Morawieckiego tradycyjna rodzina to patologiczna rodzina

Ciekawe, ile jeszcze podatków i danin nałoży na nas #PiS, zanim z z hukiem odejdzie #exposeKlamstw

Na Zachodzie próbuje się ją „zdemontować”. W Polsce natomiast się ją wspiera finansowo i broni przed „ideologiczną ręką”. A wszystko dlatego, że jest „arcypolska”. O kim mowa? O rodzinie. Polskiej rodzinie, która jest bastionem i fundamentem. Tak nauczał Mateusz Morawiecki w exposé. Szedł z „duchem Polski” odrywając się od realiów życia polskich rodzin

„Normalne państwo to państwo, które szanuje wartości Polaków. Nie przyjmuje skrajności, utopijnych ideologii ani rewolucji światopoglądowych. Ani szowinizmu. Idziemy z duchem czasu, ale idziemy przede wszystkim z duchem Polski! Nasz program jest oparty na kulturze budującej tożsamość narodową, na rodzinie i małżeństwie podlegających szczególnej ochronie”

– zaczął Mateusz Morawiecki jeden z wątków swego nauczania o rodzinie, która jak się okazało po chwili, ma wielu nieprzejednanych wrogów.

„Rodzina jest i musi pozostać fundamentem społeczeństwa. Wiem, że dziś rodzina jest traktowana przez niektórych jak przeżytek.

Im głośniej się mówi o nowych modelach rodziny, tym bardziej pewne, że chodzi o mniejszościowe eksperymenty i mniejszościowe eksperymentalne rozwiązania. Nie zgadzamy się, by wyjątki określały, co jest normą.

Wierzymy, że przyszłość naszych dzieci powinna być budowana na stabilnym fundamencie rodziny. Kiedy człowiek przychodzi na świat, rodzina staje się jego pierwszym bastionem. Ale rodzina to nie tylko bastion każdego Polaka. Rodzina – jak mówił prymas Wyszyński – to bastion całej Polski”.

Politycy prawicy specjalizują się w tworzeniu sztucznej alternatywy, w której do wyboru mamy albo zachowanie stanu obecnego, w którym depczemy prawa mniejszości, albo jakiś rodzaj dystopii, w której większości nagle nie pozwala się żyć w zgodzie z własnym sumieniem. Mówiąc prościej: wprowadzenie małżeństw jednopłciowych miałoby w jakiś sposób odbierać prawa małżeństwom osób o odmiennej płci.

Warto zwrócić uwagę, że akurat w tej części wypowiedzi głównym zarzutem Morawieckiego wobec rodzin, które nie odpowiadają tradycyjnemu modelowi jest to, że „są mniejszościowe”, nie są normą. Z tego samego powodu można zakazywać dzieciom pisania lewą ręką, bo normą jest praworęczność.

Ale kogo właściwie ma na myśli Morawiecki, gdy mówi o „normalnej rodzinie” przeciwstawionej „mniejszościowym eksperymentalnym rozwiązaniom”? We wrześniu definicję taką podał Jarosław Kaczyński:

„Rodzinę widzimy tak jak tutaj, jedna kobieta, jeden mężczyzna w stałym związku i ich dzieci. To jest rodzina!”.

Kilka dni później prezes PiS tłumaczył, że ma szacunek do rodziców, którzy z różnych powodów zmuszeni są do wychowywania dzieci samotnie. Ale definicji rodziny nie zmienił. Jak wyliczaliśmy w OKO.press – rodzin w Polsce, które spełniają wymogi Kaczyńskiego, czyli są trwałymi małżeństwami z co najmniej dwójką dzieci na utrzymaniu, jest najprawdopodobniej mniej niż 2 mln.

Jak słusznie zauważył Morawiecki, czasy się zmieniają. Zmienia się również to, co uważamy za standard. Według roczników statystycznych GUS-u jeszcze w 1980 roku zaledwie 4,8 proc. urodzeń było urodzeniami pozamałżeńskimi, w roku 2018 odsetek ten skoczył do 26 proc. Tak działa „duch czasu”, na dobre i na złe, jakby Morawiecki nie wzywał „ducha Polski”, wzywa nadaremno.

Pozytywnym trendem jest spadek liczby nastoletnich matek z 8 proc. w 1990 roku do niespełna 3 proc. w 2018, jak również mniejsza presja na to, by takie ciąże kończyły się małżeństwem: w 1990 roku 80 proc. w 2018 tylko 13 proc.

Prawica może też bronić art. 18 Konstytucji jak niepodległości, interpretując go – fałszywie – jako wyłączność dla małżeństw heteroseksualnych, ale nie sprawi, że z zniknie nagle kilkadziesiąt tysięcy tak zwanych tęczowych rodzin (zobacz wyrok sądu a także wypowiedź prof. Ewy Łętowskiej)

Rodzina jest pojęciem, które ewoluuje. Dlatego państwo, które chce zrobić z niej bastion powinno się skupić na tym, kto i z kim ją chce tworzyć, ale na tym, by spełniała swoje funkcje. To jest: dawała poczucie stabilności, bezpieczeństwa, zapewniała opiekę.

Spisek przeciwko rodzinie

Morawiecki brnął jednak w opowieść o zepsutej Europie, która niszczy rodziny:

„Na Zachodzie sporo się mówi o niewidocznej pracy kobiet. Praca w gospodarstwie domowym, to często więcej niż jeden etat. Na Zachodzie pojawiają się więc takie pomysły, że skoro kobiety tak ciężko pracują dla rodzin, to pewnie rodzina jest temu winna i trzeba ją rozmontować”.

OKO.press nie zna żadnego zachodniego kraju, który prowadziłby taką politykę. Kraje, które skuteczniej radzą sobie z problemem niewidzialnej pracy kobiet, robią to przy pomocy rozwiązań promujących partnerski model w związkach. Wprowadza się na przykład dzielone urlopy dla matek i ojców, które nie przechodzą na drugiego rodzica, gdy jedno z nich rezygnuje.

Normalna, chrześcijańska, tradycyjna polska rodzina ma jednak inne recepty na to, jak się „nie rozmontować”:

„My zamiast tego wzmacniamy rodzinę i doceniamy pracę kobiet. Jako pierwsi podjęliśmy program konkretnych transferów społecznych, jako pierwsi odpowiedzieliśmy na problem nieopłacanej pracy kobiet, które wychowały co najmniej czwórkę dzieci. W Polsce różnica płac za tę samą pracę kobiet i mężczyzn jest niższa niż w krajach europejskich”.

Tu z kolei Morawiecki dość jednoznacznie sugeruje, że Polska jest europejską pionierką polityki rodzinnej jako takiej. Jest to oczywiście wierutna bzdura, bo nawet „nasze” 500 plus wzorowane jest na niemieckim świadczeniu Kindergeld wynoszącym 180 euro miesięcznie.

Wreszcie kosmicznym pomysłem jest przedstawienie transferów socjalnych jako rekompensaty za tzw. niewidzialną pracę kobiet. W narracji PiS 500 plus było już programem mającym likwidować ubóstwo wśród dzieci, podnosić dzietność, stanowić ogólnie pojętą inwestycję w rodzinę. Wątpliwe jest, czy emerytura dla matki, która wychowała czwórkę dzieci również mogłaby się kwalifikować jako tego rodzaju rekompensata. Czy w takim razie kobieta, która ma jedno, dwoje, troje dzieci niewidzialnej pracy nie wykonuje?

Warto tu podkreślić jeszcze raz, że

sens całej wypowiedzi Morawieckiego sprowadza się do tego, że w Europie systemowo i z ideologicznych powodów niszczy się rodziny, a w Polsce je wspiera finansowo.

Tymczasem, jeśli gdzieś hula idea demontażu rodziny, to najprędzej w Polsce, która pomimo jednego z niższych odsetków rozwodów i związków nieformalnych, konserwatywnego prawa aborcyjnego i małżeńskiego, ma na tle innych krajów UE dramatycznie niski przyrost naturalny.

Ale te rażące sprzeczności nie wzbudzają w Mateuszu Morawieckim poznawczego dysonansu. Przeciwnie, premier wojowniczo kończy tę część kazania o rodzinie słowami:

„Nie ma naszej zgody na eksperymenty społeczne i rewolucje ideologiczne. Stawką jest przyszłość naszych dzieci. I przyszłość ta powinna spoczywać w rękach rodziców, bo to jest normalność!”

Co naprawdę zagraża dzieciom? Cyrankiewicz zmieszany z Kaczyńskim

„Dzieci są nietykalne. Kto podniesie na nie rękę, tę ideologiczną rękę, ten podnosi rękę na całą wspólnotę”

-po tym zdaniu rozległy się najdłuższe i najbardziej donośne oklaski podczas całego przemówienia. To oczywiście z jednej strony trawestacja słynnych słów Józefa Cyrankiewicza, który zapowiadał obcięcie ręki każdemu, kto podniesie ją na władzę ludową, z drugiej zaś –  nawiązanie słów Kaczyńskiego: „Wara od naszych dzieci”.

I znowu – więcej mówi o prawicowych i narodowo-katolickich obsesjach, niż o rzeczywistych potrzebach realnych ludzi. Słusznie uściśla Morawiecki, że chodzi mu o rękę ideologiczną, a nie tę cielesną, która jest narzędziem sprawców przemocy domowej. W tej kwestii rząd Prawa i Sprawiedliwości nie może się pochwalić zasługami. Przeciwnie, gdy psychiatria dziecięca jest w zapaści, Ministerstwo nie przyznaje dotacji Telefonowi Zaufania prowadzonemu od 11 lat przez Fundację Dajemy Dzieciom Siłę. By telefon przetrwał potrzebna była zbiórka publiczna.

Pieniądze z Funduszu Sprawiedliwości, za które finansowane powinny być m.in. organizacje pomagające ofiarom przemocy domowej, rząd lekką ręką wydaje na konferencje o polonofobii, kampanie wyborcze PiS, promocję małżeństwa (jako najskuteczniejszej ochronie przed przemocą) i portale Tadeusza Rydzyka o szatanie i sektach. OKO.press od miesięcy opisuje przypadki tych nadużyć.

PiS obiecuje „wypalać pedofilię gorącym żelazem”, ale działania te sprowadzają się do rozmywania odpowiedzialności Kościoła i sugestii, że prawdziwy problem dotyczy środowiska murarzy i artystów. Efektem tego jest z założenia nieefektywny i niepraworządny projekt powołania „Komisji do badania wszystkich przypadków pedofilii”, która ma działać jak para-sąd.

Ale Mateusz Morawiecki zagrożenie widzi gdzie indziej. Dokładnie tam, gdzie widzi je Marek Jędraszewski, Stanisław Gądecki, Robert Bąkiewicz i Grzegorz Braun:

„Kto chce dzieci zatruć ideologią, odgrodzić od rodziców, rozbić więzi rodzinne, kto chce bez zaproszenia wejść do szkół i pisać ideologiczne podręczniki, ten podkłada pod Polskę ładunek wybuchowy, ten chce wywołać w Polsce wojnę kulturową. Nie będzie tej wojny, nie dopuszczę do niej. A jeśli znajdą się tacy, którzy ją wywołają, to my ją wygramy. Wygra ją rodzina, bo rodzina to wartość arcypolska” – kończy swoje nauczanie o Mateusz Morawiecki, przedstawiciel rządu i partii, która od miesięcy prowadzi kampanię zaszczuwania mniejszości seksualnych, nazywając to obroną rodziny.

Obietnica, że w Polsce ciągle będzie „normalnie”, nieustannie wracała w exposé szefa rządu. Niestety, trudno wziąć ją za dobrą monetę. Dobrze przecież pamiętamy, że poprzednie rządy PiS – niezdolne funkcjonować inaczej niż na granicy porządku konstytucyjnego, w stanie ciągłej politycznej mobilizacji i kryzysu – wiele wspólnego z jakkolwiek rozumianą normalnością nie miały. Jednak nawet biorąc w nawias ostatnie cztery lata, wystarczyło wsłuchać się w wystąpienie premiera, by pod gładkimi formułkami nowoczesnej centroprawicy dostrzec poglądy skrajnie konserwatywne czy – wbrew socjalnej retoryce – radykalnie neoliberalne.

MGLISTE PAŃSTWO DOBROBYTU

Zacznijmy jednak od kluczowego obrazu, jaki Morawiecki przywoływał w swoim wystąpieniu: Polski jako domu dla wszystkich. Premier potwierdził we wtorek to, co PiS mówiło w trakcie kampanii wyborczej: jego rząd będzie budował polskie państwo dobrobytu. Neoliberalizm skończył się w Polsce w 2015 roku, nowe rządy dostrzegają rolę państwa w gospodarce i są w stanie wziąć na siebie odpowiedzialność za dobrostan Polaków, za politykę, w wyniku której z owoców wzrostu gospodarczego czerpać będą wszyscy, nie tylko wąskie grono górnego decyla najlepiej zarabiających.

Polskie państwo dobrobytu ma nie tylko wyrównywać tworzone przez rynek nierówności i gwarantować każdemu pewne minimum godnego życia, ale także działać jako motor rozwoju polskiej gospodarki. Ta ciągle musi bowiem przebijać szklane sufity i rozwijać się szybciej niż sąsiedzi, by dorównać do poziomu ich rozwoju. Zwłaszcza że kolejna rewolucja przemysłowa, robotyka, 5G i internet rzeczy tym bardziej wymuszają odejście od modelu rozwoju opartego głównie na taniej pracy.

Tylko przyklasnąć takiej wizji. Gorzej, że wystąpienie premiera niemal wyłącznie składało się z haseł i ogólników. Szef rządu nie poruszył trzech kluczowych w kontekście rysowanego przez siebie projektu kwestii. Po pierwsze: skąd wziąć na niego pieniądze? Kto – jakie grupy społeczne czy podmioty – powinny wziąć na siebie gros kosztów jego finansowania? Po drugie: w jakie cele – rozwojowe czy społeczne – należy szczególnie zainwestować w kolejnych latach i jakich efektów oczekujemy od takich inwestycji? Po trzecie: jakie konkretne rozwiązania – polityki publiczne, nowe instytucje – rząd zamierza wprowadzić, by zagwarantować, że nakierowane na dany cel środki faktycznie przyczynią się do jego realizacji?

Bez tego wizja polskiego państwa dobrobytu wydaje się cokolwiek mglista i niewiarygodna. Zwłaszcza jeśli przypomnimy sobie, jak wyglądała jego budowa w ostatnich czterech latach: deforma Zalewskiej i strajk nauczycieli, strajk lekarzy rezydentów, zamrożone płace w budżetówce, zamykające się oddziały szpitalne, dramatyczna sytuacja ratowników medycznych, drożyzna zaczynająca zjadać transfery socjalne, dane pokazujące, że problemy z nierównościami dochodowymi są znacznie większe, niż mogłoby się wcześniej wydawać. Przykładów na to, czemu Polska PiS wcale nie staje się państwem dobrobytu, jest naprawdę sporo. Tylko śmiechem można zareagować na przechwałki premiera o tym, jak dzięki jego rządom rosła subwencja oświatowa, liczba nowych miejsc na kierunkach medycznych, jak poprawiała się jakość usług publicznych i spadało rozwarstwienie.

Na tle deklaracji o polskim państwie dobrobytu najbardziej zdumiewająco zabrzmiała propozycja Morawieckiego, by Pracownicze Plany Kapitałowe i indywidualne konta emerytalne wpisać do konstytucji – co rzekomo miałoby przywrócić zaufanie obywateli do państwa. Tymczasem trudno o rozwiązanie dalsze od logiki jakkolwiek rozumianego państwa dobrobytu niż PPK. Prosocjalnie zorientowani eksperci, jak Leokadia Oręziak, wskazują, iż PPK są wyłącznie w interesie rynków kapitałowych, które dostają zastrzyk gotówki ze strony pracowników. Pomysł wpisania tak neoliberalnego rozwiązania do konstytucji jest czymś przedziwnym – nawet pod koniec lat 90., gdy rząd Buzka wprowadzał nieszczęsne OFE, a neoliberalizm niepodzielnie panował w mediach i polityce, nikt nie miał aż tak radykalnych pomysłów.

Wszystkie te opowieści premiera o polskim państwie dobrobytu może jakoś by się obroniły w poprzednim Sejmie, gdzie brakowało lewicy. W tym na szczęście lewica jest i Morawiecki boleśnie to poczuł już w pierwszej sejmowej debacie. Odpowiadający w imieniu klubu Lewicy poseł Adrian Zandberg z Razem zmasakrował exposé premiera. Punkt po punkcie pokazał, czemu projekt PiS niewiele ma wspólnego z państwem dobrobytu, demaskował obecne w nim neoliberalne założenia, przekonująco przywołał skrzeczącą rzeczywistość kryjącą się za rządową propagandą sukcesu. Co ważne, niektóre z ciosów w Morawieckiego musiały rezonować nie tylko w elektoracie lewicy, ale także tym politycznie bliższym premierowi – na przykład gdy Zandberg przypomniał, że polskie państwo utrzymują pracownicy i drobni przedsiębiorcy, podczas gdy amerykańskie i niemieckie korporacje nie płacą podatków.

BAWARIA NIE ISTNIEJE

Zandberg sprawnie kontrował też obecne w wystąpieniu Morawieckiego wątki konserwatywne. Bo przy całym technokratycznym sznycie i zaklęciach o „normalności” premier przedstawił ultrakonserwatywną wizję ładu społecznego. W jej centrum stać ma rodzina: konserwatywna, heteroseksualna, najlepiej oparta na sakramentalnym związku małżeńskim. Wszelkie próby dyskusji o innych modelach rodzinnej więzi – na przykład o rodzinach jednopłciowych – to, jak wynikało z mowy premiera, „zamach na rodzinę”.

Tak konserwatywnie zdefiniowana rodzina ma też być bastionem chroniącym Polskę i Polaków przed światem – zwłaszcza dzieci. Jak najgorszy obskurant wygrażający pięścią z różańcem marszom równości, premier przedstawił tak oczywiste nawet dla większości konserwatystów w naszym kręgu kulturowym kwestie jak edukacja seksualna jako „zagrożenie dla dzieci”, przed którym należy je chronić. Z mowy premiera ktoś mógłby wyciągnąć wniosek, że „polskie rodziny” są jak amazońskie plemiona, które trzeba chronić przed kontaktem ze współczesną cywilizacją.

Oprócz starego straszenia czyhającymi na niewinność polskich rodzin marszami równości premier mówił też wiele o wolności. Z tym, że rozumiał ją dość specyficznie – jako wolność do bigoterii i obrażania mniejszościowych, niewpisujących się w żądania społecznej większości grup. Stąd wszystkie zapowiedzi tego, że „polityczna poprawność” nie będzie w Polsce ograniczać wolność. Stąd wybranie na ikonę wolności nieszczęsnego drukarza z Łodzi, któremu nienawiść do osób homoseksualnych uniemożliwiała nawet wydrukowanie ulotek zamówionych przez organizację LGBT+.

Wszystko, o czym w kwestii wolności i praw człowieka mówił premier, to nie jest normalność, to jest ultrakonserwatywna wizja. Stanowi ona część szerszego prawicowego marzenia o Polsce jako „Bawarii Europy” – gdzie dynamicznemu rozwojowi gospodarczemu i technologicznej modernizacji towarzyszyć ma głęboki społeczno-obyczajowy konserwatyzm, oraz długie trwanie tradycyjnych wartości i zbudowanych na nich społecznych instytucji. Oczywiście taka Bawaria istnieje tylko w marzeniach prawicy.

Co więcej, nieprawdziwa jest nie tylko prawicowa fantazja o Bawarii, ale i ta o Polsce. Polska nie jest aż tak konserwatywnym krajem, jak w swoim exposé założył to premier. Jeśli Morawiecki będzie tkwić przy tych założeniach, jeśli jego rząd będzie próbował przekładać je na realne polityczne posunięcia, to coraz więcej ludzi będzie postrzegać PiS jako partię, która rozpętuje kulturowe wojny, wtrącając się ludziom w ich życie prywatne i nie dając im żyć po swojemu.

NASZA CHATA NIE JEST Z KRAJA

Wreszcie, zdumiewający w exposé Morawieckiego był całkowity brak szerszej refleksji nad globalnymi wyzwaniami, przed jakimi staje współczesna Polska. Zachodnie państwa dobrobytu powstawały w warunkach długotrwałej stabilności gwarantowanej – po tej lepszej stronie Żelaznej Kurtyny – przez cały szereg międzynarodowych instytucji: od NATO, przez wspólnoty europejskie, po system z Bretton Woods. Polska dołączyła do tego, w co przekształcił się ten ład, w ostatnich trzydziestu latach, co dało nam okno rozwoju, jakie dawno nie mieliśmy w naszej historii.

Dziś ten ład mierzy się z wieloma wyzwaniami. Pękają transtatlantyckie więzi, a globalne przywództwo Stanów słabnie. Rośnie pozycja Chin. Globalizacja wyrywa władzę z rąk rządów narodowych. Europa cierpi na kryzys demokracji, oraz napięcia wywołane przez przyjęty model integracji i musi na nowo wymyślić swoją formułę – najpewniej idąc w stronę głębszej federalizacji. Wszystko wywrócić mogą skutki kryzysu klimatycznego. U Morawieckiego nie było śladu wartej uwagi refleksji nad wszystkimi tymi zjawiskami. Można było odnieść wrażenie, że Polska jest dla premiera chatą z kraja, której to, co dzieje się w świecie, zupełnie nie dotyczy.

Morawiecki zaczyna nową kadencję PiS klasycznie: okrada niepełnosprawnych.

Kmicic z chesterfieldem

Premier Mateusz Morawiecki przed rozpoczęciem exposé musiał wiedzieć o porannym wyroku TSUE ws. forsowanych przez PiS zmian w sądach. Jednak – co zdumiewające – nie odniósł się do niego ani słowem. Bił za to w opozycję, powtarzając oklepaną narrację o „donoszeniu na swój kraj

„Lepsze państwo to też lepszy wymiar sprawiedliwości. Będziemy kontynuować reformę w tym obszarze” – zapowiedział w exposé 19 listopada 2019 premier Mateusz Morawiecki. To echo wypowiedzi prezesa PiS z początku października. Jeszcze przed wyborami parlamentarnymi Jarosław Kaczyński obiecywał, że jego partia wróci do reformowania sądów „jeżeli społeczeństwo jej zaufa”.

Ale reformy sądownictwa prowadzone przez resort sprawiedliwości pod egidą Zbigniewa Ziobry były wielokrotnie krytykowane przez instytucje Unii Europejskiej jako zagrażające polskiej demokracji i trójpodziałowi władz. Trybunał Sprawiedliwości UE już dwukrotnie uznał elementy ziobrowskiej rewolucji za niezgodne z unijnym prawem.

We wtorek 19 listopada, tuż przed exposé premiera, TSUE wydał kolejny kluczowy wyrok: odniósł się to statusu powołanej…

View original post 9 239 słów więcej

 

Czy Ziobro przyniesie głowę Kaczyńskiego?

Wydaje się, że po zwycięstwie w wyborach parlamentarnych prezes Kaczyński będzie w pełni usatysfakcjonowany. Jednak chodzą słuchy, że nie jest to takie pewne. Ponoć sen z oczu prezesa spędza Zbigniew Ziobro.

Fakt, ugrupowanie ministra sprawiedliwości zdobyło 17 mandatów, a to oznacza, że tylko dzięki temu PiS ma większość w Parlamencie. Ziobro wyczuł więc sytuację idealnie i ponoć zażądał dla siebie stanowisko wicepremiera oraz jakąś tekę ministerialną dla posła ze swojej partii. Nie ukrywa też, że chętnie zamieniłby premiera Morawieckiego na kogoś innego, bardziej mu odpowiadającego.

Koledzy partyjni Ziobry zgadzają się z nim, że zmiany w rządzie są konieczne. Jak to podkreślił Patryk Jaki w rozmowie z TVN24, „Wygraliśmy wybory zdecydowanie, ale mimo wszystko potrzebna jest refleksja i na pewno potrzebne są zmiany”.

Jarosław Gowin nie ma nic przeciwko przyznaniu Ziobrze teki wiceministra, bo przecież „Skoro ja jako lider jednej z trzech partii, z dwóch mniejszych partii obozu rządowego, jestem wicepremierem, nie byłoby rzeczą w żaden sposób zaskakującą, że wicepremierem zostanie także minister Ziobro”, jednak nie zamierza się wtrącać, uznając, że to sprawa miedzy PiS a Solidarną Polską.

Zdecydowanie jednak opowiada się za pozostawieniem Morawieckiego na stanowisku premiera. Takie były wcześniejsze ustalenia i „trzeba trzymać się dawnych reguł solidarnej współpracy”. Wydaje się, że Jarosław Gowin jest bardziej wierny wcześniejszym ustaleniom, czego nie można powiedzieć o Zbigniewie Ziobrze. Jest on zdecydowanie trudniejszym koalicjantem, z wielkimi ambicjami i zapewne nie odpuści, by piąć się coraz wyżej w polityce. W końcu mając tych 17 posłów ma prawo stawiać warunki, a może i w którymś momencie wygryźć samego prezesa?

Mateusz Morawiecki powinien dalej być premierem? – Potrzebna jest rozmowa na ten temat, ale najpierw w gronie koalicyjnym – powiedział europoseł Patryk Jaki w rozmowie z TVN24. Wypowiedź polityka ponownie wznieciła spekulacje o oczekiwanej zmianie szefa rządu ze strony Solidarnej Polski Zbigniewa Ziobry.

  • „Fakty” TVN podają nieoficjalnie, że Ziobro zażądał stanowiska wicepremiera i dodatkowego resortu dla przedstawiciela swojej partii w nowym rządzie
  • Minister sprawiedliwości był dziś widziany w siedzibie PiS przy ul. Nowogrodzkiej
  • Ziobrę na stanowisku wicepremiera widzi Jarosław Gowin, jednak nie wyobraża sobie, aby Morawiecki nie pozostał szefem rządu

Prawo i Sprawiedliwość zdecydowanie wygrało wybory paramentarne, zdobywając 43,59 proc. głosów, jednak rezultat ten przełożył się jedynie na 235 mandatów. Oznacza to, że dysponuje przewagą jedynie pięciu posłów potrzebną do samodzielnego rządzenia. Co ważne, w grupie tej znajduje się liczne grono polityków należących do dwóch innych ugrupowań wchodzących w skład Zjednoczonej Prawicy: Solidarnej Polski Zbigniewa Ziobry i Porozumienia Jarosława Gowina. Partie te mają w nowym Sejmie odpowiednio 19 i 18 przedstawicieli. Może to komplikować plany lidera PiS Jarosława Kaczyńskiego, także co do składu przyszłego rządu.

Według nieoficjalnych informacji „Faktów” TVN Zbigniew Ziobro zażądał stanowiska wicepremiera oraz dodatkowego resortu dla polityka Solidarnej Polski. Ma to być warunkiem poparcia rządu.

– Wygraliśmy wybory zdecydowanie, ale mimo wszystko potrzebna jest refleksja i na pewno potrzebne są zmiany – powiedział w rozmowie z TVN24 europoseł Patryk Jaki, odnosząc się do wyniku wyborów. Bliski współpracownik Zbigniewa Ziobry nie wykluczył też zmiany na stanowisku szefa rządu. – Potrzebna jest rozmowa na ten temat, ale najpierw w gronie koalicyjnym – zaznaczył.

Minister sprawiedliwości był dzisiaj widziany w warszawskiej siedzibie Prawa i Sprawiedliwości przy ul. Nowogrodzkiej. W budynku spędził kilkadziesiąt minut. Nie wydano żadnego oficjalnego komunikatu, czego mogły dotyczyć rozmowy.

Ziobro wicepremierem? Gowin: nie będziemy temu przeciwni

W „Faktach po Faktach” TVN24 o zmiany w rządzie pytany był wicepremier Jarosław Gowin. Polityk stwierdził, że nie będzie przeciwny przyznaniu Ziobrze stanowiska wicepremiera.

– Skoro ja jako lider jednej z trzech partii, z dwóch mniejszych partii obozu rządowego, jestem wicepremierem, nie byłoby rzeczą w żaden sposób zaskakującą, że wicepremierem zostanie także minister Ziobro – tłumaczył. Jednocześnie zaznaczył, że to kwestia negocjacji między PiS a Solidarną Polską. – Nie będę się w to wtrącał – dodał.

Pytany o zmianę na stanowisku premiera powiedział, że nie wyobraża sobie, aby Mateusz Morawiecki nie był szefem rządu. – Sprawa jest poza dyskusją. Tego kandydata wskazała główna partia naszego obozu, czyli PiS. Porozumienie formalnie poparło kandydaturę Morawieckiego – oznajmił. – Trzeba trzymać się dawnych reguł solidarnej współpracy – zaznaczył.

W jego ocenie „nie ma żadnego pośpiechu w powoływaniu nowego rządu”, a on sam nie był jeszcze w siedzibie PiS przy ul. Nowogrodzkiej.

Ziobro jeszcze może, a Kaczyński impotent.

Kmicic z chesterfieldem

W normalnym państwie można by taki pomysł obśmiać. Ale PiS ze środowisk postulujących taką edukację zrobił wroga publicznego, niszczycieli polskiej rodziny, deprawatorów dzieci i nihilistów.

To do nich wołał prezes Kaczyński: „Ręce precz od naszych dzieci”. To także ich miał na myśli abp Jędraszewski, głosząc o „tęczowej zarazie”. W takiej sytuacji można się spodziewać, że obywatelska inicjatywa mająca błogosławieństwo Kościoła zostanie przez parlament uchwalona. Będziemy wtedy chyba jedynym krajem w Europie i ewenementem na skalę światową, gdzie edukacja seksualna nie tylko nie jest w szkołach wykładana, ale jest zakazana i karana więzieniem.

Nauczanie seksualne jako przestępstwo

Na wznowionym po wyborach posiedzeniu Sejmu jednym z punktów było pierwsze czytanie projektu obywatelskiej inicjatywy Stop Pedofilii, który wprowadza do kodeksu karnego nowe przestępstwo: nauczania seksualnego. Przepis ma brzmieć tak: „Kto propaguje lub pochwala podejmowanie przez małoletniego obcowania płciowego lub innej czynności seksualnej, działając w związku z zajmowaniem stanowiska, wykonywaniem zawodu lub działalności związanych z wychowaniem, edukacją, leczeniem małoletnich lub opieką nad nimi…

View original post 5 130 słów więcej