Błońska-Kidawa przed Hołownią. Duda poza podium. W Szczecinie wybory w parku

W Szczecinie odbyły się wybory. Głosowano sobie, a co…w parku Kasprowicza komisja, mężowie zaufania, urna karty wyborcze. To się nam należało. Obywatele głosują.

W Krakowie też.

Kmicic z chesterfieldem

10 maja. Ponoć dzień wyborów. Ale nie ma ich. Tak zarządzają krajem politycy PiS, a w zasadzie „szeregowy poseł” Jarosław Kaczyński.

Zdemolowali kraj, zrobili z naszej ojczyzny burdel.

Konstytucja dla Kaczyńskiego to Prostytuta. Pisałem, że wyborów 10 maja nie będzie od początku epidemii koronawirusa. Nie mieli żadnego pomysłu, bo wybory kopertowe to wyższa szkoła jazdy, mogą się tylko odbyć w świetnie zarządzanym kraju, jak Niemcy.

Polska nigdy nie dostąpi poziomu Niemiec, ani jako światłe społeczeństwo, ani administracyjnie (najlepsza administracja na świecie), ani bogactwem, nasz zachodni sąsiad zawsze znajdzie się w ścisłej światowej czołówce, nawet gdyby rozpadła się Unia Europejska.

Wydawało się, że Polacy czegoś się nauczyli, dopóki nie pozwolili rządzić PiS.

Polak nie jest mądry po szkodzie, bo Kaczyński, Duda, Morawiecki i cała ta mafia winni już dawno być wywiezieni na taczkach i bynajmniej nie na śmietnik historii, ale do ich środowiska – szamba.

Pół Polski postawione na nogi, politycy…

View original post 535 słów więcej

Sasin, Gowin, Duda demolują Polskę i łamią prawo dla doraźnych celów

 

Kmicic z chesterfieldem

No, to mamy groteskę w wymiarze ogólnoświatowym. Jarosław Kaczyński przebił głupawką i polactwem wszystkich znanych dyktatorków.

Nie dość, iż jest postacią pokraczną, to z pewnością wpisał się do Księgi Guinnessa na kilku stronach.

Duński „Gang Olsena” to profesjonaliści w konfrontacji z Egonem Kaczyńskim, czy kostropatym Sasinem, który kroczy za swym pokracznym mistrzem noga w nogę.

Tego Mrożek by nie wymyślił, a Bareja nie sfilmował. Polska pisowska stała się pośmiewiskiem na świecie.

Politycy zostali kopnięci w głowę, dlaczego naród tych kopniętych wybrał.

Ale kopnięty zawsze będzie kopał, od wielu lat twierdzę, że Kaczyński przeleje naszą krew. Tak mają zakompleksiali mali ludzie o zręczności poniżej Egona Olsena.

Polak to już nie brzmi dumnie, bo widzą nas poprzez Polaczka Kaczyńskiego, pucołowatego Dudę i niedouczonego Morawieckiego.

Niestety, opozycja nie daje rady głupawce PiS. Możliwe, że w konfrontacji z surrealizmem pisizmu każdy rozum musi polec, jeżeli zna się następstwa historyczne.

Jedyne właściwe zachowania w trakcie…

View original post 538 słów więcej

 

Cień Polexitu. W tej znajdujemy się fazie wyjścia z Unii Europejskiej

Paradoksalnie ignorowanie wyroku TSUE przez KRS oraz Izbę Dyscyplinarną SN ułatwi wydanie wyroku Sądowi Najwyższemu. Zwłaszcza że dostał szczegółowe wskazówki, jakimi kryteriami ma się kierować. Operacja rybołówcza została zainicjowana zarówno w TSUE, jak i w Polsce – zobacz, na czym polega. I dlaczego zdaniem prof. Łętowskiej wkraczamy w cień Polexitu

Ryba czy wędka? Tak najbardziej lapidarnie można określić oczekiwania i oceny wyroku Trybunału Sprawiedliwości UE z 19 listopada 2019 roku w odpowiedzi na pytania prejudycjalne Sądu Najwyższego (C-585/18, C-624/18 i C-625/18).

Apetyt na rybę – lub strach przed tym daniem, w zależności od tego, kto dokonywał oceny – wzbudziła  ujawniona w czerwcu 2019 opinia Rzecznika Generalnego TSUE prof. Jewgienija Tanczewa, iż Izbie Dyscyplinarnej w Sądzie Najwyższym brak cech niezawisłego sądu, a nowa KRS nie ma przymiotów niezależności, wymaganych dla organów biorących udział w procedurze powoływania sędziów.

„Trybunał dostarcza sądom krajowym elementów wykładni prawa Unii”

Oczekiwania uzyskania od Wielkiej Izby gotowego dania były jednak nierealne, skoro luksemburski Trybunał odpowiadał na pytanie prejudycjalne, czyli w procedurze, o której mowa w art. 267 Traktatu o Funkcjonowaniu Unii Europejskiej.

Pytającemu sądowi udziela się  bowiem odpowiedzi, a nie rozstrzyga za niego sprawę, którą pytający ma rozstrzygnąć, gdy już odpowiedź uzyska.

Przecież nawet, gdyby TSUE podzielił w tekście uzasadnienia wyroku pogląd Rzecznika Generalnego Tanczewa, to i tak Sąd Najwyższy musiałby sam orzec w sprawie, w której zadał pytania. Europejski sąd napisał wyraźnie, że „Trybunał dostarcza sądom krajowym elementów wykładni prawa Unii, które są im niezbędne do rozstrzygnięcia zawisłych przed nimi sporów”.

Przedwczesna radość lekceważących wyrok TSUE. Operacja rybołówcza trwa

Gdyby zaś sam TSUE dokonał oceny KRS i Izby Dyscyplinarnej, to narażałby się na zarzut naciągania trybu postępowania.

I to zupełnie niepotrzebnie, w sytuacji, gdy przed luksemburskim Trybunałem dopiero co zawisła sprawa z wniosku Komisji Europejskiej o naruszenie przez Polskę obowiązków traktatowych, z uwagi na model odpowiedzialności dyscyplinarnej sędziów. Wyrok w tej sprawie poznamy w połowie 2020 roku.

Właściwy tu tryb określa art. 258 Traktatu o Funkcjonowaniu UE.

Ta sprawa czeka na swoją kolej. Dlatego radość uważających, że obecny wyrok TSUE niczego nie oznacza – jest przedwczesna.

Obecny wyrok najwyraźniej oznacza kolejny krok w wypracowywaniu standardu unijnego wymiaru sprawiedliwości.

Szkoda oczywiście, że akurat Polsce przypadła rola zwierzęcia laboratoryjnego. Obecny wyrok daje wędkę, a nie danie gotowe. Operacja rybołówcza została jednak zainicjowana, i to zarówno w Polsce (poprzez powinność wykonania obecnego wyroku), w TSUE – gdzie najwyraźniej gromadzi się niezbędne oprzyrządowanie.

Wędka od TSUE dla polskich sądów

W orzeczeniu z 19 listopada 2019 roku Trybunał Sprawiedliwości UE niezwykle szczegółowo i starannie wyłożył kryteria niezależności organu biorącego udział w procedurze powoływania sędziów (co ważne dla statusu KRS, pkt 133- 144) i niezawisłości sędziów (co istotne z punktu widzenia statusu sędziów Izby Dyscyplinarnej SN – pkt 145 -153), budując w ten sposób standard ocenny.

Ocena, „czy KRS daje wystarczające gwarancje niezależności od organów władzy ustawodawczej i wykonawczej” powinna uwzględnić „zbieg czynników w połączeniu z okolicznościami, w jakich wyborów KRS dokonano”, TSUE wymienia te „czynniki”:

  • KRS w nowym składzie została utworzona w drodze skrócenia trwającej cztery lata kadencji członków wcześniej wchodzących w skład tego organu;
  • chociaż 15 członków KRS wybieranych spośród sędziów było wcześniej wyłanianych przez środowisko sędziowskie, to obecnie są oni desygnowani przez organ władzy ustawodawczej spośród kandydatów, którzy mogą być zgłaszani przez grupę 2000 obywateli lub 25 sędziów, co sprawia, że taka reforma prowadzi do zwiększenia liczby członków KRS z nadania sił politycznych lub przez nie wybranych do 23 z 25 członków
  • występowanie ewentualnych nieprawidłowości, jakimi mógł zostać dotknięty proces powoływania niektórych członków KRS.

TSUE zwraca też uwagę na wątpliwości wobec uprawnień Izby Dyscyplinarnej, roli jaką odegrała ona w obniżaniu wieku spoczynku urzędujących sędziów SN (co zgodnie z wyrokiem TSUE z czerwca 2019 stanowiło naruszenie nieusuwalności i niezawisłości sędziów i uchybienie Traktatowi o UE), a także zasady, że powoływani do Izby mogą być wyłącznie nowi sędziowie, dotychczasowi sędziowie SN są wykluczeni.

Wykorzystanie tych kryteriów leży w rękach organów krajowych. TSUE bowiem nie wyręcza organów krajowych – dostarcza im narzędzi.

Adresatem tych uwag nie jest tylko sąd zadający pytania prejudycjalne (czyli Sąd Najwyższy), ale każdy organ krajowy w zakresie swych kompetencji. Mówi o tym zasada lojalności z art. 4 ust. 3 Traktatu o Unii Europejskiej.

Czy Sąd Najwyższy, bezpośredni adresat odpowiedzi na pytania prejudycjalne, powinien dokonać oceny, czy KRS i Izba Dyscyplinarna SN odpowiadają bądź nie nie kryteriom wskazanym w wyroku TSUE? Czy powinien użyć checklist : porównując sytuację rzeczywistą i konkretną z abstrakcyjnym i potencjalnym modelem przedstawionym w wyroku?

Prezes Gersdorf zapowiedziała rychłe podjęcie sprawy przez SN (wyroków w trzech sprawach rozpatrywanych przez SN można się spodziewać jeszcze przed Świętami Bożego Narodzenia – przyp. red.).

Paradoksalnie – w sukurs SN przychodzą i KRS, i Izba Dyscyplinarna – dwa organy, których status wymaga oceny. Jak to możliwe?

KRS i Izba Dyscyplinarna… ułatwiają zadanie SN

Wyrok TSUE mocno podkreśla konieczność kompleksowej oceny statusu organu niezależnego i oddziaływań na niezawisłość sędziego.

Ocenie podlega mechanizm obejmujący nie tylko brzmienie przepisu, ale i standard stosowania, praktyka. I to w jej dynamicznym rozwoju – gromadzenie sekwencyjnie ujawniających się cech i zachowań.

To wymaga oceny także faktycznych okoliczności (takich jak m.in. występowanie efektu mrożącego) czy kształtowanie społecznego odbioru praktyki KRS (pkt 144, 152 i 153 wyroku – cytowane wyżej – red.).

Takie holistyczne podejście jest sporym wyzwaniem dla polskich sądów, nie przyzwyczajonych do finitystycznego i dynamicznego spojrzenia na własne cechy i praktykę.

Tymczasem już po wydaniu wyroku TSUE oba organy, KRS i Izba Dyscyplinarna SN dostarczają dowodów, które będą z pewnością pomocne przy ocenie dokonywanej przez SN.

Oficjalnie wedle samej KRS, wyrok TSUE jest dla niej bez znaczenia, reakcji nie wymaga. Podobnie twierdzenie zawiera oświadczenie Prezesa Izby Dyscyplinarnej SN.

Dlatego też KRS kontynuowała proces awansowania sędziów (opiniowanie kandydatur do SN), zaś Izba Dyscyplinarna obradując 21 listopada  w sprawie sędzi Aliny Czubieniak (sygnatura sprawy II DSS 2/18,)  nie uwzględniła wniosku o odroczenie postępowania do czasu, gdy SN ustosunkuje się do wyroku TSUE i wydała wyrok.

Te działania  dostarczają wymaganego przez wyrok TSUE materiału faktycznego do dokonania oceny przez Sąd Najwyższy. SN ma wszak ocenić niezależność KRS i ochronę niezawisłości sędziów (wobec działania Izby Dyscyplinarnej SN), w sposób konkretny i rzeczywisty, a nie tylko abstrakcyjny i potencjalny. Bieżąca działalność zarówno KRS, jak i Izby Dyscyplinarnej SN są więc tutaj – paradoksalnie – pomocne.

Wyrok TSUE i prawo krajowe. Wkraczamy w cień Polexitu

Wyroki TSUE w odpowiedzi na pytanie prejudycjalne z natury rzeczy dotyczą wykładni prawa unijnego.

Jednak podanie szczegółowych kryteriów znaczenia niezależności organu i niezawisłości sędziów nie pozostaje bez wpływu na znaczenie prawa krajowego – zwłaszcza, że art. 173, 178 ust 1 i  186 Konstytucji odwołują się do pojęć niezależności i niezawisłości.

Ich interpretacja, nawiązująca do kryteriów wskazanych w wyroku TSUE – a powołuje on także bogato orzecznictwo Europejskiego Trybunału Praw Człowieka – spina zatem dwa systemy prawne: unijny i krajowy. I to też decyduje o znaczeniu wyroku TSUE z 19 listopada.

Oczywiście, do swej pełnej implementacji wyrok TSUE wymagałby także działań legislacyjnych, zmieniających reżim prawny KRS, ustawę o SN i system dyscyplinarny wobec sędziów. Ani to jednak realne, ani przewidywalne. O podjęcie stosownych działań apeluje do władz trzynaście organizacji społecznych (całe, piętnastostronicowe Stanowisko jest dostępne w Archiwum Osiatyńskiego, wraz z Załącznikiem zawierającym dodatkową argumentację).

Oddzielnym problemem jest reakcja sądów. Jeżeli SN działając po orzeczeniu TSUE skorzysta z możliwości negatywnego wypowiedzenia się co do statusu KRS, zapewne pojawią się także inicjatywy innych sądów – szukających wyjaśnienia wątpliwości co do statusu orzeczeń z udziałem sędziów nominowanych z udziałem KRS.

Już jeden z sądów okręgowych – w Olsztynie- zażądał od Kancelarii Sejmu ujawnienia list poparcia nominacji do KRS, motywując to konsekwencjami orzeczenia TSUE.

Odnotować należy też inicjatywę z Izby Cywilnej SN, gdzie na tle jednej ze spraw (sygn. II CO 108/19) skierowano szereg pytań do Trybunału Konstytucyjnego, dotyczących ustalania składów orzekających z udziałem sędziów powołanych w procedurze neo-KRS.C

Czego dotyczą te pytania? Jak je ocenić biorąc pod uwagę rozbieżność ich treści i rzeczywistego znaczenia, a także ich legitymizacyjna i ceremonialna funkcja w obecnej sytuacji – to wymagałaby oddzielnej analizy.

I niestety, wszystko to oznacza nieuchronne pogłębienie chaosu w obrębie wymiaru sprawiedliwości, zarówno w osobowym, jak i w funkcjonalnym wymiarze.

Takie są skutki wydrążania z treści zasad konstytucyjnych i traktatowych. W sferze faktycznej oznacza to zaś, że wkraczamy w cień Polexitu.

Zmierzch władzy PiS, czy cień Polexitu?

Kmicic z chesterfieldem

Art. 190 Kpk § 1. Przed rozpoczęciem przesłuchania należy uprzedzić świadka o odpowiedzialności karnej za zeznanie nieprawdy lub zatajenie prawdy. No chyba, że słuchamy J.Kaczyńskiego. W trosce o to, by nikt jemu nigdy nie postawił zarzutów z 233 kk.

Dosłownie dwa dni przed wyborami prokurator Renata Śpiewak odmówiła dalszego prowadzenia śledztwa w głośnej sprawie „afery Dwóch Wież”. Ujawniona dziesięć dni później decyzja sprawiła, że nie trzeba było przesłuchiwać żadnych świadków, – w tym Jarosława Kaczyńskiego – na których powoływał się Gerald Birgfellner.

A jednak, jak udało się ustalić „Gazecie Wyborczej” w aktach znajduje się zapis przesłuchania prezesa PiS. Z tych zeznań wynika, że Jarosław Kaczyński padł ofiarą manipulacji austriackiego przedsiębiorcy, który wykorzystał jego „powiązania rodzinne” i wprowadził prezesa w błąd.

W trakcie przesłuchania Kaczyński stwierdził, że „może prowadzić rozmowy z przedstawicielami spółki, jednak nie posiada podstaw formalnych do wydawania im poleceń”. Słowa te są całkowitym zaprzeczeniem tego co zastało…

View original post 2 267 słów więcej

 

Morawieckiego tradycyjna rodzina to patologiczna rodzina

Ciekawe, ile jeszcze podatków i danin nałoży na nas #PiS, zanim z z hukiem odejdzie #exposeKlamstw

Na Zachodzie próbuje się ją „zdemontować”. W Polsce natomiast się ją wspiera finansowo i broni przed „ideologiczną ręką”. A wszystko dlatego, że jest „arcypolska”. O kim mowa? O rodzinie. Polskiej rodzinie, która jest bastionem i fundamentem. Tak nauczał Mateusz Morawiecki w exposé. Szedł z „duchem Polski” odrywając się od realiów życia polskich rodzin

„Normalne państwo to państwo, które szanuje wartości Polaków. Nie przyjmuje skrajności, utopijnych ideologii ani rewolucji światopoglądowych. Ani szowinizmu. Idziemy z duchem czasu, ale idziemy przede wszystkim z duchem Polski! Nasz program jest oparty na kulturze budującej tożsamość narodową, na rodzinie i małżeństwie podlegających szczególnej ochronie”

– zaczął Mateusz Morawiecki jeden z wątków swego nauczania o rodzinie, która jak się okazało po chwili, ma wielu nieprzejednanych wrogów.

„Rodzina jest i musi pozostać fundamentem społeczeństwa. Wiem, że dziś rodzina jest traktowana przez niektórych jak przeżytek.

Im głośniej się mówi o nowych modelach rodziny, tym bardziej pewne, że chodzi o mniejszościowe eksperymenty i mniejszościowe eksperymentalne rozwiązania. Nie zgadzamy się, by wyjątki określały, co jest normą.

Wierzymy, że przyszłość naszych dzieci powinna być budowana na stabilnym fundamencie rodziny. Kiedy człowiek przychodzi na świat, rodzina staje się jego pierwszym bastionem. Ale rodzina to nie tylko bastion każdego Polaka. Rodzina – jak mówił prymas Wyszyński – to bastion całej Polski”.

Politycy prawicy specjalizują się w tworzeniu sztucznej alternatywy, w której do wyboru mamy albo zachowanie stanu obecnego, w którym depczemy prawa mniejszości, albo jakiś rodzaj dystopii, w której większości nagle nie pozwala się żyć w zgodzie z własnym sumieniem. Mówiąc prościej: wprowadzenie małżeństw jednopłciowych miałoby w jakiś sposób odbierać prawa małżeństwom osób o odmiennej płci.

Warto zwrócić uwagę, że akurat w tej części wypowiedzi głównym zarzutem Morawieckiego wobec rodzin, które nie odpowiadają tradycyjnemu modelowi jest to, że „są mniejszościowe”, nie są normą. Z tego samego powodu można zakazywać dzieciom pisania lewą ręką, bo normą jest praworęczność.

Ale kogo właściwie ma na myśli Morawiecki, gdy mówi o „normalnej rodzinie” przeciwstawionej „mniejszościowym eksperymentalnym rozwiązaniom”? We wrześniu definicję taką podał Jarosław Kaczyński:

„Rodzinę widzimy tak jak tutaj, jedna kobieta, jeden mężczyzna w stałym związku i ich dzieci. To jest rodzina!”.

Kilka dni później prezes PiS tłumaczył, że ma szacunek do rodziców, którzy z różnych powodów zmuszeni są do wychowywania dzieci samotnie. Ale definicji rodziny nie zmienił. Jak wyliczaliśmy w OKO.press – rodzin w Polsce, które spełniają wymogi Kaczyńskiego, czyli są trwałymi małżeństwami z co najmniej dwójką dzieci na utrzymaniu, jest najprawdopodobniej mniej niż 2 mln.

Jak słusznie zauważył Morawiecki, czasy się zmieniają. Zmienia się również to, co uważamy za standard. Według roczników statystycznych GUS-u jeszcze w 1980 roku zaledwie 4,8 proc. urodzeń było urodzeniami pozamałżeńskimi, w roku 2018 odsetek ten skoczył do 26 proc. Tak działa „duch czasu”, na dobre i na złe, jakby Morawiecki nie wzywał „ducha Polski”, wzywa nadaremno.

Pozytywnym trendem jest spadek liczby nastoletnich matek z 8 proc. w 1990 roku do niespełna 3 proc. w 2018, jak również mniejsza presja na to, by takie ciąże kończyły się małżeństwem: w 1990 roku 80 proc. w 2018 tylko 13 proc.

Prawica może też bronić art. 18 Konstytucji jak niepodległości, interpretując go – fałszywie – jako wyłączność dla małżeństw heteroseksualnych, ale nie sprawi, że z zniknie nagle kilkadziesiąt tysięcy tak zwanych tęczowych rodzin (zobacz wyrok sądu a także wypowiedź prof. Ewy Łętowskiej)

Rodzina jest pojęciem, które ewoluuje. Dlatego państwo, które chce zrobić z niej bastion powinno się skupić na tym, kto i z kim ją chce tworzyć, ale na tym, by spełniała swoje funkcje. To jest: dawała poczucie stabilności, bezpieczeństwa, zapewniała opiekę.

Spisek przeciwko rodzinie

Morawiecki brnął jednak w opowieść o zepsutej Europie, która niszczy rodziny:

„Na Zachodzie sporo się mówi o niewidocznej pracy kobiet. Praca w gospodarstwie domowym, to często więcej niż jeden etat. Na Zachodzie pojawiają się więc takie pomysły, że skoro kobiety tak ciężko pracują dla rodzin, to pewnie rodzina jest temu winna i trzeba ją rozmontować”.

OKO.press nie zna żadnego zachodniego kraju, który prowadziłby taką politykę. Kraje, które skuteczniej radzą sobie z problemem niewidzialnej pracy kobiet, robią to przy pomocy rozwiązań promujących partnerski model w związkach. Wprowadza się na przykład dzielone urlopy dla matek i ojców, które nie przechodzą na drugiego rodzica, gdy jedno z nich rezygnuje.

Normalna, chrześcijańska, tradycyjna polska rodzina ma jednak inne recepty na to, jak się „nie rozmontować”:

„My zamiast tego wzmacniamy rodzinę i doceniamy pracę kobiet. Jako pierwsi podjęliśmy program konkretnych transferów społecznych, jako pierwsi odpowiedzieliśmy na problem nieopłacanej pracy kobiet, które wychowały co najmniej czwórkę dzieci. W Polsce różnica płac za tę samą pracę kobiet i mężczyzn jest niższa niż w krajach europejskich”.

Tu z kolei Morawiecki dość jednoznacznie sugeruje, że Polska jest europejską pionierką polityki rodzinnej jako takiej. Jest to oczywiście wierutna bzdura, bo nawet „nasze” 500 plus wzorowane jest na niemieckim świadczeniu Kindergeld wynoszącym 180 euro miesięcznie.

Wreszcie kosmicznym pomysłem jest przedstawienie transferów socjalnych jako rekompensaty za tzw. niewidzialną pracę kobiet. W narracji PiS 500 plus było już programem mającym likwidować ubóstwo wśród dzieci, podnosić dzietność, stanowić ogólnie pojętą inwestycję w rodzinę. Wątpliwe jest, czy emerytura dla matki, która wychowała czwórkę dzieci również mogłaby się kwalifikować jako tego rodzaju rekompensata. Czy w takim razie kobieta, która ma jedno, dwoje, troje dzieci niewidzialnej pracy nie wykonuje?

Warto tu podkreślić jeszcze raz, że

sens całej wypowiedzi Morawieckiego sprowadza się do tego, że w Europie systemowo i z ideologicznych powodów niszczy się rodziny, a w Polsce je wspiera finansowo.

Tymczasem, jeśli gdzieś hula idea demontażu rodziny, to najprędzej w Polsce, która pomimo jednego z niższych odsetków rozwodów i związków nieformalnych, konserwatywnego prawa aborcyjnego i małżeńskiego, ma na tle innych krajów UE dramatycznie niski przyrost naturalny.

Ale te rażące sprzeczności nie wzbudzają w Mateuszu Morawieckim poznawczego dysonansu. Przeciwnie, premier wojowniczo kończy tę część kazania o rodzinie słowami:

„Nie ma naszej zgody na eksperymenty społeczne i rewolucje ideologiczne. Stawką jest przyszłość naszych dzieci. I przyszłość ta powinna spoczywać w rękach rodziców, bo to jest normalność!”

Co naprawdę zagraża dzieciom? Cyrankiewicz zmieszany z Kaczyńskim

„Dzieci są nietykalne. Kto podniesie na nie rękę, tę ideologiczną rękę, ten podnosi rękę na całą wspólnotę”

-po tym zdaniu rozległy się najdłuższe i najbardziej donośne oklaski podczas całego przemówienia. To oczywiście z jednej strony trawestacja słynnych słów Józefa Cyrankiewicza, który zapowiadał obcięcie ręki każdemu, kto podniesie ją na władzę ludową, z drugiej zaś –  nawiązanie słów Kaczyńskiego: „Wara od naszych dzieci”.

I znowu – więcej mówi o prawicowych i narodowo-katolickich obsesjach, niż o rzeczywistych potrzebach realnych ludzi. Słusznie uściśla Morawiecki, że chodzi mu o rękę ideologiczną, a nie tę cielesną, która jest narzędziem sprawców przemocy domowej. W tej kwestii rząd Prawa i Sprawiedliwości nie może się pochwalić zasługami. Przeciwnie, gdy psychiatria dziecięca jest w zapaści, Ministerstwo nie przyznaje dotacji Telefonowi Zaufania prowadzonemu od 11 lat przez Fundację Dajemy Dzieciom Siłę. By telefon przetrwał potrzebna była zbiórka publiczna.

Pieniądze z Funduszu Sprawiedliwości, za które finansowane powinny być m.in. organizacje pomagające ofiarom przemocy domowej, rząd lekką ręką wydaje na konferencje o polonofobii, kampanie wyborcze PiS, promocję małżeństwa (jako najskuteczniejszej ochronie przed przemocą) i portale Tadeusza Rydzyka o szatanie i sektach. OKO.press od miesięcy opisuje przypadki tych nadużyć.

PiS obiecuje „wypalać pedofilię gorącym żelazem”, ale działania te sprowadzają się do rozmywania odpowiedzialności Kościoła i sugestii, że prawdziwy problem dotyczy środowiska murarzy i artystów. Efektem tego jest z założenia nieefektywny i niepraworządny projekt powołania „Komisji do badania wszystkich przypadków pedofilii”, która ma działać jak para-sąd.

Ale Mateusz Morawiecki zagrożenie widzi gdzie indziej. Dokładnie tam, gdzie widzi je Marek Jędraszewski, Stanisław Gądecki, Robert Bąkiewicz i Grzegorz Braun:

„Kto chce dzieci zatruć ideologią, odgrodzić od rodziców, rozbić więzi rodzinne, kto chce bez zaproszenia wejść do szkół i pisać ideologiczne podręczniki, ten podkłada pod Polskę ładunek wybuchowy, ten chce wywołać w Polsce wojnę kulturową. Nie będzie tej wojny, nie dopuszczę do niej. A jeśli znajdą się tacy, którzy ją wywołają, to my ją wygramy. Wygra ją rodzina, bo rodzina to wartość arcypolska” – kończy swoje nauczanie o Mateusz Morawiecki, przedstawiciel rządu i partii, która od miesięcy prowadzi kampanię zaszczuwania mniejszości seksualnych, nazywając to obroną rodziny.

Obietnica, że w Polsce ciągle będzie „normalnie”, nieustannie wracała w exposé szefa rządu. Niestety, trudno wziąć ją za dobrą monetę. Dobrze przecież pamiętamy, że poprzednie rządy PiS – niezdolne funkcjonować inaczej niż na granicy porządku konstytucyjnego, w stanie ciągłej politycznej mobilizacji i kryzysu – wiele wspólnego z jakkolwiek rozumianą normalnością nie miały. Jednak nawet biorąc w nawias ostatnie cztery lata, wystarczyło wsłuchać się w wystąpienie premiera, by pod gładkimi formułkami nowoczesnej centroprawicy dostrzec poglądy skrajnie konserwatywne czy – wbrew socjalnej retoryce – radykalnie neoliberalne.

MGLISTE PAŃSTWO DOBROBYTU

Zacznijmy jednak od kluczowego obrazu, jaki Morawiecki przywoływał w swoim wystąpieniu: Polski jako domu dla wszystkich. Premier potwierdził we wtorek to, co PiS mówiło w trakcie kampanii wyborczej: jego rząd będzie budował polskie państwo dobrobytu. Neoliberalizm skończył się w Polsce w 2015 roku, nowe rządy dostrzegają rolę państwa w gospodarce i są w stanie wziąć na siebie odpowiedzialność za dobrostan Polaków, za politykę, w wyniku której z owoców wzrostu gospodarczego czerpać będą wszyscy, nie tylko wąskie grono górnego decyla najlepiej zarabiających.

Polskie państwo dobrobytu ma nie tylko wyrównywać tworzone przez rynek nierówności i gwarantować każdemu pewne minimum godnego życia, ale także działać jako motor rozwoju polskiej gospodarki. Ta ciągle musi bowiem przebijać szklane sufity i rozwijać się szybciej niż sąsiedzi, by dorównać do poziomu ich rozwoju. Zwłaszcza że kolejna rewolucja przemysłowa, robotyka, 5G i internet rzeczy tym bardziej wymuszają odejście od modelu rozwoju opartego głównie na taniej pracy.

Tylko przyklasnąć takiej wizji. Gorzej, że wystąpienie premiera niemal wyłącznie składało się z haseł i ogólników. Szef rządu nie poruszył trzech kluczowych w kontekście rysowanego przez siebie projektu kwestii. Po pierwsze: skąd wziąć na niego pieniądze? Kto – jakie grupy społeczne czy podmioty – powinny wziąć na siebie gros kosztów jego finansowania? Po drugie: w jakie cele – rozwojowe czy społeczne – należy szczególnie zainwestować w kolejnych latach i jakich efektów oczekujemy od takich inwestycji? Po trzecie: jakie konkretne rozwiązania – polityki publiczne, nowe instytucje – rząd zamierza wprowadzić, by zagwarantować, że nakierowane na dany cel środki faktycznie przyczynią się do jego realizacji?

Bez tego wizja polskiego państwa dobrobytu wydaje się cokolwiek mglista i niewiarygodna. Zwłaszcza jeśli przypomnimy sobie, jak wyglądała jego budowa w ostatnich czterech latach: deforma Zalewskiej i strajk nauczycieli, strajk lekarzy rezydentów, zamrożone płace w budżetówce, zamykające się oddziały szpitalne, dramatyczna sytuacja ratowników medycznych, drożyzna zaczynająca zjadać transfery socjalne, dane pokazujące, że problemy z nierównościami dochodowymi są znacznie większe, niż mogłoby się wcześniej wydawać. Przykładów na to, czemu Polska PiS wcale nie staje się państwem dobrobytu, jest naprawdę sporo. Tylko śmiechem można zareagować na przechwałki premiera o tym, jak dzięki jego rządom rosła subwencja oświatowa, liczba nowych miejsc na kierunkach medycznych, jak poprawiała się jakość usług publicznych i spadało rozwarstwienie.

Na tle deklaracji o polskim państwie dobrobytu najbardziej zdumiewająco zabrzmiała propozycja Morawieckiego, by Pracownicze Plany Kapitałowe i indywidualne konta emerytalne wpisać do konstytucji – co rzekomo miałoby przywrócić zaufanie obywateli do państwa. Tymczasem trudno o rozwiązanie dalsze od logiki jakkolwiek rozumianego państwa dobrobytu niż PPK. Prosocjalnie zorientowani eksperci, jak Leokadia Oręziak, wskazują, iż PPK są wyłącznie w interesie rynków kapitałowych, które dostają zastrzyk gotówki ze strony pracowników. Pomysł wpisania tak neoliberalnego rozwiązania do konstytucji jest czymś przedziwnym – nawet pod koniec lat 90., gdy rząd Buzka wprowadzał nieszczęsne OFE, a neoliberalizm niepodzielnie panował w mediach i polityce, nikt nie miał aż tak radykalnych pomysłów.

Wszystkie te opowieści premiera o polskim państwie dobrobytu może jakoś by się obroniły w poprzednim Sejmie, gdzie brakowało lewicy. W tym na szczęście lewica jest i Morawiecki boleśnie to poczuł już w pierwszej sejmowej debacie. Odpowiadający w imieniu klubu Lewicy poseł Adrian Zandberg z Razem zmasakrował exposé premiera. Punkt po punkcie pokazał, czemu projekt PiS niewiele ma wspólnego z państwem dobrobytu, demaskował obecne w nim neoliberalne założenia, przekonująco przywołał skrzeczącą rzeczywistość kryjącą się za rządową propagandą sukcesu. Co ważne, niektóre z ciosów w Morawieckiego musiały rezonować nie tylko w elektoracie lewicy, ale także tym politycznie bliższym premierowi – na przykład gdy Zandberg przypomniał, że polskie państwo utrzymują pracownicy i drobni przedsiębiorcy, podczas gdy amerykańskie i niemieckie korporacje nie płacą podatków.

BAWARIA NIE ISTNIEJE

Zandberg sprawnie kontrował też obecne w wystąpieniu Morawieckiego wątki konserwatywne. Bo przy całym technokratycznym sznycie i zaklęciach o „normalności” premier przedstawił ultrakonserwatywną wizję ładu społecznego. W jej centrum stać ma rodzina: konserwatywna, heteroseksualna, najlepiej oparta na sakramentalnym związku małżeńskim. Wszelkie próby dyskusji o innych modelach rodzinnej więzi – na przykład o rodzinach jednopłciowych – to, jak wynikało z mowy premiera, „zamach na rodzinę”.

Tak konserwatywnie zdefiniowana rodzina ma też być bastionem chroniącym Polskę i Polaków przed światem – zwłaszcza dzieci. Jak najgorszy obskurant wygrażający pięścią z różańcem marszom równości, premier przedstawił tak oczywiste nawet dla większości konserwatystów w naszym kręgu kulturowym kwestie jak edukacja seksualna jako „zagrożenie dla dzieci”, przed którym należy je chronić. Z mowy premiera ktoś mógłby wyciągnąć wniosek, że „polskie rodziny” są jak amazońskie plemiona, które trzeba chronić przed kontaktem ze współczesną cywilizacją.

Oprócz starego straszenia czyhającymi na niewinność polskich rodzin marszami równości premier mówił też wiele o wolności. Z tym, że rozumiał ją dość specyficznie – jako wolność do bigoterii i obrażania mniejszościowych, niewpisujących się w żądania społecznej większości grup. Stąd wszystkie zapowiedzi tego, że „polityczna poprawność” nie będzie w Polsce ograniczać wolność. Stąd wybranie na ikonę wolności nieszczęsnego drukarza z Łodzi, któremu nienawiść do osób homoseksualnych uniemożliwiała nawet wydrukowanie ulotek zamówionych przez organizację LGBT+.

Wszystko, o czym w kwestii wolności i praw człowieka mówił premier, to nie jest normalność, to jest ultrakonserwatywna wizja. Stanowi ona część szerszego prawicowego marzenia o Polsce jako „Bawarii Europy” – gdzie dynamicznemu rozwojowi gospodarczemu i technologicznej modernizacji towarzyszyć ma głęboki społeczno-obyczajowy konserwatyzm, oraz długie trwanie tradycyjnych wartości i zbudowanych na nich społecznych instytucji. Oczywiście taka Bawaria istnieje tylko w marzeniach prawicy.

Co więcej, nieprawdziwa jest nie tylko prawicowa fantazja o Bawarii, ale i ta o Polsce. Polska nie jest aż tak konserwatywnym krajem, jak w swoim exposé założył to premier. Jeśli Morawiecki będzie tkwić przy tych założeniach, jeśli jego rząd będzie próbował przekładać je na realne polityczne posunięcia, to coraz więcej ludzi będzie postrzegać PiS jako partię, która rozpętuje kulturowe wojny, wtrącając się ludziom w ich życie prywatne i nie dając im żyć po swojemu.

NASZA CHATA NIE JEST Z KRAJA

Wreszcie, zdumiewający w exposé Morawieckiego był całkowity brak szerszej refleksji nad globalnymi wyzwaniami, przed jakimi staje współczesna Polska. Zachodnie państwa dobrobytu powstawały w warunkach długotrwałej stabilności gwarantowanej – po tej lepszej stronie Żelaznej Kurtyny – przez cały szereg międzynarodowych instytucji: od NATO, przez wspólnoty europejskie, po system z Bretton Woods. Polska dołączyła do tego, w co przekształcił się ten ład, w ostatnich trzydziestu latach, co dało nam okno rozwoju, jakie dawno nie mieliśmy w naszej historii.

Dziś ten ład mierzy się z wieloma wyzwaniami. Pękają transtatlantyckie więzi, a globalne przywództwo Stanów słabnie. Rośnie pozycja Chin. Globalizacja wyrywa władzę z rąk rządów narodowych. Europa cierpi na kryzys demokracji, oraz napięcia wywołane przez przyjęty model integracji i musi na nowo wymyślić swoją formułę – najpewniej idąc w stronę głębszej federalizacji. Wszystko wywrócić mogą skutki kryzysu klimatycznego. U Morawieckiego nie było śladu wartej uwagi refleksji nad wszystkimi tymi zjawiskami. Można było odnieść wrażenie, że Polska jest dla premiera chatą z kraja, której to, co dzieje się w świecie, zupełnie nie dotyczy.

Morawiecki zaczyna nową kadencję PiS klasycznie: okrada niepełnosprawnych.

Kmicic z chesterfieldem

Premier Mateusz Morawiecki przed rozpoczęciem exposé musiał wiedzieć o porannym wyroku TSUE ws. forsowanych przez PiS zmian w sądach. Jednak – co zdumiewające – nie odniósł się do niego ani słowem. Bił za to w opozycję, powtarzając oklepaną narrację o „donoszeniu na swój kraj

„Lepsze państwo to też lepszy wymiar sprawiedliwości. Będziemy kontynuować reformę w tym obszarze” – zapowiedział w exposé 19 listopada 2019 premier Mateusz Morawiecki. To echo wypowiedzi prezesa PiS z początku października. Jeszcze przed wyborami parlamentarnymi Jarosław Kaczyński obiecywał, że jego partia wróci do reformowania sądów „jeżeli społeczeństwo jej zaufa”.

Ale reformy sądownictwa prowadzone przez resort sprawiedliwości pod egidą Zbigniewa Ziobry były wielokrotnie krytykowane przez instytucje Unii Europejskiej jako zagrażające polskiej demokracji i trójpodziałowi władz. Trybunał Sprawiedliwości UE już dwukrotnie uznał elementy ziobrowskiej rewolucji za niezgodne z unijnym prawem.

We wtorek 19 listopada, tuż przed exposé premiera, TSUE wydał kolejny kluczowy wyrok: odniósł się to statusu powołanej…

View original post 9 239 słów więcej

 

Paranoja PiS

Robert Jastrzębski, Krystyna Pawłowicz i Stanisław Piotrowicz – to kandydaci PiS na sędziów TK poinformował PAP dyrektor Centrum Informacyjnego Sejmu. Obecna trójka nieco różni się od składu, który PiS zgłosiło pod koniec kadencji poprzedniego Sejmu. Wśród obecnych kandydatów brakuje Elżbiety Chojny-Duch, którą zastąpił Robert Jastrzębski. Chojna-Duch od Onetu dowiedziała się, że PiS wycofało jej kandydaturę.

  • – Odpowiedź mieli mi dać w poniedziałek. Czemu zmienili zdanie na temat mojej kandydatury? Nie mam pojęcia. Nie tłumaczyli tego – powiedziała Elżbieta Chojna-Duch dla Onetu
  • – Teraz wnioski trafią do Komisji Sprawiedliwości w celu zaopiniowania – zaznaczył dyrektor CIS Andrzej Grzegrzółka
  • 3 grudnia kończy się kadencja trzech sędziów TK wybranych w czasach rządów PO-PSL: Marka Zubika, Piotra Tulei i Stanisława Rymara

O zgłoszeniach na kandydatów sędziów TK poinformował dyrektor CIS Andrzej Grzegrzółka. To jedyne zgłoszone kandydatury na sędziów TK. – Teraz wnioski trafią do Komisji Sprawiedliwości w celu zaopiniowania – zaznaczył dyrektor CIS.

Elżbieta Chojny-Duch od dziennikarza Onetu dowiedziała się, że PiS wycofało jej kandydaturę. – Były wcześniej rozmowy, że rozważają taką możliwość. Ale odpowiedź mieli mi dać w poniedziałek. Czemu zmienili zdanie na temat mojej kandydatury? Nie mam pojęcia. Nie tłumaczyli tego – mówi Onetowi Chojna-Duch.

Kim jest Elżbieta Chojna-Duch?

Chojna-Duch była wiceministrem finansów w pierwszym rządzie Donalda Tuska. Już za rządów PiS zeznając przed komisją śledczą ds. VAT Chojna-Duch oskarżała polityków PO o przymykanie oczu na przestępstwa podatkowe. Wymieniała m.in. zlikwidowanie sankcji VAT, czyli 30-proc. kary za niezapłacony podatek. Potem okazało się, że to ona sama podpisała się w 2008 r. pod projektem, który likwidował tę karę.

Jednocześnie, gdy PiS zgłosiło ją do TK, wicemarszałek Ryszard Terlecki przyznał, że przez kilka lat Chojna-Duch zabiegała o publiczne stanowiska z nadania PiS. Zdaniem opozycji podważa to jej wiarygodność jako „świadka koronnego” komisji ds. VAT.

Robert Jastrzębski – kim jest?

Jak napisano w uzasadnieniu wniosku z jego kandydaturą, Jastrzębski jest absolwentem studiów na Wydziale Prawa i Administracji Uniwersytetu Warszawskiego. W latach 2012-2016 zatrudniony był na stanowisku profesora nadzwyczajnego na Wydziale Prawa UW, a od 2017 r. jako adiunkt w Katedrze Europejskiej Tradycji Prawnej na WPiA UW, a od 1 listopada 2019 r. profesor Uniwersytetu Warszawskiego. Od 2015 r. jest on Kierownikiem Pracowni Prawa Polskiego XX wieku, w tym od 2019 r. kierownikiem Zakładu Historii Administracji na Wydziale Prawa. Od 2016 r. jest on zatrudniony w Biurze Analiz Sejmowych na stanowisku eksperta ds. legislacji. Autor, współautor, redaktor oraz współredaktor około 100 publikacji naukowych, w tym książek.

PiS zgłasza kandydatów na TK po raz pierwszy

Klub PiS jeszcze w październiku zgłosił na miejsce odchodzących z TK sędziów kandydatury Elżbiety Chojny-Duch, Krystyny Pawłowicz i Stanisława Piotrowicza.

Termin na zgłoszenie tych kandydatur zbiegł się ze zmianą kadencji Sejmu, co wywołało dodatkowe komplikacje, np. takie, że pod kandydaturami byli podpisani posłowie minionej kadencji, którzy nie zyskali reelekcji, a to obecny Sejm będzie dokonywał wyboru. Aby przeciąć spekulacje, w zeszłym tygodniu szef Centrum Informacyjnego Sejmu Andrzej Grzegrzółka oświadczył, że procedurę zgłaszania kandydatur trzeba będzie powtórzyć. Dodał zagadkowo, że kandydatury „mogą się powtórzyć, ale nie muszą”.

Zgłoszone przez PiS w końcu października kandydatury krytykowała opozycja zarzucając im upolitycznienie. Poseł Koalicji Obywatelskiej Marcin Kierwiński powiedział po przedstawieniu kandydatów PiS, że „mamy postępujący proces upolityczniania Trybunału Konstytucyjnego, mają do niego trafić osoby skompromitowane, które nie dostały się do Sejmu”. Szef klubu Lewicy Krzysztof Gawkowski stwierdził, że PiS „mebluje Trybunał Konstytucyjny najgorszym sortem działaczy partyjnych”.

Przedstawiciele opozycji zapowiedzieli, że ich formacje nie będą zgłaszać swoich kandydatur również w powtórzonej procedurze wskazywania kandydatów do TK.

Wygasająca kadencja trzech sędziów

3 grudnia kończy się kadencja trzech sędziów TK wybranych w czasach rządów PO-PSL: Marka Zubika, Piotra Tulei i Stanisława Rymara. Zgodnie z regulaminem Sejmu, wnioski w sprawie kandydatów do TK składa się marszałkowi w terminie 30 dni przed upływem kadencji.

Paranoja.

Kmicic z chesterfieldem

Szanowni państwo, trzymajcie się za kieszenie i portfele, bo PiS zaczyna realizować swoje obietnice wyborcze – mówi Izabela Leszczyna o projekcie likwidacji limitu 30-krotności przy składkach ZUS. Koalicja Obywatelska chce w tej sprawie zwołania komisji finansów.

Pierwszy projekt nowej kadencji

PiS wprowadza pierwszy projekt poselski – co oznacza krótszą ścieżkę legislacji – dotyczący likwidacji limitu 30-krotności przy składkach ZUS.

– Około 400 tys. pracowników zatrudnionych na umowę o pracę, ludzi dobrze wykształconych, innowacyjnych, czyli takich, którzy mają szanse sprawić, że polska gospodarka stanie się konkurencyjna i innowacyjna. Oni będą zarabiać mniej – tłumaczyła Izabela Leszczyna z KO.

– Mimo że w kampanii wielokrotnie słyszeliśmy, że tej ustawy nie będzie, pierwsza jest właśnie ta. Dlaczego PiS to robi? Powód jest tylko jeden – do budżetu musi wpłynąć ponad 5 mld zł więcej ze składek, bo budżet nigdy nie był zrównoważony – mówiła Leszczyna.

Szukanie pieniędzy w portfelach Polaków

Projekt zakłada likwidację od 2020 roku górny limit przychodu, do którego płaci się składki na ubezpieczenie emerytalne i zdrowotne. Ten zabieg ma przynieść dodatkowe 7,1 mld zł więcej. PiS potrzebuje…

View original post 1 584 słowa więcej

Kaczyńskiego pokraczna Polska z blachy z klechą szwargocącym zdrowaśki

Pokraczna, zbita z blachy budka, osadzona na ledwo trzymającym się kupy styropianie, a w środku ksiądz… Tuż obok „naczelnik państwa” Jarosław Kaczyński, płacący księdzu na wypominki za zmarłych… Słowem cała nędza IV RP na jednym obrazku…

Wszystko to zarejestrowały kamery w dniu Święta Zmarłych, na Cmentarzu Powązkowskim, w stolicy Polski – w centrum Europy 21 wieku.

Jak podaje naTemat Kaczyński miał zamówić u duchownego modlitwę za zmarłych. Fotka stała się szybko obiektem kpin i szyderstwa. „To karykatura, a nie prawdziwy obraz”; „30 proc. Polski!! Ale wizualizacja genialna! To nasza „przyszłość” jak na razie!” – piszą internauci w komentarzach pod publikowanym w mediach społecznościowych zdjęciem.

Bystrzy obserwatorzy zauważyli przy okazji jak prawdziwym „respektem” dla litery prawa popisał się kierowca „naczelnika”, przyłapując go na zawracaniu w niedozwolonym miejscu. Grozi za to mandat od 200 do 400 zł, ale przecież nie Kaczyńskiemu, ani jego szoferowi.

Pokraczna Polska Kaczyńskiego i klechów.

Kmicic z chesterfieldem

„Jako wierni Kościoła Gdańskiego, w poczuciu odpowiedzialności za wspólnotę Kościoła katolickiego, nie możemy dłużej milczeć. Od długiego czasu jesteśmy głęboko przekonani, że Arcybiskup Sławoj Leszek Głódź, Metropolita Gdański, stracił moralną wiarygodność, niezbędną do pełnienia posługi biskupa diecezjalnego i jest dla wiernych przyczyną zgorszenia” – tak zaczyna się list, który gdańszczanie wystosowali do Franciszka, w którym domagają się odwołania Głódzia. Tylko papież może to zrobić.

„Apelujemy do Księdza Arcybiskupa, aby złożył rezygnację z urzędu, a Ojca Świętego Franciszka prosimy o jej rozpatrzenie i przyjęcie. Taką możliwość daje Kanon 401 § 2 Kodeksu Prawa Kanonicznego stwierdzający, że „Usilnie prosi się biskupa diecezjalnego, który z powodu choroby lub innej poważnej przyczyny nie może w sposób właściwy wypełniać swojego urzędu”, by przedłożył rezygnację z urzędu” – czytamy w liście. Wierni z archidiecezji gdańskiej nie wykluczają, że pojadą do Watykanu, aby spotkać się z Franciszkiem.

Sygnatariusze listu podają powody, które powinny skłonić papieża do odwołania…

View original post 1 156 słów więcej

 

Halloween

Kaczyński może czuć się zagrożony przez Banasia w dyscyplinie: który większy złodziej.

Kmicic z chesterfieldem

DYREKTOR BEZ MATURY

Zwykle jest tak, że ktoś przez lata zdobywa wiedzę, zdaje egzaminy, kończy studia, po czym nabiera doświadczeń zawodowych, odnosi sukcesy i w końcu trafia na wysokie stanowisko. Ale przecież nie u nas! W Polsce można najpierw zostać DYREKTOREM, a dopiero potem uczyć się dodawania, mnożenia i tego kim był Mickiewicz czy Słowacki. Przykładem nowy „Misiewicz” PiSu, pupilek prezesa Kurskiego, dyrektor TVP Paweł Gajewski lat 26, który wieczorowo zrobił maturę będąc już szefem informacji na Woronicza. No to już teraz wiemy skąd te liczne, „szkolne” byki na wizji. Podobno Gajewski jest cenny, bo nie ma skrupułów i dobrze zarządza hejtem. Tylko czekać, gdy szefem kultury w TVP zostanie jakiś bystry siódmioklasista, który dobrze gra w Death Stranding.

JAK DAJĄ – BRAĆ!

Politykom PO trudno wyzbyć się starych nawyków. Burmistrz warszawskiej dzielnicy Włochy Artur W. został zatrzymany przez CBA wkrótce po tym jak przyjął łapówkę 200 tys. zł od…

View original post 1 087 słów więcej

 

PiS w miejsce policjanta wstawił złodzieja

Od 4 lat wiemy, że PiS to partia, której celem jest uwłaszczyć się na majątku publicznym, rozdać spółki skarbu państwa, synekury, brać nagrody i przymykać oczy na korupcyjne działania; pamiętamy aferę w KNF, w PCK, w Polskiej Grupie Zbrojeniowej, w Maskpolu, Polskiej Fundacji Narodowej, dwie wieże itd. Ale nie myśleliśmy, że PiS sam stworzy mafię VAT-owską i wprowadzi ją do Ministerstwa Finansów i do skarbówki! – mówi Izabela Leszczyna, wiceminister finansów za czasów rządów PO-PSL. – Jeżeli w czasie 3 lat rządów PiS-u mamy lukę VAT-owską szacowaną na ok. 90 mld zł, a 250 mld zł przez 8 lat było dla PiS-u batem, którym okładali PO, to chyba ktoś nie umie liczyć – dodaje. Rozmawiamy nie tylko o doniesieniach medialnych o mafii VAT-owskiej, Marianie Banasiu i rządach PiS, pytamy też o przyszłość opozycji i Platformy Obywatelskiej.

JUSTYNA KOĆ: W Ministerstwie Finansów działała mafia VAT-owska, która mogła wyłudzić nawet 5 mln zł – donosi “Rzeczpospolita”. Wcześniej w MS działa grupa hejterska, a szefEm NIK-u zostaje osoba, która z półświatkiem krakowskim prowadzi hotel na godziny. Czy może być gorzej? 

IZABELA LESZCZYNA: Rzeczywiście trudno to komentować, bo brzmi raczej jak fabuła filmu kryminalnego, niż opis działań rządu i partii politycznej.  Największe niebezpieczeństwo upatruję jednak w roli, jaką odgrywają służby specjalne. ABW musiała wydać poświadczenie bezpieczeństwa Marianowi Banasiowi – choć wszyscy jesteśmy zgodni, że nie powinien go otrzymać, skoro miał związki ze światem przestępczym. ABW musiała o tych związkach wiedzieć. Dwóch panów, o których pisze “Rzeczpospolita” – Arkadiusz B. i Krzysztof B., bliscy współpracownicy Banasia – zajmowali tak wysokie stanowiska w Ministerstwie Finansów, że również musieli otrzymać poświadczenia bezpieczeństwa. Jak to możliwe, że je dostali, skoro pełniąc swoje funkcje, byli bossami mafii VAT-owskiej i niebawem wylądowali w areszcie? Dla mnie jest oczywiste, że

ALBO SŁUŻBY RZĄDZĄ POLSKĄ I TAKIE INFORMACJE UKRYWAJĄ PRZED PREMIEREM, CO JEST ZAGROŻENIEM DLA BEZPIECZEŃSTWA PAŃSTWA, BO TWORZY SIĘ PAŃSTWO POLICYJNO-MAFIJNE, GDZIE JAK W PIOSENCE MŁYNARSKIEGO NIE WIADOMO, KTO JEST SZERYFEM, A KTO BANDYTĄ, ALBO – I TRUDNO POWIEDZIEĆ, CO JEST GORSZE – PREMIER POSIADAŁ INFORMACJE OD ABW, ALE CI LUDZIE NADAL POZOSTAWALI NA SWOICH STANOWISKACH.

Gdyby ta teza się potwierdziła, to znaczy, że jest gorzej niż myślałam. Od 4 lat wiemy bowiem, że PiS to partia, której celem jest uwłaszczyć się na majątku publicznym, rozdać spółki skarbu państwa, synekury, brać nagrody i przymykać oczy na  korupcyjne działania; pamiętamy aferę w KNF, w PCK, w Polskiej Grupie Zbrojeniowej, w Maskpolu, Polskiej Fundacji Narodowej, dwie wieże itd. Ale nie myśleliśmy, że PiS sam stworzy mafię VAT-owską i wprowadzi ją do Ministerstwa Finansów i do skarbówki!

Kto ściągnął tych panów do MF?
Jeden z nich zaczął pracować z początkiem rządów PiS, od listopada 2015 roku, więc musiał ściągnąć go M. Banaś. Obaj panowie pełnili swoje funkcje i prowadzili mafijny proceder wyłudzania VAT-u pod rządami kolejnych ministrów finansów od Szałamachy, przez Morawieckiego, Czerwińską, aż do Banasia. Czyli albo był całkowity brak nadzoru i brak działania służb, albo całe państwo PiS funkcjonuje jak państwo mafijne, gdzie „ręka rękę myje” i jeden drugiemu pozwala na popełnianie czynów niezgodnych z prawem i działania korupcyjne.

MF wydało oświadczenie, w którym pisze, że „jednostkowe zachowania niezgodne z prawem zdarzają się w każdej instytucji”.
Jestem oburzona tym oświadczeniem ministerstwa, bo to jest obraźliwe dla 60 tys. urzędników, kontrolerów, pracowników skarbówki. Znam wielu z nich, wiem jakimi są państwowcami, jak bardzo zależy im na tym, aby podatki były płacone uczciwie.

ONI MUSIELI POCZUĆ SIĘ URAŻENI, TYM BARDZIEJ, ŻE TA DWÓJKA TO NIE SĄ „JEDNI Z 60 TYSIĘCY”. TO WYSOCY URZĘDNICY MF SPROWADZENI PRZEZ PIS DO MINISTERSTWA. SPROWADZIŁ ICH TAM MARIAN BANAŚ!

Dlatego komisja śledcza ds. VAT nie zajmowała się latami 2016-17?
To bardzo dobre pytanie. Jeżeli w czasie 3 lat rządów PiS-u mamy lukę VAT-owską szacowaną na ok. 90 mld zł, a 250 mld zł przez 8 lat było dla PiS-u batem, którym okładali PO, to chyba ktoś nie umie liczyć.

Tym bardziej, że trzeba pamiętać o trzech rzeczach: po pierwsze, że to my rozpoczęliśmy proces uszczelniania, a największy efekt przyniósł jednolity plik kontrolny; po drugie, że w czasie dobrej koniunktury gospodarczej skłonność do płacenia podatków jest dużo wyższa; i po trzecie, co częściowo związane z punktem drugim, że luka VAT jest procykliczna, tzn. dużo większa w trudnych dla gospodarki czasach. Zatem tylko z tych powodów, bez kiwnięcia palcem przez PiS, luka VAT-owska powinna się zmniejszyć. Tymczasem ona nie zmniejszyła się tak jak powinna, ponieważ PiS wyprowadził z komisariatu policjanta, a wsadził tam złodzieja. Jeśli na czele skarbówki stoi człowiek, który sam w telewizji publicznej przyznaje, że popełnił przestępstwo skarbowe, skoro jego dyrektorami są szefowie mafii VAT-owskiej, to jak tacy ludzie mają ścigać przestępców?

SAMI MAJĄ „GĘBĘ PEŁNĄ FRAZESÓW” O SWOJEJ UCZCIWOŚCI, MÓWIĄ O MAFIACH, KTÓRE PODOBNO HULAŁY, ALE NAZWISKA MAFIOZÓW POZNALIŚMY DOPIERO TERAZ I PÓKI CO, WSZYSTKIE ZACZYNAJĄ SIĘ NA B.

Od 4 lat PiS-owi nie udało się wprowadzić Centralnego Rejestru Faktur, chociaż jeszcze w kampanii PiS przekonywał, że to flagowy pomysł. Czy możliwe, że w MF ktoś wstrzymywał prace?
Pomysł Centralnego Rejestru Faktur był nasz – to pomysł PO. Ta koncepcja była przygotowywana, kiedy rządziła PO, a ja pracowałam w MF. Co więcej, PiS twierdził, że to dobry pomysł, oczywiście nie mówiąc, że jest nasz. Twierdził, że potrzeba wprowadzenia CRF jest tak pilna, że trzeba powołać Spółkę Celową Aplikacje Krytyczne, bo budżet traci 3 mld zł miesięcznie. Powołali tę spółkę, kapitał założycielski, czyli pieniądze z budżetu państwa dało MF – 15 mln, potem 20 mln. Spółka przez 3 lata swojej działalności wygenerowała milionowe straty, 3 razy zmieniła zarząd, bo Szałamacha powołał swój, potem Morawiecki swój, a minister Czerwińska kolejny. Panowie brali odprawy, CRF nie powstał, a PiS dosypywał pieniądze podatnika, aby wypłacać horrendalne wynagrodzenia swoim ludziom. To był zresztą powód wyprowadzenia spółki z MF – w ministerstwie urzędnicy nie zarabiają takich pieniędzy.

Słyszeliśmy tłumaczenia, że wystarczy jednolity plik kontrolny, co jest bzdurą, bo JPK przesyła informacje z miesięcznym opóźnieniem. Przez ten czas karuzela VAT-owska jest już dawno w innym miejscu, a słupa nie ma. CRF to możliwość śledzenia przepływów finansowych w czasie rzeczywistym. Mam nadzieję, że po przegranych przez PiS wyborach tą sprawą zajmie się komisja śledcza i odpowie na pytanie, komu zależało na tym, aby nie powstał Centralny Rejestr Faktur.

TO, CO ROBI PIS, PRZYPOMINA RACZEJ KLEPTOKRACJĘ NIŻ DEMOKRACJĘ.

Zostanie pani szefem klubu? Według doniesień medialnych na spotkaniu w jednej z restauracji podzielone zostały stanowiska i przypieczętowany został los Grzegorza Schetyny.
O tym spotkaniu mówię niechętnie i śmieszy mnie nadawanie mu waloru knucia czy spisku. Jeżeli ktoś spiskuje, to raczej nie w 60 osób, tylko we 2 czy 3 osoby, przynajmniej tak spiski wyglądają w filmach i w literaturze. Spotkaliśmy się z ludźmi PO po to, żeby powiedzieć sobie, jak bardzo ważna jest dla nas Platforma Obywatelska i że chcemy, aby tak samo ważna była dla naszych wyborców, bo chcemy wygrywać dla nich i dla Polski. Byliśmy w restauracji za własne pieniądze, nikt nie mówił, że „ludzie są głupi i powinni pracować za miskę ryżu”. Nic złego tam się nie wydarzyło.

A jeśli chodzi o moje kandydowanie na szefa klubu, to wiele koleżanek i kolegów namawia mnie do tego, ale myślę, że musimy to przedyskutować w szerokim gronie. Osoba, która stanie na czele naszego klubu, musi mieć ogromny autorytet, nie formalny, ale rzeczywisty, bo wśród nas jest wiele indywidualności, ekspertów, społeczników, pasjonatów, ludzi o różnych poglądach, których łączy miłość do ojczyzny i szacunek dla praworządności. Bycie przewodniczącym takiego klubu to wielkie wyzwanie.

JA NIE UNIKAM PRACY, ANI ODPOWIEDZIALNOŚCI, CHCĘ PRACOWAĆ W KLUBIE, WIEM, JAK ZORGANIZOWAĆ JEGO PRACĘ, ŻEBYŚMY BYLI MERYTORYCZNĄ I KREATYWNĄ OPOZYCJĄ. BORYS BUDKA ZADEKLAROWAŁ, ŻE CHCE BYĆ PRZEWODNICZĄCYM I MYŚLĘ, ŻE JEST DOBRYM KANDYDATEM. JEŻELI BORYS BĘDZIE SZEFEM KLUBU, TO BĘDĘ GO W TEJ MISJI WSPIERAĆ.

A Grzegorz Schetyna zostanie wicemarszałkiem Sejmu “na otarcie łez”?
Bardzo szanuję i lubię Grzegorza Schetynę i wszyscy o tym wiedzą. Szanuję go za to, co zrobił dla Platformy Obywatelskiej, bo dokładnie pamiętam, w jakim byliśmy miejscu po przegranych wyborach w 2015 roku i co zrobił Grzegorz, aby odbudować PO i tworzyć Koalicję. Miał też świadomość, że może zapłacić za to wysoką cenę, bo budowanie koalicji wiąże się z tym, że swoim ludziom trzeba czasem powiedzieć, że „jedynką” zostanie ktoś z Nowoczesnej, z Inicjatywy Barbary Nowackiej czy z Zielonych. Szanuję go za to, że miał odwagę to zrobić, bo uważam, że koalicja była potrzebna, ale w polityce nie ma miejsca na sentymenty. Schetyna nie musi nic dostawać na otarcie łez, bo zrobił dla Platformy i Polski bardzo dużo, jestem przekonana, że historia to zapamięta.

Chodzi o Arkadiusza B. – wysokiego urzędnika w Ministerstwie Finansów i bliskiego współpracownika Mariana Banasia, w czasach, kiedy obecny szef NIK był wiceszefem, a potem szefem tego resortu. Arkadiusz B. miał kierować zorganizowaną grupą przestępczą, wyłudzającą podatek VAT.

Banaś nie jest jedynym bliskim znajomym Arkadiusza B. Według portalu wp.pl, zna się on też dobrze z Piotrem Pogonowskim, obecnym szefem Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego, która ma pod kontrolą właśnie… Ministerstwo Finansów. Kilka lat temu Pogonowski zasiadał w radzie nadzorczej spółki „Agencja Monitoringu Wywłaszczeń”, której prezesem jest Arkadiusz B.

Wp.pl twierdzi, że w 2015 r. razem z Pogonowskim do rady nadzorczej tej spółki wszedł także Konrad Raczkowski, który kilka miesięcy później został…   wiceministrem finansów. W 2016 r. z kolei przeniósł się na stanowisko wiceprezesa do Banku Ochrony Środowiska, kontrolowanego przez Skarb Państwa. Jak przypomina portal, to właśnie ten Bank udzielił kredytu synowi  obecnego prezesa NIK Jakubowi Banasiowi.

Arkadiusz B. od stycznia tego roku siedzi w areszcie. Jest podejrzany o kierowanie zorganizowaną grupą przestępczą, wyłudzającą VAT oraz o oszustwa podatkowe. Grupa miała wyłudzić ok. 5 mln zł.

A o błyskawiczną karierę Pogonowskiego w ABW premiera Mateusza Morawieckiego pytał ówczesny poseł PO Krzysztof Brejza. Pogonowski bowiem w półtora roku miał awansować od kaprala do pułkownika, czyli o czternaście stopni. – „Kancelaria Prezesa Rady Ministrów nie posiada wnioskowanych informacji” – odpisano Brejzie. Pogonowski przed dojściem PiS do władzy był pełnomocnikiem spółki Srebrna.

Od Chile po Liban – młodzi protestują na całym świecie

Z pozoru drobne zmiany doprowadziły do wybuchu protestów w wielu krajach. W Chile punktem zapalnym okazała się podwyżka cen biletów na przejazdy metrem, w Libanie był to niewielki podatek nałożony na komunikację przy wykorzystaniu aplikacji WhatsApp, w Arabii Saudyjskiej obywatelom nie spodobały się opłaty nałożone na fajki wodne, a w Indiach rolnicy sprzeciwili się wzrostowi cen cebuli. Ku zaskoczeniu rządzących elit na ulice miast wylały się tłumy rozwścieczonych mieszkańców. To część rosnącego trendu, w ostatnich miesiącach demonstracje miały miejsce również w Hongkongu, Boliwii, Hiszpanii, Algierii, Sudanie i Kazachstanie.

Jeszcze tydzień temu prezydent Chile Sebastián Piñera chwalił się, że jego kraj jest oazą spokoju i stabilności w całej Ameryce Południowej – “Zrobimy wszystko, aby nie popaść w populizm i demagogię”. Następnego dnia protestujący zaatakowali fabryki, podpalali stacje metra i rabowali sklepy w największym wybuchu społecznego niepokoju od dekad. Militarna odpowiedź rządu doprowadziła do śmierci ponad 15 mieszkańców Santiago.

Obserwatorzy zidentyfikowali wspólny mianownik protestów – młodzi ludzie są rozczarowani upadkiem demokracji i rosnącą nierównością społeczną. Kapitalizm w jego neoliberalnym wydaniu doprowadził do korozji zaufania społecznego poprzez politykę oszczędnościową rządów promowaną przez ideologicznie zacietrzewionych ekonomistów jako właściwa odpowiedź na stagnację globalnej gospodarki. Ponadto system pozwolił wąskiej grupie najbardziej uprzywilejowanych obywateli dramatycznie się wzbogacić, zarazem zostawiając większość młodzieży bez perspektyw na poprawienie swojej sytuacji.

Więcej w „New York Timesie”.

Zamieszki w Iraku najkrwawszym wydarzeniem od czasu walk z ISIS

Wśród rosnących niepokojów na całym świecie największe żniwo zebrały demonstracje w Iraku. Przez ostatnich kilka miesięcy zginęło tam 149 osób, a ponad 3 tys. zostało rannych z rąk służb bezpieczeństwa. Protestujący są rozczarowani rzekomym konsensusem wprowadzonym przez Amerykanów w roku 2003. Ich zdaniem konsensus ten stał się przyczyną podziałów na podłożu religijnym, które zdestabilizowały rząd. Wszechobecna korupcja, wysokie bezrobocie oraz brak dostępu do podstawowych usług jak dostawa wody i prądu to według nich konsekwencje sztucznie wprowadzonego ładu. Domagają się odwołania rządu i całkowitej reorganizacji systemu politycznego, włączając w to ustanowienie nowej konstytucji.

O sprawie pisze „Al Jazeera”.

Ekonomiści biją się w pierś…

W krajach, w których obywatele pokładają więcej wiary w proces demokratyczny, ludzie dali wyraz swojemu niezadowoleniu nie poprzez protesty, ale przekazanie władzy populistom takim jak Trump. Przyczyny rozczarowania są jednak takie same – kolosalne różnice w zarobkach, słabnąca pozycja klasy robotniczej, utrata setek tysięcy miejsc pracy w przemyśle i brak nadziei na lepsze jutro. Co poszło nie tak?

Najwięksi proponenci wolnego rynku przekonywali polityków od lat 60. ubiegłego wieku, że najkrótszą drogą do trwałego wzrostu gospodarczego jest deregulacja, otwarcie przepływów kapitałowych i globalizacja. Wśród nich znalazł się noblista Paul Krugman, który w latach 90. agresywnie atakował przeciwników wolnego handlu, nie zostawiając miejsca na merytoryczną dyskusję.

Dzisiaj słynny ekonomista przyznał się do błędu – ślepa wiara w modele ekonomiczne i zgrabne równania matematyczne okazała się zgubna. Wzrost produktywności w USA nie stanowił wystarczającej przeciwwagi dla ucieczki amerykańskiego kapitału i pracy do Chin. Niezwykle skomplikowane łańcuchy dostaw w globalnej produkcji pozwoliły korporacjom osiągnąć niebotyczne zyski, podczas gdy masy społeczeństwa straciły źródła dochodu i możliwość podjęcia godnej pracy.

Krugman i inni zwolennicy wolnego handlu, którzy zdefiniowali sposób zarządzania gospodarką w ostatnich dekadach, muszą teraz odpowiedzieć na pytanie, czy brak elastyczności w ich poglądach i agresywna propaganda oparta na oderwanych od rzeczywistości modelach nie przyczyniły się do globalnej fali populizmu.

Szczegóły można przeczytać w „Foreign Policy”.

…czy zbyt późno? Nadciąga finansowy armagedon

Na błędy ekonomistów i ich zacietrzewienie zwraca uwagę również Mervyn King, były prezes Bank of England, który przeprowadził Wielką Brytanię przez kryzys finansowy 2008 roku. Zauważa, że warunki ekonomiczno-polityczne na świecie rzadko bywają tak trudne jak dzisiaj. Wspomina o wojnie handlowej między Chinami i USA, protestach w Hongkongu, problemach w krajach rozwijających się takich jak Argentyna i Turcja, napięciach między Francją i Niemcami w kwestii przyszłości waluty Euro oraz o wewnętrznym konflikcie na scenie politycznej Stanów Zjednoczonych zbiegającym się ze słabnącą pozycją mocarstwa na świecie.

Silna gospodarka pomaga przetrwać zawirowania polityczne, jednak według bankiera warunki gospodarcze nie poprawiły się od ostatniego kryzysu, a co gorsza – nie nastąpiła konieczna rewaluacja całego systemu ekonomicznego. Poprzednie kryzysy stanowiły motywację do wprowadzania radykalnych zmian, jednak dzisiaj nadal próbujemy używać tych samych narzędzi do wydobycia się ze wszechobecnej stagnacji. King uważa, że musimy zerwać ze wspieraniem strony podażowej i raczej pogodzić się z myślą, że brak wzrostu gospodarczego wynika ze strukturalnych problemów z popytem, których ekonomiści nie chcieli zauważyć.

Aby temu zaradzić, musimy zainwestować w wielkoskalowe projekty infrastrukturalne. Przed urzędnikami banków centralnych stoi teraz trudne zadanie – muszą uświadomić polityków o nadciągającym kryzysie oraz przekonać ich do prowadzenia polityki, która umożliwi wymagane inwestycje. Drukowanie pieniędzy i pompowanie ich w gospodarkę było relatywnie łatwym rozwiązaniem, jednak o ile do pewnego stopnia wyciągnęło nas z poprzedniego kryzysu, o tyle nie uchroni nas przed kolejnym.

Więcej w „The Guardian”.

Najlepsza i najtańsza służba zdrowia? Wkrótce w Chinach

Jeszcze pięć lat temu służba zdrowia w Chinach świadczyła usługi tak niskiej jakości, że zamożniejsi wybierali się za granicę w celu zakupu leków i opieki zdrowotnej, a dla większości obywateli każda poważniejsza diagnoza oznaczała wyrok. Rosnąca klasa średnia wywarła jednak presję na rząd, który w odpowiedzi na jej wymagania zwiększył wydatki na publiczne szpitale do 38 miliardów dolarów. Do 2030 roku wartość całego sektora opieki zdrowotnej ma się podwoić do 2,3 biliona dolarów, a prywatne inwestycje w chińskie firmy biotechnologiczne wzrosły czterokrotnie w latach 2015018 do niemal 18 miliardów dolarów. Efekty tych działań są namacalne – średnia długość życia przeciętnego obywatela państwa środka wyrównała się w ostatnich latach ze średnią długością życia obywatela USA.

Pekin zamierza nie tylko poprawić jakość i dostępność usług, ale również obniżyć ich koszty. W tym celu wywiera presję na korporacje farmaceutyczne i oferuje dostęp do ogromnej puli pacjentów w zamian za znacznie obniżenie cen leków. Producenci, tacy jak Pfizer czy Roche, zrozumieli potencjał i sprostali wymaganiom oferując zniżki sięgające 70%. Państwowy monopson w sektorze zdrowotnym to niespełnione marzenie socjaldemokratów w USA, gdzie koszty opieki medycznej całkowicie wyrwały się spod kontroli.

Szczegóły można znaleźć w „Bloomberg”.

Plastikowe siatki miały uratować środowisko

Świat produkuje bilion plastikowych siatek rocznie. Można je dzisiaj znaleźć nie tylko w sklepach i na wysypiskach śmieci, ale również wewnątrz zwierząt morskich. Co bardziej empatyczni z nas z trudem patrzą na zdjęcia żółwi o zdeformowanych skorupach zaklinowanych w plastikowych opakowaniach. Jednak wszystkich mogą dotknąć negatywne skutki zdrowotne konsumpcji rosnących ilości wszechobecnych mikroskopijnych cząsteczek tworzywa. W związku z tym kolejne kraje, poczynając od Bangladeszu w 2002 roku, wprowadzają zakaz obrotu plastikowych siatek.

Trudno sobie wyobrazić, że w zamyśle te poręczne produkty miały stanowić ekologiczną alternatywę dla siatek papierowych ze względu na ich wytrzymałość. Szwedzki wynalazca Sten Gustaf Thulin nie przewidział jednak, że nastąpi eksplozja popularności jednorazówek, kiedy prezentował swój produkt w 1959 roku. Jak wspomina jego syn, “ojciec zawsze miał przy sobie złożoną siatkę w kieszeni”.

O sprawie pisze „The Independent”.

Komputer Google’a osiągnął supremację kwantową

Gigant Doliny Krzemowej pochwalił się na łamach czasopisma naukowego „Nature: supremacją kwantową. Używając komputera kwantowego, wykonano w 3 minuty i 20 sekund obliczenia, które zajęłyby ponad 10 000 lat nawet najpotężniejszym klasycznym komputerom. Tak jak pierwsza latająca maszyna braci Wright nie była pełnoprawnym samolotem, tak komputer Google’a trudno nazwać uniwersalną maszyną obliczeniową – sukces dotyczy bowiem jednego konkretnego zadania. Mimo to, jak przekonują naukowcy odpowiedzialni za przeprowadzenie eksperymentu, oba wynalazki udowodniły, że nasze najśmielsze marzenia mogą się okazać rzeczywistością.

W przyszłości komputery kwantowe przysłużą się do rozwoju sztucznej inteligencji, projektowania nowych materiałów, zarządzania logistyką czy też łamania najbardziej skomplikowanych szyfrów. To właśnie to ostatnie zastosowanie technologii przykuwa uwagę agencji bezpieczeństwa wewnętrznego na całym świecie. Chiny oraz Stany Zjednoczone ustanowiły informatykę kwantową za jeden z priorytetów bezpieczeństwa narodowego, inwestując w powiązane inicjatywy miliardy dolarów.

Sprawą zajmuje się m. in. „Die Welt”.

Powiedzmy, że MI6 byłby w stanie ujawnić prawdziwe intencje Trumpa, jego zmowę z Putinem, to któremu rządowi by to przedstawił? Komu konkretnie w Stanach Zjednoczonych?

embed

W swojej poprzedniej powieści, „Szpiegowskie dziedzictwo”, le Carré wskrzesił kultową postać ze swoich dawnych, najlepszych powieści – George’a Smileya. I myślał, że to będzie jego ostatnia książka. Jednak w wieku 88 lat ten żywy klasyk brytyjskiej literatury, a przy tym dla wielu wzór do naśladowania przez wzgląd na swój upór i szczerość, z jaką bronił własnego poczucia etyki i bardziej sprawiedliwego modelu społecznego, powraca z nową książką – „Agent Running in the Field”. Jest to historia szpiegowska, bliska w duchu legendarnej powieści „Druciarz, krawiec, żołnierz, szpieg”; nowość polega na tym, że unosi się nad nią widmo brexitu. Le Carré jest człowiekiem, którego łatwo rozśmieszyć, i jest niezwykle uprzejmy, lecz nie ukrywa gniewu, kiedy mowa o brexicie i rządach Borisa Johnsona. Nawet trudno mu opowiadać o swojej książce, nie wspominając o tym, co dzieje się w jego kraju.

Ten wywiad odbył się na Majorce w sierpniu, podczas wakacji pisarza na Balearach, ale został zaktualizowany kilka dni temu. Le Carré był świeżo po udziale w kolejnej demonstracji przeciwko brexitowi w Londynie, ale nadzieja, którą podtrzymywał jeszcze latem – że jego kraj pozostanie w UE – już, jak mówi, zgasła.

***

Guillermo Altares: Kiedyś powiedział pan, że jako 30-latek widział, jak budowano mur berliński i jak go burzono, gdy miał pan lat 60. Czy wyobrażał sobie pan wtedy Europę, w której obecnie żyjemy, i kryzys spowodowany brexitem?

JOHN LE CARRÉ: – Skąd, do dziś wydaje mi się to nie do pomyślenia. Jest to bez wątpienia największy idiotyzm, jakiego dopuściła się Wielka Brytania od czasu zajęcia Kanału Sueskiego w 1956 r. Dla mnie jest to w dodatku katastrofa z naszej własnej winy, za którą nie możemy winić nikogo – ani Irlandczyków, ani Europejczyków z kontynentu…

Jesteśmy narodem, który zawsze był zintegrowany z sercem Europy. Być może mieliśmy konflikty z tym i owym, ale przecież jesteśmy Europejczykami. Pomysł, że możemy zastąpić dostęp do największej na świecie wspólnoty handlowej dostępem do rynku amerykańskiego, jest przerażający. Ta niestabilność, którą powoduje Donald Trump jako prezydent USA, jego egotyzm i megalomańskie decyzje… Czy naprawdę zamierzamy zdać się na jego łaskę, zamiast pozostać aktywnymi członkami UE? To szalone, przerażające i niebezpieczne. Nie podoba mi się to z politycznego punktu widzenia, a z ekonomicznego ani w to nie wierzę, ani tego nie rozumiem.

Nie rozumiem, jak doszliśmy do sytuacji, w której mamy rząd Myszki Miki złożony z polityków drugiej kategorii. Taki na przykład obecny szef naszej dyplomacji, niejaki Dominic Raab, należy do typu ludzi, którymi naprawdę wręcz gardzę, gdy zabierają się do polityki; nigdy nie poznałem tych brexiterów, ale wiem, że akurat on ma na swoim koncie wyłącznie podrzędne raporty o skutkach brexitu i jest wyjątkowo kiepskim negocjatorem. To właśnie myślę o tej sytuacji.

„Kiedy wielcy szpiedzy się starzeją, zaczynają szukać wielkich prawd” – mówi pana bohater, George Smiley, pod koniec „Szpiegowskiego dziedzictwa”, powieści sprzed dwóch lat. Czy to dotyczy również pisarzy?

– Dla mnie przynajmniej jest to prawdą.

Z biegiem lat stałem się bardziej radykalny, bardziej przeciwny wojnie, rozpaczliwie martwię się ekologią i zmianami klimatu.Mam 14 wnuków i trzech prawnuków, a ich przyszłe życie i w ogóle egzystencja całej ludzkości jest w poważnym niebezpieczeństwie. Planeta oczywiście przetrwa, ale nie jestem pewien, czy wszystkim ludziom też się to uda.

Wspomniał pan o Smileyu. Z perspektywy czasu jest to dla mnie teraz interesujące, ponieważ Smiley, o ile wiemy, kończy swoje życie w Niemczech. To tam znajdujemy go pod koniec tamtej powieści, a moja nowa książka opowiada o kimś, kogo należy wyciągnąć z Wielkiej Brytanii.

W tej chwili bardzo trudno być Brytyjczykiem i Europejczykiem. Demonizacja Europy przez dzisiejszą brytyjską prasę wydaje się nie do powstrzymania. Należy pamiętać, że 80 proc. brytyjskich mediów jest w rękach miliarderów żyjących w rajach podatkowych. Kto skorzysta na brexicie? Może oni.

To coś, czego nie potrafię zrozumieć. Jeśli jesteś zainstalowany w raju podatkowym i możesz stawiać przeciwko funtowi, jeśli zarządzasz funduszami inwestycyjnymi i wiesz, co w trawie piszczy, możesz zarobić dużo pieniędzy. Czy właśnie to sprawia, że te szychy z prasy stawiają na brexit?

Musimy pamiętać, że mamy do czynienia z ludźmi o wątpliwej etyce, zaczynając od Borisa Johnsona. Uważam, że bardzo ważne jest, aby Europejczycy to zrozumieli. To nie jest nasz pierwszy skład, to nasze głębokie, trzecioligowe rezerwy.

Co pan sądzi o nowym porozumieniu w sprawie wystąpienia z Unii, które wynegocjował Johnson?

– To zdrada Irlandii Północnej, kolejny gwóźdź do trumny Zjednoczonego Królestwa. Ciekawe, co teraz zrobi pan premier Johnson, ponieważ zachował się jak kompletny sztubak, nie chcąc podpisywać listu z prośbą o kolejne odroczenie brexitu, który musiał wysłać do Brukseli zobowiązany uchwałą parlamentu. To chłopiec udający premiera. Najważniejsze jest, aby zapobiec wystąpieniu bez porozumienia i w tej sprawie popieram środki podjęte przez parlament w celu wymuszania na tym rządzie kolejnych przedłużeń.

Latem jeszcze pan myślał, że istnieje niewielka szansa na to, iż wyjście będzie niemożliwe i że odbędzie się nowe referendum. Już stracił pan tę nadzieję?

– Obawiam się, że rzeczywistość jest taka, jaka jest. Brexit już bardzo wszystkich męczy, szybko spada w związku z tym zaufanie dla instytucji państwa. I chociaż kolejne ruchy Johnsona są uznawane nawet przez nasz sąd najwyższy za nielegalne – jak wrześniowe zawieszenie prac Izby Gmin – premier w pewnym stopniu staje się silniejszy. Zamkną mu drzwi do wyjścia bez porozumienia, ale obawiam się, że w końcu wygra: doprowadzi do przyspieszonych wyborów, przepchnie twardy brexit i pozostanie u władzy przez dwie kadencje.

Mamy na ulicach do czynienia ze wzrostem neofaszyzmu: największe zagrożenie terrorystyczne w Wielkiej Brytanii obecnie pochodzi od skrajnej prawicy, tak twierdzi policja. I to brexitowi politycy zatruli atmosferę w tym kraju. Najpierw były stare śpiewki o eurofobii, potem tabloidy wywołały w ludziach poczucie odrzucenia, a teraz cyniczni gracze to wykorzystują.

Gdzieś w naszym kraju wciąż kryje się stabilność i zdrowy rozsądek, ale już tego nie ma w sferze politycznej.

Jakie niebezpieczeństwa grożą teraz Wielkiej Brytanii?

– Istnieje realne ryzyko rozpadu Królestwa. Nawet Irlandii Północnej mówimy teraz otwarcie, aby się waliła. A wszystko to przybliża bardziej niż kiedykolwiek możliwość zjednoczenia Irlandii, zaś Szkocja może skorzystać z tej sytuacji. Moim zdaniem z dnia na dzień rośnie możliwość, że Wielka Brytania się rozpadnie. W przyszłości może być też tak, że problem Madrytu z Katalonią stanie się znacznie poważniejszy właśnie w wyniku tego, co się tutaj dzieje. Johnson jest osobą, która nie ma nic wspólnego z prawdą, głosował przeciwko wielu rzeczom, które sam teraz oferuje. Wynegocjował znacznie gorsze porozumienie od poprzedniego. Boże, jak mnie to wkurza i przygnębia…

Czy uważa pan, że Trump, a nawet Johnson mogą być rosyjskimi agentami?

– Nie widzę powodu, dla którego Johnson miałby nim być, z wyjątkiem tego, że zawsze wiódł bardzo rozwiązłe życie, jest niedyskretny i ma bardzo nieprzyjemny charakter. Trump to jest zupełnie inna sprawa. Ma ogromne interesy finansowe w Rosji, istnieją wyraźne przesłanki, by sądzić, że jego ludzie próbowali spekulować na rynku nieruchomości w Moskwie, a życie samego Trumpa jest bardzo nieuporządkowane. Gdyby Władimir Putin miał dowody na przykład na szwindle podatkowe Trump Organization i był gotów je opublikować, być może mógłby go znokautować.

Tylko dlaczego miałby to zrobić? O wiele lepiej jest po cichutku Trumpa dominować. Ilekroć na horyzoncie pojawia się kwestia agresywnej polityki Rosji, Trump okazuje irracjonalną sympatię dla Putina.

Czasem ponosi mnie fantazja i zastanawiam się, co by się stało, gdyby brytyjski wywiad, który ma bardzo dobre źródła w Rosji, uzyskał niezbite dowody na to, że Trump jest kontrolowany przez Putina. Kto by go wysłuchał? Jak by sobie z tym poradzili?

Pana dwie ostatnie książki przywróciły atmosferę starej zimnej wojny, a w tej najnowszej – nawet między Niemcami a Wielką Brytanią. Sądzi pan, że dotychczasowi sprzymierzeńcy już nie ufają Londynowi?

– Mamy w tym kraju dość wstrętny system propagandy. Większość gazet popiera brexit, demonizuje liberalnego premiera Irlandii i całą Europę, a już ich największym wrogiem są Niemcy. Nie przestają wypisywać perfidnych bzdur o „duchu Dunkierki”, o tym, jak Europa opuściła Anglię…

Jesteśmy w rękach manipulatorów, i to Rosja maczała ręce w tej manipulacji. Wymiar udziału Rosji w referendum brexitowym nie został w pełni przyjęty przez opinię publiczną. A jest na to coraz więcej dowodów.

W ogóle przeprowadzanie referendum w Wielkiej Brytanii, gdzie istnieje demokracja parlamentarna, jest czymś absurdalnym. Może przeprowadzimy referendum odnośnie do kary śmierci i zaczniemy wieszać ludzi na ulicach, kiedy 50,5 proc. głosujących będzie za? Kluczem do demokracji parlamentarnej jest to, że wybiera się kompetentnych ludzi do reprezentowania swojej społeczności. Co się z nami stało, co stało się z umiarkowanymi, porządnymi ludźmi, z pragmatykami? W kraju o takich tradycjach trzeźwego parlamentaryzmu?

Już czuć zapach pełzającej autokracji. Jestem wściekły na to wszystko, bo wiem, że my, ogół Anglików, jednak tacy nie jesteśmy.

Napisał pan kiedyś, że skuteczność tajnych służb odzwierciedla możliwości danego kraju. Z nowej powieści trudno wysnuć wniosek, że brytyjskie służby są najskuteczniejsze na świecie…

– Brakuje nam obrania kierunku. Po zimnej wojnie zostaliśmy bez konkretnych poglądów. W tej chwili nie jestem w stanie znaleźć w nas cienia idealizmu – no, chyba że za idealizm uznamy ślepą wiarę w dobrodziejstwa brexitu. Nie ma żadnego lidera z wystarczającą siłą i charyzmą, aby pokazać nam, co się rzeczywiście dzieje. Ja chciałem opisać ten absolutny brak kierunku.

Powtarzam, nawet gdyby MI6 był w stanie ujawnić prawdziwe intencje Trumpa, jego zmowę z Putinem, to któremu rządowi by to przedstawił? Komu konkretnie w Stanach Zjednoczonych? Komuś w obecnym Białym Domu? Przerażającą rzeczą po obu stronach Atlantyku jest zanik odwagi moralnej.

Właśnie jednym z najważniejszych lejtmotywów w pana twórczości jest zdolność ludzi do pozostania moralnymi w niemoralnym świecie. Czy to także jeden z tematów nowej książki?

– Bez wątpienia. Chociaż konsekwentnie moralne postępowanie w prawdziwym świecie może być niezwykle niebezpieczne… W okresie od zakończenia zimnej wojny do chwili obecnej chcieliśmy czuć, że mamy moralny cel, światłych przywódców i jakiś kolejny plan Marshalla. Chcieliśmy, aby ktoś wykorzystał kapitalną okazję do odbudowania świata. To było możliwe. Był świetny moment, wystarczyło wyłonić świetnego lidera. Nikt się nie pojawił.

W „Agent Running in the Field” jest bardzo ekscytujący fragment, a jednocześnie czuję, że jest on dla pana bardzo osobisty – mianowicie gdy bohater wyznaje swojej córce, że jest szpiegiem. Pan miał podobną rozmowę?

– W tajnych służbach to zawsze był problem, ponieważ w pewnym momencie trzeba było porozmawiać z dziećmi i zwykle się czekało, aż przynajmniej przejdą przez okres dojrzewania… I wtedy odbywała się ta rozmowa. Akurat mnie się to nie przydarzyło, ponieważ wtedy już dawno opuściłem służbę. Ale wiele osób musiało przez to przejść i zwykle reakcja dzieci była bardzo gwałtowna: „Okłamywałeś mnie przez całe lata!”.

W szerszym sensie robiłem rzeczy, których teraz się wstydzę, rzeczy wprawdzie całkowicie uzasadnione etyką służby, ale teraz patrzę na nie inaczej. Do pewnego stopnia Nat, bohater nowej powieści, jest także trochę zawstydzony, a jego ostatnie słowa do młodszego przyjaciela to: „Chciałem mu powiedzieć, że jestem przyzwoitym człowiekiem, ale było już za późno”. Tylko co właściwie oznacza przyzwoitość?

We wspomnieniach zatytułowanych „Tunel z gołębiami” dużo pisał pan o karierze literackiej, a bardzo mało o latach pracy wywiadowczej, szczególnie w Niemczech podczas zimnej wojny. Powtarza pan, że są rzeczy, o których nigdy nie będzie mógł powiedzieć.

– Jednym z moich pierwszych zadań było przeprowadzanie wywiadów z osobami, które uciekały z bloku sowieckiego przez Węgry – przez tę samą granicę, od której obecnie odbijają się uchodźcy. Nawiasem mówiąc, jestem głęboko rozczarowany ścieżką, jaką podążyło kilka krajów byłego bloku sowieckiego: Polska czy Węgry…

Moje życie nie było niekończącym się poszukiwaniem moralności. Te przesłuchania, choć nazywaliśmy je wywiadami, były fascynujące. Robiliśmy to, co później robi pisarz: przypatrywaliśmy się wszystkim punktom widzenia na daną sytuację, a następnie w głowie ustalaliśmy wersję najbardziej zbliżoną do prawdy.

W kontrwywiadzie przesłuchiwałem także brytyjskich urzędników. Niech sobie pan wyobrazi kogoś, kto ma awansować na wysokie stanowisko w ministerstwie obrony, ale z akt wynika, że w młodości był członkiem partii komunistycznej. Trzeba było udać się do szefa sztabu i powiedzieć, że szanujemy tę osobę, ale mamy problem z jej przeszłością i że musimy ją przesłuchać. I wtedy ta osoba musiała zaakceptować przesłuchania lub odesłać nas do diabła. Większość się zgadzała i była przesłuchiwana, trwało to tydzień, dwa tygodnie, w tempie trzech lub czterech godzin dziennie. Cały czas odwoływaliśmy się do innych źródeł, np. przechwytywanych listów lub informacji agenta. I w końcu wydawaliśmy zalecenie. Proces ten był bardzo nieprzyjemny, ale przeprowadzany mądrze i z dużą uprzejmością.

Jest jeszcze fragment nowej książki rozgrywający się w Czechach, który sugeruje, że Rosjanie przegrali zimną wojnę, ale odtąd już wyłącznie wygrywają…

– Rosja, dzięki masowym akcjom z zakresu public relations, robi wrażenie, że ma wszystko pod kontrolą, a w rzeczywistości jest bankrutem, a sytuacja jej gospodarki jest tragiczna. Ale Kreml prowadzi politykę ekspansji terytorialnej, choćby na Ukrainie, która może zresztą niebawem zniknąć jako niezależne państwo, nie wykluczam tego. Zaś z zewnątrz Rosja wydaje się przedstawiać jako wyjątkowo jednolita, zdecydowana, mająca jasne cele siła konfrontująca się z rosnącą niejednorodnością i niezdecydowaniem Zachodu – Wielkiej Brytanii, Europy, Stanów Zjednoczonych… A pamiętajmy, że Putin nie ma skrupułów i myśli o świecie tylko w kategoriach spisku.

***

Nowa powieść Le Carré

O czym jest „Agent Running in the Field”, 25. i – jak twierdzi pisarz – na pewno ostatnia jego powieść? „Jak w przypadku każdej z jego najlepszych książek, czytając, trzeba być należycie skoncentrowanym, bo wszystko, co najważniejsze, jest poukrywane w dwuznacznościach błyskotliwych dialogów” – piszą krytycy na Wyspach. Nat ma 47 lat, szkocko-rosyjskie pochodzenie i został niedawno odwołany przez MI6 z pracy operacyjnej (prowadził siatkę w Estonii). Dostał przydział do podrzędnej sekcji kontrolującej z gabinetowego dystansu poczyniania Rosjan. Nic dziwnego, że więcej uwagi poświęca grze w badmintona w klubie w Battersea, gdzie jego sparingpartnerem jest pewien młody człowiek, wściekły na brexit. Ale wtedy dzieje się coś jeszcze: Nat wpada na trop operacji „Jericho”, w ramach której rząd w Londynie zamierza wyrządzić wiele przykrości Europie w zamian za przychylność nowej generacji polityków w Białym Domu. Jedzie do Czech, by spotkać się ze swoim dawno temu zwerbowanym, a teraz uśpionym agentem. Wszystko to dzieje się w świecie, w którym technologia umożliwia już permanentną inwigilację każdego. Chyba że jest się wysokiej klasy szpiegiem…

Czy Ziobro przyniesie głowę Kaczyńskiego?

Wydaje się, że po zwycięstwie w wyborach parlamentarnych prezes Kaczyński będzie w pełni usatysfakcjonowany. Jednak chodzą słuchy, że nie jest to takie pewne. Ponoć sen z oczu prezesa spędza Zbigniew Ziobro.

Fakt, ugrupowanie ministra sprawiedliwości zdobyło 17 mandatów, a to oznacza, że tylko dzięki temu PiS ma większość w Parlamencie. Ziobro wyczuł więc sytuację idealnie i ponoć zażądał dla siebie stanowisko wicepremiera oraz jakąś tekę ministerialną dla posła ze swojej partii. Nie ukrywa też, że chętnie zamieniłby premiera Morawieckiego na kogoś innego, bardziej mu odpowiadającego.

Koledzy partyjni Ziobry zgadzają się z nim, że zmiany w rządzie są konieczne. Jak to podkreślił Patryk Jaki w rozmowie z TVN24, „Wygraliśmy wybory zdecydowanie, ale mimo wszystko potrzebna jest refleksja i na pewno potrzebne są zmiany”.

Jarosław Gowin nie ma nic przeciwko przyznaniu Ziobrze teki wiceministra, bo przecież „Skoro ja jako lider jednej z trzech partii, z dwóch mniejszych partii obozu rządowego, jestem wicepremierem, nie byłoby rzeczą w żaden sposób zaskakującą, że wicepremierem zostanie także minister Ziobro”, jednak nie zamierza się wtrącać, uznając, że to sprawa miedzy PiS a Solidarną Polską.

Zdecydowanie jednak opowiada się za pozostawieniem Morawieckiego na stanowisku premiera. Takie były wcześniejsze ustalenia i „trzeba trzymać się dawnych reguł solidarnej współpracy”. Wydaje się, że Jarosław Gowin jest bardziej wierny wcześniejszym ustaleniom, czego nie można powiedzieć o Zbigniewie Ziobrze. Jest on zdecydowanie trudniejszym koalicjantem, z wielkimi ambicjami i zapewne nie odpuści, by piąć się coraz wyżej w polityce. W końcu mając tych 17 posłów ma prawo stawiać warunki, a może i w którymś momencie wygryźć samego prezesa?

Mateusz Morawiecki powinien dalej być premierem? – Potrzebna jest rozmowa na ten temat, ale najpierw w gronie koalicyjnym – powiedział europoseł Patryk Jaki w rozmowie z TVN24. Wypowiedź polityka ponownie wznieciła spekulacje o oczekiwanej zmianie szefa rządu ze strony Solidarnej Polski Zbigniewa Ziobry.

  • „Fakty” TVN podają nieoficjalnie, że Ziobro zażądał stanowiska wicepremiera i dodatkowego resortu dla przedstawiciela swojej partii w nowym rządzie
  • Minister sprawiedliwości był dziś widziany w siedzibie PiS przy ul. Nowogrodzkiej
  • Ziobrę na stanowisku wicepremiera widzi Jarosław Gowin, jednak nie wyobraża sobie, aby Morawiecki nie pozostał szefem rządu

Prawo i Sprawiedliwość zdecydowanie wygrało wybory paramentarne, zdobywając 43,59 proc. głosów, jednak rezultat ten przełożył się jedynie na 235 mandatów. Oznacza to, że dysponuje przewagą jedynie pięciu posłów potrzebną do samodzielnego rządzenia. Co ważne, w grupie tej znajduje się liczne grono polityków należących do dwóch innych ugrupowań wchodzących w skład Zjednoczonej Prawicy: Solidarnej Polski Zbigniewa Ziobry i Porozumienia Jarosława Gowina. Partie te mają w nowym Sejmie odpowiednio 19 i 18 przedstawicieli. Może to komplikować plany lidera PiS Jarosława Kaczyńskiego, także co do składu przyszłego rządu.

Według nieoficjalnych informacji „Faktów” TVN Zbigniew Ziobro zażądał stanowiska wicepremiera oraz dodatkowego resortu dla polityka Solidarnej Polski. Ma to być warunkiem poparcia rządu.

– Wygraliśmy wybory zdecydowanie, ale mimo wszystko potrzebna jest refleksja i na pewno potrzebne są zmiany – powiedział w rozmowie z TVN24 europoseł Patryk Jaki, odnosząc się do wyniku wyborów. Bliski współpracownik Zbigniewa Ziobry nie wykluczył też zmiany na stanowisku szefa rządu. – Potrzebna jest rozmowa na ten temat, ale najpierw w gronie koalicyjnym – zaznaczył.

Minister sprawiedliwości był dzisiaj widziany w warszawskiej siedzibie Prawa i Sprawiedliwości przy ul. Nowogrodzkiej. W budynku spędził kilkadziesiąt minut. Nie wydano żadnego oficjalnego komunikatu, czego mogły dotyczyć rozmowy.

Ziobro wicepremierem? Gowin: nie będziemy temu przeciwni

W „Faktach po Faktach” TVN24 o zmiany w rządzie pytany był wicepremier Jarosław Gowin. Polityk stwierdził, że nie będzie przeciwny przyznaniu Ziobrze stanowiska wicepremiera.

– Skoro ja jako lider jednej z trzech partii, z dwóch mniejszych partii obozu rządowego, jestem wicepremierem, nie byłoby rzeczą w żaden sposób zaskakującą, że wicepremierem zostanie także minister Ziobro – tłumaczył. Jednocześnie zaznaczył, że to kwestia negocjacji między PiS a Solidarną Polską. – Nie będę się w to wtrącał – dodał.

Pytany o zmianę na stanowisku premiera powiedział, że nie wyobraża sobie, aby Mateusz Morawiecki nie był szefem rządu. – Sprawa jest poza dyskusją. Tego kandydata wskazała główna partia naszego obozu, czyli PiS. Porozumienie formalnie poparło kandydaturę Morawieckiego – oznajmił. – Trzeba trzymać się dawnych reguł solidarnej współpracy – zaznaczył.

W jego ocenie „nie ma żadnego pośpiechu w powoływaniu nowego rządu”, a on sam nie był jeszcze w siedzibie PiS przy ul. Nowogrodzkiej.

Ziobro jeszcze może, a Kaczyński impotent.

Kmicic z chesterfieldem

W normalnym państwie można by taki pomysł obśmiać. Ale PiS ze środowisk postulujących taką edukację zrobił wroga publicznego, niszczycieli polskiej rodziny, deprawatorów dzieci i nihilistów.

To do nich wołał prezes Kaczyński: „Ręce precz od naszych dzieci”. To także ich miał na myśli abp Jędraszewski, głosząc o „tęczowej zarazie”. W takiej sytuacji można się spodziewać, że obywatelska inicjatywa mająca błogosławieństwo Kościoła zostanie przez parlament uchwalona. Będziemy wtedy chyba jedynym krajem w Europie i ewenementem na skalę światową, gdzie edukacja seksualna nie tylko nie jest w szkołach wykładana, ale jest zakazana i karana więzieniem.

Nauczanie seksualne jako przestępstwo

Na wznowionym po wyborach posiedzeniu Sejmu jednym z punktów było pierwsze czytanie projektu obywatelskiej inicjatywy Stop Pedofilii, który wprowadza do kodeksu karnego nowe przestępstwo: nauczania seksualnego. Przepis ma brzmieć tak: „Kto propaguje lub pochwala podejmowanie przez małoletniego obcowania płciowego lub innej czynności seksualnej, działając w związku z zajmowaniem stanowiska, wykonywaniem zawodu lub działalności związanych z wychowaniem, edukacją, leczeniem małoletnich lub opieką nad nimi…

View original post 5 130 słów więcej

 

Naród do piachu wraz z emerytowanym zbawcą narodu. Ten cel przyświeca prezesowi przed jego odejściem

Musimy sobie uzmysłowić, kim jest Jarosław Kaczyński, który chowa się za tabunem ochroniarzy.

Przede wszystkim to tchórz, a jaki w związku z tym jest mściwy. Jego brat to był dupek, który sprawił katastrofę smoleńską (96 osób poszło do piachu). Ten tchórz do piachu chce posłać naszą niepodległość.

Umiejętność „pracy pod presją czasu” to jedna z cech bardzo poszukiwanych w czasie rekrutacji nowych pracowników. Również z takim wyzwaniem musiał wczoraj zmierzyć się kandydat na „emerytowanego zbawcę narodu”.

„Mam mało czasu, bo jakiś heavy metal nas goni” – stwierdził zwykły poseł na wstępie spotkania, zorganizowanego w Energetycznym Centrum Kultury w Sosnowcu, gdzie wieczorem Jazz Klub Komin zaplanował występ zespołu heavymetalowego.

Być może to właśnie praca w stresie i presja czasu sprawiły, że „naczelnik” wzniósł się wczoraj na wyżyny kreatywności. Na pierwszy ogień oczywiście poszły elity. Prezes PiS był łaskaw stwierdzić, że „W niszczeniu polskiej reputacji brały udział polskie elity z poparciem władzy” ale na szczęście Nowa polska elita władzy nie pracuje już dla naszych wrogów. A ci, którzy pracują są napiętnowani i będą piętnowani dalej”Nie wiadomo dokładnie co miał na myśli Kaczyński wypowiadając te słowa, ale wyobraźnia podsuwa najczarniejsze scenariusze wraz ze znakowaniem złych elit, na podobieństwo znakowania bydła gorącym żelazem, rodem z amerykańskich westernów.

Dalej już było z górki a prezes poruszył swój ulubiony wątek, czyli człowieka który „chciał być dużym misiem w Europie”. To właśnie przez ambicje Donalda Tuska cała zagraniczna polityka była podporządkowana przymilaniu się Unii Europejskiej, a żeby zachować symetrię, pokazywaliśmy miękkie podbrzusze jeszcze większemu misiowi na wschodzie.

No ale to już wszystko szczęśliwie przeminęło. Polska armia jest rozbudowywana, a jakby co to są jeszcze przecież w Polsce Amerykanie. Powstał terminal gazowy więc nie będziemy kupować ze Wschodu ropy i gazu po zawyżonych cenach, a jeśli już to po uczciwych… tak jak np. węgiel, który jak często słyszymy „jest gwarantem naszego bezpieczeństwa energetycznego”.

Biorąc pod uwagę wszystkie powyższe stwierdzenia „bez kozery” możemy stwierdzić, że praca w stresie i pod presją czasu wzmaga kreatywność „naczelnika” i spełnia on wszelkie kryteria by zostać „emerytowanym zbawcą narodu”. Cbdu!

Kaczyński odchodzi, a przed odejściem chce zaspokoić swój polityczny sadyzm.

Kmicic z chesterfieldem

To jeden z wielu komentarzy po debacie wyborczej w TVN 24. Wzięli w niej udział Marcin Horała z PiS, Izabela Leszczyna z Koalicji Obywatelskiej, Władysław Kosiniak-Kamysz z PSL, lider Lewicy Razem Adrian Zandberg oraz Krzysztof Bosak z Konfederacji.

Horała w ostatniej chwili zastąpił wyznaczonego przez PiS do udziału w tej debacie Jacka Sasina: „Pierdyknęło” rzekł w debacie wyborczej wicepremier J. Sasin – „Nowe elyty…”. Niewiele brakowało, a nikt z PiS nie pojawiłby się w studiu TVN, o czym przebąkiwał wicerzecznik partii Radosław Fogiel.

W trakcie wczorajszej debaty Horała skarżył się, że pozostali uczestnicy mieli… więcej czasu niż on. – „Jedno w PiS jest stałe i niezmienne: narracja oparta na kłamstwie”; – „I prawie płacze, że tak się wszyscy uwzięli na niego. No cóż, warunki cieplarniane dla PiS tylko w TVP”; – „Biedak przyszedł do niezależnej telewizji i okazało się, że musi odpowiadać na konkretne pytania, a nie bajki…

View original post 1 781 słów więcej