Kaczyński, albo w pierdlu, albo u Łukaszenki, albo u Wielkiego Manitou

Choć ostatnie sondaże poparcia dają jeszcze Prawu i Sprawiedliwości przewagę nad partiami opozycyjnymi, to właśnie Jarosław Kaczyński może być największym przegranym jesiennej elekcji. Choćby nie wiem jak się starał, a PiS osiągnęło w wyborach do Sejmu ponad 50% głosów i większość konstytucyjną, a nawet sejmową, to jego plan całkowitego przebudowania ustroju naszego kraju na swoją modłę może wylądować w śmietniku i pozostać niespełnionym marzeniem prezesa PiS.

Wszystko przez pakt, jaki został zawiązany pomiędzy wszystkimi opozycyjnymi siłami w polskiej polityce, a dotyczący wyborów do Senatu. Najprawdopodobniej we wszystkich okręgach (a co najmniej w większości) do Senatu opozycja wystawi tylko jednego kandydata przeciw PiS. Bez izby wyższej Parlamentu może i nawet uda się przepychać kolejne ustawy zwykłe (choć z dużymi problemami i z pewnością nie w tempie pozwalającym na ukrycie przed opinią publiczną prawdziwych zamiarów), ale ustawy zasadniczej tknąć się nie da.

W ostatnich tygodniach wydawało się, że idea wspólnego startu  w wyborach całego frontu anty-PiS legła w gruzach. Zamiast jednego, do Sejmu wystartują  trzy bloki – Koalicja Obywatelska, Koalicja Polska czyli PSL i przystawki (głównie w postaci Kukiz’15) oraz lista Lewicy oparta na SLD, Wiośnie i Lewicy Razem. Co nie udało się przy budowaniu list do Sejmu, może udać się przy kandydatach do Senatu, gdzie mniejsze partie wykazują większą chęć współpracy. Przypomnijmy, że to właśnie przedstawiciele lewicy poinformowali, że chcą wrócić do wspólnego startu w wyborach do Senatu tak, by nie pozwolić PiS przejąć pełni władzy.

– Proponujemy wszystkim siłom opozycyjnym i obywatelskim przyjęcie paktu senackiego.Chcemy żeby partie opozycyjne nie wystawiały przeciwko sobie kandydatów w senackich okręgach jednomandatowych. Jesteśmy różni, mamy różne poglądy i różne wizje Polski. Łączą nas, jak wierzymy, przekonanie że absolutną władza jednej partii jest złem. Przyjęcie paktu senackiego zapewni demokratyczną różnorodność wyższej izby parlamentarnej. Zwracamy się do państwa z propozycją rozpoczęcia w tym tygodniu rozmów nad paktem senackim – stwierdził Włodzimierz Czarzasty na briefingu przed Sejmem, odczytując wspólne oświadczenie przewodniczącego SLD, Adriana Zandberga i Roberta Biedronia.

Dziś już wiemy, że ten pakt jest realizowany i oprócz sił parlamentarnych lub okołoparlamentarnych znaleźli się w nim także samorządowcy, których do udziału w takiej formule namawiał m.in. Donald Tusk. Wielu popularnych włodarzy dużych miast cieszących się bardzo dużym poparciem społecznym może w poczuciu odpowiedzialności za swoje lokalne ojczyzny odrzucić totalną apolityczność i wejść do gry, z miejsca stając się faworytami elekcji w okręgach jednomandatowych. PiS bowiem w ostatnich miesiącach wielokrotnie pokazał, że dąży do zniszczenia istniejącej autonomii jednostek samorządu terytorialnego, a ostatnimi decyzjami, które mają przynieść głosy kolejnych wyborców partia władzy może doprowadzić wiele gmin, powiatów i województw na skraj bankructwa.

Kwestię olbrzymiego niepokoju o przyszłość naszych małych ojczyzn i jakości świadczonych usług publicznych przez samorządy opisywała w miniony weekend “Gazeta Wyborcza”. Włodarze miast zrzeszeni w Związku Miast Polskich alarmują, że w 2020 roku zabraknie pieniędzy na podstawowe usługi dla ludności: remonty dróg, szkoły, wywóz śmieci i komunikację miejską. Przez nieodpowiedzialną politykę gospodarczą i społeczną (obniżka PIT, zerowy PIT dla osób poniżej 26 roku życia czy deforma edukacji) samorządy będą miały wielkie problemy ze spięciem własnych budżetów, tym bardziej że rząd, nakładając na nie coraz to nowe zadania (oczywiście przynoszące poklask społeczny), nie daje za nimi pieniędzy na realizację i obsługę. Cięcia budżetowe odbiją się na mieszkańcach – podrożeje komunikacja miejska, strefy parkowania, media miejskie. Oprócz tego zabraknie na inwestycje, w tym te ze środków UE, bowiem nie będzie możliwości znalezienia pieniędzy na wkład własny.

Każdy popularny samorządowiec, który zdecyduje się na start w wyborach do Senatu, będzie o każdej z tych kwestii głośno przypominał, wskazując jednocześnie kto jest za to odpowiedzialny. Taki głos, wpływowej i powszechnie szanowanej osoby na danym obszarze może nie tylko dać jemu mandat senatorski, ale na finiszu kampanii lawinowo wpłynąć na ostateczną decyzję także w kwestii poparcia listy do Sejmu. A wówczas także wygrana Prawa i Sprawiedliwości nie musi być wcale taka pewna.

Gdzie skończy Kaczyński po przegranych wyborach? Za kratami, czy u ciepłego człowieka Łukaszenki?

Kmicic z chesterfieldem

„A może Ziobro ma już zbyt wielką wiedzę, także o ludziach obecnego układu rządzącego, aby się go pozbyć? Jeśli przesądza ten ostatni argument, znaczy to, że wszechwładny lider dał się złapać w pułapkę. Postawił na człowieka, którego niespecjalnie cenił i któremu nie ufał. Teraz jego dymisja byłaby symbolicznym podważeniem „reformy wymiaru sprawiedliwości”. A ona jest wciąż na sztandarach”– napisał jeden z prawicowych publicystów Piotr Zaremba. Jego felieton o aferze Piebiaka nosi tytuł: „Ciężko uwierzyć, że Zbigniew Ziobro nie wiedział, co dzieje się w resorcie”.

Publicysta przypomina, że to nie jedyna afera związana z Ziobrą. Wymienia nieopublikowanie list poparcia dla kandydatów do nowej KRS mimo prawomocnego wyroku NSA. – „Jeśli wśród osób zgłaszających kandydatów do KRS przeważali faktyczni urzędnicy ministerstwa, obciąża to tego ministra. Widać gołym okiem, że Ziobrze udaje się, choć pewnie połowicznie, coś, co nie udawało się poprzednikom z innych partii. Że buduje z mniejszości środowiska zwartą grupę…

View original post 2 120 słów więcej

 

Opozycjo, nie pozwól Targowicy pisowskiej rozwalać Polski

PiS będzie się świetnie bawić, patrząc, jak PO, PSL, SLD, Wiosna i Razem walczą o tę samą pulę 30 proc. głosów, zostawiając całą resztę PiS-owi”. Tymczasem „sztuką w podziale na trzy odrębne listy jest to, żeby znaleźć sposób na powiększenie tej puli 30 proc. głosów o 10, 20, a może nawet więcej procent”

W wywiadzie udzielonym portalowi gazeta.pl dr Olgierd Annusewicz, politolog i ekspert od marketingu politycznego z Ośrodka Analiz Politologicznych UW przestrzega: politycy opozycji „powinni przestać używać słowa „LGBT” i znaleźć inne słowo, przy pomocy którego odwoływaliby się do tej kwestii”. Dlaczego? Zdaniem naukowca, w kwestii środowisk LGBT Prawo i Sprawiedliwość zawłaszczył sposób mówienia o mniejszościach seksualnych.

Rzeczywiście, od kilku dni głównym tematem politycznych dyskusji są naklejki „Strefa wolna od LGBT” autorstwa „Gazety Polskiej” i zamieszki na Marszu Równości w Białymstoku. „Dla opozycji to sytuacji potencjalnie niezwykle groźna” – stwierdza rozmówca. Dlaczego?

Zasadniczo dlatego, że takie światopoglądowe tematy „są dla ludzi łatwiejsze do zrozumienia, łatwiej opowiedzieć się za albo przeciw”, tymczasem właśnie one po prostu osłabiają opozycję. Zdaniem Annusiewicza. „Politykowi, który aspiruje do roli lidera bardzo szerokiego politycznie obozu, a kimś takim jest Grzegorz Schetyna, bardzo trudno dawać jasne komunikaty w sprawach światopoglądowych, bo musi wciąż uważać, żeby nie zniechęcić do siebie żadnego ze „skrzydeł” – konserwatywnego ani lewicowego. To sprawia, że Koalicja Obywatelska w kampanii czuje i będzie się czuć znacznie mniej wygodnie od PiS-u”. Dlatego otoczenie Jarosława Kaczyńskiego kwestię LGBT grzeje, jak tylko może.

Fakt, że Grzegorz Schetyna zdystansował się względem Marszu Równości i od planowanego marszu przeciw przemocy (słowami: „Nie będziemy wpisywać się w grę i scenariusz przygotowany na Nowogrodzkiej. Dzisiaj PiS z tych demonstracji i spraw mniejszości chce zrobić główny wątek kampanii wyborczej. Tak nie jest”), rozmówca portalu wyjaśnia poprzez wskazanie różnic w sytuacji KO i formacji lewicowych (Wiosny, Razem czy SLD). O ile dla tych drugich sprawy LGBT są „w 100 proc. zgodne z programowo-politycznym DNA tych partii i ich wyborców”ale „blok lewicowy nie aspiruje do bycia formacją na miarę 30 proc. głosów w wyborach”. Dlatego to Koalicja Obywatelska „musi ważyć racje przy każdej tego typu sytuacji”. Poza tym – podkreśla Annusiewicz – „dzisiaj wyborcy nie oczekują od polityków zaangażowania w obyczajowe wojenki. Nastroje są zupełnie inne”.

Na pytanie – czego zatem oczekują? – politolog odpowiada, że pragmatycznych polityków, rozwiązujących ich problemy – np. naprawy służby zdrowia czy okiełznanie chaosu w oświacie. Tymczasem opozycja „skupia się na tematach, które w żaden sposób nie dają szansy na poszerzenie elektoratu”, a tym samym czasie „PiS zwiększa poparcie”.  Istnieje ryzyko, że opozycję czeka „wzajemna rywalizacja o ten sam elektorat. PiS będzie się świetnie bawić, patrząc, jak PO, PSL, SLD, Wiosna i Razem walczą o tę samą pulę 30 proc. głosów, zostawiając całą resztę PiS-owi”. Tymczasem sztuką w podziale na trzy odrębne listy jest to, żeby znaleźć sposób na powiększenie tej puli 30 proc. głosów o 10, 20, a może nawet więcej procent” – podkreśla AnnusiewiczPrzy czym podział ów sprawił, że kwestie światopoglądowe są mniej „szkodliwe”, bo każda jest dla innego elektoratu.

Dr Annusiewicz zwraca uwagę na jeszcze jeden aspekt sprawy. Otóż jego zdaniem w polskiej polityce od dawna kwestie światopoglądowe służyły do mobilizacji elektoratu – i w ostatniej euro kampanii wyraźnie było to widać. Dlatego w jego opinii opozycja powinna słowa „LGBT” czymś zastąpić. „Mnie na gorąco przychodzą do głowy np. „wolność” albo „sprawiedliwość”. To musi być coś nacechowanego pozytywnie, bo walcząc z niekorzystnym dla siebie ramowaniem języka opozycja nie może powielać ramy, która jej szkodzi. Musi wykreować własną ramę i doprowadzić do tego, żeby w debacie publicznej dziennikarze, komentatorzy, publicyści czy inni politycy posługiwali się tą ramą. Dlatego opozycja powinna przestać bronić LGBT, tylko zająć się promowaniem wolności, równości, sprawiedliwości etc” – stwierdził rozmówca portalu.

Podaje jeszcze jeden istotny argument. Jak wyjaśnia, „zwrotu „ideologia LGBT” użyłem celowo, bo pokazuje on proces tzw. ramowania języka, którego dokonują w tej kadencji rządzący. „Ideologia” jest słowem w języku potocznym nacechowanym negatywnie, więc jeśli ktoś nie wie, czym dokładnie jest LGBT, ta „ideologia” obciąża je i wydźwięk całości jest pejoratywny. Powtarzane wystarczająco często, utrwala się w społecznej świadomości. Zwłaszcza, jeśli opozycja przyjmuje ten język i na własne życzenie pozwala się w ten sposób ogrywać na płaszczyźnie komunikacyjnej” – przestrzega dr Annusiewicz.

W finale rozmowy politolog podkreślił tez pozytywy. Wyraził bowiem „słowa uznania dla Koalicji Obywatelskiej za wyciągnięcie i nagłośnienie wątków edukacyjno-zdrowotnych. Nawet jeśli PiS na razie jakoś daje sobie z tym radę, to zdiagnozowanie realnych problemów obywateli jest kluczowe w każdej kampanii i walce o władzę”. Jego zdaniem spore szanse na zdobycie poparcia daje wiec konkretna „szóstka Schetyny”. Czy tak będzie rzeczywiście, pokażą jesienne wybory.

PiS to Targowica, co jednak z opozycją? Walczy między sobą i pozwala Targowicy rozwalać Polskę.

Kmicic z chesterfieldem

Prokuratura po raz kolejny chce, by tłumaczka Donalda Tuska stawiła się na przesłuchanie w sprawie tzw. zdrady dyplomatycznej.

Magdalena Fitas – Dukaczewska tłumaczyła rozmowę Donalda Tuska z Władimirem Putinem po katastrofie smoleńskiej. Jej klientami byli też inni premierzy i prezydenci m. in. Aleksander Kwaśniewski czy Bronisław Komorowski, miała też dostęp do najwyższych stopniem tajemnic NATO i Unii Europejskiej.

Na pierwsze przesłuchanie została wezwana pod koniec 2018 roku, ale odmówiła złożenia zeznań ze względu na tajemnicę zawodową. Prokuratura zwolniła ją z tego obowiązku, ale w marcu 2019 roku są uchylił postanowienie. Bartosz Biernat z prokuratury krajowej zapowiadał wówczas, że postanowienie będzie prawdopodobnie ponowione. – Sąd nie zabronił prokuraturze zwolnienia tłumaczki z tajemnicy, a tylko uchylił to konkretne zwolnienie ze względu na jego uzasadnienie – stwierdził. Teraz prokuratura chce ponownie wezwać Fitas – Dukaczewską na przesłuchanie w sprawie Donalda Tuska.

Prokuratura znowu chce przesłuchać tłumaczkę premierów i prezydentów Magdę Fitas Dukaczewską. Wydano…

View original post 1 885 słów więcej

 

Goebbelsizm Kaczyńskiego. Dyktatura ciemniaków liczy na ciemnotę ludu. Freud, durniu

Ewidentnie idą wybory, bo Jarosław Kaczyński nagle zmienia retorykę i nawołuje… do zgody.

„My nie chcemy kłótni, chcemy, byśmy się porozumieli. Ci, którzy mówią o jakichś o śmietnikach, ciągle stosują ten agresywny język, naprawdę Polsce nie służą. Kończmy z tym. Potrzebne jest porozumienie. Wiemy, że jesteśmy oblewani pomyjami, że krzyczą o jakiejś dyktaturze. To są po prostu bzdury. Gdyby była dyktatura, nie byłoby żadnej opozycji. Jesteśmy dzisiaj wyspą wolności w Europie i chcemy być dalej tą wyspą” – mówił prezes PiS podczas pikniku zorganizowanym pod hasłem: „Dobry czas dla Polski” w miejscowości Kuczki-Kolonia na Mazowszu.

„Kaczyński zapowiada koniec z agresywnym językiem. Słyszycie mordy zdradzieckie i kanalie, elemencie animalny, drugi sorcie, komuniści i złodzieje, ludzie mający gen zdrady, ubeckie wdowy, resortowe dzieci, którym polska tradycja jest obca? No!” – skomentował na Twitterze Tomasz Lis z „Newsweeka”.

Odpowiedział mu Joachim Brudziński, dziś europoseł PiS i szef sztabu wyborczego partii, ale także wieloletni bardzo bliski współpracownik Jarosława Kaczyńskiego: – „Konsternacja. Jak to wszystko zracjonalizować? Jak przekonać Polaków, że PiS to agresja, nienawiść, zło. Jak wmówić Polakom, że chłopaki od Schetyny, np. Nitras, Arłukowicz, Grabiec, Kierwiński, Brejza to miłość, tolerancja, elokwencja, europejskość i dobroć”. – „Żadna konsternacja. Jak przekonać Polaków, że Kaczyński to agresja, tupet, arogancja j pogarda dla oponentów? W ogóle Polaków nie trzeba do tego przekonywać. Tylko ślepi tego nie widzą” – odparł na to Lis.

Internauci nie kryli oburzenia wpisem Brudzińskiego: – „Nie trzeba przekonywać, Polacy widzą i słyszą wasz nieparlamentarny język. I nie tylko mówię o prezesie. Nie wystarczy wkleić fotki z mszy czy pielgrzymki. Polacy pamiętają tę twarz” [a na zdjęciu Jarosław Kaczyńskiego podczas wystąpienia w Sejmie „bez żadnego trybu”]; – „Lis tylko zacytował pana i pana kolegów. Nie trzeba przekonywać. Tak bardzo przyczyniliście się do przesunięcia granicy, że już różnicy nie zauważacie, że wasz język jest agresywny, chamski, arogancki?”; –

„Nie trzeba przekonywać, wystarczy tylko Was posłuchać poza kampanią wyborczą…”; – „Konsternacja. Jak to wszystko zracjonalizować? Jak przekonać Polaków, że Schetyna to agresja, nienawiść, zło. Jak wmówić Polakom, że „chłopaki” od Kaczyńskiego, np. Jojo, Mazurek, Szydło, Ziobro, Morawiecki to miłość, tolerancja, elokwencja, europejskość i dobroć”.

Młyny Goebbelsowskie toczą pianę kłamstwa. W kraju mamy do czynienia z Orwellem. Polacy nie czytają, czy dadzą się jeszcze raz nabrać?

Kmicic z chesterfieldem

W ten weekend Koalicja Obywatelska przedstawiła zręby swojego programu gospodarczego. Wart 30 mld zł projekt obniżki podatków, szczególnie dla najmniej zarabiających (zysk dla zarabiających najniższą krajową w granicach 600 zł netto miesięcznie) stanowi pierwszy krok, aby rzucić wyzwanie wizji państwa zaproponowanej przez PiS.

Jak się można było spodziewać, rządzący postanowili zrobić co w ich mocy, aby uniemożliwić wyjście opozycji z ofensywą. O ile jednak sam merytoryczny zrąb propozycji konkurentów okazał się dla PiS medialnie nie do ruszenia, to ci postanowili użyć innej starej sztuczki, czyli oddalić argument poprzez pozbawienie wiarygodności jego autora. Stąd rząd ruszył ze specjalną stroną internetową prezentującą alternatywny “program” opozycji z wyborem cytatów polityków PO z przestrzeni ostatnich lat. Na Twitterze uaktywnili się politycy obozu władzy zarzucając KO brak wiarygodności i odpowiedzialności. Te próby uderzenia były mniej lub bardziej trafne, jednak zdarzały się przypadki niesamowicie niefortunne, jak atak w wykonaniu byłej rzeczniki PiS, dziś europoseł, Beaty…

View original post 2 599 słów więcej