Przepłacona przyjaźń PL-USA

Kmicic z chesterfieldem

Kłopot z Andrzejem Dudą jest symptomatyczny. Ten niedojrzały człowiek kompromituje urząd, kompromituje Polskę.

Czy krytykowanie go jest działaniem na szkodę Polski, obrażaniem prezydenta? Nie!

Duda nie jest Polską, prezydent nie jest Polską, jest funkcją. Zdaje się, że ten prosty zabieg logiczny powinien być dostępny przeciętnym umysłom.

Ale nie jest! Mianowańcy Ziobry, jacyś rzecznicy dyscyplinarni – Schaby i Radziki – ścigają sędziego Jarosława Ochockiego z Poznania za to, że wyraził zatroskaną opinię na temat Dudy.

A wypowiedź Dudy w Katowicach jest iście faszyzująca, moczarowska, z gruntu totalitarna. Duda straszący górnikami, robotnikami, którzy mają załatwić problem niezależności sędziowskiej,  aby pisowcy moli chwycić naród za mordę.

Co do samego Dudy. Objawy u niego wskazują nie tylko na zieloność (gombrowiczowską), niedojrzałość, ale chorobę psychiczną schizo-paranoidalną. Nie chodzi o gesty (godne Mussoliniego), ale zespół słów i argumentację, która jest właściwa dla pacjentów.

Piszę to z zatroskaniem. Gdybym miał opisać chorobę wodzowską” wziąłbym na warsztat twarz…

View original post 708 słów więcej

 

Orędzie prezesa

Całe orędzie tutaj >>>

Kmicic z chesterfieldem

Andrzej Stankiewicz szereguje skandale z ubiegłego roku. Wybrał 10 najbardziej spektakularnych. Można je wszystkie nazwać pisowsko-katolskimi

Film braci Sekielskich „Tylko nie mów nikomu” powinien być szokiem dla polskich biskupów. Ale dziś, kilka miesięcy po emisji, Episkopat zachowuje się, jakby nic się nie stało. To kolejny dowód na to, że biskupi nie zamierzają na poważnie wziąć się za rozliczenie pedofilów we własnych szeregach. Mogą sobie na to pozwolić, bo w podzielonym politycznie — i w dużej mierze — światopoglądowo społeczeństwie, wiele ujdzie im na sucho. Zwłaszcza, że wśród najbardziej bezkrytycznych wiernych potrafili wywołać wrażenie, że ujawnianie pedofilskich skandali to walka nie tylko nawet z Kościołem, co z samym Chrystusem. Wcześniej w ten sam sposób hierarchowie rozegrali kłopoty lustracyjne w swych szeregach.

Faktem jest także i to, że Episkopat jest podzielony. Są hierarchowie bagatelizujący skandale seksualne, jak abp Marek Jędraszewski, czy abp Sławoj Leszek Głódź. Są też tacy duchowni jak prymas Wojciech…

View original post 1 576 słów więcej

 

Katolicki strzał w kolano przez Jędraszewskiego

Makowski: Zielony katolicyzm – czytaj tutaj >>>

Kmicic z chesterfieldem

– Ekologizm to zjawisko bardzo niebezpieczne, bo to nie jest tylko pod postacią nastolatki, to coś co się narzuca, a ta aktywistka staje się wyrocznią dla wszystkich sił politycznych, społecznych – uważa abp Marek Jędraszewski.

O ekologizmie, który stoi w sprzeczności z nauką Kościoła Katolickiego mówił w rozmowie z Telewizją Republika abp Marek Jędraszewski.

– Skwituję to krótko: powrót do Engelsa i do jego twierdzeń, że małżeństwo to kolejny przejaw ucisku, a w imię równości trzeba zerwać z całą tradycją chrześcijańską, bez której my – Europejczycy nie zrozumiemy się, bo jesteśmy w niej wychowywani od tysiącleci. To się kwestionuje przez różne nowe ruchy, a także próbuje się narzucać jako obowiązującą doktrynę – powiedział duchowny.

Więcej >>>

Jako nauczyciel jestem przerażony. Wychodzę do uczniów z Herbertem, Miłoszem i Szymborską a oni do mnie z przekazem TVP. Ja o wartościach a uczniowie o urojonych zagrożeniach lub nieistniejących sukcesach.

Robert Kasiak – nauczyciel…

View original post 198 słów więcej

Cień Polexitu. W tej znajdujemy się fazie wyjścia z Unii Europejskiej

Paradoksalnie ignorowanie wyroku TSUE przez KRS oraz Izbę Dyscyplinarną SN ułatwi wydanie wyroku Sądowi Najwyższemu. Zwłaszcza że dostał szczegółowe wskazówki, jakimi kryteriami ma się kierować. Operacja rybołówcza została zainicjowana zarówno w TSUE, jak i w Polsce – zobacz, na czym polega. I dlaczego zdaniem prof. Łętowskiej wkraczamy w cień Polexitu

Ryba czy wędka? Tak najbardziej lapidarnie można określić oczekiwania i oceny wyroku Trybunału Sprawiedliwości UE z 19 listopada 2019 roku w odpowiedzi na pytania prejudycjalne Sądu Najwyższego (C-585/18, C-624/18 i C-625/18).

Apetyt na rybę – lub strach przed tym daniem, w zależności od tego, kto dokonywał oceny – wzbudziła  ujawniona w czerwcu 2019 opinia Rzecznika Generalnego TSUE prof. Jewgienija Tanczewa, iż Izbie Dyscyplinarnej w Sądzie Najwyższym brak cech niezawisłego sądu, a nowa KRS nie ma przymiotów niezależności, wymaganych dla organów biorących udział w procedurze powoływania sędziów.

„Trybunał dostarcza sądom krajowym elementów wykładni prawa Unii”

Oczekiwania uzyskania od Wielkiej Izby gotowego dania były jednak nierealne, skoro luksemburski Trybunał odpowiadał na pytanie prejudycjalne, czyli w procedurze, o której mowa w art. 267 Traktatu o Funkcjonowaniu Unii Europejskiej.

Pytającemu sądowi udziela się  bowiem odpowiedzi, a nie rozstrzyga za niego sprawę, którą pytający ma rozstrzygnąć, gdy już odpowiedź uzyska.

Przecież nawet, gdyby TSUE podzielił w tekście uzasadnienia wyroku pogląd Rzecznika Generalnego Tanczewa, to i tak Sąd Najwyższy musiałby sam orzec w sprawie, w której zadał pytania. Europejski sąd napisał wyraźnie, że „Trybunał dostarcza sądom krajowym elementów wykładni prawa Unii, które są im niezbędne do rozstrzygnięcia zawisłych przed nimi sporów”.

Przedwczesna radość lekceważących wyrok TSUE. Operacja rybołówcza trwa

Gdyby zaś sam TSUE dokonał oceny KRS i Izby Dyscyplinarnej, to narażałby się na zarzut naciągania trybu postępowania.

I to zupełnie niepotrzebnie, w sytuacji, gdy przed luksemburskim Trybunałem dopiero co zawisła sprawa z wniosku Komisji Europejskiej o naruszenie przez Polskę obowiązków traktatowych, z uwagi na model odpowiedzialności dyscyplinarnej sędziów. Wyrok w tej sprawie poznamy w połowie 2020 roku.

Właściwy tu tryb określa art. 258 Traktatu o Funkcjonowaniu UE.

Ta sprawa czeka na swoją kolej. Dlatego radość uważających, że obecny wyrok TSUE niczego nie oznacza – jest przedwczesna.

Obecny wyrok najwyraźniej oznacza kolejny krok w wypracowywaniu standardu unijnego wymiaru sprawiedliwości.

Szkoda oczywiście, że akurat Polsce przypadła rola zwierzęcia laboratoryjnego. Obecny wyrok daje wędkę, a nie danie gotowe. Operacja rybołówcza została jednak zainicjowana, i to zarówno w Polsce (poprzez powinność wykonania obecnego wyroku), w TSUE – gdzie najwyraźniej gromadzi się niezbędne oprzyrządowanie.

Wędka od TSUE dla polskich sądów

W orzeczeniu z 19 listopada 2019 roku Trybunał Sprawiedliwości UE niezwykle szczegółowo i starannie wyłożył kryteria niezależności organu biorącego udział w procedurze powoływania sędziów (co ważne dla statusu KRS, pkt 133- 144) i niezawisłości sędziów (co istotne z punktu widzenia statusu sędziów Izby Dyscyplinarnej SN – pkt 145 -153), budując w ten sposób standard ocenny.

Ocena, „czy KRS daje wystarczające gwarancje niezależności od organów władzy ustawodawczej i wykonawczej” powinna uwzględnić „zbieg czynników w połączeniu z okolicznościami, w jakich wyborów KRS dokonano”, TSUE wymienia te „czynniki”:

  • KRS w nowym składzie została utworzona w drodze skrócenia trwającej cztery lata kadencji członków wcześniej wchodzących w skład tego organu;
  • chociaż 15 członków KRS wybieranych spośród sędziów było wcześniej wyłanianych przez środowisko sędziowskie, to obecnie są oni desygnowani przez organ władzy ustawodawczej spośród kandydatów, którzy mogą być zgłaszani przez grupę 2000 obywateli lub 25 sędziów, co sprawia, że taka reforma prowadzi do zwiększenia liczby członków KRS z nadania sił politycznych lub przez nie wybranych do 23 z 25 członków
  • występowanie ewentualnych nieprawidłowości, jakimi mógł zostać dotknięty proces powoływania niektórych członków KRS.

TSUE zwraca też uwagę na wątpliwości wobec uprawnień Izby Dyscyplinarnej, roli jaką odegrała ona w obniżaniu wieku spoczynku urzędujących sędziów SN (co zgodnie z wyrokiem TSUE z czerwca 2019 stanowiło naruszenie nieusuwalności i niezawisłości sędziów i uchybienie Traktatowi o UE), a także zasady, że powoływani do Izby mogą być wyłącznie nowi sędziowie, dotychczasowi sędziowie SN są wykluczeni.

Wykorzystanie tych kryteriów leży w rękach organów krajowych. TSUE bowiem nie wyręcza organów krajowych – dostarcza im narzędzi.

Adresatem tych uwag nie jest tylko sąd zadający pytania prejudycjalne (czyli Sąd Najwyższy), ale każdy organ krajowy w zakresie swych kompetencji. Mówi o tym zasada lojalności z art. 4 ust. 3 Traktatu o Unii Europejskiej.

Czy Sąd Najwyższy, bezpośredni adresat odpowiedzi na pytania prejudycjalne, powinien dokonać oceny, czy KRS i Izba Dyscyplinarna SN odpowiadają bądź nie nie kryteriom wskazanym w wyroku TSUE? Czy powinien użyć checklist : porównując sytuację rzeczywistą i konkretną z abstrakcyjnym i potencjalnym modelem przedstawionym w wyroku?

Prezes Gersdorf zapowiedziała rychłe podjęcie sprawy przez SN (wyroków w trzech sprawach rozpatrywanych przez SN można się spodziewać jeszcze przed Świętami Bożego Narodzenia – przyp. red.).

Paradoksalnie – w sukurs SN przychodzą i KRS, i Izba Dyscyplinarna – dwa organy, których status wymaga oceny. Jak to możliwe?

KRS i Izba Dyscyplinarna… ułatwiają zadanie SN

Wyrok TSUE mocno podkreśla konieczność kompleksowej oceny statusu organu niezależnego i oddziaływań na niezawisłość sędziego.

Ocenie podlega mechanizm obejmujący nie tylko brzmienie przepisu, ale i standard stosowania, praktyka. I to w jej dynamicznym rozwoju – gromadzenie sekwencyjnie ujawniających się cech i zachowań.

To wymaga oceny także faktycznych okoliczności (takich jak m.in. występowanie efektu mrożącego) czy kształtowanie społecznego odbioru praktyki KRS (pkt 144, 152 i 153 wyroku – cytowane wyżej – red.).

Takie holistyczne podejście jest sporym wyzwaniem dla polskich sądów, nie przyzwyczajonych do finitystycznego i dynamicznego spojrzenia na własne cechy i praktykę.

Tymczasem już po wydaniu wyroku TSUE oba organy, KRS i Izba Dyscyplinarna SN dostarczają dowodów, które będą z pewnością pomocne przy ocenie dokonywanej przez SN.

Oficjalnie wedle samej KRS, wyrok TSUE jest dla niej bez znaczenia, reakcji nie wymaga. Podobnie twierdzenie zawiera oświadczenie Prezesa Izby Dyscyplinarnej SN.

Dlatego też KRS kontynuowała proces awansowania sędziów (opiniowanie kandydatur do SN), zaś Izba Dyscyplinarna obradując 21 listopada  w sprawie sędzi Aliny Czubieniak (sygnatura sprawy II DSS 2/18,)  nie uwzględniła wniosku o odroczenie postępowania do czasu, gdy SN ustosunkuje się do wyroku TSUE i wydała wyrok.

Te działania  dostarczają wymaganego przez wyrok TSUE materiału faktycznego do dokonania oceny przez Sąd Najwyższy. SN ma wszak ocenić niezależność KRS i ochronę niezawisłości sędziów (wobec działania Izby Dyscyplinarnej SN), w sposób konkretny i rzeczywisty, a nie tylko abstrakcyjny i potencjalny. Bieżąca działalność zarówno KRS, jak i Izby Dyscyplinarnej SN są więc tutaj – paradoksalnie – pomocne.

Wyrok TSUE i prawo krajowe. Wkraczamy w cień Polexitu

Wyroki TSUE w odpowiedzi na pytanie prejudycjalne z natury rzeczy dotyczą wykładni prawa unijnego.

Jednak podanie szczegółowych kryteriów znaczenia niezależności organu i niezawisłości sędziów nie pozostaje bez wpływu na znaczenie prawa krajowego – zwłaszcza, że art. 173, 178 ust 1 i  186 Konstytucji odwołują się do pojęć niezależności i niezawisłości.

Ich interpretacja, nawiązująca do kryteriów wskazanych w wyroku TSUE – a powołuje on także bogato orzecznictwo Europejskiego Trybunału Praw Człowieka – spina zatem dwa systemy prawne: unijny i krajowy. I to też decyduje o znaczeniu wyroku TSUE z 19 listopada.

Oczywiście, do swej pełnej implementacji wyrok TSUE wymagałby także działań legislacyjnych, zmieniających reżim prawny KRS, ustawę o SN i system dyscyplinarny wobec sędziów. Ani to jednak realne, ani przewidywalne. O podjęcie stosownych działań apeluje do władz trzynaście organizacji społecznych (całe, piętnastostronicowe Stanowisko jest dostępne w Archiwum Osiatyńskiego, wraz z Załącznikiem zawierającym dodatkową argumentację).

Oddzielnym problemem jest reakcja sądów. Jeżeli SN działając po orzeczeniu TSUE skorzysta z możliwości negatywnego wypowiedzenia się co do statusu KRS, zapewne pojawią się także inicjatywy innych sądów – szukających wyjaśnienia wątpliwości co do statusu orzeczeń z udziałem sędziów nominowanych z udziałem KRS.

Już jeden z sądów okręgowych – w Olsztynie- zażądał od Kancelarii Sejmu ujawnienia list poparcia nominacji do KRS, motywując to konsekwencjami orzeczenia TSUE.

Odnotować należy też inicjatywę z Izby Cywilnej SN, gdzie na tle jednej ze spraw (sygn. II CO 108/19) skierowano szereg pytań do Trybunału Konstytucyjnego, dotyczących ustalania składów orzekających z udziałem sędziów powołanych w procedurze neo-KRS.C

Czego dotyczą te pytania? Jak je ocenić biorąc pod uwagę rozbieżność ich treści i rzeczywistego znaczenia, a także ich legitymizacyjna i ceremonialna funkcja w obecnej sytuacji – to wymagałaby oddzielnej analizy.

I niestety, wszystko to oznacza nieuchronne pogłębienie chaosu w obrębie wymiaru sprawiedliwości, zarówno w osobowym, jak i w funkcjonalnym wymiarze.

Takie są skutki wydrążania z treści zasad konstytucyjnych i traktatowych. W sferze faktycznej oznacza to zaś, że wkraczamy w cień Polexitu.

Zmierzch władzy PiS, czy cień Polexitu?

Kmicic z chesterfieldem

Art. 190 Kpk § 1. Przed rozpoczęciem przesłuchania należy uprzedzić świadka o odpowiedzialności karnej za zeznanie nieprawdy lub zatajenie prawdy. No chyba, że słuchamy J.Kaczyńskiego. W trosce o to, by nikt jemu nigdy nie postawił zarzutów z 233 kk.

Dosłownie dwa dni przed wyborami prokurator Renata Śpiewak odmówiła dalszego prowadzenia śledztwa w głośnej sprawie „afery Dwóch Wież”. Ujawniona dziesięć dni później decyzja sprawiła, że nie trzeba było przesłuchiwać żadnych świadków, – w tym Jarosława Kaczyńskiego – na których powoływał się Gerald Birgfellner.

A jednak, jak udało się ustalić „Gazecie Wyborczej” w aktach znajduje się zapis przesłuchania prezesa PiS. Z tych zeznań wynika, że Jarosław Kaczyński padł ofiarą manipulacji austriackiego przedsiębiorcy, który wykorzystał jego „powiązania rodzinne” i wprowadził prezesa w błąd.

W trakcie przesłuchania Kaczyński stwierdził, że „może prowadzić rozmowy z przedstawicielami spółki, jednak nie posiada podstaw formalnych do wydawania im poleceń”. Słowa te są całkowitym zaprzeczeniem tego co zastało…

View original post 2 267 słów więcej

 

Koza Kaczyńskiego i zwycięstwo opozycji w Senacie. Małgorzata Kidawa-Błońska na prezydenta

Wydaje się, że w tej chwili mamy problem z głowy i dwie, tak kontrowersyjne kandydatury do TK, będą musiały jednak poczekać. Okazało się bowiem, iż posłowie PiS nieco się pospieszyli wskazując panią Pawłowicz i pana Piotrowicza jako kandydatów do Trybunału. Jak wynika z ustawy, nowych sędziów do tej instytucji powinni wskazać posłowie nowej kadencji Sejmu.

Dyrektor Centrum Informacyjnego Sejmu Andrzej Grzegrzółka tłumaczy, że zgodnie z regulaminem, należy wskazać kandydatów na miejsce odchodzących sędziów maksymalnie 30 dni przed końcem ich kadencji, jednak w tym przypadku marszałek Witek nieco się pospieszyła i już powiadomiono posłów, że to parlamentarzyści nowego Sejmu rozpoczną od początku prace nad wyborem sędziów TK.

Nowo wybrany marszałek ogłosi nowy termin zgłaszania kandydatów do TK i to wówczas rozpocznie się cała procedura wyboru trzech sędziów. Ciekawe, czy i tym razem posłowie PiS postawią na Pawłowicz, Piotrowicza i Chojnę – Duch. A może się opamiętają i zrozumieją, że jednak warto, by do TK nie dostali się ludzie, tak skompromitowani nie tylko czarnymi kartami w życiorysie, ale również dotychczasową działalnością, opartą wielokrotnie na arogancji, bucie, agresji i niekompetencji?

Tym bardziej, że nawet koalicjant PiS nie jest zachwycony tymi kandydaturami. Jak mówi jeden z ludzi Gowina, Marcin Ociepa, wiceprezes Porozumienia, „Nie jestem ich entuzjastą, natomiast będziemy słuchać argumentów naszego koalicjanta”.

O sprawie nie chce się wypowiadać za bardzo rzecznik prezydenta Dudy. Mówi tylko, że prezydentowi zależy ogromnie, by „autorytet TK wzrastał”, ale czy to oznacza, że nie przyjmie on ślubowania od kandydatów, za którymi już dzisiaj optuje PiS? Myślę, że naiwnością byłoby w to uwierzyć, bo przecież Andrzej Duda jest prezydentem przede wszystkim prezesa i swojej partii.

Czas więc pokaże, czy PiS się opamięta, jednak warto w tym wszystkim pamiętać o jednym. Od czasu przejęcia TK przez partię rządzącą nie można już tej instytucji traktować jako niezależnej. Przecież już TK stracił resztki swego autorytetu, stracił już całkowicie swoją wiarygodność i stał się tylko kolejną atrapą… niczym więcej. Kolejni sędziowie z nadania PiS, niezależnie kim będą, tylko ten stan utrwalą. Tak więc, czy warto ekscytować się tym tematem?

To już oficjalne. Kandydatem na marszałka Senatu opozycji jest Tomasz Grodzki. Liderzy Koalicji Obywatelskiej, PSL i Lewicy przedstawili też swoich kandydatów na wicemarszałków.

– Polskie Stronnictwo Ludowe, Lewica, Koalicja Obywatelska ustaliły zasady powołania prezydium Senatu. Te rozmowy przypominały mi najlepsze czasy Koalicji Europejskiej, mieliśmy różne spojrzenia – powiedział Grzegorz Schetyna.

Opozycja oficjalnie ogłosiła kandydatów na marszałka i wicemarszałków

Jak poinformował, kandydatem PO na marszałka Senatu jest Tomasz Grodzki. Schetyna podkreślał, że senator poinformował o „próbach korupcji politycznej” ze strony PiS. Kandydatem na wicemarszałka jest Bogdan Borusewicz. Włodzimierz Czarzasty na konferencji poinformował, że kandydatką na wicemarszałka jest Gabriela Morawska-Stanecka.

– Nie będzie to izba zadymy, będziemy stać na straży tego – powiedział na konferencji Kosiniak-Kamysz. – Nie zgodzilibyśmy się na kandydata, który byłby mocno partyjny. Pan senator Grodzki spełnił warunki, jakie postawiliśmy – dodał.

Wspólnym kandydatem na stanowisko marszałka Senatu jest prof. Tomasz Grodzki – Senator RP z Platformy Obywatelskiej

Czarzasty: Wydaje nam się, że kałuże wyschły

Rekomendacja PSL na wicemarszałka Senatu wciąż stoi pod znakiem zapytania. Z naszych nieoficjalnych ustaleń wynika, że będzie to Michał Kamiński. Kosiniak-Kamysz wyjaśnił, że nazwiska na kandydatów do prezydiów Sejmu i Senatu zostaną podane po posiedzeniu klubu PSL we wtorek. – U nas decyduje cała koalicja – powiedział.

Oficjalnie ogłoszone rekomendacje opozycji do prezydium pokrywają się z naszymi ustaleniami.

Schetyna poinformował, że spotka się dziś z senatorami niezależnymi, których poinformuje o rekomendacjach opozycji.

– Wydaje nam się, że po stronie demokratycznej wszystkie kałuże już wyschły – skomentował uszczypliwie Czarzasty.

>>>

Syfilityczne wartości, które przyświecają PiS i jego sojusznikowi Kk.

Kmicic z chesterfieldem

Posłowie KO zaapelowali do prezydenta, aby ten zmienił swoją decyzję i wyznaczył kogoś innego na stanowisko marszałka seniora niż Antoniego Macierewicza. – Wierzę w to, że prezydent Duda, kierując się zgodą w Sejmie i odpowiedzialnością za polską demokrację, tę decyzję zmieni – tłumaczył wiceprzewodniczący PO Tomasz Siemoniak. Podobne pismo do prezydenta złożyła też Lewica.

Jest czas na zmianę decyzji

Posłowie Koalicji Obywatelskiej wysłali do prezydenta specjalne pismo w sprawie Antoniego Macierewicza, który ma w nowym Sejmie pełnić rolę marszałka seniora.

– Ma pan kolejny raz szansę być prezydentem nie tylko jednej partii, ale wszystkich Polaków. Do tego wymagana jest zmiana tej decyzji. Nie może być tak, że człowiek, który w ostatnich latach szkodzi polskiej racji stanu, jest nominowany na takie stanowisko – mówił Marcin Kerwiński.

Wiele powodów, aby decyzję zmienić

W obszernym, 3-stronicowym piśmie posłowie opozycji argumentują, dlaczego były szef MON nie powinien piastować tej funkcji.

Posłowie przypominają w nim niejasne powiązania Antoniego Macierewicza z obcymi służbami, miliony wydane na komisję smoleńską i budowanie kapitału politycznego na kłamstwie smoleńskim, a także demolowanie polskiej armii.

– Antoni Macierewicz kłamał z mównicy sejmowej o rzekomych “mistralach za dolara”, a teraz…

View original post 1 533 słowa więcej

 

Rydzyk walczy publicznymi pieniędzmi z międzynarodowymi siłami diabelskimi

– Idą międzynarodowe siły, diabelskie. Robią wszystko, żeby zniszczyć rodzinę, zniszczyć człowieka, wiarę, Kościół – mówi w rozmowie z Michałem Karnowskim o. Tadeusz Rydzyk. Na pytanie, czy chodzi o „tęczową zarazę”, odparł: – Tak, ks. Marek Jędraszewski nazwał to bardzo dobrze.

Tadeusz Rydzyk udzielił wywiadu tygodnikowi „Sieci”. W rozmowie z Michałem Karnowskim redemptorysta dużo opowiada o początkach Radia Maryja. żali się też na niewystarczającą „ofiarę” od sympatyków i słuchaczy. – Weźmy pielgrzymkę Rodziny Radia Maryja na Jasną Górę. Często to i ponad 200 tys. ludzi. Tych, którzy czują więcej, którzy rozumieją sprawy, o których mówię. A ilu składa ofiarę? Jak 20 tys., to bardzo dobrze. Wiemy, bo prosimy, by koperty z ofiarami były podpisane, by można później podziękować – mówi o. Rydzyk.

O. Tadeusz Rydzyk o „siłach diabelskich”

Gdy rozmowa schodzi na tematy polityczne, duchowny deklaruje, że zagłosuje na Andrzeja Dudę w wyborach prezydenckich, choć wcześniej był „trochę zaniepokojony”. W innym wątku o. Rydzyk stwierdza: – Jest jedna ojczyzna nasza, jedna Polska. Komu zależy na tym, żeby to zniszczyć? Czuję wielki niepokój.

Michał Karnowski dopytuje: – Bo idzie fala propagandy lewicowej?

Nie tylko. To idą międzynarodowe siły, diabelskie. Robią wszystko, żeby zniszczyć rodzinę, zniszczyć człowieka, wiarę Kościół. to jest ta nowa lewica, jak to niektórzy nazywają. W tym ideologia gender, bardzo niebezpieczna

– odpowiada ksiądz.

„Abp. Jędraszewski to wybitny filozof i teolog”

Na pytanie Karnowskiego, czy chodzi o „tęczową zarazę wyrastającą ideowo z czerwonej”, o. Rydzyk mówi: – Tak, ks. abp Marek Jędraszewski nazwał to bardzo dobrze. To wybitny filozof i teolog, znawca zjawisk społecznych. Jego doktorat przeczytał Jan Paweł II, wiem o tym od kogoś, komu papież o tym wtedy mówił. Ten atak na ks. abp. Jędraszewskiego odbieram jako coś wstrętnego, próbę stłamszenia człowieka, pasterza Kościoła, wreszcie zablokowania wolności. Ale wierzę, że się nie da. Musimy przy nim trwać i dziękować Panu bogu za tak odważnego pasterza.

* Więcej o Rydzyku >>>

Według informacji tygodnika „Newsweek” agencja Cat@Net prowadziła 170 fałszywych profili w mediach społecznościowych, na których m.in. broniono TVP i jej prezesa Jacka Kurskiego oraz atakowano nauczycieli, Pawła Adamowicza i Jerzego Owsiaka.

Najnowszy „Newsweek” informuje, że odkrył, jak i dla kogo działa największa w Polsce zidentyfikowana farma fałszywych kont w internecie i po co dezinformuje użytkowników Facebooka i Twittera. Chodzi – jak podaje gazeta – o działalność agencji e-PR Cat@New.

Dziennikarka „Newsweeka” – Katarzyna – zatrudniła się w tej firmie, która poszukiwała telepracownika do „budowy korzystnego wizerunku klientów w mediach społecznościowych i szerzej w internecie”. Na początku miała za zadanie założyć sobie konto na Twitterze o nazwie „Panna z Żoliborza” z flagą na zdjęciu i krótkim opisem informującym, że jest studentką i tradycjonalistką.

„Pozytywnie o rządowej dotacji dla TVP”

Niebawem Katarzyna dostała jednak inne zadanie – miała prowadzić istniejące już konto na Twitterze związane z kulturą. Miała pisać wspierające posty między innymi o TVP Kultura, TVP Historia i Teatrze Telewizji. Od przełożonych reporterka miała uzyskać instrukcję: „Dobrze, abyś wypowiadała się pozytywnie o dotacji rządowej dla TVP i abonamencie”.

Z czasem Katarzyna dołączyła do wewnętrznego czatu o nazwie Kulawa Rebelia. „Tu rozmawiają trolle między sobą, tu przychodzą polecenia. (…) Jedną z dużych firm, które promuje Cat@Net jest TVP. Trolle komentują przesunięty festiwal w Opolu, bronią stacji i prezesa Kurskiego. Powstaje TVPolakow_1 – agresywne konto prowadzone przez menadżerkę firmy” – pisze gazeta.

Jak podaje „Newsweek”, firma Cat@Net miała współpracować z Telewizją Polską w sumie od września 2017 roku do wiosny roku 2019, ale przez pośrednika, którym miała być agencja marketingowa Art-Media. W tym czasie o TVP miano opublikować około 10 tys. wpisów.

Wpisy o nauczycielach, hejt na Adamowicza

Dziennikarka „Newsweeka” – pracując w Cat@Net – miała pisać też m.in. o strajkujących nauczycielach, szerować posty, w których dzieci przedstawiała jako „zakładników”, a nauczycieli – jako egoistów. Miała też – jak czytamy w gazecie – „chwalić rząd, który chciał załagodzić całą sytuację” związaną ze strajkiem w oświacie.

Według ustaleń tygodnika firma Cat@Net miała zatrudnić 14 osób, które w mediach społecznościowych prowadzą 170 fałszywych profili służących do propagandy politycznej. „Newsweek” podaje, że trolle uaktywniły się też m.in. po zabójstwie Pawła Adamowicza. Kiedy telewizja publiczna była oskarżana o szczucie na prezydenta Gdańska, ci mieli za zadanie „odwrócić” całą sytuację i rozpętać hejt na Adamowicza oraz szefa WOŚP Jerzego Owsiaka.

Jak pisze „Newsweek”, instrukcji trollom internetowym mieli udzielać menadżerowie zespołów albo copywriterzy z Art-Media. Kiedy „Gazeta Wyborcza” opublikowała materiał o raporcie Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji na temat TVP, prowadzący fałszywe konta mieli otrzymać następujące zadanie: „Prośba od agencji, aby podawać dalej (…) i komentować pod nim w kontekście: że to teorie spiskowe upadającej redakcji; szukają sensacji na podstawie raportu, którego nikt nie widział; że łatwo jest zmanipulować odbiorcę, gdy mówi się o czymś, czego ludzie nie widzieli i nie potrafią się odnieść; że może zrobić podobny raport na 30-lecie tego szmatławca? Tylko błagam, nie przeklejajcie moich pomysłów, a bazujcie na nich, wymyślając coś swojego. Głównie tyczy się to prawej strony”.

„Newsweek” donosi, że agencja Art-Media jest powiązana ze środowiskiem Antoniego Macierewicza. Dzięki koneksjom towarzyskim w jej orbicie pojawił się Bartłomiej Misiewicz. Po jego zatrzymaniu CBA przeszukała jedną z siedzib Cat@Net – czytamy w tygodniku.

Oświadczenia agencji

Po publikacji artykułu „Operacja kulawa rebelia” w poniedziałkowym „Newsweeku”, którego autorką jest Katarzyna Pruszkiewicz – agencja Art Media wydała oświadczenie, w którym przekonuje, że „nie zlecała trollingu, działań dezinformacyjnych ani hejtu w mediach społecznościowych” i zapowiada podjęcie kroków prawnych „w celu ochrony dóbr osobistych Agencji”.

„Spółce Cat@Net zlecaliśmy monitoring i analizę mediów społecznościowych na wewnętrzne potrzeby Agencji. W związku z zarzutami ‘Newsweeka’ wezwaliśmy naszego byłego podwykonawcę do przedstawienia wyjaśnień” – czytamy w komunikacie dostępnym na stronie internetowej Art Media.

Ponadto, agencja zapewnia, że „nigdy nie świadczyła na rzecz TVP usług związanych z aktywnością w mediach społecznościowych”. „W okresie, kiedy anonimowe konta miały publikować treści dotyczące prezydenta Adamowicza (styczeń 2019) lub treści dotyczące ‚Gazety Wyborczej’ (maj 2019) Agencja nie świadczyła żadnych usług na rzecz TVP SA i nie łączył ją z TVP SA żaden kontrakt” – przekonuje zarząd agencji.

Osobne oświadczenie wydała także agencja Cat@Net, której przedstawiciele określają doniesienia „Newsweeka” jako „nierzetelne” i „nieprawdziwe”.

„Zarząd stanowczo zaprzecza zarzutom, że spółka jest farmą trolli. Obszarem działalności spółki jest outsourcing działań marketingowych na platformach społecznościowych. Przekazujemy rzetelne informacje, zabieramy głos w imieniu naszych klientów, promujemy ich produkty i usługi, jak każda tego typu agencja” – przekonuje w komunikacie zarząd Cat@Net.

Firma przekonuje też, że „nie realizuje ani nie realizowała umów na rzecz spółek Skarbu Państwa lub instytucji państwowych”. „Nieprawdziwe są też podane w artykule informacje odnośnie zakresu zadań, jakie spółka realizowała na rzecz wymienionych w tekście podmiotów. Żaden z klientów nie zlecał prowadzenia działań nieetycznych” – czytamy w oświadczeniu.

Cat@Net, podobnie jak Art-Media, zapowiada kroki prawne „w celu ochrony dobrego imienia i dóbr osobistych szkalowanych pracowników”.

A tak Jarosław Kaczyński uwłaszczał się na majątku skarbu państwa,ta partia to zorganizowana grupa przestępcza,która głośno krzyczy,łapaj złodzieja,a sami są złodziejami i przestępcami.

Szef ABW nic nie wiedział o przestępczej działalności Mariana Banasia, a Banaś nic nie wiedział o przestępczej działalności Arkadiusza B.

W państwie PiS warto wiedzieć, czego nie wiedzieć, czego więc jeszcze nie wiecie?

Kmicic z chesterfieldem

Ta afera świadczy źle nie tylko o Marianie Banasiu i obozie politycznym, który jak ściana stał za jego kandydaturą na szefa NIK. Afera rujnuje reputację konstytucyjnej instytucji, która jest jednym z filarów działań antykorupcyjnych. Pokazuje, że wybór osób na najwyższe stanowiska państwowe jest pozbawiony jakichkolwiek standardów – pisze Grzegorz Makowski

Sprawa Mariana Banasia, prezesa Najwyższej Izby Kontroli wybranego z rekomendacji Prawa i Sprawiedliwości, mimo zaklęć prawicowych polityków i zapewnień o krystaliczności jego osoby nie chce zejść z publicznej agendy. Wręcz przeciwnie, zaczyna się rozgałęziać.

Okazuje się, że bliscy, wieloletni współpracownicy prezesa NIK, Arkadiusz B. i Krzysztof B. wiedli podwójne życie. Niby poprawiali wraz z Banasiem system kontroli skarbowej, ale wiele wskazuje na to, że równolegle korzystali z jego luk i wyłudzali miliony z podatku VAT. Obaj panowie już wiele miesięcy temu byli zatrzymani, aresztowani i mają postawione zarzuty.

Nic więc dziwnego, że nawet politycy PiS i jego satelitów zaczynają tracić…

View original post 6 344 słowa więcej

 

Fundamentalizmy: katolicki, narodowy i populistyczny

Facet w sukience twierdzi, że kobieta w spodniach jest obrzydliwościa….

Grozi nam wielkie rozczarowanie demokracją. To, że wróci język, który znamy: kiedy sanacja mówiła o sejmokracji, komuniści – o kretynizmie parlamentarnym, a faszyści – o zgniłym demoliberalizmie.

Abp Marek Jędraszewski w marcu 2016 r. objawił światu nicość mojego ducha i nikczemność zamiarów. Mówił o mnie ciepło: „ten człowiek” lub „jeden z uczestników zasiadających przy obradach Okrągłego Stołu”. Przytaczał mój esej z lata 1991 r. umieszczony w kwartalniku politycznym „Krytyka”.

Powiadał arcybiskup: „Ten człowiek obawia się fundamentu moralnego, jakim jest 10 przykazań, opowiadając się tym samym za relatywizmem moralnym, za tym, że każdy może mieć swoją prawdę i według niej żyć oraz narzucać ją innym. (…) Bojąc się nacjonalizmu, uderzył ten człowiek w to, co jest najbardziej istotne dla całej naszej wielkiej tradycji – w patriotyzm. Ten człowiek nie chciał, by nasze życie po ’89 r. kształtowało się według tych trzech słów tworzących jeden wielki program dla Polski – Bóg, Honor, Ojczyzna”.

Później wracały u różnych ludzi w różnych formach wątki arcybiskupa. I tak niedawno przeczytałem, że w swoim artykule porównałem „uczenie Polaków demokracji do sadzania buszmena przed komputerem”.

Dowiedziałem się też, że mój tekst to „jeden z najbardziej szkodliwych wykwitów polskiej myśli politycznej po 1989 r.”, gdyż odbiera „prawomocność wszystkim głównym orientacjom ideowym, z których wychodząc, można było krytykować” mój obóz. „To wtedy – dowiaduję się – zaczęło się błędne koło wykluczania i gettoizacji oponentów”.

Nigdy nie przypuszczałem, że mój niewielki artykuł z elitarnego kwartalnika będzie miał taką niebywałą moc sprawczą…

Nie sądzę, by te demaskatorskie uwagi zasługiwały na polemikę, ale może zasługują na przypomnienie. Oto ono.
Adam Michnik

Trzy fundamentalizmy, 1991

Nasza refleksja polityczna ma przed sobą pilny problem: świadomość historyczną Polaków. Nie trzeba tłumaczyć, jak wielkie znaczenie w kształtowaniu się postaw i zaangażowań politycznych miały polskie wyobrażenia o historii. Wydaje się, że dziś nastał czas, kiedy owe polskie stereotypy na temat przeszłości, w szczególności zaś na temat dziejów II Rzeczypospolitej, winny zostać poddane spokojnej autorefleksji.

Dotychczas cała historia II Rzeczypospolitej padała w znacznej mierze ofiarą mitów i stereotypów – czy to czarnej legendy w oficjalnej komunistycznej propagandzie, czy to białej legendy tych, którzy przed komunistycznym fałszowaniem historycznych zdarzeń próbowali się obronić. Wydaje się, że naszej przeszłości winniśmy postawić pytania nowe.

Przede wszystkim winniśmy się chyba zastanowić, co stało się w 1922 r., kiedy zamordowano Gabriela Narutowicza. Jakiego typu proces został wtedy uruchomiony, w jakiej atmosferze dokonał się zamach, jakie skutki historyczne przyniósł i dlaczego ta data nie stała się granicznym faktem w polskiej świadomości historycznej, dlaczego tak chętnie spychano ten fakt w niepamięć.

Wydaje się również, że musimy na nowo spojrzeć na cały dorobek ówczesnych obozów politycznych, na nowo przyjrzeć się ówczesnej scenie politycznej jako arenie sporu o kształt państwa i o kształt demokracji – i odpowiedzieć sobie na pytanie, jakimi meandrami podążała ewolucja antydemokratyczna obecna w myśli obozu belwederskiego, obozu endeckiego i obozu PPS-u. Na nowo trzeba także przeanalizować historię Kościoła katolickiego w okresie międzywojennym.

Bez takiej refleksji skazani będziemy na idealizację własnej przeszłości, na świadomość historyczną obarczoną mitologią, a nie trzeźwym osądem, i na pewną bezbronność wobec tego, co można nazwać rewanżem pamięci – pamięci przez lata całe zepchniętej w podświadomość.

Gdybym miał określić zjawiska nowe, mniej lub bardziej akcentowane, występujące jawnie lub skrycie, ale obecne w naszej dzisiejszej debacie politycznej, to mówiłbym o powrocie zagrożenia fundamentalizmem. Fundamentalizm to nic innego jak przekonanie, że posiada się pomysł na urządzenie świata dobrego, przy tym zaś świata wolnego od innych konfliktów niż konflikt między dobrem a złem – a więc na przykład konfliktów interesów czy konfliktów punktów widzenia, które są nieusuwalnym składnikiem ładu demokratycznego.

Mówić można – wedle mego przekonania – o trzech zagrożeniach fundamentalistycznych.

Po pierwsze – fundamentalizm narodowy.

Istnieje pokusa przyporządkowania wszystkich sfer życia publicznego temu, co określić można mianem interesu narodowego. Interes ów jest każdorazowo definiowany przez pryzmat dosyć szczególnej politycznej perspektywy.

W myśl owego interesu obowiązkiem dobrego Polaka miałaby być na przykład solidarność z polską mniejszością na Litwie, niezależnie od tego, jak ona postępuje – mądrze czy niemądrze, prosowiecko czy prolitewsko. Należy się z nią solidaryzować dlatego, że jest polska – to wystarczy. Każda próba krytyki postępowania liderów mniejszości polskiej na Litwie bywa wówczas kwalifikowana jako antypolonizm.

Myślenie tego rodzaju przedstawia sobie i bliźnim obraz Polski jako kraju wolnego od innych konfliktów niż konflikt pomiędzy „dobrze, po katolicku” pojmowanym interesem narodowym a tendencjami nihilistyczno-kosmopolityczno-lewicowymi.

W ramach tak zdefiniowanego interesu narodowego za działalność na szkodę narodu polskiego uznaje się stwierdzenie, że w polskich debatach politycznych dają o sobie znać fobie antysemickie, czy też stwierdzenie, że w Polsce nie powinno być miejsca na milczenie o pogromie Cyganów.

Mówię tu o fundamentalizmie charakterystycznym dla pewnej formacji nacjonalistycznych ruchów i doktryn, który – jak się wydaje – odgrywa dziś istotną rolę nie tylko w Polsce i w innych krajach postkomunistycznych. We współczesnym świecie ten typ fundamentalizmu odżywa na przykład w krajach arabskich, pojawia się w Izraelu, a także – na prawicy – w krajach Europy Zachodniej. W dyskusjach toczonych we Francji wokół fenomenu Le Pena czy w niemieckiej debacie historycznej o nazizmie zauważalna jest obawa przed powrotem tego typu fundamentalizmu. Dlatego warto się mu przyjrzeć jako fenomenowi nie tylko polskiemu, ale i międzynarodowemu.

Istnieje – po wtóre – fundamentalizm religijny.

Zjawisko to związane jest z nową sytuacją, w jakiej znalazł się w Polsce Kościół [katolicki], zaś w całym świecie – sacrum. Nie jest niczym odkrywczym stwierdzenie, że jedną z chorób współczesnego świata jest zanik sacrum, a więc zanik takiego obszaru wartości, które są wspólne całej społeczności, do którego cała społeczność może się odwołać. Można go porównać do Kamiennych Tablic, których strzaskanie oznaczać może zanik fundamentu, w jakim zakorzenione są wszystkie nasze wartości pospólne.

Odpowiedź na tę tendencję wciąż nie została w sposób definitywny udzielona przez Kościoły i religie. Można zresztą wątpić, czy w ogóle może ona zostać ostatecznie sformułowana. Próby udzielenia takiej odpowiedzi były jednak czynione: jedną z nich był Sobór Watykański II, otwarcie na świat, zgoda na to, że pewne autentyczne wartości mogą powstawać poza kręgiem mojego Kościoła czy nawet poza kręgiem mojego wyznania lub kręgu kulturowego.

Inną natomiast odpowiedź przynosi właśnie fundamentalizm, czyli – w tym przypadku – próba ponownego zatarcia granicy między sacrum a profanum, między prawem naturalnym a prawem karnym, między zasadą moralną a normą prawnopaństwową. W tych sprawach czeka nas debata najbardziej zasadnicza – nie mniej istotna niż, powiedzmy, debata wokół hasła powrotu do Europy. Rozmaici ludzie, mówiąc o powrocie do Europy, mają bowiem na myśli całkowicie odmienne zjawiska i zdarzenia; wydaje się na przykład, że gdy o powrocie do Europy mówią niektórzy hierarchowie Kościoła katolickiego, to chodzi im o Europę sprzed rewolucji francuskiej, Europę, która już nie istnieje.

Istnieje wreszcie w dzisiejszej Polsce trzecia pułapka fundamentalizmu,

na którą, jak się wydaje, mogą być najbardziej podatni ludzie przedsierpniowej i solidarnościowej demokratycznej opozycji, w tym autor poniższych refleksji. Mam tu na myśli zatarcie różnicy pomiędzy normą moralną a regułą walki politycznej. Z działalności podziemnej wyniesiona została pewna skala, na której ta granica niemal nie istnieje, na której każde zachowanie polityczne było przetłumaczalne na język i wartości moralne. W ładzie demokratycznym jest inaczej i owa fundamentalistyczna mentalność – nazwijmy ją „moralistyczną” – może stać się przyczyną sporego pomieszania.

Nie znaczy to, bym uważał, że w polityce i w normalnym politycznym dyskursie nie ma miejsca na moralność. Nie uważam również, skoro mówimy o fundamentalizmie religijnym, że w polityce nie ma miejsca dla Kościoła. Miejsce takie oczywiście istnieje, ale ma specyficzny charakter. Tak jak Kościół nie może być partią polityczną, tak jak norma religii nie może być normą prawną, tak norma moralna ukształtowana w polityce podziemia antykomunistycznego – która była normą manichejską – nie może być dziś mechanicznie przeniesiona do gry demokratycznej. Może bowiem dla tej gry i dla siebie samej okazać się zabójcza. Wtedy moralność bardzo łatwo stać się może fanatyzmem i może być instrumentalizowana dla celów zgoła nieszlachetnych.

Inne zagrożenie, które powinno być poddane refleksji, to populizm. Populizm nie jest zjawiskiem nowym, wszakże na nowo warto mu się przyjrzeć. Na nowo warto chyba na przykład przestudiować całą lekcję peronizmu: czym był peronizm, jakim językiem się posługiwał, jakiego typu procedury preferował, jakie mechanizmy wyniosły go do władzy, jakie go od niej odsunęły, jakie wreszcie zapewniły mu żywotność.

Populizm był w Polsce językiem buntu robotniczego przeciwko państwu totalitarnemu – to powiedzieć trzeba jasno. Był to oczywiście bunt o wolność i o godność, ale obie te wartości wyrażał w języku populizmu. Słynne sformułowanie „oni” było typowym sformułowaniem z populistycznego dyskursu, a nie z analizy politycznej czy społecznej gry interesów.

I otóż można twierdzić, że u źródeł tego populizmu zbuntowanego leżała świadomość egalitarna, która przez dziesiątki lat legitymizowała komunistyczną władzę. W tym sensie można powiedzieć, że był to bunt przeciwko komunizmowi w imię głoszonych przezeń wartości egalitarnych. Był to zatem bunt w imię zasad niezupełnie konsekwentnych, wszelako pojęcie sprawiedliwości społecznej było jednym z jego pojęć kluczowych.

Otóż rynek, który jest dziś w Polsce budowany, nie jest ładem, w którym jest miejsce dla sprawiedliwości społecznej jako pojęcia kluczowego. Rynek nie jest od pilnowania sprawiedliwości – rynek jest od wymuszania efektywności i kreatywności. Sprawiedliwości może służyć wtórna dystrybucja dóbr, ale nie mechanizm rynku. Niemniej jednak ów egalitaryzm – zakodowany przez komunizm i przez rewoltę antykomunistyczną „Solidarności” – dziś żyje życiem autonomicznym i jest na równi obecny w dyskursie populistycznym każdego ze związków zawodowych: czy to jest OPZZ, czy „Solidarność”. Jest rzeczą pasjonującą porównywanie dzisiaj języka, którym w ciągu ostatniego roku mówiły OPZZ i „Solidarność”. To jest zjawisko nowe i w sposób nowy musimy się doń odnosić.

Należy też sobie wreszcie powiedzieć: bunt przeciwko komunizmowi w Polsce, bunt jakże skuteczny – to był bunt tłumu.

Dopóki komuniści mieli do czynienia z elitami, nie liczyli się z ich głosem. Dopóki chodziło o demokratyczno-prawne procedury, komuniści nie liczyli się z nimi. Komuniści zaczęli się liczyć z opozycją, gdy za nią stanął tłum – i z tłumem komuniści byli zmuszeni rozmawiać. Ta sytuacja wytworzyła poczucie, że w tłumie jesteśmy skuteczni. Czy raczej: skuteczni jesteśmy wtedy, gdy mówimy językiem tłumu.

Otóż język tłumu jest językiem populistycznego dyskursu. I, jak się wydaje, dziś obserwujemy nawrót do owego języka tłumu, czyli do zachowań wyuczonych w okresie antykomunistycznego oporu; do zachowań, które wtedy były racjonalne w ramach nieracjonalnego systemu, bowiem stanowiły jedyny sposób delegitymizacji systemu politycznego.

Dziś te same zachowania delegitymizują ład parlamentarny i otwierają drogę do autorytaryzmu. Weszliśmy bowiem w ład demokratyczny bez kultury politycznej właściwej ładowi demokratycznemu. To jest trochę tak, jakby barbarzyńcę z buszu posadzić przy komputerze. Nie znaczy to, że barbarzyńca jest kimś mniej wartościowym – w buszu radzi sobie tysiąc razy lepiej niż cywilizowany Amerykanin. Otóż komputer z kolei w buszu jest mało przydatny.

***

Istnieje groźba wielkiego rozczarowania demokracją, jak to już niejednokrotnie w historii Europy bywało. Istnieje groźba, że powróci język, który znamy: kiedy się mówiło o sejmokracji – to jest język sanacji; kiedy się mówiło o kretynizmie parlamentarnym – to jest język partii komunistycznej; kiedy się mówiło o zgniłym demoliberalizmie – to jest język ruchów faszystowskich.

Istnieje niebezpieczeństwo skojarzenia procedur demokratycznych z kryzysem, z anarchizacją życia publicznego, z obniżeniem się jakości życia i poziomu poczucia bezpieczeństwa. Istnieje możliwość, iż będziemy coraz częściej słyszeć okrzyki, że czas skończyć z tym bałaganem, z korupcją, że potrzeba silnej ręki gospodarza, która zaprowadzi ład.

Przekonania takie mogą być „sprzedawane” jako idea rządów prezydenckich lub jako idea demokracji stabilnej; mogą temu towarzyszyć historiozoficzne analizy, że Polska upadla w XVIII wieku przez anarchię, warcholstwo i liberum veto, zatem teraz należy ten stan ukrócić.

Innymi słowy, istnieje ryzyko – które też znamy z historii – że w momencie głębokiego kryzysu pojawiają się ludzie, którzy są niejako odpowiedzią na ten kryzys. Kiedy załamują się tradycyjne wzory kulturowe i procedury, kiedy źródła i mechanizmy komunikacji społecznej przestają być wiarygodne, wtedy pojawia się mąż opatrznościowy, który staje się nadzieją na opanowanie bezładu i na zbawienie.

I znów: to nie jest zjawisko ani specyficznie polskie, ani zjawisko nowe. Trzeba mu się wszelako na nowo przyjrzeć; zastanowić się, jakie są mechanizmy tworzenia się tego typu autorytarnych pokus, jakie są ich skutki; zastanowić się, co – by tak rzec – reżimy autorytarne są w stanie rozwiązać, a czego na pewno nie.

Od odpowiedzi na to pytanie zależy nie tylko kondycja duchowa inteligencji polskiej – która wydaje się dziś zagubiona jak za najgorszych czasów, jakby gdzieś zagubiła swój etos, obraz samej siebie i swojego miejsca w społeczeństwie. Od rozszerzenia się procesu refleksji, o którym tu mówimy, może zależeć coś więcej: szansa przeciwstawienia fundamentalizmowi myśli demokratycznej, zgodnie z którą nie ma miejsca na fundamentalizm żaden – ani nacjonalistyczny, ani religijny, ani moralistyczny. Wedle której nie ma ludzi uprzywilejowanych z natury.

W ramach demokratycznego dyskursu jest miejsce dla autorytetów, jeżeli jednak ktoś mówi, że ma być tak a tak, bo to wynika z prawa naturalnego lub z interesu narodowego, a zatem nie może być na przykład przedmiotem referendum – to łamie fundamentalną zasadę owego dyskursu. Ład demokratyczny polega bowiem na tym, że wszystko, co dotyczy wszystkich, może być przedmiotem referendum.

I od tego może zależeć, czy populizmowi, który jest językiem rewolty, przeciwstawiony zostanie język sporu właściwy demokracji parlamentarnej i państwu prawa. Od tego także może zależeć, czy pokusie autorytarnej, czyli kultowi silnej ręki, przeciwstawiony zostanie ład racjonalnej demokracji, czyli kult silnej głowy.

17 lipca 1991

Euromit. Czy komisarz UE ds. rolnictwa to „najważniejsza funkcja, jaką dotychczas uzyskaliśmy w UE”?

Jeśli „my” oznacza Polskę (a nie tylko PiS), to powyższa niedawna deklaracja Jarosława Kaczyńskiego jest fałszywa.

1. Oczywiście, dotychczas najważniejszą funkcją pełnioną przez Polaka w UE jest już blisko pięcioletnie przewodniczenie Radzie Europejskiej przez Donalda Tuska. Wedle protokołu dyplomatycznego szef Rady Europejskiej nawet poprzedza Jeana-Claude’a Junckera, choć jednak traktatowe uprawnienia Tuska czynią go w unijnej Brukseli drugą osobą po szefie Komisji Europejskiej. Ponadto Jerzy Buzek był przewodniczącym Parlamentu Europejskiego (2009-12) i choć więcej z tego prestiżu niż realnego znaczenia, to jednak trudno byłoby bronić tezy, że to rola mniej znacząca od komisarza Wojciechowskiego.

2. Ale co z samą Komisją Europejską? Teka rolna to działka całkiem dobra – choć na pewno nie jedna z „kluczowych” czy „najważniejszych” (dziedziczona po Irlandczyku, a wcześniej Rumunie) i oznacza zarządzanie bardzo dużymi pieniędzmi. Z tym że grubość tej koperty – w tym tempo zrównywania poziomu dopłat rolnych w UE – będzie zależeć nie od komisarza, lecz głównie od międzyrządowych negocjacji unijnego budżetu na lata 2021-27.

3. Dotąd Polacy byli już komisarzami UE ds. polityki regionalnej (Danuta Hübner) oraz budżetu (Janusz Lewandowski) – to teki o randze podobnej do rolnictwa. Natomiast za smakowitszy kąsek uchodzi posada komisarza ds. wspólnego rynku, polityki przemysłowej łącznie z przemysłem obronnym (obecnie Elżbieta Bieńkowska), czego najlepszym dowodem są usilne zabiegi Paryża, by przejął ją ktoś z Francji.

„Nie było zamachu”, „Może jednak był zamach, bo jest wiele niejasności” , a na koniec znów: „Nie było zamachu”. Czy to kręta droga Jarosława Gowina do smoleńskiej prawdy, czy może mądrość kolejnych etapów?

Wicepremier i minister szkolnictwa wyższego Jarosław Gowin kilka dni temu w „Kropce nad i” tak mówił o katastrofie smoleńskiej: „To jest kwestia wiary, a nie racjonalnych argumentów. Ja wiem na temat katastrofy smoleńskiej ciut więcej niż ogół obywateli i mogę powiedzieć z ręką na sercu, że nie znajduje żadnych racjonalnych argumentów, żeby mówić, że to było cokolwiek innego niż tragiczna katastrofa”.

Dokonała się więc w wicepremierze cudowna przemiana w ciągu ostatnich czterech lat.

Wiosną 2015 roku, już po odejściu z Platformy Obywatelskiej, Jarosław Gowin ogłosił w Radiu ZET, że Jürgen Roth, autor książki o katastrofie smoleńskiej, jest dobrym dziennikarzem i nie należy wykluczać jego teorii o tym, że na pokładzie prezydenckiego samolotu był zdalnie sterowany ładunek trotylu. Zamachu – wedle niemieckiego dziennikarza – dokonały siły rosyjskie, a rozkaz przyszedł z Polski (!).

„Ja mam poczucie, że wiem coraz mniej, jestem coraz bardziej dezinformowany. Dezinformowany przez moje państwo. Rosjanie nie oddają nam czarnej skrzynki. Jedna trzecia wraku zniknęła, polityka zagraniczna Rosji nabrała charakteru ewidentnie neoimperialnego” – komentował książkę Rotha. Dokładnie wtedy Gowin zabiegał o względy Jarosława Kaczyńskiego i dobre miejsca dla swojej formacji na listach Zjednoczonej Prawicy

W 2016 roku trochę zmienił ton, bo po wyborach polityczna układanka była gotowa i nie trzeba było już się tak starać. Mówił więc w TVP Info: „Nie widzę podstaw, żeby stwierdzić, że to był zamach, ale czy go wykluczam? Nie, nie wykluczam”.

Gowin był za tym, aby powołać międzynarodową komisję, która zbada katastrofę. „Mam coraz więcej wątpliwości wokół tej katastrofy, one gromadziły się przez ostatnie lata. Zbyt dużo było niezweryfikowanych informacji po wszystkich stronach” – stwierdził. Komisja międzynarodowa, mimo że domagał się jej cały PiS, nigdy nie powstała. Może nie powstała dlatego, że teoria zamachu była od początku bzdurą i obawiano się, że zagraniczni eksperci to ogłoszą?

A teraz cofnijmy się jeszcze dalej. Listopad 2012 roku. „Gazeta Wyborcza”: „Zamachu nie było i dla wszystkich racjonalnie myślących ludzi jest to oczywiste. Strona rządowa zorganizowała bardzo wiarygodne badania komisji Jerzego Millera, przedstawiciele rządu udzielili chyba 200 tys. wypowiedzi dementujących pogłoski o zamachu. Sam pewnie parę tysięcy razy na ten temat mówiłem, to co jeszcze mamy zrobić?” – pytał.

Nastąpiło więc zakrzywienie czasoprzestrzeni i wiedza Jarosława Gowina o katastrofie smoleńskiej powróciła do 2012 roku. W końcu jesteśmy już po wyborach. Porozumienie Gowina się wzmocniło, ma kilkanaście szabel i Jarosław Kaczyński musi się z nim liczyć przy tak kruchej większości PiS w Sejmie. Tym bardziej że Zbigniew Ziobro ze swoją grupą zaczął się Kaczyńskiemu stawiać. Jarosław Gowin może więc mówić swobodniej, ale jednak wciąż jest ostrożny. W TVN 24 pytany o to, dlaczego Kaczyński mówił o zamachu, skoro jest oczywiste, iż w Smoleńsku mieliśmy do czynienia z katastrofą, mówił tak:
„Jarosław Kaczyński w katastrofie smoleńskiej doznał ogromnych strat osobistych. Staram się o tym pamiętać wtedy, kiedy słucham jego słów. Tylko w kategoriach ogromnego cierpienia osobistego można tłumaczyć takie słowa. Bardzo źle się dzieje, że ta sprawa, tak bolesna dla milionów Polaków, niezależnie od ich sympatii politycznych, jest przedmiotem walki partyjnej” – dodał.

To przypomnijmy, co Gowin mówił o teorii zamachu w 2012 roku jeszcze jako polityk PO: „Rzeczywiście łatwiej jest nam polemizować i walczyć politycznie z Jarosławem Kaczyńskim snującym takie jeżeli nie insynuacje, to co najmniej dziwne aluzje – właściwie czytelne aluzje – niż z Jarosławem Kaczyńskim, który punktuje nas od strony gospodarczej, ale proszę mi wierzyć, my nie wpuszczamy Jarosława Kaczyńskiego w taki kanał. On sam z ogromną determinacją w ten kanał wchodzi i ciągnie za sobą swoją partię”.

A teraz odpowiedzmy na pytanie: „Kto gra katastrofą smoleńską w zależności od sytuacji politycznej i partyjnych interesów?”.

Duda lepszy niż Monty Python w Ministerstwie Głupich Kroków.

Olga Tokarczuk nie ochrzciła syna

>>>

>>>

Szambo wybiło jak w PRL, a może nawet gorzej.
Dzisiaj miałem taki sen:
Zwalniani pseudodziennikarze TVPInfo dostają dyscyplinarki, a przy drzwiach wyjściowych każdy dostaje w bonusie, kopa w dupę.
Pereira dostaje dwa.
Piękny sen.
#IdziemyNaWybory

Kmicic z chesterfieldem

– „Czy Jędraszewskiego interesuje coś poza LGBT? Ryby, szachy, znaczki, stare kalendarze? Cokolwiek?” – zapytał jeden z internautów w reakcji na najnowszy wywiad z metropolitą krakowskim. Abp Marek Jędraszewski udzielił go wydawanemu przez fundację Tadeusza Rydzyka „Naszemu Dziennikowi”.

– „LGBT to prawdziwie pogańska ideologia, która odrywa nas od prawdy o człowieku i wprowadza na tory, w których jako ludzie tracimy swoją tożsamość wyrastającą z samej naszej struktury biologicznej, określającej nas czy to jako kobiety, czy jako mężczyzn” – powiedział gazecie abp Jędraszewski. Jego zdaniem, LGBT „podważa wszystko, co na temat człowieka głosi chrześcijańska wiara”.

Osoba przeprowadzająca wywiad też nie przebierała w słowach, w pytaniach zawierając tezę, że LGBT „ukrywa się pod takimi hasłami jak tolerancja, mowa nienawiści, równość, takie same prawa dla wszystkich, stop przemocy, uznając za swego największego wroga moralne nauczanie Kościoła”. A oto odpowiedź metropolity krakowskiego na tę sugestię: – „Jak się patrzy na ideologię…

View original post 949 słów więcej

 

Państwo mafijne PiS

Dziennikarz Wojciech Czuchnowski i wydawca Gazety Wyborczej wygrali w Sądzie Najwyższym z partią rządzącą.

W 2016 r. PiS postanowił wytoczyć cywilny proces o ochronę dóbr osobistych redaktorowi Gazety Wyborczej – Wojciechowi Czuchnowskiemu i wydawcy gazety.

Dziennikarz GW w 2015 r. napisał tekst o tym, jak prezydent Andrzej Duda ułaskawił skazanego nieprawomocnie na więzienie za nadużycie władzy Mariusza Kamińskiego. W artykule padł zwrot „tak działa państwo mafijne – który nie spodobał się politykom PiS.

Wyrok Sądu Najwyższego

– To już trzeci i ostateczny tym razem wyrok w sprawie komentarza z listopada 2015 r. Krytycznie oceniliśmy w nim decyzję prezydenta Andrzeja Dudy, który nie czekając na zakończenie procesu ułaskawił swoich partyjnych kolegów: Mariusza Kamińskiego i Macieja Wąsika – informuje Gazeta Wyborcza.

Wojciech Czuchnowski: Wygraliśmy z PiS przed Sądem Najwyższym! Wyborcza miała prawo napisać o „mafijnym państwie” PiS – uznał w czwartek Sąd Najwyższy. Zdaniem SN tak ostra ocena „nie wykraczała poza granice dopuszczane w debacie publicznej”.

***

Oświadczenie Sądu Najwyższego

W dniu wczorajszym (10.10) Sąd Najwyższy uchylił wyrok Sądu Apelacyjnego nakazujący dziennikarzowi oraz wydawcy gazety zamieszczenie przeprosin partii politycznej w części zmieniającej wyrok Sadu pierwszej instancji i oddalił apelację partii w sporze o ochronę dóbr osobistych w związku z artykułami opublikowanymi w listopadzie 2015 r. na łamach pozwanej gazety. Według Sądu Najwyższego ostra ocena zawarta w kwestionowanych przez powódkę opiniach zawartych w tych artykułach nie wykraczała poza granice dopuszczalne w debacie publicznej.

Reakcje internautów:

Mamy to oficjalnie, na piśmie, ze stemplem SN. Państwo PiS to państwo mafijne. Można już oficjalnie używać tego zwrotu”.

Wybór jest prosty: albo układy mafijne PiS, albo Polska demokratyczna”.

Czyli to prawda, że PiS stworzyło mafijne państwo. Szczerze mówiąc jak się tak przyjrzeć i przeanalizować od początku, od pierwszych decyzji, niepublikowania wyroków TK i gdy Duda nie mając kompetencji wybrał kogo chce zaprzysiąc na sędziów TK, widać było, na co się zanosi”.

Jest to wielkie zwycięstwo wolności słowa i wolnych mediów. A także zwycięstwo niezależnych sądów i niezawisłych – godnych najwyższego szacunku – sędziów.

W czwartek 10 października w wielu polskich miastach odbyły się pikiety świeckich katolików, którzy domagają się liberalnych zmian w Kościele. Chrześcijanie demonstrowali m.in. w Krakowie, Poznaniu i Szczecinie. My odwiedziliśmy protest w ostatnim z wymienionych miast. (O proteście w Krakowie: „Katolicy chcą odzyskać Kościół z rąk diabelskich biskupów”).

Protestujący zebrali się przed bramą główną seminarium duchownego na ul. Pawła VI w stolicy Zachodniego Pomorza. Zgromadzone osoby trzymały transparenty z napisami „OdzyskajMY nasz Kościół” i świece, które miały symbolizować żałobną atmosferę zgromadzenia. Na początku organizatorzy odczytali list przygotowany przez inicjatorów ogólnopolskiego ruchu.

Jesteśmy katolikami. Czujemy, że coraz rzadziej w Kościele Rzymskokatolickim w Polsce słyszymy przesłanie Jezusa. Zamiast o miłosiernym Bogu płynie do nas głos pełen podziałów i niechęci do innych. Część z nas boi się iść na niedzielną Mszę w kościele parafialnym, nie chcąc znów słuchać słów pełnych lęku, a nierzadko też – potępienia i nienawiści. Mamy dość patrzenia na twarz Kościoła w Polsce, który reprezentują właściwie wyłącznie biskupi i księża. Kościół to nie tylko oni” – rozpoczęli inicjatorzy zgromadzenia, którzy naprzemiennie wymieniali się kartkami i odczytywali treść listu.

Szczególną uwagę przykuł dalszy fragment wiadomości, w której poruszono problem wszechobecnej w Kościele nienawiści, homofobii i ksenofobii. „Bolą nas i ranią słowa o „tęczowej zarazie” i wszelkie wypowiedzi katolików wykluczających mniejszości: w ostatnim czasie głównie osoby LGBT+, ale również Żydów, muzułmanów czy niewierzących. To słowa, które odpychają wielu wiernych od Kościoła, wykluczają katolików LGBT+, ich rodziny oraz przyjaciół. Z pokorą i szacunkiem chcemy przeprosić wszystkie osoby, które zostały obrażone i upokorzone słowami przedstawicieli naszego Kościoła. Nie ma na nie naszego przyzwolenia” – grzmieli zgromadzeni pod seminarium wierni. Po odczytaniu apelu zgromadzone osoby pogrążyły się w symbolicznej ciszy, a następnie odmówiły „Modlitwę Pańską”.

Jak się okazało, nie byli oni członkami żadnych organizacji i zwołali się całkowicie oddolnie. „Łączy nas światopogląd. Organizatorzy akcji dokładnie trafili w punkt i myślą podobnie jak ja” – przyznał pan Ryszard, jeden z uczestników religijnej manifestacji. „Jestem katolikiem, zostałem ochrzczony, choć nie pozostawiono mi wyboru i nie miałem w tej sprawie wiele do powiedzenia. Kościół oddala się od ludzi. Chciałbym, żeby Kościół był taki, jak mówił ten człowiek sprzed dwóch tysięcy lat, który wyprzedzał swoją epoką i wyprzedza tą obecną. Tylko tyle” – kontynuował mężczyzna.

Inicjatorami ogólnopolskiej akcji są Jakub Juzwa, Aleksandra Radzio, Karol Wilczyński i Jola Szymańska – przygotowali oni apel skierowany do katolickich hierarchów. Chcą oni większej tolerancji i zreformowania Kościoła, który – ich zdaniem – przestał już pełnić swoją pierwotną funkcję i stał się miejscem pełnym „strachu” i „potępienia”. Pełną treść listu przeczytać można na portalu AVAAZ.org; pod apelem podpisać może się każdy internauta, który zgadza się z postulatami głoszonymi przez ruch „OdzyskajMY nasz Kościół”.

W Polsce mamy sytuację, iż władza jest mafijna, a władza duchowa diabelska.

Kmicic z chesterfieldem

W milczeniu kilkudziesięciu katolików protestowało przed budynkiem krakowskiej kurii. Już po raz drugi przyszli na Franciszkańską pod papieskie okno, żeby pokazać, że nie godzą się mowę nienawiści sączącą się z kościelnych ambon. Przynieśli kartki z hasłem: „Odzyskajmy nasz Kościół”. Zapalili też świece – „na znak solidarności z każdym, bez wyjątku”.

Po raz pierwszy pojawili się w tym miejscu latem tuż po wygłoszeniu przez metropolitę krakowskiego skandalicznych słów („Abp Jędraszewski znów bulwersuje – mówi o „nowej zarazie”: już nie czerwonej, a tęczowej”). Wtedy okryli się tęczową flagą, a na kartkach napisali: „tęczowa zaraza to ja”.

Po ponad dwóch miesiącach znów przyszli na Franciszkańską. – Ostatni raz byłem tu, kiedy zmarł papież Jan Paweł II. Dziś jego okno jest zamurowane. Trudno o lepszy symbol polskiego Kościoła dzisiaj” – powiedział „Wyborczej” pan Krzysztof. A pani Irena dodała: – „Wielu upatruje dzisiejszej twarzy Kościoła w postawie abpa Jędraszewskiego. Nie podoba mi się…

View original post 4 375 słów więcej

 

Antychrześcijański biskup Jędraszewski nie ma serce, a żyje. Cud!

Małgorzata Kidawa-Błońska – miodzio >>>

Ośrodek Monitorowania Zachowań Rasistowskich i Ksenofobicznych złożył do Prokuratury Rejonowej w Pabianicach, zawiadomienie o możliwości popełnienia przestępstwa przez arcybiskupa Marka Jędraszewskiego.

Jako podstawę prawną OMZRiK wskazał art. 257 Kodeksu karnego: „Kto publicznie znieważa grupę ludności albo poszczególną osobę z powodu jej przynależności narodowej, etnicznej, rasowej, wyznaniowej albo z powodu jej bezwyznaniowości lub z takich powodów narusza nietykalność cielesną innej osoby, podlega karze pozbawienia wolności do lat 3”

Chodzi konkretnie o słowa: „Ja sobie mogę łatwo wyobrazić, że za jakiś czas, (…) powiedzmy w roku 2050 nieliczni biali będą pokazywani innym rasom ludzkim tu na terenie Europy, tak jak Indianie są pokazywani w Stanach Zjednoczonych. Byli sobie kiedyś tacy ludzie, którzy tu zamieszkiwali, ale przestali istnieć na własne życzenie, ponieważ nie potrafili uznać tego, kim są od strony biologicznej” – wypowiedziane przez metropolitę krakowskiego w 2013 roku.

„Biskup Marek Jędraszewski publicznie wypowiadał zdania w których straszył białe dzieci tym, że te o ciemnym kolorze skóry chcą im zrobić krzywdę. Jędraszewski przypisywał wszystkim ludziom o ciemnej karnacji złe intencje i twierdził że stanowią „zagrożenie dla białych ludzi” – uzasadniają złożenie zawiadomienia działacze OMZRiK.

Przedstawiciele Ośrodka zostali już w tej sprawie przesłuchani w charakterze świadków. W najbliższych dniach prokuratura powinna podjąć decyzję o wszczęciu śledztwa.