Możemy się spodziewać najgorszego?

Zakończyła się cisza wyborcza. Oto pierwsze, sondażowe wyników wyborów:

PiS – 43,6 proc.

Koalicja Obywatelska – 27,4 proc.

Lewica – 11,9 proc.

PSL – 9,6 proc.

Konfederacja – 6,4 proc.

Inne – 1,1 proc.

Wyniki exit poll Ipsos, źródło: TVN24.

Pracownia IPSOS, która przeprowadza badanie exit poll dla wszystkich stacji telewizyjnych, przedstawia następujący możliwy rozkład głosów w Sejmie.

Prawo i Sprawiedliwość – 239 mandatów

Koalicja Obywatelska – 130 mandatów

Lewica – 43 mandaty

PSL – 34 mandaty

Konfederacja – 13 mandatów

Większość zwykła w Sejmie wynosi 231 mandatów.

Jeśli potwierdzą się wyniki sondażowe, PiS utrzyma większość w Sejmie, choć patrząc na przemawiającego Jarosława Kaczyńskiego w sztabie PiS, dostrzec można było rozczarowanie, że jego partia nie będzie miała większości konstytucyjnej. – „Jeśli wynik sondażowy się utrzyma, przed nami kolejne cztery lata rządzenia, czeka nas refleksja nad tym, co się udało i nad tym, co spowodowało, że pewna część społeczeństwa uznała, że nie należy nas popierać” – stwierdził.

W przemówieniu prezesa PiS – oczywiście nie zabrakło wątków o „wrażych siłach”. – „Mimo wszystko mamy powody do radości, bo mimo tego potężnego frontu przeciwko nam zdołaliśmy wygrać i wszystko wskazuje na to, że to się jednak utrzyma” – mówił Kaczyński.

Lider PO Grzegorz Schetyna zapowiedział współpracę z innymi partiami opozycji demokratycznej. – „To były trudne cztery lata, to nie była równa walka, nie mieliśmy poczucia, że startujemy w uczciwej walce, że przeciwnik stosuje uczciwe metody. Współpraca ugrupowań opozycyjnych to jedyna droga. Wszystko przed nami. Przed nami wybory prezydenckie. Tym wszystkim, którzy marzyli o wielkim zwycięstwie, o dominacji, którzy chcą układać państwo tak, by w nim dobrze było tylko im – chcę im powiedzieć: nie będzie Budapesztu w Warszawie” – stwierdził szef PO.

Po czterech latach do Sejmu wraca Lewica. – „Jarosław Kaczyński ma problem, bo będzie w Sejmie opozycja odważna, której będzie się chciało walczyć o prawa pracownicze, o lepszą ochronę zdrowia. To pierwszy krok do lewicowego rządu po następnych wyborach” – stwierdził Adrian Zandberg, lider Razem. A Robert Biedroń dodał: – „Pokażemy, że Polska może być otwarta, tolerancyjna i nowoczesna, a do tego być państwem dobrobytu. Będziemy konstruktywną opozycją, która każdego dnia będzie pokazywała, że Konstytucja będzie broniona od pierwszego do ostatniego artykułu”.

„Jeżeli te wyniki się potwierdzą, to jest wielki mandat zaufania dla racjonalnego centrum, dla naszych propozycji dla Polski. Stoimy po stronie państwa wolnego, niepodległego, demokratycznego, godnego, który szanuje każdego obywatela, a nie samowładzę” – powiedział szef PSL Władysław Kosiniak-Kamysz.

Zapamiętajcie słowa Kaczyńskiego – To nie jest jeszcze zwycięstwo ostateczne, otrzymaliśmy dużo, ale zasługujemy na więcej! Strach się bać, kolokwialnie mówiąc… On już grozi!

– Jeszcze nie jest jasne, kto będzie miał większość – mówi prof. Jarosław Flis, socjolog z Uniwersytetu Jagiellońskiego.

Według badania exit poll z godziny 21 dla TVN, TVP i Polsatu poparcie dla poszczególnych komitetów wyborczych wynosi: 43,6 pkt. proc. dla PiS, 27,4 pkt. proc. dla Koalicji Obywatelskiej, 11,9 pkt. proc. dla Lewicy, 9,6 pkt. proc. dla PSL-Koalicji Polskiej i 6,4 pkt. proc. dla Konfederacji.

Ipsos podał też prawdopodobny podział mandatów: 239 dla PiS, 130 dla KO, 43 dla Lewicy, 34 dla PSL-Koalicji Polskiej i 13 dla Konfederacji.

Flis i Machowski: PiS ma tylko 227 mandatów

Prof. Flis, z którym rozmawialiśmy przed godziną 23, przeliczył dane Ipsos wedle własnego wzoru. I wyszło mu, że PiS może liczyć na 227 mandatów, obóz anty-PiS – na 217, a Konfederacja – na 16. – Więc jeszcze nie jest jasne, kto będzie miał większość – komentuje socjolog.

To oznaczałoby klincz, bo ani PiS, ani anty-PiS nie mogłyby samodzielnie stworzyć większościowego rządu. Języczkiem u wagi stałaby się Konfederacja. Na wieczorze wyborczym lider PiS Jarosław Kaczyński studził nastroje.

Podobnie wyliczył mandaty Andrzej Machowski, doktor psychologii w zakresie psychometrii i analityk badań sondażowych. Jego zdaniem wyniki podane przez Ipsos są prawdziwe, ale podział mandatów – już nie. Wyliczył, że PiS ma właśnie 227 posłów, KO – 135, Lewica – 47, PSL-Koalicja Polska – 34, a Konfederacja – 16.

Machowski podkreślił, że model wyliczenia mandatów z uwagi na to, iż nie bierze pod uwagę specyfiki geograficzno-politycznej, może się trochę mylić, ale na pewno nie o 12 posłów w przypadku PiS. W wyborach z 2015 r., w których PiS zdobył 235 mandatów, model przypisał partii Kaczyńskiego 233 miejsca w Sejmie, a np. Nowoczesnej „dał” 31, o trzy więcej niż w rzeczywistości.

Prof. Cześnik: opozycja ma więcej głosów

Rozmawialiśmy też z prof. Mikołajem Cześnikiem, politologiem z Uniwersytetu SWPS i Fundacji Batorego. – Po pierwsze, wysoka frekwencja. W tym roku poszło na wybory o ok. 3 mln osób więcej niż w 2015 r., to z punktu widzenia demokracji sukces. Po drugie, jeśli się doda głosy oddane na KO, PSL i Lewicę to widać, że obóz anty-PiS jest silniejszy niż PiS. Dostał ok. 8,5 mln głosów [PiS niecałe 8 mln] – mówi prof. Cześnik, komentując wyniki. – Po trzecie, jeśli Konfederacja wejdzie do Sejmu, to sprawdzi się najczarniejszy sen Jarosława Kaczyńskiego o obejściu go z prawej flanki. Gdyby PiS nie zdobył powyżej 230 mandatów, to Kaczyński stanie przed diabelską alternatywą, czy dogadywać się z Konfederacją. A w niej są ludzie, którzy są albo twardymi graczami, albo wariatami, a Kaczyński takich nie potrzebuje.

Wg dwóch politologów PIS traci większość. To będzie długa noc.

Socjolożka Elżbieta Korolczuk po ogłoszeniu wyników exit poll: „Ten wynik musi być dla PiS rozczarowaniem. To trudny moment dla Polski. PiS będzie kontynuować politykę transferów, ale gdy sytuacja ekonomiczna nie pozwoli, sięgnie po środki represyjne. Takie ruchy jak Ordo Iuris będą miały większe znaczenie. Dla praw kobiet możemy się spodziewać najgorszego”

Elżbieta Korolczuk: PiS wciąż ma większość, proces gnicia polskiej demokracji będzie trwał. Oczywiście, sytuacja, w której się obudzimy jutro, ma kilka wariantów – w zależności od tego, czy Konfederacja wejdzie czy nie. Ale zasadniczo nie zmieni to sceny politycznej.

Jednocześnie, biorąc pod uwagę ilość transferów pieniężnych dokonanych przez PiS do różnych grup, w tym do takich, które miały znaczenie jeżeli chodzi o mobilizację wyborców, i biorąc pod uwagę ilość pieniędzy, które PiS włożył w kampanię wyborczą, to ten wynik musi być dla nich rozczarowaniem.

Magdalena Chrzczonowicz: Jarosław Kaczyński był bardzo powściągliwy po ogłoszeniu wyników.

To nie jest wynik, którego się spodziewali przy tak wielkich transferach, które już zagrażają stabilizacji ekonomicznej państwa. Trudno dać więcej pieniędzy, a to oznacza żę grupa wyborców, którą można było zachęcić poprawą sytuacji ekonomicznej, już się wyczerpała.

To trudny moment dla Polski. To oznacza, że PiS albo może kontynuować swoją politykę transferów, ale nie wiadomo, czy sytuacja ekonomiczna na to pozwoli, albo sięgać po środki represyjne.

Te wyniki oczywiście ciągle mogą się zmienić. Mówi się, że do tej pory wyniki exit poll niedoszacowywały PiS. Nie wiem, czy po 4 latach tak ciągle jest.

Jak oceniasz wynik lewicy?

Wynik lewicy jest zadowalający – przypomnijmy, że do tej pory lewicy w Sejmie nie było. Lewica miała problem z tożsamością, bo połączenie trzech tak różnych projektów jak Razem SLD i Wiosna, było wyzwaniem.

Lewica nie miała też możliwości finansowych, żeby zrobić dobrą kampanię. Oczywiście, ja oczekiwałam więcej, ale było to myślenie życzeniowe. Biorąc pod uwagę finanse, którymi dysponował PiS – tak zawsze jest w przypadku partii rządzącej, a PiS z tego korzystał dość bezczelnie – nie należało się spodziewać, że nastąpi jakaś zasadnicza zmiana.

Ale istotne jest to, że lewica nie była w stanie przejąć od PiS kwestii socjalnych. Nie wygrano problemu z jakością usług publicznych, katastrofą w służbie zdrowia, sytuacją w edukacji itp. To jest wyzwanie. Lewica musi się zdecydować, który przekaz jest najważniejszy. Moim zdaniem najważniejsze są równość i jakość usług publicznych. To sprawy, które dotyczą nas wszystkich.

Te wybory pokazują dwie rzeczy – nie da się pokonać PiS operując wyłącznie przekazem o zagrożeniu demokracji.  Ale też PiS nie jest w stanie wygrać wyborów wyżej niż te 43-44 proc. i to łącząc politykę pamięci, nacjonalizmu i transferów socjalnych.

Jedni i drudzy osiągnęli limit. Pytanie, kto się określi od nowa.

Co będzie z prawami kobiet?

Będzie fatalnie. Nastąpią kolejne ograniczenia w kwestii aborcji, będzie manipulowanie przy konstytucji. To jest ciągle na tapecie, to jest tak ważna sprawa dla ruchów ultrakonserwatywnych, że oni tego nie odpuszczą.

Wygrana PiS jest dla tych środowisk sygnałem, że trzeba dalej i jeszcze intensywniej o to zabiegać. Takie ruchy jak Ordo Iuris będą miały coraz większe znaczenie. Możemy się spodziewać najgorszego.

Człowiek jednoosobowo trzęsący krajem, dla swoich groźny, przez innych wyśmiewany, podczas kampanii przeistoczył się nagle w troskliwego ojca narodu

Ta kampania wyborcza przeszła do historii. Czy wyniknęło z niej coś istotnego dla Polaków? Co zapisze się w naszej zbiorowej pamięci? Co, oprócz pytań: jak bardzo opłaca się okłamywać elektorat, albo jak kto woli – jak bardzo nie opłaca się mówić wyborcom nieprzyjemnej prawdy? W mojej pamięci pozostanie wiele obrazków i zdarzeń, które nadają owej elekcji niepowtarzalny rys, precedensowy w historii polskiej demokracji.

Jeśli pominąć pierwsze po wojnie sfałszowane wybory nigdy dotąd nie byliśmy świadkami tak wielkiej desperacji obozu władzy, która użyła całego aparatu państwa, by nie przegrać. Rządowe media bez żenady kolportowały kłamstwa i plotki dyskredytujące opozycję. Służby specjalne cichcem donosiły zaufanym pseudodziennikarzom podrasowane szczegóły z życiorysów kandydatów koalicji. Rządowe szczujnie prześcigały się w fabrykowaniu rzekomych wypowiedzi i cytowaniu wydzieranych z kontekstu wypowiedzi, które miały kompromitować ludzi z opozycji. Dyspozycyjna prokuratura nie nadążała z preparowaniem formalnych i werbalnych zarzutów, a przedstawiciele władz straszyli zagrożeniami, które akurat w okresie przedwyborczym jakby się zmówiły, by zawisnąć nad głowami Polaków.

Z tej wyborczej batalii na zawsze zapamiętam zakłamane twarze funkcjonariuszy partyjnych, zapewniających mnie żarliwie, że nie śpią, nie jedzą, tylko furt myślą o moim losie i o dobru Ojczyzny, matki naszej. Zapamiętam na zawsze tego sztukmistrza, który przed kamerą był zatroskanym mężem stanu i miał łzy w oczach mówiąc o dramatycznych zakrętach polskiej historii, a po minucie, gdy tylko zszedł z wizji, potrafił przepoczwarzyć się w podchmielonego birbanta, rechoczącego z chamskiego dowcipu partyjnego kolesia. Nie zapomnę głupio zaskoczonej miny premiera, któremu pokazano oficjalną statystykę, gdzie stało jak byk, że jednak mamy w kraju ludzi żyjących poniżej absolutnego minimum socjalnego i że przybywa ich w zastraszającym tempie. I jeszcze utrwaliło mi się w pamięci wstrząsające przemówienie najważniejszej osobistości kraju, który najpierw długo mnie obrażał, potem jeszcze dłużej apelował do moich patriotycznych uczuć (które wyrażać się powinny poparciem dla programu jego partii), a w końcu wezwał mnie do ratowania ojczyzny, co to właśnie stanęła przed straszliwymi historycznymi zagrożeniami.

W tej kampanii wiele było podobnych wezwań, apeli i ostrzeżeń. Ostrzegano mnie przed straszliwą katastrofą w przypadku, gdy wybory wygra „ulica”.  Ostrzegano Polaków przed zakamuflowanymi wysłannikami wrażych sił, którzy za obce pieniądze planują wprowadzić w Polsce niepolskie porządki i niemoralny ład moralny. Ostrzegano cały świat, by nie mieszał się w sprawy, które „we własnym domu” rozwiązywać może wyłącznie demokratycznie wybrana władza.  Prym wiodła tutaj opanowana przez wiodącą partię telewizja publiczna, sterowana przez króla cyników, o którym mówiło się podczas kampanii, że kłamie nawet przez sen.

Na ulicach widać było od razu, kto ma władzę, pieniądze i prawo zawieszania plakatów i ulotek w najlepszych miejscach. Plakaty kandydatów opozycji były masowo zrywane, zachlapywane i uzupełniane swastyką albo gwiazdą Dawida. Dziennikarze nie kryli rozbawienia, gdy na konferencji prasowej minister od spraw wewnętrznych opisywał niebywałe trudy ścigania „całkowicie nieznanych sprawców” tych przedwyborczych ekscesów.

Nigdy nie zapomnę niezwykłej mieszanki niepokoju i nadziei, niepowtarzalnie rozedrganej atmosfery towarzyszącej tym wyborom. Na spotkaniach kłębiły się obietnice i zwoje kiełbasy wyborczej. Sondaże nie były pomyślne, ale może jednak… Dla jednych zwycięstwo oznaczało nowy początek, dla drugich koniec całej epoki. Człowiek jednoosobowo trzęsący krajem, dla swoich groźny, przez innych wyśmiewany, podczas kampanii przeistoczył się nagle w troskliwego ojca narodu, zapewniającego, że jedynym celem jego rządów i rządów jego partii jest zaprowadzenie w Polsce porządku, bo takie jest mickiewiczowskie zadanie, bo „przed ucztą potrzeba dom oczyścić ze śmieci”. Podczas kampanii pochowali się gdzieś najbardziej znienawidzeni, na pierwszy plan wysunięto młodszych, których nauczono klepać przygotowane dla nich formułki i uśmiechać się radośnie. Na scenie politycznej tłoczyli się nieznani dotąd ludzie, a za kulisami znani demiurgowie pociągali za sznurki i zarządzali efektami specjalnymi, siejąc entuzjazm, zwątpienie, nadzieję, ale głównie strach. Ktoś gdzieś zobaczył schowaną w jakimś zakamarku gotową urnę na wymianę, wypełnioną odpowiednio skreślonymi kartami. W popularnym kabarecie znany artysta prognozował wyniki: – Głosowali jak chcieli, a wybrali kogo trzeba! Sondaże wskazywały dużą przewagę rządzących – na zewnątrz buńczucznych i pewnych siebie, a w środku rozbieganych, nerwowych i napastliwych.

Mówiło się o jedynej, może nawet ostatniej szansie pokonania okupantów, którzy zabrali nam Polskę. Bo dziś jeszcze stać nas na masowe protesty, bo jeszcze teraz rządzący muszą się liczyć z opinią Europy i świata, bo w tych wyborach obserwatorzy i mężowie zaufania z opozycji patrzeć im będą na ręce. Ale kiedy rządząca partia wygra wybory, to z pomocą własnej krajowej komisji wyborczej, własnych komisarzy, własnej administracji i własnych sędziów wygrywać już może zawsze. Przez lata mataczenia i manipulowania prawem zdobyła przecież wystarczającą wprawę, by nigdy już nie przegrać…

Skończyła się ta kampania. Przyszedł czas wyborów. A następnego dnia okazało się, że wygraliśmy wszystko, co było do wygrania. Kiedy ogłoszono pierwsze wyniki okazało się, że zwyciężyła solidarność przez duże i małe „S”. Dzisiaj, po 30 latach trudnej wędrówki, wróciliśmy do początku drogi. Zapamiętana zostanie Polska z tamtych i tych ostatnich wyborów – pęknięta na pół i trudna do sklejenia, bo wciąż rozdrapywana przez ludzi przekonanych, że są nieśmiertelni i że tak, jak jest, będzie zawsze – ludzi bez świadomości, że największym błędem politycznym jest uwierzenie własnej propagandzie.

Andrzej Karmiński

Wyniki wyborcze exit polls. Szambo wybiło

Reklamy

Olga Tokarczuk nie ochrzciła syna

>>>

>>>

Szambo wybiło jak w PRL, a może nawet gorzej.
Dzisiaj miałem taki sen:
Zwalniani pseudodziennikarze TVPInfo dostają dyscyplinarki, a przy drzwiach wyjściowych każdy dostaje w bonusie, kopa w dupę.
Pereira dostaje dwa.
Piękny sen.
#IdziemyNaWybory

Kmicic z chesterfieldem

– „Czy Jędraszewskiego interesuje coś poza LGBT? Ryby, szachy, znaczki, stare kalendarze? Cokolwiek?” – zapytał jeden z internautów w reakcji na najnowszy wywiad z metropolitą krakowskim. Abp Marek Jędraszewski udzielił go wydawanemu przez fundację Tadeusza Rydzyka „Naszemu Dziennikowi”.

– „LGBT to prawdziwie pogańska ideologia, która odrywa nas od prawdy o człowieku i wprowadza na tory, w których jako ludzie tracimy swoją tożsamość wyrastającą z samej naszej struktury biologicznej, określającej nas czy to jako kobiety, czy jako mężczyzn” – powiedział gazecie abp Jędraszewski. Jego zdaniem, LGBT „podważa wszystko, co na temat człowieka głosi chrześcijańska wiara”.

Osoba przeprowadzająca wywiad też nie przebierała w słowach, w pytaniach zawierając tezę, że LGBT „ukrywa się pod takimi hasłami jak tolerancja, mowa nienawiści, równość, takie same prawa dla wszystkich, stop przemocy, uznając za swego największego wroga moralne nauczanie Kościoła”. A oto odpowiedź metropolity krakowskiego na tę sugestię: – „Jak się patrzy na ideologię…

View original post 949 słów więcej

 

Mock

– Rozumiem Mocka. Poznałem jego obsesje. Dlatego robię o nich spektakl. Patrzę na niego jak na człowieka, który się mocno pogubił – mówi Konrad Imiela, reżyser spektaklu „Mock. Czarna burleska”.

Przed premierą w Capitolu. Rozmowa z Konradem Imielą, reżyserem spektaklu „Mock. Czarna burleska”

Dorota Oczak-Stach: – Dostałam z teatru kilka miłych słów o panu i wesoły gif. Dlaczego tak pana lubią?

Konrad Imiela: – Mój ojciec, który był wiceprezydentem Starachowic, mojego rodzinnego miasta, mówił mi: pamiętaj, żebyś tak samo odnosił się do swoich szefów jak do sprzątaczki. Staram się nie budować dystansu wynikającego z hierarchii. Nie wyobrażam sobie pracy w „smole emocjonalnej” – wśród niedopowiedzeń, podtekstów, sporów. Wolę pogadać. Udaje mi się szybko rozwiązywać nieporozumienia.

Tu się różnicie z Mockiem. Współpracownicy nie powiedzieliby o nim dobrego słowa.

– Eberhard Mock był introwertykiem, człowiekiem zamkniętym w sobie. Ja nie jestem typem samotnika, trzeba mnie raczej stopować w relacjach międzyludzkich. Jestem gadułą, lubię być wśród ludzi. Ale też lubię być liderem. Nawet jak jestem w gronie kilku zaprzyjaźnionych osób i mamy gdzieś pojechać na wycieczkę, to ja obmyślam plan i mówię, gdzie mamy iść.

Cztery lata temu, gdy przygotowywał się pan do roli Mocka w „Końcu świata w Breslau” Agnieszki Olsten we Wrocławskim Teatrze Współczesnym, odnalazł pan w sobie wiele cech wspólnych z tą postacią.

– Byłem w trudnym momencie życiowym. Dużo łatwiej było mi się identyfikować z mroczną postacią Mocka niż teraz, gdy wszystko się poukładało i jestem szczęśliwy.

A jednak ten Mock cały czas w panu siedział.

– Pewnego dnia po spektaklu we Współczesnym czekała specjalnie na mnie kobieta, żeby mi powiedzieć, że to, jak ja gram Mocka, to jest skandal. „Co pan zrobił z tego wspaniałego Mocka?! Przecież to jest zaczarowany wspaniały świat, a pan gra jakiegoś alkoholika, degenerata, kompletnie zdegenerowaną postać”.

I co pan na to?

– Powiedziałem, że chyba czytaliśmy inne książki. Czasami możemy ulec czarowi tego przedwojennego świata otoczonego dymem cygara, ze wspaniałymi, dobrze skrojonymi garniturami, z pięknym kobietami, z charme’em tamtych lat.

No dobrze, to pokażmy świat z książek Marka Krajewskiego w takim rozrywkowym entourage’u. Zróbmy rewię burleskową! I opowiedzmy w niej te koszmarne historie, które opisuje Marek Krajewski na kartach swoich powieści. Nasz spektakl będzie przewrotny.

Czyli jaki?

– Te opowieści nie są słodkie, to nie jest „dymek z papierosa”. Pomijam już morderców, psychopatów i ich ofiary, ale opowiadamy o świecie podszytym rasizmem, gdzie kobiety są traktowane bezwzględnie przedmiotowo. O świecie w przededniu wojny, gdzie do głosu dochodzą irracjonalne apetyty. Hrabina Gertruda von Mogmitz chciała zostać świętą i tak się zapędziła w realizacji chrystusowych błogosławieństw, że doprowadziła do śmierci swojej siostrzenicy.

W klatkach pokazuje się czarnoskóre osoby. Za urokiem kryją się okropne odcienie zdegenerowanego świata.

Scenariusz został oparty na kilku książkach z cyklu o Eberhardzie Mocku. Ale nie skupia się pan na historiach kryminalnych.

– Rozumiem Mocka. Wiem, co by powiedział. Wiem, co by zrobił. Poznałem jego obsesje. Dlatego robię o nich spektakl. Patrzę na niego jak na człowieka, który się mocno pogubił. Skupił się na spełnianiu oczekiwań innych osób zamiast realizacji własnych planów i marzeń. Od jego personalnych aspiracji odwodziły go obsesje, którym nie był w stanie się oprzeć.

Jakie?

– Nałóg, kariera, władza, uroda kobiet, porywczość i niecierpliwość, pragnienie syna. Każda piosenka reprezentuje jedną z obsesji Eberharda Mocka, która zaciemnia mu obraz tego, czego naprawdę by w życiu chciał. W ten sposób budujemy obraz komisarza. Tytuł ostatniej piosenki, którą śpiewa Mock, brzmi „Każdego znajdę prócz siebie”.

Ten konflikt wewnętrzny jest najciekawszy?

– Jest dla mnie punktem wyjścia. Gdy podczas pracy nad spektaklem we Współczesnym czytałem książkę „Koniec świata w Breslau”, utkwił mi w pamięci krótki fragment, w którym Mock idzie ulicami miasta, patrzy na kamienice, gdzie palą się światła, i obserwuje sielską, mieszczańską scenę: rodzina siada do kolacji, matka nalewa zupę – krupnik na wędzonce, ojciec sobie pyka fajkę, obok brykają dzieci. Mock stoi i gapi się w to jak zaczarowany. Wydaje mu się, że jest to obraz z jego marzeń. Jego mieszczańska niedościgniona utopia.

A dobrze wiemy, że osobowość Mocka kompletnie do takiego obrazka nie przystaje. W spektaklu Mock zawsze ma w kieszeni zdjęcie, znalezione w archiwum policyjnym, które przedstawia właśnie taką scenę. Zdjęcia z archiwum Policji Breslau są też ważnym elementem warstwy wizualnej spektaklu.

Nie kusiło pana, by znów zmierzyć się z tą postacią i zagrać główną rolę?

– To pierwsze pytanie, które zadał mi Marek Krajewski, gdy powiedziałem mu o pomyśle inscenizacji. Lubiłem grać Mocka, ale nie odważę się reżyserować i grać głównej roli w przedstawieniu. Zawsze coś na tym cierpi, albo rola, albo reżyseria.

Wybór Artura Caturiana do tej roli był oczywisty?

– Robimy spektakl rewiowy, w całości śpiewany. Artur Caturian jest bardzo dobrym aktorem, który śpiewa wybitnie. A nie jest dziś łatwo znaleźć mężczyznę aktora, który bardzo dobrze śpiewa. Nie miałem wątpliwości. Artur ma dosyć uniwersalne emploi. Może z powodzeniem zagrać człowieka bardzo młodego i w sile wieku. W spektaklu w ogóle się nie odnoszę do wieku Mocka, do chronologii. Dojrzewa jego osobowość, ale nie zmieniamy charakteryzacji. Prócz jednego istotnego szczegółu.

Jakiego?

– Maski. Czytając „Festung Breslau”, momentami zapominamy o tym, że Mock ją nosi, i nagle pojawia się fragment, w którym komisarz wraca do domu i żona mówi do niego: „zdejmij już maskę”. Zaraz, zaraz, jaką maskę? Ma poparzoną twarz po akcji w drezdeńskim szpitalu i nosi wenecką maskę karnawałową. Gdy zobaczyłem to oczami wyobraźni, ujrzałem niezwykle intrygującą postać.

Bardzo symboliczny zabieg w teatrze.

– Mock się cały czas kryje za jakąś maską, co chwilę zakłada nowe. Sophie Mock w „Końcu świata w Breslau” mówiła, że czeka w domu na Ebiego, nie na Eberharda Mocka, detektywa, celebrytę. Coraz trudniej było jej zobaczyć prawdziwego Mocka. Czy my na co dzień nie zakładamy takich masek?

Czy umiemy się ich pozbyć?

– Lepiej zapytać, w jakich sytuacjach zdarza nam się ich pozbyć. Czy mamy takie bliskie osoby, wobec których jesteśmy w stanie naprawdę zdjąć te maski?

Tym spektaklem żegna się pan z przyjacielem, Romanem Kołakowskim.

– Zastanawiałem się, który z autorów piosenek najlepiej opowie o mrocznym świecie afer kryminalnych. I przypomniałem sobie świetne tłumaczenia Waitsa, Brechta, Cave’a i The Tiger Lillies autorstwa Romana. Dlatego zaproponowałem mu współpracę.

Nasza przyjaźń z Romkiem trwała ćwierć wieku i przyjmowała różne odcienie, potrafiliśmy się pokłócić na parę lat. A w ostatnim czasie bardzo się do siebie zbliżyliśmy. Długo zmagaliśmy się ze stylem tego spektaklu, a gdy już się z nim uporaliśmy, Roman zaczął pisać piosenkę za piosenką. Co kilka dni dostawałem nowy tekst. Dyskutowaliśmy, wprowadzaliśmy poprawki. W poniedziałek o godz. 23 przysłał mi ostateczną wersję piosenki „Ona” o nałogu alkoholowym, śpiewa ją Kurt Smolorz.

We wtorek o 10 rano zadzwoniłem do niego, żeby mu powiedzieć, że jest super. A Roman już wtedy nie żył. To mną wstrząsnęło.

Bardzo się cieszę, że wszystkie teksty, które są w spektaklu, są przez niego skończone, autoryzowane, a on z nich był zadowolony.

Pozostałe piosenki napisał pan sam, a muzykę powierzył debiutantowi.

– Postanowiłem wyjść poza grupę kompozytorów związanych z Capitolem, takich jak Piotr Dziubek, Mariusz Obijalski, Krzesimir Dębski. Wraz z Adamem Skrzypkiem, kierownikiem muzycznym teatru, chcieliśmy znaleźć nowy talent i zrobiliśmy zamknięty konkurs kompozytorski. Zaprosiliśmy obiecujących artystów. Ja, Adam i choreograf Jacek Gębura nie mieliśmy wątpliwości – najciekawsze rzeczy nadesłał Grzegorz Rdzak. To młody chłopak po wrocławskich szkołach muzycznych, jest wykształconym pianistą. Grywał w naszych przedstawieniach. Jego propozycje są bardzo ciekawe i świeże.

Sięgnął po rytmy niekoniecznie kojarzące się z początkami XX wieku. Widzowie mogą być zaskoczeni.

Opowiadamy o Eberhardzie Mocku i świecie z książek Marka Krajewskiego dzisiaj. Skoro tworzymy spektakl rozrywkowy, używamy aktualnych rozrywkowych brzmień, rytmów. Mamy swingujące piosenki zakorzenione w tamtej epoce, ale więcej jest nowoczesnych brzmień. Są nawet gatunki, których wcześniej nie znałem, jak trap. To wszystko bardzo dobrze buja.

Nie uwspółcześniamy historii, lecz używamy dzisiejszych środków inscenizacyjnych. Wyobraziłem sobie, jak by wyglądał klub burleskowy, gdyby zaprojektowali go twórcy Bauhausu. W scenografii czerpiemy z estetyki awangardy tamtych lat. Takich klubów nie było.

Ciekawie wygląda też zestawienie z wnętrzem Capitolu. Bauhaus spotyka ekspresjonizm z elementami art déco. Scenografia jest dopełnieniem estetyki widowni. Tak świętuję 90-lecie Capitolu.

I fantazjuje pan, co by było, gdyby Mock odwiedzał Capitol.

– „Siedzę obok pana, siedzimy w kinie Capitol. Kino ma to do siebie, że siedzimy incognito”. Odszedłem trochę od oryginału Marka Krajewskiego, jedna z piosenek dzieje się w dawnym kinie przy Gartenstrasse. To hołd dla tego budynku.

 

W czasie pańskiej dyrekcji ten teatr zmienił się radykalnie. Jak wyobraża pan sobie Capitol za 10 lat, na stulecie?

– Chciałbym, aby tętnił życiem cały czas. By jego działalność nie sprowadzała się do grania repertuarowych przedstawień. To już się dzieje, ale potencjał tego miejsca jest dużo większy. Rozmawiam o tym z kolejnymi prezydentami miasta. Namawiam też sympatyków Capitolu ze sfer biznesowych. Potrzebujemy więcej pieniędzy. Nie lubię przechodzić koło miejsc, które stoją puste i nic się w nich nie dzieje. Chciałbym, by za 10 lat budżet i zespół Capitolu był tak powiększony, by widz mógł tu wejść o każdej porze, na Podwórku natknąć się na koncert, obok zobaczyć wystawę, a wszystkie trzy sceny będą grać jednocześnie.

To jest realne?

– Ja to potrafię zrobić.

A ta tytułowa „czarna burleska” – co to jest?

– Nawiązujemy do kryminału noir, który reprezentuje Marek Krajewski. Opowiada o mrocznym świecie. Burleska jest dla nas inspiracją, bawimy się tą formą rewiową. Dlatego wszystkie trzy słowa są ujęte w cudzysłowie w tytule: „Mock. Czarna burleska”.

Przewodniczkami po tym świecie będą prostytutki.

– Nazwałem je damami ulicy. Mock zaczynał w policji obyczajowej, znał te wszystkie prostytutki, korzystał z ich usług. Były jego powierniczkami, przyjaciółkami, wspierały go, grywały z nim w szachy. Były często jego informatorkami. Dlatego tworzą scenicznego Mocka.

Jak?

– Kiedy pisaliśmy z Romanem Kołakowskim teksty piosenek, dużo czasu zajęło nam złapanie dobrego sposobu na to, żeby wątek kryminalny wzięty z którejś z powieści zamknąć w krótkiej formie, jaką jest piosenka. By nie opowiedzieć go powierzchownie, ale by był zrozumiały dla osób, które nie czytały książki.

To było najtrudniejsze. Powstały długie songi. Niektóre mają nawet po 11 minut. Natomiast klucze do nich dają damy ulicy, poprzedzając je krótkimi burleskowymi piosenkami. Grają na ukulele i śpiewają kryminalne historie, tak samo jak Stasiek Grzesiuk i inni warszawscy bardowie wyśpiewywali bandyckie, czerniakowskie ballady.

Betty Q, bodaj najbardziej znana polska performerka burleski, powiedziała, że burleska to nie tylko piękno, erotyka i zabawa, ale może ona nieść też treści polityczne. Premiera „Mocka” odbywa się dzień przed wyborami.

– Nie odnoszę się wprost do rodzącego się w początkach XX wieku faszyzmu, bo nie chciałem powielać tematów poruszonych w „Blaszanym bębenku”. W tym spektaklu mówimy raczej o społecznych problemach tamtych lat, głównie rasizmie i uprzedmiotowieniu kobiet.

Na co dzień również udziela się pan społecznie, bierze udział w manifestacjach.

– Nie waham się zabierać głosu, jeśli mogę przekonać do spraw, które uważam za istotne.

Poczucie odpowiedzialności?

– Osoby publiczne powinny wykorzystywać swoją rozpoznawalność do tego, by namawiać innych, byśmy próbowali zmieniać świat na lepsze. Musimy przeciwstawiać się homofobii, ksenofobii, wszelkim przejawom strachu przed innym, który rodzi agresję.

Dlatego podczas ubiegłotygodniowego Marszu Równości na Capitolu zawisła tęczowa flaga?

– W pełni utożsamiam się z hasłem „Miłość przeciw nienawiści”. Kiedy sam doświadczyłem agresji [w 2010 roku Imiela został napadnięty i ciężko pobity – red.], zorganizowałem koncert „Agresję miłością”. Irytuje mnie, że się upraszcza i sprowadza do ideologii historię domagania się równych praw przez mniejszości. To nie jest żadna ideologia! Premier Luksemburga, który jest gejem, powiedział ostatnio, że bycie gejem to nie jest wybór, nietolerowanie homoseksualizmu to jest wybór.

Pan wybrał udział w Marszu Równości.

– W dzisiejszych czasach trzeba manifestować poparcie dla miłości. Ona jest najważniejsza. Za nią kryje się szacunek do innych osób. Gdy kogoś poznaję, to wychodzę z założenia, że jest dobrym człowiekiem i ma dobre intencje.

W niedzielę widzimy się przy urnie?

– Oczywiście.

A w poniedziałek obudzimy się w innej Polsce?

– W lepszej.

Olga Tokarczuk – otwarta, dociekliwa pisarka, jest niespokojnym duchem, który ciągle szuka

Nie pisze nigdy przeciwko światu i ludziom. Z pewnością jednak jej Polska nie mieści się w mitach rodem z „Trylogii”, a człowiek, o którym pisze, w ciasnym gorsecie identyfikacji narodowo-katolickiej.

Pierwsza powieść Olgi Tokarczuk, Podróż ludzi Księgi, ukazała się w roku 1993 i od tego czasu Olga jest stale obecna w polskiej literaturze, wrosła w pejzaż naszej kultury. Towarzyszy jej wielkie grono wiernych czytelniczek i czytelników oraz życzliwość krytyków – jednak nie od początku i nie zawsze. Często było to też lekceważenie. Pojawiały się zarzuty: o prymitywny feminizm, antychrześcijański ekoterroryzm, domorosłe filozofowanie, tanią ekscytację New Age’em. Protekcjonalne poklepywanie po ramieniu: ot, miła pani z Kotliny Kłodzkiej, która coś tam pisze dla innych pań. Znany krytyk pisał o jej twórczości, że to „popierdy z mchu i paproci”. Po jej wypowiedziach o imigrantach obecna władza dostrzegła w niej wroga, a prawicowi hejterzy grozili spaleniem domu.

Teraz została laureatką Literackiej Nagrody Nobla. Dla mnie to wielka radość! Choćby dlatego, że z przyjemnością czytałam wszystkie jej książki, czego o żadnym innym nobliście powiedzieć nie mogę. A przy okazji cieszę się, że mogę wszystkim, którzy wątpili w jej twórczość, zrobić: zyg-zyg marchewka. I z rozbawieniem oglądam, jak pisowska TVP łyka tę żabę, ogłaszając kolejny wielki sukces Polski.

Oczekuje nas teraz zapewne wysyp omówień jej twórczości, życiorysu oraz wszelkich dokonań. I składanie hołdów, nie zawsze szczerych. Oraz, jak to u nas bywa, wyleje się sporo zawiści, żółci i hejtu.

Mogłabym teraz napisać o polifonicznej, sylwicznej naturze jej prozy, o tym, jak potrafi łączyć lokalne z globalnym albo jak bada współczesną płynną tożsamość… Mogłabym napisać też, że jest feministką, wegetarianką, obrończynią praw zwierząt, pełną dystansu do polskiego nacjonalizmu i katolicyzmu. Wolę jednak napisać o tym, co dla mnie zawsze było i jest najbardziej pociągające w Oldze i jej twórczości.

Olga jest głodnym, niespokojnym i bardzo dociekliwym duchem (oraz pracowitym, podziw budzi risercz, który robi do swoich książek).

W jej pierwszej powieści grupa wędrowców wyrusza na poszukiwanie Księgi, która objawi im prawdę, kiedy jednak ostatni z nich ją odnajduje, okazuje się, że nie umie czytać. Prawda pozostanie więc nieodkryta.

Temu tropowi można właściwie podporządkować jej wszystkie książki. To, co ją interesuje, zawsze znajduje się gdzieś poza. Poza systemem, poza tym, co powszechnie się uważa, poza zinstytucjonalizowaną religią, poza powszechnym sposobem opowiadania historii, poza schematycznym postrzeganiem płci czy orientacji seksualnej, poza wpisanym w naszą kulturę podziałem na świat ludzki i zwierzęcy, czy szerzej – naturę. To, co można znaleźć poza, nigdy jednak nie przyjmuje w jej prozie żadnej usystematyzowanej formy, bywa co najwyżej metaforą, intuicją, a głównie wyzwaniem, żeby zrobić jeszcze krok dalej.

W kolejnej po Podróży… powieści, E.E., dziewczynka, która widzi duchy, dostaje się w tryby wyjaśnień – materialistycznych i spirytystycznych, żadne z nich jednak nie potrafi uchwycić ani całkowicie wytłumaczyć jej doświadczenia. W Prawieku i innych czasach dziedzic poszukuje axis mundi i drogi do nieba, jednak jest też inna droga, prowadzi poza Prawiek, przez niewidzialną granicę otaczającą to polskie Macondo – za nią jest świat, który już nie da się uporządkować według tradycyjnych kategorii.

Domu dziennym, domu nocnym święta Kummernis i mnich Paschalis poszukują drogi wyjścia poza swoją płeć. Anna Inn (sumeryjska Inanna) w feministycznie przepisanym starym micie prowadzi nas do świata umarłych, ale także pokazuje, jak świat został kiedyś ukradziony kobietom i ich narracjom. W Biegunach współcześni bieguni przemieszczają się, żeby się nie stać niewolnikami zastygłych form; prawda zawsze jest gdzie indziej.

Jakub Frank na Jasnej Górze spotyka Szechinę, boga w kobiecej postaci, ale to też nie jest ostateczna odpowiedź, bo mistyczna i synkretyczna herezja Jakuba w interpretacji Olgi ma prowadzić do przełamywania zastanych struktur religijnych i narodowych. Janina Duszejko w Prowadź swój pług przez kości umarłych nie tylko kwestionuje prawo, które nie jest etyczne, ale robi coś więcej – oddaje głos starszym, bezradnym w swoim gniewie kobietom, których zazwyczaj nikt nie słucha.

Zawsze, nie tylko w literaturze, Olga lubi testować rozmaite prowokacyjne pomysły. A co by było gdyby…? Gdyby mężczyzna karmił niemowlę piersią? (opowiadanie Wyspa z Gry na wielu bębenkach). Czemu nie upiec tortu z muchomorów? A co by było, gdyby Chrystus co roku był męczony na śmierć, a potem naprawdę ożywał (Opowiadania bizarne)?

Druga rzecz, w której odnajduję własną wrażliwość, to coś, co można by nazwać wyobraźnią gnostyczną. Rozmawiałyśmy o tym niedawno na stronie KP. „Wszystko boli”, w świecie jest wiele cierpienia, z którym nigdy sobie nie poradzimy (to w wypadku Olgi jest z ducha buddyzmu), a prawda o świecie – taka ostateczna – mogłaby być nie do zniesienia. Kultura jest mechanizmem obronnym, który pozwala nam się z tym światem nie konfrontować.

Czasami widzi się Tokarczuk jako pocieszycielkę, a nawet naiwną utopistkę. Może dlatego, że jej opowieści są empatyczne, współczujące, nigdy nie epatują brutalnością czy przemocą. Nie jest to jednak w żadnej mierze czułostkowość – to prawdziwa czułość. Współ-odczuwanie. Jeśli jest to utopia, to bardzo ostrożna, można by powiedzieć ponowoczesna, która nie ma odwagi tworzenia projektów, ale ma odwagę wiary w niekonieczność istniejących sposobów urządzenia świata. Polega na nieustannym podważaniu powszechnie przyjmowanych pewników i zastanawianiu się, jak mógłby wyglądać świat oparty na innych zasadach.

Po Księgach Jakubowych była nazywana anty-Sienkiewiczem. Chociaż prywatnie lubi dyskusje, aporie, a nawet prowokacje, chyba nie lubiłaby przedrostka anty-. Bo nie pisze nigdy przeciwko światu i ludziom. Z pewnością jednak jej Polska nie mieści się w mitach rodem z Trylogii, a człowiek, o którym pisze, w ciasnym gorsecie identyfikacji narodowo-katolickiej. Minister Gliński kiedyś doradzał Oldze, żeby lepiej zrozumiała polską wspólnotę. Nakłady jej książek i tłumy na spotkaniach pokazują jednak, że jest też taka wspólnota w Polsce, z którą pisarka dobrze się rozumie.

I my naprawdę cieszymy się z jej sukcesu!

Olga Tokarczuk: Jesteśmy w sytuacji bardzo jasnego wyboru

Gdybyście jutro wybrali piwo i grilla, przypominam!!! pl.wikipedia.org/wiki/Piotr…

Więcej >>>

Więcej >>>

Więcej >>>

Demonstracja miała miejsce na schodach waszyngtońskiego Kapitolu. Na miejscu pojawili się policjanci.

Portal Variety powołuje się na rzeczniczkę prasową policji w Kapitolu, Evę Malecki, która powiedziała, że demonstracja odbywała się nielegalnie, a wszystkim biorącym w niej udział postawiono zarzuty bezprawnego gromadzenia się i zakłócania porządku publicznego. „New York Times” nadmienia, że Jane Fonda wyszła z aresztu w zamian za zobowiązanie się do stawiennictwa przed sądem.

Więcej >>>

Więcej >>>

Czy w ciszy wyborczej można głośno myśleć?

Kmicic z chesterfieldem

Więcej o Jędraszewskim >>>

Panu prezesowi Kaczyńskiemu gratulujemy zwycięstwa w debacie z Danutą Holecką. Przeciwnik leżał na łopatkach!

Prezes PiS Jarosław Kaczyński oskarżył polskie elity o pracę dla wrogów. Ci, którzy pracują są napiętnowani i będą piętnowani dalej – zapewnił. Zapowiedział kontynuację zmian w sądownictwie, bo sądy to, jego zdaniem, ostatnia barykada.
To ostatnia cotygodniowa Kronika Jana Skórzyńskiego, zapis działań i słów rządzącego przez cztery lata obozu PiS

Uzyskaną w drugim podejściu akceptację Parlamentu Europejskiego dla kandydatury Janusza Wojciechowskiego na komisarza rolnictwa „Wiadomości” skomentowały, że to pierwsze w historii takie stanowisko dla Polaka. Nigdy nikogo tak wpływowego nie mieliśmy w Unii Europejskiej – stwierdził prezes PiS.

W trzech różnych sprawach sądowych posłanki PiS Krystyny Pawłowicz orzekał ten sam sędzia, którego awans Pawłowicz popierała jako członek KRS. Według resortu sprawiedliwości to wynik losowania.

Komisja Europejska zaskarżyła Polskę…

View original post 1 967 słów więcej

 

Państwo mafijne PiS

Dziennikarz Wojciech Czuchnowski i wydawca Gazety Wyborczej wygrali w Sądzie Najwyższym z partią rządzącą.

W 2016 r. PiS postanowił wytoczyć cywilny proces o ochronę dóbr osobistych redaktorowi Gazety Wyborczej – Wojciechowi Czuchnowskiemu i wydawcy gazety.

Dziennikarz GW w 2015 r. napisał tekst o tym, jak prezydent Andrzej Duda ułaskawił skazanego nieprawomocnie na więzienie za nadużycie władzy Mariusza Kamińskiego. W artykule padł zwrot „tak działa państwo mafijne – który nie spodobał się politykom PiS.

Wyrok Sądu Najwyższego

– To już trzeci i ostateczny tym razem wyrok w sprawie komentarza z listopada 2015 r. Krytycznie oceniliśmy w nim decyzję prezydenta Andrzeja Dudy, który nie czekając na zakończenie procesu ułaskawił swoich partyjnych kolegów: Mariusza Kamińskiego i Macieja Wąsika – informuje Gazeta Wyborcza.

Wojciech Czuchnowski: Wygraliśmy z PiS przed Sądem Najwyższym! Wyborcza miała prawo napisać o „mafijnym państwie” PiS – uznał w czwartek Sąd Najwyższy. Zdaniem SN tak ostra ocena „nie wykraczała poza granice dopuszczane w debacie publicznej”.

***

Oświadczenie Sądu Najwyższego

W dniu wczorajszym (10.10) Sąd Najwyższy uchylił wyrok Sądu Apelacyjnego nakazujący dziennikarzowi oraz wydawcy gazety zamieszczenie przeprosin partii politycznej w części zmieniającej wyrok Sadu pierwszej instancji i oddalił apelację partii w sporze o ochronę dóbr osobistych w związku z artykułami opublikowanymi w listopadzie 2015 r. na łamach pozwanej gazety. Według Sądu Najwyższego ostra ocena zawarta w kwestionowanych przez powódkę opiniach zawartych w tych artykułach nie wykraczała poza granice dopuszczalne w debacie publicznej.

Reakcje internautów:

Mamy to oficjalnie, na piśmie, ze stemplem SN. Państwo PiS to państwo mafijne. Można już oficjalnie używać tego zwrotu”.

Wybór jest prosty: albo układy mafijne PiS, albo Polska demokratyczna”.

Czyli to prawda, że PiS stworzyło mafijne państwo. Szczerze mówiąc jak się tak przyjrzeć i przeanalizować od początku, od pierwszych decyzji, niepublikowania wyroków TK i gdy Duda nie mając kompetencji wybrał kogo chce zaprzysiąc na sędziów TK, widać było, na co się zanosi”.

Jest to wielkie zwycięstwo wolności słowa i wolnych mediów. A także zwycięstwo niezależnych sądów i niezawisłych – godnych najwyższego szacunku – sędziów.

W czwartek 10 października w wielu polskich miastach odbyły się pikiety świeckich katolików, którzy domagają się liberalnych zmian w Kościele. Chrześcijanie demonstrowali m.in. w Krakowie, Poznaniu i Szczecinie. My odwiedziliśmy protest w ostatnim z wymienionych miast. (O proteście w Krakowie: „Katolicy chcą odzyskać Kościół z rąk diabelskich biskupów”).

Protestujący zebrali się przed bramą główną seminarium duchownego na ul. Pawła VI w stolicy Zachodniego Pomorza. Zgromadzone osoby trzymały transparenty z napisami „OdzyskajMY nasz Kościół” i świece, które miały symbolizować żałobną atmosferę zgromadzenia. Na początku organizatorzy odczytali list przygotowany przez inicjatorów ogólnopolskiego ruchu.

Jesteśmy katolikami. Czujemy, że coraz rzadziej w Kościele Rzymskokatolickim w Polsce słyszymy przesłanie Jezusa. Zamiast o miłosiernym Bogu płynie do nas głos pełen podziałów i niechęci do innych. Część z nas boi się iść na niedzielną Mszę w kościele parafialnym, nie chcąc znów słuchać słów pełnych lęku, a nierzadko też – potępienia i nienawiści. Mamy dość patrzenia na twarz Kościoła w Polsce, który reprezentują właściwie wyłącznie biskupi i księża. Kościół to nie tylko oni” – rozpoczęli inicjatorzy zgromadzenia, którzy naprzemiennie wymieniali się kartkami i odczytywali treść listu.

Szczególną uwagę przykuł dalszy fragment wiadomości, w której poruszono problem wszechobecnej w Kościele nienawiści, homofobii i ksenofobii. „Bolą nas i ranią słowa o „tęczowej zarazie” i wszelkie wypowiedzi katolików wykluczających mniejszości: w ostatnim czasie głównie osoby LGBT+, ale również Żydów, muzułmanów czy niewierzących. To słowa, które odpychają wielu wiernych od Kościoła, wykluczają katolików LGBT+, ich rodziny oraz przyjaciół. Z pokorą i szacunkiem chcemy przeprosić wszystkie osoby, które zostały obrażone i upokorzone słowami przedstawicieli naszego Kościoła. Nie ma na nie naszego przyzwolenia” – grzmieli zgromadzeni pod seminarium wierni. Po odczytaniu apelu zgromadzone osoby pogrążyły się w symbolicznej ciszy, a następnie odmówiły „Modlitwę Pańską”.

Jak się okazało, nie byli oni członkami żadnych organizacji i zwołali się całkowicie oddolnie. „Łączy nas światopogląd. Organizatorzy akcji dokładnie trafili w punkt i myślą podobnie jak ja” – przyznał pan Ryszard, jeden z uczestników religijnej manifestacji. „Jestem katolikiem, zostałem ochrzczony, choć nie pozostawiono mi wyboru i nie miałem w tej sprawie wiele do powiedzenia. Kościół oddala się od ludzi. Chciałbym, żeby Kościół był taki, jak mówił ten człowiek sprzed dwóch tysięcy lat, który wyprzedzał swoją epoką i wyprzedza tą obecną. Tylko tyle” – kontynuował mężczyzna.

Inicjatorami ogólnopolskiej akcji są Jakub Juzwa, Aleksandra Radzio, Karol Wilczyński i Jola Szymańska – przygotowali oni apel skierowany do katolickich hierarchów. Chcą oni większej tolerancji i zreformowania Kościoła, który – ich zdaniem – przestał już pełnić swoją pierwotną funkcję i stał się miejscem pełnym „strachu” i „potępienia”. Pełną treść listu przeczytać można na portalu AVAAZ.org; pod apelem podpisać może się każdy internauta, który zgadza się z postulatami głoszonymi przez ruch „OdzyskajMY nasz Kościół”.

W Polsce mamy sytuację, iż władza jest mafijna, a władza duchowa diabelska.

Kmicic z chesterfieldem

W milczeniu kilkudziesięciu katolików protestowało przed budynkiem krakowskiej kurii. Już po raz drugi przyszli na Franciszkańską pod papieskie okno, żeby pokazać, że nie godzą się mowę nienawiści sączącą się z kościelnych ambon. Przynieśli kartki z hasłem: „Odzyskajmy nasz Kościół”. Zapalili też świece – „na znak solidarności z każdym, bez wyjątku”.

Po raz pierwszy pojawili się w tym miejscu latem tuż po wygłoszeniu przez metropolitę krakowskiego skandalicznych słów („Abp Jędraszewski znów bulwersuje – mówi o „nowej zarazie”: już nie czerwonej, a tęczowej”). Wtedy okryli się tęczową flagą, a na kartkach napisali: „tęczowa zaraza to ja”.

Po ponad dwóch miesiącach znów przyszli na Franciszkańską. – Ostatni raz byłem tu, kiedy zmarł papież Jan Paweł II. Dziś jego okno jest zamurowane. Trudno o lepszy symbol polskiego Kościoła dzisiaj” – powiedział „Wyborczej” pan Krzysztof. A pani Irena dodała: – „Wielu upatruje dzisiejszej twarzy Kościoła w postawie abpa Jędraszewskiego. Nie podoba mi się…

View original post 4 375 słów więcej

 

5 książek, od których warto zacząć znajomość z Olgą Tokarczuk

Olga Tokarczuk, od lat wymieniana w gronie faworytek do Literackiej Nagrody Nobla, została uhonorowana przez Komisję Noblowską za rok 2018. Tokarczuk to jedna z najpopularniejszych polskich pisarek, jeden z jej utworów jest obecny również w kanonie lektur licealnych.

Oto 5 pozycji od których warto zacząć znajomość z Olgą Tokarczuk.

„Bieguni” 
Tytułowi Bieguni to członkowie odłamu staroobrzędowców, prawosławnej sekty, którzy wierzą, że świat jest głównie zły. Jednak według ich wierzeń można się przed nim uchronić. Kluczem do tego jest pozostawanie w ciągłej podróży, dzięki której siły zła nie mogą dosięgnąć człowieka. W powieści podróże Biegunów mieszają się z podróżami autorki oraz opowieściami o współczesnych nomadach. Niezwykła książka uhonorowana Nagrodą Nike w 2008 roku i Nagrodą Bookera w 2018 roku.

„Księgi Jakubowe” 
Najobszerniejsza z książek Tokarczuk. Licząca ponad 900 stron powieść to erudycyjna podróż przez świat historii, obyczajów, wielokulturowości. Główną osią narracji jest historia Jakuba Franka, Żyda, który zgromadził wokół siebie rzesze wiernych. Wyznawców zyskiwał dzięki swoim opowieściom o świecie, który może być lepszy, tolerancyjny, otwarty i szczęśliwy. Historia Franka jest tak niesamowita, że wydaje się aż nieprawdopodobna. Z judaizmu przeszedł drogę przez sabataizm, potem islam, a na końcu katolicyzm. Możliwe, że zmarł jako członek kościoła prawosławnego. Książka warta każdej minuty czytania. Noblistka poświęciła na jej napisanie ponad sześć lat.

„Prowadź swój pług przez kości umarłych” 
Książka, która zyskała drugie życie dzięki ekranizacji. Janina Duszejko stała się główną bohaterką „Pokotu” Agnieszki Holland. To opowieść o nauczycielce języka angielskiego z niewielkiej miejscowości, która od towarzystwa ludzi zdecydowanie woli towarzystwo zwierząt. I gotowa jest na wiele, aby bronić praw naszych braci mniejszych. Esej o prawach zwierząt i brutalności człowieka miesza się tu z opowieścią kryminalną. Olga Tokarczuk często zabiera głos w sprawie ochrony praw zwierząt. W tej książce udowadnia, że to może być również świetny temat na powieść.

„Opowiadania Bizarne” 
Opowiadania dziwne, niezwykłe, zabawne. Poza dozą niewiarygodności żaden inny motyw nie łączy dziesięciu opowiadań z tego zbioru. Różne miejsca, przestrzenie, bohaterowie. Czasem miejsca prawdziwe, czasem wyimaginowane. I niespodziewane zakończenia. Jedna z lżejszych pozycji w dorobku Tokarczuk – jeżeli można w ogóle użyć takiego stwierdzenia wobec jej książek.

„E.E.” 
Jedna z pierwszych książek tegorocznej Noblistki. Akcja „E.E.” skupia się na pierwszych latach XX wieku. Główną bohaterką jest nastolatka, która zostaje uznana za medium. Tokarczuk porusza w niej tematy, które pojawiają się również w kolejnych książkach: okultyzm, złożoność ludzkiej osobowości, sceptycyzm poznawczy i poszukiwanie sensu życia.