiada się za jedną z wizji państwa i wartości oraz je konstytucyjnie wzmacnia. Odrzuca tym samym i marginalizuje wizje konkurencyjne, a w konsekwencji doprowadza do dalszych podziałów w społeczeństwie. I ci, których wizja państwa została odrzucona, czują się w swoim państwie obco. 

W ten sposób pisanie konstytucji w sytuacji podziału zakłóca delikatną równowagę społeczną, podkreśla (tym razem na poziomie konstytucji) różnice, zamiast je umiejętnie kontrolować i nimi zarządzać. Usankcjonowanie różnic na poziomie konstytucyjnym i danie priorytetu jednej wizji powoduje, że zmiana będzie utrudniona, ponieważ tym razem status quo jest ujęte w dokumencie konstytucyjnym. 

Antykonstytucja PiS

Biorąc pod uwagę stosunek Prawa i Sprawiedliwości do obecnie obowiązującej Konstytucji, jego filozofię polityki i programową faktyczną marginalizację funkcji jurydycznej ustawy zasadniczej, znacznie bardziej pasuje do PiS-u państwo bez Konstytucji. 

Sytuacja stałaby się bowiem bardziej transparentna, bez zbędnych pozorów i bez norm prawnych krępujących działania podmiotu ostatecznie racjonalizującego wszystkie decyzje organów państwa. Oczywiście, przemawia przez nas pewien sarkazm, ale wydaje się on w pełni uzasadniony. 

Mieszanie Konstytucji z polityką byłoby grzechem pierworodnym nowej konstytucji. Tym razem, w przeciwieństwie do prac nad konstytucją z 1997 r., której twórcy (co należy mocno podkreślać i przypominać) wzięli pod uwagę szerokie spektrum poglądów i stanowisk politycznych, takiego myślenia nie będzie. Twórcy Konstytucji 1997 roku chcieli chyba nawet za bardzo i za głęboko brać pod uwagę wszystko i wszystkich.

Nie miejmy więc złudzeń: nowa konstytucja byłaby konstytucją PiS-u i nikogo więcej.     

Po bezwzględnym przejęciu państwa, instytucji, niszczeniu dyskursu publicznego, tylko najbardziej naiwni mogą wierzyć, że głosy inne niż płynące z kwatery PiS byłyby wysłuchane. Niech wykluczenie opozycji z procesu legislacyjnego na skalę dotąd nieznaną, przepychanie poprawek pod osłoną nocy, nie dopuszczanie do głosu, będą ostrzeżeniem przed naiwną wiarą, że może w pracach nad nową konstytucją inni zostaną wysłuchani i ich punkt widzenia wzięty pod uwagę. 

Nowa konstytucja PiS byłaby jednostronnym aktem siły politycznej i narzucałaby spłaszczoną jednopartyjną wizję państwa oraz społeczeństwa. Dobra Polska to Polska PiS, dobra konstytucja to tylko konstytucja PiS, prawdziwi Polacy to tylko tacy, którzy na PiS głosują i to oni byliby Polakami, dla których konstytucja jest pisana. 

„Gorszy sort” nie jest przecież wart, aby być podmiotem pisania nowej konstytucji i nie zasługuje, aby być jej adresatem. Ta nowa konstytucja byłaby dla lepszego sortu ludzi. 

Nie dajmy się więc oszukać.

Odczytujmy hasło „Konstytucja dla ludzi, a nie dla elit” w sposób prawidłowy, bez socjotechnicznego lukru, jako „Konstytucja elit PiS dla wybranych”.

To nie byłaby Konstytucja ograniczeń, ale pychy, podziału i wykluczenia, pełna szumnych deklaracji dla „ludzi” (prawdziwych Polaków), a wszystko ozdobione nacjonalistycznym, katolickim i martyrologicznym ornamentem.

Pod znakiem zapytania stanęłaby więc nie tylko funkcja jurydyczna konstytucji, wątpliwe byłyby także jej funkcje integracyjna, stabilizująca i wychowawcza, a na plan pierwszy wysunęłaby się funkcja propagandowa.

Nie tak dawno w programie „Kropka na i” wystąpili prof. prof. Ryszard Bugaj i Waldemar Paruch. Rozmowa jakich wiele, w gruncie rzeczy merytoryczna, spokojna i wyważona. W pewnym momencie prowadząca red. Monika Olejnik odczytała depeszę, że decyzją premiera pociągi jednak pojadą do Kostrzynia (na festiwal Owsiaka).

Szef Centrum Analiz Strategicznych prof. Paruch nie potrafił ukryć pewnego zażenowania – no bo z jednej strony decyzja premiera była ze wszech miar racjonalna, ale z drugiej strony odsłaniała pewien dosyć siermiężny mechanizm sprawowania władzy – skoro premier musi się zajmować takimi banałami. 

Ale najciekawsze nastąpiło później. Na pytanie Olejnik, czy to Jarosław Kaczyński spowodował wycofanie pomysłu pozwu Ministerstwa Sprawiedliwości przeciwko krakowskim uczonym, prof. Paruch z dumą odpowiedział twierdząco. Sam pomysł pozwu za naukową analizę uznał za absurdalny i dodał: „Jednak na szczęście mamy jeszcze Jarosława Kaczyńskiego”. 

To z pozoru niewinne zdanie ponownie odsłania mechanizm sprawowania władzy i być może także pewną wizję konstytucji, tym razem już bez ogródek i do samego spodu. Ktoś powie – to szczerość trzeźwo oceniającego sytuację politologa. My twierdzimy jednak: dla mechanizmów demokratycznego państwa prawa to dramat. 

I nie ma sensu snucie jakichkolwiek bliższych czy dalszych historycznych analogii, ponieważ łatwo wówczas wpaść w nieuprawnioną przesadę. Jednak tak czy inaczej w środku Europy na początku XXI wieku ten model sprawowania władzy, ergo – konstytucji, to prostu absurdalny anachronizm.

Gdy wsłuchamy się więc uważnie w retorykę konstytucyjną nowej elity, wniosek dla obywateli III RP może być tylko jeden: nie możemy poddać się i pasywnie zaakceptować serwowany nam dzień w dzień konstytucjonalizm a la PiS.

Za Konstytucją z 1997 roku warto dzisiaj oddać jeszcze raz swój głos i pamiętać, że ta KONSTYTUCJA nam Polakom się po prostu udała. Nie dajmy sobie wmówić, że jest inaczej. 

Alternatywa jest jasna: niebezpieczna antykonstytucja. Jeśli nad potencjalną konstytucją PiS ma się nadal unosić duch idei nieformalnego centralnego ośrodka dyspozycji politycznej, to każda konstytucja w tym wydaniu, bez względu na swoja normatywną treść, będzie zawsze w gruncie rzeczy antykonstytucją.

* Tomasz Tadeusz Koncewicz – prof. dr hab., profesor prawa, adwokat, Kierownik Katedry Prawa Europejskiego i Komparatystyki Prawniczej Uniwersytetu Gdańskiego, 2017-2018 Fellow, Program in Law and Public Affairs (LAPA), Princeton University, profesor wizytujący na Radzyner Law School w Herzliyi w Izraelu, 2019 Fernand Braudel Senior Fellow w Europejskim Instytucie Uniwersyteckim we Florencji. Członek Rady Programowej Archiwum Osiatyńskiego.

** Jerzy Zajadło – prof. dr hab., filozof prawa, kierownik Katedry Teorii Filozofii Państwa i Prawa Wydziału Prawa Uniwersytetu Gdańskiego, Laureat nagrody im. Edwarda J. Wende (2017), członek Rady Programowej Archiwum Osiatyńskiego.

>>>

Konstytucja PiS-owi przeszkadza, przeszkadzają im Polacy, to nowa formacja kołtunów – amoralna, antyhumanistyczna i antychrześcijańska.

Kmicic z chesterfieldem

Po kilka tysięcy złotych wpłacili pracownicy państwowych spółek, ulokowanych w Bydgoszczy, na kampanię PiS przed ubiegłorocznymi wyborami samorządowymi. Złośliwcy twierdzą, że to swoisty „dowód wdzięczności” za zatrudnienie w kontrolowanych przez partię spółkach Skarbu Państwa.

Według „Gazety Wyborczej”, „rekordzistą” w Bydgoszczy jest Błażej Najdowski – przekazał ponad 21 tys. zł. To dyrektor techniczny Zespołu Elektrociepłowni Bydgoszcz, którego właścicielem jest państwowy gigant Polska Grupa Energetyczna. Zapytany o powód, dla którego wpłacił taką kwotę, Najdowski stwierdził, że musi się zastanowić nad odpowiedzią. Dodał, że powód… jest banalny. Nie wytłumaczył jednak reporterowi „GW, co miał na myśli.

Kolejny z listy Michał Krzemkowski wpłacił 14 tys. zł. Jako radca prawny obsługuje Wody Polskie, czyli spółkę powołaną przez PiS. Krzemkowski  jest też członkiem rady nadzorczej Polskiego Radia. 11,2 tys. zł wpłacił były bydgoski radny, Mirosław Jamroży, wiceprezes Enea Pomiary. Inny działacz PiS, który znalazł zatrudnienie w spółce skarbu państwa, Tomasz Rega, dyrektor oddziału Totalizatora Sportowego, wpłacił…

View original post 2 504 słowa więcej