Czerwony Kaczyński boi się Białej Róży

Bardzo trafny opis polskiej mentalności przez Andrzeja Szczypiorskiego, szczególnie teraz, gdy rządzi „dobra zmiana” … Do tego dodałbym „modlitwę” Polaka, życzącemu swojemu sąsiadowi jak najgorzej z filmu „Dzień Świra” Koterskiego … #PaństwoPiS

Szwedzka Akademia sprowokowała Polskę, przyznając Literacką Nagrodę Nobla lewackiej pisarce. Musimy więc pokazać jej, co myślimy o niej i o książkach.

Profesor Gliński ma rację: książek noblistek nie ma sensu czytać. Pisarze do piór zamiast do mediów. I po co w ogóle te gryzipiórki wypowiadają się na tematy społeczne, kiedy mogą w tym czasie pisać o miłości do ojczyzny?

Ja bym poszła jeszcze dalej: w ogóle nie ma sensu czytać. No dobrze, ewentualnie Sienkiewicza i Rymkiewicza, ale też wybrane fragmenty. Czytanie rozszerza wyobraźnię, a ta może niebezpiecznie podpowiadać nam wyuzdane obrazy seksualizacji tego i owego czy innych dżenderów. Czytanie pobudza do myślenia, a to stać się może krytyczne, co dla partii rządzącej może mieć niepokojące skutki. Czytanie daje możliwość wyrobienia sobie opinii. A po co mieć opinię, skoro wystarczy włączyć TVP? Czytanie uspokaja i daje wytchnienie – i to błąd, bo należy być cały czas wkurzoną i czujną. Kraj nasz znajduje się bowiem między Niemcami a Rosją i nie wiadomo, co się stanie. Czytanie edukuje – i to już naprawdę jest przesada, bo czy nowa reforma szkolna nie dała nam dostatecznie wiele podręczników pisanych na kolanie, żeby móc do nich sięgnąć i… Zaraz, zaraz, a co z podręcznikami szkolnymi? Z literami, alfabetem? Ministerstwo Kultury powinno wreszcie zająć się tym problemem. Im prędzej, tym lepiej, bo za jakiś czas Biblioteka Narodowa opublikuje kolejny raport dotyczący niskiego stanu czytelnictwa w Polsce. Należy więc podbić statystyki. Czemu aż 37 proc. rodaków czyta książki? Po co, ja się pytam? Obniżyć do 10 proc. i zamknąć te kujony w specjalnych ośrodkach, aby mieć kontrolę nad lekturami, po które sięgają.

Szwedzka Akademia sprowokowała Polskę, przyznając Literacką Nagrodę Nobla lewackiej pisarce. Musimy więc pokazać jej, co myślimy o niej i o książkach. Prohibicja książkowa, ocenzurowane lektury i natychmiastowe zamknięcie bibliotek.

Oto nasza odpowiedź na niecne zagrywki kondominium noblowsko-literackiego. Panie profesorze Gliński, jesteśmy z panem!

 

Czekaliśmy na nią, jak na gwiazdę rocka. W niedzielę Wrocław przywitał Olgę Tokarczuk. To pierwsze spotkanie po ogłoszeniu, że dostała literacką nagrodę Nobla. – Jestem młoda i mam to szczęście, że dostałam tego Nobla w wieku, kiedy mogę jeszcze porządzić – mówiła pisarka.

Spotkanie z Olgą Tokarczuk zostało zaplanowane już dawno jako punkt programu kończącego się właśnie we Wrocławiu festiwalu Bruno Schulza.

Jednak, gdy w czwartek 11 października, gruchnęła wiadomość, że Olga Tokarczuk została laureatką literackiego Nobla za rok 2018 za „narracyjną wyobraźnię, która z encyklopedyczną namiętnością prezentuje przekraczanie granic jako formę życia”, stało się jasne, że trzeba znaleźć znacznie większą salę.

Zainteresowanie spotkaniem z Olgą Tokarczuk było ogromne. Ostatecznie zorganizowano je w Narodowym Forum Muzyki, którego największa sala koncertowa może pomieścić 1800 osób. Dla tych, którym nie udało się zdobyć wejściówek na spotkanie, ustawiono telebim na pl. Wolności przed NFM.

Spotkanie z Olgą Tokarczuk. Noblistkę przywitał prezydent

– Oto największe spotkanie autorskie na świecie – przywitał ze śmiechem widzów Irek Grin, szef Wrocławskiego Domu Literatury. Wspominał, jak zapraszał Olgę Tokarczuk na festiwal Bruno Schulza. -To będzie twoje pierwsze spotkanie po nagrodzie Nobla – miał powiedzieć. Pisarka odparła, że jest fantastą.

Olgę Tokarczuk powitała owacja na stojąco. Rozmowę z noblistką poprowadzi Katarzyna Kantner, autorka monografii „Jak działać za pomocą słów? Proza Olgi Tokarczuk jako dyskurs krytyczny”. Noblistka najpierw powitała osoby zgromadzone przed NFM: – Cieszę się, że przyszliście. Dobrze, że nie pada.

Następnie pisarkę i publiczność zebraną w NFM przywitał prezydent Wrocławia, Jacek Sutryk: – Olgo, witaj we Wrocławiu. We Wrocławiu Tadeusza Różewicza, Rafała Wojaczka, Tymoteusza Karpowicza, w twoim Wrocławiu. Olgo, witaj w domu.

Wspominał słowa pisarki, które wypowiedziała odbierając honorowe obywatelstwo Wrocławia o powojennej odbudowie miasta z miłością. – Miłość do ludzi i do miasta każe nam dbać nie tylko lepsze codzienne życie nas samych, ale z troską spojrzeć na słabszych i potrzebujących. Ja i każdy kolejny prezydent Wrocławia jesteśmy do takiego patrzenia zobowiązany. Potrzebujemy do tego ludzi – drogowskazów. Dziś drogowskazem jest dla nas Olga Tokarczuk, jej osoba i jej dzieło. Powiedziałaś, że nie chcesz być wyrocznią, ale pozwól się traktować jako wyrocznię.

– Warto pamiętać, że to honorowa obywatelka Wrocławia została laureatką nagrody Nobla, nie odwrotnie. W tym sensie wyprzedziliśmy Szwedzką Akademię, jesteśmy od nich lepsi – żartował.

Prezydent Wrocławia wręczył pisarce klucze do miasta – jeden do bram miasta Wrocławia. – Drugi na razie niech pozostanie tajemnicą – mówił prezydent.

Spotkanie z Olgą Tokarczuk – prezent od Szymborskiej

Na spotkaniu z Olgą Tokarczuk pojawił się Michał Rusinek – sekretarz Wisławy Szymborskiej. – Jadąc tu zastanawiałem się, czy nie przywieźć podania o pracę. Mam naprawdę dobre CV, przez 15 lat pracowałem dla noblistki i mam tylko siedmioletnią przerwę żartował.

– Wiem, że znałyście się z panią Szymborską. Wiem, że cię lubiła i ceniła twoje prace. Wiem też, że byłaby szczęśliwa, wiedząc, że jakiś przedmiot z jej mieszkania znajdzie się w twoim mieszkaniu – mówił.

Do Wrocławia przywiózł Oldze Tokarczuk figurkę kota, który pilnuje książek. – Chciałbym, aby ten kot z pustego mieszkania przeniósł się teraz do pełnego. W imieniu przyjaciół, w imieniu fundacji Wisławy Szymborskiej bardzo cię ściskami proszę o przyjęcie – powiedział.

Wzruszona Olga Tokarczuk przyjęła prezent i wspomniała, jak kiedyś umówiła się z koleżanką w kawiarni w Krakowie. – Panowało w niej wielkie poruszenie. Okazało się, że kącie siedzi pani Wisława i z kimś rozmawia. Wszyscy udawaliśmy, że jej nie widzimy, by sprawić jej komfort i jej nie niepokoić. I gdy zamówiłam kawę, usiadłam przy stoliku, nagle ktoś dotknął moje ramię. To była Szymborska. I ona mówi do mnie tak: „Pani Olgo, przepraszam, ja się nazywam Wisława Szymborska. Nie chcę pani niepokoić. Chciałam tylko pani powiedzieć, że uwielbiam pani <<Prawiek>>”.  Byłam cała purpurowa i widziałam, że kawiarnia zamarła. Taka była Szymborska – kochana, skromna, interesująca się innymi ludźmi. Mam nadzieję, że ta nagroda wspaniała, którą dostałam… aż się boję powiedzieć jej nazwę, nie zmieni mnie.

Olga Tokarczuk o tym, jak dowiedziała się o Noblu

Podczas spotkania w NFM we Wrocławiu Olga Tokarczuk opowiadała o momencie, w którym dowiedziała się, że została laureatką Nobla. – Jechaliśmy z moim mężem Grzegorzem autostradą, nawet nie wiem, gdzie to było, miejsce bez nazwy. Nagle kwadrans przed pierwszą zobaczyłam telefon z numerem kierunkowym ze Szwecji. Zdziwiłam się, kto może do mnie dzwonić. Nagle poczułam, jak wzrasta mi ciśnienie. Odebrałam ten telefon. Miły męski głos, który wydał mi się zmartwiony powiedział, że zostałam laureatką nagrody Nobla – wspominała.

Pamięta, że zaczęła powtarzać „nie, nie nie”. Wtedy męski głos odpowiedział: „ależ tak proszę pani”. – Zatrzymaliśmy się na parkingu oszołomieni, po czym zaczęliśmy skakać do góry. Ale ruszyliśmy dalej na spotkanie autorskie. Mój telefon wybuchł, dzwonił przez godzinę, po czym się wyłączył. W Bielefeld, dokąd przyjechałam na spotkanie, widziałam, że coś się dzieje. Tłum ludzi, kamery, burmistrz ze złotym łańcuchem. Zaopiekowali się mną pięknie. Literatura jest bez granic. Niech żyje Bielefeld.

Olga Tokarczuk: Chcę zostać przy pisaniu

Prowadząca spotkanie Katarzyna Kantner wspomniała, że w monografii pisała Oldze Tokarczuk jako o kimś, kto porusza ważne kwestie społeczne i moralne. – Z jednej strony jest piękna fikcja, z drugiej dotykasz fundamentalnych kwestii. Czy nie boisz się, że od noblistki będzie wymagać się, że będziesz autorytetem? – pytała prowadząca spotkanie.

– Myślę, że to nie jest dobre rozwiązanie – powiedziała Tokarczuk. – Literatura posługuje się zupełnie innym rodzajem komunikacji. Wypowiadanie prostych oświadczeń jest mi obcy, czuję się, jakbym musiała przebiec sprint na wysokich obcasach. Literatura jest potężniejsza, ma większą siłę rażenia, gdy zbuduje się postaci i wpuści dialogi w ich usta. Chcę zostać przy pisaniu. Podobno ktoś kiedyś powiedział Miłoszowi: Czesiu, ty nie mów. Ty pisz.

Zapytana, czy spodziewała się kiedyś takiego wyróżnienia jak nagroda Nobla, odparła, że nie sądziła, że może ją dostać. – Cały czas mam problem z nazwaniem jej. Ale mój ojciec wychowywał mnie stawiając za wzór Marie Curie-Skłodowską. Myślę, że jest wzorem dla wielu dziewczynek w Polsce i na świecie, które chcą wychodzić poza narzucony wzór. Ja byłam przekonana, że będę lekarzem misji kosmicznych albo fizykiem jądrowym. Rozmawiałam wczoraj z moją mamą, która powiedziała, że ojciec, który już nie żyje, bardzo by się cieszył. Przecież jak miałam 15 lat i pisałam swoje pierwsze kulawe prozy, ojciec był osobą, która przepisywał to wszystko na maszynie. Robił dziwne miny, widać było, że nie wszystko mu się podoba.

Olga Tokarczuk o zakłamywaniu historii

Olga Tokarczuk została zapytana także o to, czy literatura może pomóc powiedzieć prawdę na temat historii, która została zakłamana. – Literatura jest jedyną drogą, by pokazywać, że to, co nas spotyka, nie jest jednoznaczne. Właściwie dlatego zaczęłam pisać – opowiadała. – Gdy miałam 15 lat, przeczytałam Freuda i doznałam objawienia. Żyjąc, dokonujemy interpretacji tego, co nas spotyka. Tylko literatura jest w stanie pomóc nam w kontaktowaniu się, a jednocześnie zachować mnogość perspektyw. Jako pisarka historyczna korzystam z wiedzy, którą mam współcześnie. Aby wejść w kontakt z czytelnikiem, trzeba być uczciwym – mówiła Olga Tokarczuk.

Pisarka przyznała, że lubi w subtelny sposób prowokować czytelników. – Bo też czytając książki innych autorów, lubię literaturę, która mnie „dźgnie”, każe wyjść ze swojej strefy komfortu. Opowiadała, że „Anna Inn w grobowcach świata” jest ulubioną książką spośród napisanych przez siebie. – Uczyłam się w niej korzystać ze swojej siły, także kobiecej siły. To energia dawania życia, ale też buntu, rebelii. Energia związana z gniewem.

Kantner pytała też o metafizykę i sens duchowości. – Duchowość ma większy sens dzisiaj niż jeszcze 20 lat temu. Na naszych oczach kompromitują się nośniki duchowości, które jeszcze niedawno darzyliśmy estymą. Żyjemy w czasach chaosu i zmiany paradygmatu. Będziemy musieli zbudować nowy rodzaj rozumienia świata – uważa noblistka. – Nie chodzi o wiarę w Boga lecz przeczucie, że istnieje coś więcej. Człowiek jest zwierzęciem, które nieustannie przekracza granice swojej rzeczywistości.

Tokarczuk stwierdziła w rozmowie, że ludzkość dokonuje dziś wielkiego kroku w kierunku natury. – Po wielu latach w końcu przyznajemy, że jesteśmy jej częścią. Jesteśmy wielką ściśle związana ze sobą wspólnotą. – powiedziała. – Myślę, że wszyscy pójdziemy w stronę Nowej Zelandii, która niedawno przyjęła dekret o tym, ze wszystkie zwierzęta są istotami czującymi. Jestem pewna, że za kilkadziesiąt lat będziemy się wstydzili, że jedliśmy mięso.

Olga Tokarczuk pisała też wiersze

Rozmowa poruszała także kwestie fikcji, prawdy i zmyślenia. Tokarczuk, która jest psycholożką, podkreślała, że każde doświadczenie ludzkie jest prawdą. – Filozofowie mówią, że prawdą jest wszystko, co nam się przydarza – powiedziała i odnosiła się także do problemu fake newsów. – Nie wyobrażam sobie, jak poradzimy sobie ze światem skonstruowanym z nieprawdziwych informacji, które można wymierzyć przeciwko komuś. Wyobrażam sobie natomiast takie reżimy, w których zostaną wycięte wszystkie opowieści, których nie da się sprawdzić, w tym baśnie braci Grimm.

Tokarczuk mówiła też o sensie literatury, za który uważa komunikację. Wyraziła też zmartwienie, że spadają w Polsce kompetencje czytelnicze. – Ludzie traktują literaturę rozrywkowo. Nie lubię podziału na gatunki, bo to czyni z literatury towar na sprzedaż. To konsumpcja nie czytanie. Dla mnie zawsze ważne było, by czytelnik mógł zapaść z moją książką w fotelu.

Pod koniec spotkania prowadząca odczytała kilka pytań, które przed spotkaniem mogli nadesłać czytelnicy. – Czy myślała pani o napisaniu autorskiego „bryku”, którzy nie są w stanie doczytać do końca? – brzmiało jedno z nich. – Pierwsze pytanie, które mnie załamuje to, o czym jest moja książka, drugie, gdy mnie ktoś prosi, żebym streściła, o czym jest – odparła noblistka.

Tokarczuk była pytana także o poezję. Przyznała, że bardzo wstydzi się swoich pierwszych prób poetyckich. – Wykupiłam to, co było możliwe. Mam to zakamuflowane, bardzo bym nie chciała, żeby to wyszło na jaw. Nie nadaję się do pisania poezji. Jako dziewczynka naiwnie myślałam, że poeci to są ludzie, którzy nie mają czasu pisać prozy. Te słowa to moja zemsta na Czesławie Miłoszu, który napisał, że „więcej waży jedna dobra strofa, niż ciężar wielu pracowitych stronic”.

Na koniec spotkania wykonano wspólne zdjęcie noblistki z prezydentem Wrocławia i całą zgromadzoną publicznością.

Organizatorami spotkania są Bruno Schulz. Festiwal, miasto Wrocław i Narodowe Forum Muzyki.

Spotkanie z Olgą Tokarczuk. Wrocławianie czekali pod NFM

Już przed godz. 15.30 na pl. Wolności zaczęli się zbierać ludzie, zajmowali nieliczne siedzące miejsca na ławkach i schodkach przy Muzeum Teatru. W holu NFM działał mały sklepik, w którym sprzedawano książki noblistki. W kolejce ustawił się m.in. marszałek województwa Cezary Przybylski.

Na pl. Wolności przed telebimem zebrało się kilkuset wrocławian, którzy nie dostali się na spotkanie z pisarką, zorganizowane w Narodowym Forum Muzyki. Zebrani ucieszyli się, gdy prezydent Jacek Sutryk oraz Olga Tokarczuk pozdrowili tych, którzy przybyli na pl. Wolności. Przyszli z różnych powodów. Niektórzy – by usłyszeć coś mądrego. – Wstyd przyznać, ale czytałam na razie tylko fragmenty „Domu dziennego, domu nocnego” i „Lalki i perły”. Podobało mi się i mam nadzieję dziś też usłyszeć coś wartościowego – mówiła Anna Turowska.

Inni – by spędzić popołudnie. – W niedzielę jest fajna pogoda, warto wyjść na świeże powietrze, coś zrobić, nie siedzieć w domu – mówiła Magdalena Wnuk. – Czytałam książkę Tokarczuk jakieś dwadzieścia lat temu, był to „Dom dzienny, dom nocny”. Ostatnio bardziej zaczęłam czytać teksty historyczne w internecie, chyba wrócę.

Byli wrocławianie bardziej zaznajomieni z twórczością noblistki. Marek Jakubowski: – Przyszedłem wziąć autograf dla żony, która jest poetką, zobaczymy czy się uda. Czytałem dużo książek Tokarczuk, najbardziej podobały mi się „Księgi Jakubowe”.

– Przeczytałam „Biegunów” i zaczęłam też „Księgi Jakubowe” – mówiła Agata Komorowska. – Olga Tokarczuk to kobieta z krwi i kości, bardzo cieszę się, że otrzymała Nobla. przyszłam dziś świętować zwycięstwo Polki.

Kto liczył na autograf noblistki lub chciał zadać pytanie, może być zawiedziony. – Musiałaby podpisywać książki do siódmej nad ranem – tłumaczą organizatorzy.

Laska, która wparowała na lubelskie zebranie Partii Kobiet miała jaja w jajnikach. Trwała kampania wyborcza 2007. Nie stać nas było na ulotki, za własne pieniądze dziewczyny znalazły salę, a ona, twarz plakatów wyborczych PO przerywa nasze spotkanie propozycją: Jestem kobietą, więc głosujcie na mnie.

Myślałam, że ją rozszarpią i wyniosą w stanikach. Joannę Muchę, dr Joannę Muchę. Dostała się do sejmu. W kraju hipochondryków „doktor” rządzi. Ale dr było chwytem reklamowym.

Mucha jest doktorem ekonomii. Powołując się na „znajomość” z Lublina, poprosiła mnie o poparcie tym razem Gowina, z którego frakcją w PO trzymała. Ten talib przebrany za biskupa, niechcący powiedział coś co naprawdę myśli o kobietach.

Odmówiłam sprzątania mentalnych rzygów po nim. Ale doceniłam jej hart ducha. Ambitna kobieta, daleko zajdzie, gdy pozbędzie się balastu palantów.

Została ministrą sportu mianowaną przez Tuska. Marzenie chłopców kopiących piłkę i politykę. Ministra nie założyła wtedy sportowych kapci. Do programu, chyba „Co z tą Polską”, wybrała się w takich szpilach, że Lis musiał ją sprowadzić z podestu na ziemię. Na mój komentarz „Jak się idzie do polityki, to warto o własnych siłach”, odpowiedział, że w studio coś się rozlało i było ślisko. Cóż, nawet, gdy się mleko rozleje trzeba brnąć samej, a nie na męskich plecach.

Po latach Joanna Mucha zdobyła doświadczenie, niełatwe dla kobiety w męskim światku. Widywałam ją na Kongresach Kobiet. Rasową polityczkę. Jej sejmowy plakat wyborczy 2019 nie przypominał w niczym, ani pierwszego, „komunijnego” z 2007, ani żadnego innego polityka przydrożnego.

Bilbord dr Muchy był politycznie pociągający, ziała z niego chuć władzy. Nareszcie. Bo o to chodzi w tej rozgrywce. O tron, nie podnóżek. Kilka dni temu Joanna Mucha ogłosiła, że chce rządzić Platformą.

Jest do tego stworzona: młoda, ambitna, świetnie wykształcona, z doświadczeniem, rozumem, urokiem. Potrafi nawet zaśpiewać jak Ally Mc Beal i zagrać sobie na gitarze. Ma wszystko, czego potrzeba w nowoczesnej polityce. Ale nie ma świata, w którym byłoby to docenione.

Kidawa Błońska prezydentem, a Mucha, przewodniczącą PO, być może premierką? Tego żadna polska partia nie zniesie. W postępowej Lewicy jest 3 szefów, gejostwo Biedronia tych proporcji nie zmienia.

Poza tym Schetyna nie odda władzy. Facet walczący o nią z samcem alfa – Tuskiem, miałby się przestraszyć samczyków beta? I samicy? Zjadł zęby na regionach, koalicjach. Wybije je każdemu, komu uśmiecha się szefostwo PO.

Polityka jest instynktem homo sapiens. Czymś niemal biologicznym, wrodzoną umiejętnością tworzenia intryg, sojuszy. Rządzi najsilniejszy, a światem patriarchat i podobno grzyby. Jest taki grzyb, owadomorkowiec rządzący zachowaniem owadów. Atakuje samicę muchy, zmusza ją do przedśmiertnego rozłożenia skrzydełek, zadarcia odwłoka dla przyjęcia pozycji zachęcającej samców.

Nadlatują, próbują martwą wypierd… i przenoszą dalej grzybnię. Jakoś to mi się kojarzy z polską polityką, traktowaniem w niej kobiet, samic przydatnych do roznoszenia grzybni patriarchatu. Rządzą przecież stare grzyby. Kobiet się używa, kusi nimi wyborców, odsyła zagrażające lub zużyte.

Joanna Mucha chce zmian w PO obawiając się konkurencji lewicy. Joanno (jesteśmy na „ty”, ale nie znamy się prywatnie ), kobiety przyspieszyły ewolucję ucząc mężczyzn mówić. Kobiety zmienią świat ucząc patriarchat myśleć. Mam nadzieję, że Ty ewoluując tak szybko politycznie, znajdziesz się tam, gdzie przyszłość – na Lewicy. W polskiej prawicy zasiada Ojciec z Synem, ewentualnie z braćmi i porasta ich grzybnia tradycji. Joanna Mucha Magdalena Środa

Jarosław Kaczyński twierdzi, że zdjęcie z drugiej połowy lat 70., podpisane jako zrobione w Białymstoku przed pierwszomajowym pochodem, to fotomontaż. Utrzymuje, że nie zna osób, które stoją obok. Jak ustaliliśmy, musiał je znać.

Rysownik Marek Skwarski zamieścił na Facebooku zdjęcie Jarosława Kaczyńskiego z trzema mężczyznami i młodą kobietą. Podpis: „Białystok, końcówka lat 70. Przyszły naczelnik Polski, z extramocnym w palcach, wybiera się na pochód pierwszomajowy”. Fotografia wywołała lawinę komentarzy, udostępniło ją ponad 2 tys. internautów.

Na zdjęciu Kaczyński stoi z papierosem, w płaszczu zapiętym pod szyję, z przypiętą do niego czerwoną kokardą. Takie same ozdoby mają na ubraniach dwaj z mężczyzn i kobieta, która dzierży w ręce duży papierowy kwiat.

Fotografię skomentował na Twitterze Roman Giertych i były minister spraw zagranicznych Radosław Sikorski: „Czy to nie aby nasz niezłomny antykomunista?”.

Timothy Garton Ash w Białymstoku: PiS to nacjonalistyczny wariant populizmu

TVP Info doniosła, że zdjęcie to fałszywka. Zastępca rzecznika PiS Radosław Fogiel w rozmowie z portalem Onet.pl twierdzi, że Jarosław Kaczyński pod koniec lat 70. na pochody pierwszomajowe nie chodził, bo „był już wówczas działaczem opozycji antykomunistycznej”. Przekonuje: – Pokazałem prezesowi to zdjęcie. On nie zna ani jednej osoby z tej fotografii. Jego zdaniem to fotomontaż. Jego twarz została tu wmontowana.

Uczelnia niepoprawnych

Do 1997 r. Uniwersytet w Białymstoku funkcjonował jako filia Uniwersytetu Warszawskiego.

– W latach 70. stał się miejscem, na które skazywano osoby politycznie niepoprawne. Takie jak Andrzej Stelmachowski, Jerzy Stembrowicz czy Lech Falandysz – wspomina prof. Barbara Kudrycka, ministra nauki i szkolnictwa wyższego w rządzie Donalda Tuska, w drugiej połowie lat 70. studentka białostockiej Filii. Pamięta, że jako jeden z pracowników naukowych pojawiał się Jarosław Kaczyński. W oficjalnej biografii Kaczyńskiego jest napisane: „W latach 1971- 1976 zatrudniony był jako pracownik naukowy w Instytucie Polityki Naukowej i Szkolnictwa Wyższego. Później, do 1981, pracował jako adiunkt w białostockiej filii Uniwersytetu Warszawskiego”.

PiS. Kaczyński woli lata 90.

Obecny prezes PiS niechętnie wspomina czasy, kiedy pojawiał się w białostockiej filii UW. W kampanii przed wyborami samorządowymi o pracy Kaczyńskiego na filii UW mówił kandydat PiS na prezydenta Białegostoku, poseł Jacek Żalek: „Przyjeżdżał tutaj jako młody doktor prawa z wykładami dla młodych białostoczan”.

Prof. Stanisław Prutis, były dziekan wydziału prawa UwB: – Dr Jarosław Kaczyński w drugiej połowie lat 70. pojawił się na wydziale ekonomiczno-administracyjnym naszej filii za sprawą dziekana prof. Andrzeja Stelmachowskiego. Prof. Stelmachowski chciał mu dać przeżyć, bo za działalność opozycyjną w stolicy nie był mile widziany. Pracował na wydziale na pełnym etacie. Przyjeżdżał z Warszawy raz na tydzień lub dwa. Specjalizował się w teorii państwa i prawa.

Profesorowie Kudrycka i Prutis: – Obok Kaczyńskiego na zdjęciu stoją doktorzy z wydziału: dr Stefan Iwanowski oraz nieżyjący dr Jerzy Mieszkowski i dr Włodzimierz Zakrzewski [pierwszy od lewej].

Kim jest dziewczyna z papierowym kwiatem, nie wiedzą.

Prof. Prutis jest pewien: – To zdjęcie było zrobione na ówczesnym dziedzińcu wydziału ekonomiczno – administracyjnego przy ul. Mickiewicza, potem zabudowanym, gdzie mieści się od lat wydział prawa UwB.

Nie ma jednak pewności co do autentyczności zdjęcia: – 1 Maja to był dzień wolny od pracy. Wątpliwe, żeby dr Kaczyński miał przyjechać z tej okazji specjalnie do Białegostoku.

A może to Pogonalia?

Stefan Iwanowski jest jednak pewien, że takie zdjęcie było robione. Być może jednak nie przed 1 Maja, ale przy okazji Pogonaliów (białostockich juwenaliów). Pracownicy białostockiej filii UW na pochody pierwszomajowe nie chadzali z kokardami.

Prof. Kudrycka zauważa jednak: – Pogonalia były w drugiej połowie czerwca, a oni wszyscy na tym zdjęciu są ubrani jakby to był przełom kwietnia i maja.

Oda do Kaczyńskiego. „O Jarosławie Wielki, władco dusz Polaków”

Jeden z pracowników naukowych wydziału ekonomiczno-administracyjnego białostockiej filii UW z końca lat 70., proszący o anonimowość: – Nawet gdyby Kaczyński w tamtych czasach szedł w pierwszomajowym pochodzie, to co takiego? Nie było na uczelni entuzjazmu dla pochodów, ale się szło, bo trzeba było. Dopiero po powstaniu „Solidarności”, a zwłaszcza po wprowadzeniu stanu wojennego bojkot pochodów stał się jasną polityczną deklaracją. Czy Kaczyński na tym zdjęciu jest z kokardą czy bez, czy go doklejono, czy nie, czy było to przed 1 Maja, czy przy innej okazji, to wszytko nie ma znaczenia. Bo i tak nie ma to znaczenia dla PiS-owskiego ludu. Nie rozumiem więc, dlaczego dr Kaczyński wstydzi się tego zdjęcia.

W liście do członków PO i wyborców Koalicji Obywatelskiej Grzegorz Schetyna przekonuje, że choć wynik wyborczy jest daleki od ambicji, wcale nie jest taki zły. Bo Platforma jeszcze w 2016 roku miała mniej niż 10 proc. w sondażach i musiała mierzyć się z całym państwowym aparatem.

„Dzięki waszej mobilizacji i walce opozycja ma większość w Senacie. W wyborach do Sejmu Koalicja Obywatelska, której jesteśmy trzonem, przekonała do siebie ponad 5 milionów Polaków i Polek. To dużo więcej głosów niż w 2015 roku zdobyły wspólnie PO i Nowoczesna” – pisze do wyborców Schetyna.

W liczbach bezwzględnych Schetyna ma rację, ale jeśli popatrzymy na wynik procentowy – już nie. W 2015 roku na Platformę zagłosowało 24,09 proc. wyborców, a na Nowoczesną – 7,6. W ostatnich wyborach Koalicja Obywatelska, poszerzona jeszcze m.in. o Inicjatywę Polską i Zielonych, zdobyła 27,4 proc. Wyższa niż w 2015 roku liczba głosów to zasługa wysokiej frekwencji.

Platforma w trudnej sytuacji

Przewodniczący PO przypomina, że w 2016 roku PO spadła w sondażach poniżej 10 proc. „Opozycja wydawała się wielu bezsilna, a władza Kaczyńskiego wszechmocna. Przez te 4 lata udało nam się odzyskać zaufanie milionów Polaków, częściowo powstrzymać niszczenie sądów, usunąć m.in. skompromitowanego marszałka Sejmu, wreszcie – zbudować szeroką współpracę opozycji. To, że po wyborach europejskich nie udało się utrzymać wielkiej koalicji opozycji, nie było naszą decyzją” – pisze Schetyna. I znów ma rację tylko częściowo. Z Koalicji Europejskiej odeszło Polskie Stronnictwo Ludowe, ale Sojusz Lewicy Demokratycznej chciał w niej pozostać. Akces zgłosiła także Wiosna Roberta Biedronia, ale Platforma zdecydowała inaczej.

„W tej sytuacji wyników wyborów, choć są dalekie od naszych ambicji, nie oceniajmy źle” – przekonuje szef PO. I wymienia, w czym PiS miał przewagę: kampania nie była demokratyczna, a partia Jarosława Kaczyńskiego wykorzystała państwowe media. Powołuje się na opinię misji OBWE, która stwierdziła, że „bardzo niepokojąca była stronniczość mediów i retoryka oparta na nietolerancji” a także, że „wyżsi urzędnicy państwowi wykorzystywali wydarzenia finansowane z publicznych pieniędzy do kreowania kampanijnego przekazu”.

Schetyna opowiada także, jakie ma plany na przyszłość jako szef PO. To utrzymanie przewagi opozycji w Senacie (ma 51 głosów, licząc senatorów SLD, PSL i niezależnych, a PiS – 49, w tym jedną senator niezależną), zwycięstwo w wyborach prezydenckich, a na koniec „odebranie Kaczyńskiemu władzy”.

„Jesteśmy najsilniejszą formacją opozycyjną. Jedyną, której Kaczyński się naprawdę boi. Dlatego to przeciw nam będzie skierowana cała propaganda, zastraszanie, szantaże i korupcyjne oferty. Nasz przeciwnik będzie wykorzystywał każdy nasz błąd. Musimy zachować jedność, a dzięki niej sprawczość polityczną” – pisze Schetyna.

Czy Schetyna utrzyma stanowisko?

Przewodniczący PO po przegranych wyborach europejskich i parlamentarnych znalazł się w ogniu krytyki. Atakują go partyjni koledzy i koleżanki.

– Grzegorz Schetyna ma swoje talenty i dobrze byłoby, gdyby z tymi talentami pracował na rzecz Platformy. Ale trzy razy przetestował się w procesie wyborczym – ostatnie dwa razy w wariancie „wszyscy razem i każdy oddzielnie” – i w obu przegraliśmy. To moim zdaniem znaczy, że z tym liderem wyborów z PiS-em nie wygramy – powiedziała Joanna Mucha w wywiadzie dla „Kultury Liberalnej”.

Również Borys Budka w rozmowie z „Wyborczą” nie wykluczył, że zgłosi swoją kandydaturę w wyborach na szefa PO, które mają odbyć się w styczniu. Niektórzy działacze sugerują, że data wyborów jest za późna: że nowemu przewodniczącemu trzeba dać więcej czasu przed wiosennymi wyborami prezydenckimi.

Niekiedy jedna osoba wystarczy, by tchnąć ducha w ogromny ruch, a czasem same jej słowa wysłuchane kilka dekad później; niekiedy parę gorąco zaangażowanych osób inicjuje masowy ruch, a zmiana nadchodzi niczym zmiana pogody.

Rebecca Solnit – ur. w 1961 r., amerykańska eseistka, historyczka. Napisała kilkanaście książek z pogranicza antropologii, filozofii i polityki, m.in. „Zew włóczęgi. Opowieści wędrowne”, „Storming the Gates of Paradise: Landscapes for Politics”, „A California Bestiary”, „Nonstop Metropolis: A New York City Atlas”

Miesiąc przed upadkiem muru berlińskiego niemal nikt nie przewidywał, że radziecki blok wschodni ulegnie gwałtownemu rozpadowi (na skutek działania wielu czynników, w tym olbrzymiego nacisku ze strony społeczeństwa obywatelskiego, które wyrzekało się przemocy działań bezpośrednich i napędzane było nadzieją samoorganizacji), podobnie jak nikt, nawet sami uczestnicy tych wydarzeń, nie przewidział znaczenia arabskiej wiosny, ruchu Occupy Wall Street i wielu innych potężnych zrywów. Nie wiemy, co się wydarzy, w jaki sposób ani kiedy, i właśnie owa niepewność jest siedliskiem nadziei. Ci, którzy powątpiewają w wagę tego typu zajść, powinni docenić przerażenie, jakie wywołują one wśród władz i elit.

Ich strach bierze się stąd, że zdają one sobie sprawę, że władza ludu jest na tyle realna, by obalać reżimy i zmieniać warunki umowy społecznej. I często to czyni. Niekiedy nasi wrogowie wiedzą to, w co uwierzyć nie potrafią nasi przyjaciele.

Ci, którzy lekceważą te zajścia, uznając je za niedoskonałe, ograniczone czy niedostateczne, powinni przyjrzeć się bliżej temu, jaka radość i nadzieja z nich biją i jakie rzeczywiste zmiany przynoszą, nawet gdy nie zawsze są one oczywiste.

Mogę kogoś uratować

Jeśli się uprzemy, możemy widzieć świat jako miejsce pełne wad i niedomagań. Z pomocą przyjść może analogia, która dodaje mi otuchy: w trakcie katastrofy wywołanej przez huragan „Katrina” setki właścicieli łodzi rzuciło się na ratunek ludziom – samotnym matkom, dzieciom, dziadkom – uwięzionym na strychach, chroniącym się na dachach, na osiedlach komunalnych, w szpitalach i budynkach szkolnych. Nikt nie mówił: „Nie dam rady ocalić wszystkich, w związku z tym wszystko na nic; dlatego moje starania są daremne i bezwartościowe” – choć wiele osób tak właśnie powiedziałoby o bardziej abstrakcyjnych kwestiach, w których przecież stawką są życie, istnienie miejsc, kultury, gatunków czy praw. Dostawali się tam na łódkach rybackich, wiosłowych czy pirogach, niektórzy przybywali z tak odległych miejsc jak Teksas, przedostając się nielegalnie do miasta, by dotrzeć z pomocą, inni, sami będąc uchodźcami, nieśli pomoc na terenie miasta. Uruchomiono doraźny bezpośredni transport łodziowy – osławioną Marynarkę Cajun – ciągnący w stronę miasta już dzień po przerwaniu wałów.

Nikt z tych ludzi nie powiedział wówczas: „Nie mogę uratować wszystkich”. Wszyscy zaś mówili: „Mogę kogoś uratować, więc będę ryzykować życie i przeciwstawię się władzom, by móc to zrobić”.

Zmiana rzadko jest czymś prostym. Niekiedy jest tak złożona, jak twierdzi teoria chaosu, i tak powolna jak ewolucja. Nawet to, co zdaje się wydarzać nagle, kiełkuje z nasion od dawna spoczywających w uśpieniu. Samobójstwo młodego człowieka może wywołać powstanie rozpalające kolejne powstania. Jednak sam ten incydent był jedynie iskrą, a ogień, który rozniecił, rozgorzał na stosie przygotowanym przez sieć działaczy, a także przez ideę obywatelskiego nieposłuszeństwa i głębokie pragnienie sprawiedliwości oraz wolności istniejące wszędzie.

Warto zadać sobie pytanie nie tylko o to, jakie długoterminowe skutki przyniosły owe zrywy, lecz również o to, czym były, póki trwały. To, że ludziom przyszło żyć w świecie, w którym część nadziei się urzeczywistniła, w którym panuje radość, a niektóre granice między jednostkami i grupami zostały zatarte, choćby tylko na godzinę, na jeden dzień, na parę miesięcy, nie jest bez znaczenia. Wspomnienia momentów radości mogą stać się dla nas busolą.

Całkowite zwycięstwo nigdy nie nadejdzie

Wspomnijmy słowa Paula Goodmana: „Załóżmy, że twoja strona zwyciężyła i że żyjesz w społeczeństwie, którego zawsze pragnąłeś. Jak byś wówczas żył? Zacznijmy już teraz tak właśnie żyć!”. Opowiadamy się w ten sposób za drobnymi i doraźnymi zwycięstwami i za częściowymi sukcesami, gdy brakuje zwycięstw ostatecznych i pełnych, a być może są one niemożliwe. Całkowite zwycięstwo zawsze wydawało się świeckim odpowiednikiem raju: miejsca, gdzie wszelkie problemy zostają rozwiązane koszmarnie nudną pustynią.

Absolutyści ze starej lewicy wyobrażali sobie, że takie zwycięstwo będzie całkowite i trwałe, co jest równoznaczne ze stwierdzeniem, że zwycięstwo nigdy nie nadejdzie. Tymczasem jest ono, faktycznie, bardziej niż możliwe. Zwycięstwa wydarzały się bowiem już na niezliczone sposoby, małe i duże, często stopniowo, inaczej jednak, niż przewidywano. Zwycięstwa czasem przemykają niezauważone. O wiele łatwiej nam rozpoznać porażkę.

Od czasu do czasu rodzą się nowe możliwości. W takich momentach ludzie stają się członkami pewnego „my”, które wcześniej nie istniało, w każdym razie nie jako jedność obdarzona mocą sprawczą, tożsamością i siłą do działania; wyłaniają się wówczas niespodzianie nowe możliwości.

Niekiedy ziemia grzebie w sobie takie chwile i nie widać, by miały poważniejsze konsekwencje; niekiedy zaś ideologie zrzuca się niczym kajdany. Nie sposób jednak przewidzieć tego, co nadejdzie.

Olbrzym tylko drzemie

Społeczeństwo można porównać do pogrążonego we śnie olbrzyma; gdy się budzimy, nie jesteśmy już tylko publicznością: stajemy się społeczeństwem obywatelskim o nadludzkiej sile, którego pokojowe metody niekiedy, przez krótką, acz pełną blasku chwilę, okazują się o wiele potężniejsze aniżeli przemoc, potężniejsze od reżimów i armii. Niemniej z oczywistych powodów wszystko, czym karmią nas ogólnodostępne środki przekazu, sugeruje, że opór stawiany przez lud jest czymś żałosnym, bezcelowym, a niekiedy wręcz przestępstwem, o ile nie jest oglądany z oddali, nie należy do zamierzchłej przeszłości, a najlepiej jedno i drugie. Ludzie zaprzedani instytucjom żarliwie wierzą, że dzierżą władzę, która coś znaczy. Oto siły, które wolałyby nie budzić tego olbrzyma.

Zawsze jest za wcześnie, by wycofać się w domowe zacisze. I zawsze jest za wcześnie, by przewidzieć skutki własnych działań. Natknęłam się na anegdotę opowiedzianą przez kogoś z Women Strike for Peace, pierwszego masowego amerykańskiego ruchu przeciw broni jądrowej. Ruch ten przyczynił się do ogromnego zwycięstwa: podpisania w 1963 r. układu o zakazie prób w atmosferze, w przestrzeni kosmicznej i pod wodą, dzięki czemu udało się doprowadzić do zakończenia prób z bronią jądrową na lądzie, odpowiadających za radioaktywny opad, którego ślady zaczęły pojawiać się w mleku matek i w zębach ich dzieci. (WSP przyczynił się do upadku House Un-American Activities Committee [HUAC], ówczesnego odpowiednika Departamentu Bezpieczeństwa Krajowego USA. Uczestniczki ruchu wcieliły się w rolę gospodyń domowych i wystawiły na pośmiewisko prowadzone przez HUAC antykomunistyczne przesłuchania).

Jedna z kobiet należących do WSP opowiadała, jak czuła się głupia i niepotrzebna, gdy pewnego poranka protestowała w deszczu przed Białym Domem.

Kilka lat później usłyszała dr. Benjamina Spocka, który stał się znanym orędownikiem rozbrojenia. Mówił, że przełomowy dlań moment nastąpił, gdy zauważył grupkę kobiet tkwiących w deszczu przed Białym Domem. Skoro one są tak żarliwie zaangażowane w tę sprawę – pomyślał – sam powinien poświęcić jej więcej uwagi.

Historia to krab kroczący na boki

Myślenie w kategoriach przyczyn i skutków zakłada, że historia posuwa się naprzód, ale historia to nie armia. To krab kroczący na boki, kropla wody drążąca skałę, trzęsienie ziemi przerywające wielowiekowe napięcia. Niekiedy jedna osoba wystarczy, by tchnąć ducha w ogromny ruch, a czasem same jej słowa wysłuchane kilka dekad później; niekiedy parę gorąco zaangażowanych osób inicjuje masowy ruch, a zmiana nadchodzi niczym zmiana pogody.

Wszystkie te sytuacje łączy to, że poczęły się w wyobraźni, zrodziły się z nadziei. Pokładanie w czymś nadziei przypomina grę hazardową. Stawianie na przyszłość, na możliwość, że otwarte serca i niepewność są lepsze niż przygnębienie i poczucie bezpieczeństwa.

Nadzieja domaga się działania

Nadzieja nie przypomina kuponu na loterię, który można kurczowo ściskać w dłoni, siedząc wygodnie na kanapie i spodziewając się szczęśliwego trafu. Nadzieja to siekiera, którą rozrąbuje się drzwi w sytuacji nagłej konieczności, bo nadzieja powinna nas wypychać za drzwi, bo musicie dać z siebie wszystko, by wytrącić przyszłość z kolein wiodących ku niekończącej się wojnie, ku unicestwieniu całej planety, jej bogactw i skarbów, i ku uciskowi biednych i zmarginalizowanych. Nadzieja oznacza po prostu, że inny świat jest możliwy, a nie że jest ziemią obiecaną, bowiem jego nadejścia nic nie gwarantuje.

Nadzieja domaga się działania; działanie nie jest możliwe bez nadziei. Zdarzyć się może wszystko, a to, czy działamy, czy stoimy bezczynnie, ma ogromne znaczenie.

Choć brak kuponów na loterię dla leniwych i tkwiących w zobojętnieniu, zaangażowani mają szansę na wielką wygraną. Mówię wam to nie dlatego, że uważam, by Stany Zjednoczone stanęły na skraju zniszczenia swych rzekomych wartości, że nasza cywilizacja bliska jest unicestwienia przyrody, od której pozostajemy zależne i zależni – oceanów, atmosfery, niezliczonych gatunków roślin, owadów i ptaków.

Mówię to dlatego, że zauważyłam, co następuje: wojny wybuchną, planeta się ogrzeje, gatunki wymrą, jednak to, jak wiele wojen, o ile stopni i które gatunki uda się ocalić, zależy od tego, czy podejmiemy jakieś działania.

Dworczyk za oszustwa też powinien być zamknięty

Opozycja zreformowana to PiS przegrany

Gdy wiele miesięcy temu Donald Tusk zaapelował do sił polskiej opozycji parlamentarnej i pozaparlamentarnej, by zawrzeć ponadpartyjny pakt na rzecz odbicia izby wyższej Parlamentu, wielu obawiało się czy jest to możliwe. Dziś już wiemy, że się udało i zjednoczonej opozycji udało się odbić Senat. Jak wynika z najnowszych informacji, przeciwnicy partii Jarosława Kaczyńskiego będą w niej mieli co najmniej 51 senatorów, co oznacza utratę możliwości błyskawicznego przepychania ustaw nocą, wzrost znaczenia zmarginalizowanej w ostatnich czterech latach izby i co najważniejsze, kończy jedynowładztwo partii z ul. Nowogrodzkiej w Warszawie.

W izbie wyższej Parlamentu najprawdopodobniej narodzi się także nowy lider opozycji, a marszałek Senatu, formalnie trzecia osoba w państwie bardzo mocno zyska na znaczeniu. To fatalna wiadomość dla stającego do nieuniknionych rozliczeń wewnątrz swojej partii Grzegorza Schetyny. Spory ból głowy wywołuje zapewne też u Jarosława Kaczyńskiego.

Jak opisywał portal 300polityka.pl kontrolowany przez opozycję Senat zapewne maksymalnie wykorzystywałby konstytucyjny termin, odrzucając kontrowersyjne ustawy – np. kolejny etap zmian w sądownictwie, o czym słychać w kuluarach czy dekoncentrację mediów – w ostatnim możliwym terminie. Po 30 dniach ustawa wracałaby do izby niższej, która musiałaby zebrać się, by odrzucić veto Senatu. Konstytucja mówi: Uchwałę Senatu odrzucającą ustawę albo poprawkę zaproponowaną w uchwale Senatu, uważa się za przyjętą, jeżeli Sejm nie odrzuci jej bezwzględną większością głosów w obecności co najmniej połowy ustawowej liczby posłów.

Samo opóźnienie w procesie legislacyjnym to nie wszystko. Internauci zauważyli, że znacznie większym problemem dla ekipy “dobrej zmiany” mogą być kompetencje nominacyjne Senatu, od poważnych utrudnień w przeforsowaniu choćby swojego Rzecznika Praw Obywatelskich poczynając.

Należy się więc spodziewać, że nie tylko w Sejmie, gdzie wciąż waży się samodzielna większość, ale także w Senacie lada moment rozpocznie się polowanie na potencjalnych sprzedawczyków, którzy w zamian za intratne stanowiska w administracji rządowej mogą chcieć zmienić barwy partyjne na korzyść Zjednoczonej Prawicy. Nawet jeśli to się uda (szanse niestety PiS ma spore) to jednak marzenia o zmianie Konstytucji prezes Kaczyński musi odłożyć na wysoką półkę. A to chyba boli go najbardziej.

– Nie dziwi mnie, że wyborcy nie chcieli głosować na Grzegorza Schetynę, polityka, który kroczy od porażki do porażki – mówi Władysław Frasyniuk.

Beata Maciejewska: – Wygrana opozycji we Wrocławiu była do przewidzenia, ale wynik Grzegorza Schetyny, lidera najsilniejszej partii opozycyjnej, jest już sensacją. Wyraźnie przegrał z „jedynką” listy PiS, Mirosławą Stachowiak- Różecką, która nie jest szerzej znana. Dziwi to Pana?

Władysław Frasyniuk: – Dziwi?? Że wyborcy nie chcieli głosować na polityka, który kroczy od porażki do porażki? Nie dziwi.

Ci, którzy chcieli głosować na KO, wybierali Małgorzatę Tracz z Zielonych albo Michała Jarosa – oboje dostali po ok. 30 tys. głosów, a Schetyna tylko 66 tys. Małgorzata Tracz jest obecna na wszystkich wrocławskich demonstracjach, dostała premię za obywatelskie zaangażowanie i za tematykę, którą się zajmuje – ludzie zaczęli rozumieć, że ekologia nie jest lewackim wymysłem i że trzeba mieć kwalifikacje do zajmowania się tymi problemami.

A Michał Jaros swój wynik „wykleił” plakatami i spotkaniami z wyborcami. Wywalczył mandat własną aktywnością, a nie programem. Bo przecież żadnym przekazem krajowym nie mógł się podeprzeć. Żadnym chwytliwym hasłem budzącym emocje u wyborcy.

Pana emocje i bez haseł zostały obudzone. Zdenerwował się Pan?

– Nie jestem zdenerwowany, jestem wk…ny. Na opozycję, że nie miała żadnej oferty, za to demonstrowała kompleks Kaczyńskiego i tańczyła, jak prezes PiS im zagrał. A na dodatek nie prowadziła kampanii wyborczej. Sztabowcy cztery lata grzali ławy w opozycji, a na ostatniej prostej okazało się, że nie mają żadnych pomysłów. Wystawili Kidawę-Błońską, która trzy dni milczała, a jak się wreszcie odezwała, okazało się, że niewiele ma do powiedzenia. Kampanię kreowali dziennikarze, ujawniając kolejne afery, a politycy streszczali tylko własnymi słowami to, co napisały gazety.

Na komentatorów politycznych, którzy nie wołali, że „król jest nagi” i nie byli w stanie wywrzeć presji na liderów, żeby podnieść im poprzeczkę. Było źle w czasie wyborów do PE? Było, ale lepiej nic nie zmieniajmy, bo będzie jeszcze gorzej.

Na impotencję intelektualną i poczucie zadowolenia, które opanowało opozycyjne partie. Okazuje się, że wszyscy wygrali! To musi wywoływać depresję u obywateli. „Jest zaj…cie, właśnie dostałem mandat”. Gdzie w tym jest odpowiedzialność za Polskę?

Na Grzegorza Schetynę też jest Pan wkurzony?

– A jak mam przyjąć spokojnie fakt, że na przykład odmówił udziału w debatach, bo nie występował w nich Jarosław Kaczyński? Debaty nie są po to, żeby politycy ze sobą dyskutowali, ale żeby rozmawiali z obywatelami. Władysław Kosiniak-Kamysz wystąpił i PSL dostał premię.

Ale opozycja odbiła jednak Senat, pakt zadziałał.

– Nie widziałem żadnego paktu, tylko partykularne interesy partyjne. Pakt jest wtedy, gdy wychodzą wszyscy kandydaci, liderzy stają za plecami i mówią: oni są nasi, będziemy ich wszyscy wspierać. A Schetyna złamał tę umowę, wspierając w Łodzi byłego szefa NIK Krzysztofa Kwiatkowskiego, choć opozycja wystawiła rekomendowaną przez SLD prof. Małgorzatę Niewiadomską-Cudak. Wszedł Kwiatkowski, ale wygrał z kandydatem PiS tylko o włos. Głosy się rozbiły na dwóch kandydatów.

Wyniki wyborów 2019

Na Dolnym Śląsku mamy remis, cztery dla opozycji i cztery dla PiS. Ale walka była zacięta, Bogdan Zdrojewski wygrał z Jarosławem Obremskim o włos. Mówiło się, że jak zrobi dobry wynik, będzie mógł pokonać Schetynę w partyjnych wyborach. Grzegorz zrobił już swoje, Grzegorz musi odejść?

– Mnie, wyborcę, przestało to interesować. Albo członkowie Platformy znajdą odwagę, siłę i postawią na zmianę pokoleniową, albo Platformy nie będzie. Muszą mieć świadomość, że jeśli tego nie zrobią, to ich wyborcy przejdą do lewicy albo wymuszą stworzenie liberalnego centrum, bo jest na to przestrzeń. Przypominam, że czterdziestolatkowie to grupa najaktywniejszych wyborców i musi mieć swoją własną reprezentacje polityczną.

Coś się jednak zmieniło na scenie politycznej – Lewica wchodzi do Sejmu, PSL z Kukizem zaczyna się odbudowywać. Co gorsza, wchodzi też Konfederacja, na Dolnym Śląsku mandat zdobył Krzysztof Tuduj, wiceprezes Ruchu Narodowego. Startował już w wyborach europejskich, chciał jechać do Brukseli z hasłem „Polexit”, teraz będzie swoje egzotyczne pomysły testował na krajowym podwórku, w towarzystwie Grzegorza Brauna. Nie boi się Pan?

– Pozytywne jest to, że skończył się duopol, wszystkie partie muszą zredefiniować swoją strategię polityczną i sposób komunikowania się z wyborcami. Mam nadzieję, że ta przewaga opozycji w Senacie przywróci myślenie polityczne, wymusi debatę między Sejmem a Senatem i zmusi do zmiany strategii.

Grzegorz Schetyna przestał być sumieniem narodu, będzie czuł w parlamencie presję lewicy. Oczywiście, jeśli lewica wprowadzi przede wszystkich starą eseldowską gwardię, która lubi się układać, ta presja będzie mniejsza. Ale nikt nie ma chyba wątpliwości, że idzie zmiana pokoleniowa. Z kolei Jarosław Kaczyński będzie miał po prawej stronie Konfederację, która na pewno postawi go w trudnej sytuacji, definiując na nowo pojęcie „prawdziwego patriotyzmu”.

Konfederacja ma już struktury, a teraz dostanie trybunę i mikrofon. Oni są groźniejsi, niż nam się dzisiaj wydaje.

Ale za rok mamy jeszcze jedną szansę na zmianę – wybory prezydenckie.

– Proszę tak nie mówić, boję się, że zaraz zabrzmi stadionowy chór: Polacy, nic się nie stało. Albo: Wygramy to. No cóż, żyjemy w katolickim kraju, nawet niewierzący wierzą w cuda.

– Jeżeli partia robi się towarzystwem wzajemnej adoracji w wąskim gronie, to wyborcy na pewno oceniają to negatywnie – Elżbieta Łukacijewska, polityczka PO z Podkarpacia i europosłanka, mówi w rozmowie z naTemat o największych błędach Platformy Obywatelskiej w tej kampanii. Jej zdaniem, aby partia zaczęła odnosić sukcesy, konieczna jest zmiana jej lidera. Łukacijewska zwracała uwagę na złe posunięcia PO po wyborach do europarlamentu, kiedy to odniosła sukces nie czekając na wsparcie liderów ugrupowania.

Niektórzy tak. W wielu miejscach, także na Podkarpaciu, kandydaci powielali taką kampanię jaką zrobiłam ja, czy jaką zrobił Bartosz Arłukowicz, ale to były indywidualne działania. Odnoszę niestety wrażenie, że sztab PO został powołany, ale jego decyzje chyba nie były samodzielne. Myślę, że i tak wszystko było konsultowane w wąskim gronie.

W tej ogólnopolskiej kampanii zabrakło nowoczesności. Zabrakło energii, uderzenia do młodych ludzi. Małgosia Kidawa-Błońska trochę za późno została ogłoszona premierem. Jak się ogłasza coś takiego i zmienia się całkowicie styl, to przewodniczący powinien się schować, a się nie schował, więc dla wielu wyborców ta zmiana nie była wiarygodna.

Zwracała pani uwagę po wyborach do europarlamentu, że może warto postawić na kobiety. Ale mam wrażenie, że liderzy PO stoją w rozkroku: trochę chcemy tej zmiany, a trochę jednak nie.

Wystarczy popatrzeć ile kobiet było na pierwszych miejscach, ile było na drugich. U mnie w jednym z okręgów kobieta była dopiero na 3 miejscu. Tak się nie robi, jeżeli mówi się o tym, jak ważne są kobiety.

Można było dać ich więcej na jedynki. Szkoda, że tak nie zrobiono. Poza tym zawsze jest źle – a mówię to na przykładzie mojego okręgu – jeżeli ktoś, kto ma jedynkę, robi wszystko, aby w pobliżu nie było silnych osób, wtedy mamy mandat ale nie mamy dobrego wyniku.

Ludzie, którzy nie czują wspólnoty z liderami, którzy są zostawieni sami sobie, są rozczarowani, nie robią kampanii i nie uzyskują głosów. Wystarczy porównać wyniki kandydatów z list KO i PiS.

Największe błędy Platformy Obywatelskiej w tej kampanii?

W PO brakuje wyraźnego przekazu, co tak naprawdę myślimy np. o rozdzieleniu Kościoła od państwa, co myślimy na temat religii w szkołach, co myślimy o reformie zdrowia. Ludzie lubią jasny zwięzły przekaz, a nasz był rozwodniony. Proszę spojrzeć na Lewicę. Oni nie bali się mówić zdecydowanie i jasno, więc Ci którzy się wahali jednak wybrali Lewicę.

Cały czas jest też zbyt mało nowych ludzi. Uważam – biorąc pod uwagę oceny, sugestie i komentarze, a także rozmowy, które odbyłam podczas kampanii do PE, kiedy przejechałam i przeszłam wiele kilometrów – że niestety Grzegorz Schetyna nie jest liderem, który przyciąga wyborców do partii, a czasami wręcz zniechęca swoich.

Czego mu brakuje?

Kiedy spotyka się pani z człowiekiem, to jego mimika i jego postawa albo powodują, że człowiek mówi: „Wow, na niego zagłosuję”, albo odpychają. Lubię Grzegorza i wiem, że był bardzo sprawny jako sekretarz, w najlepszych czasach PO, jednak jako lider chyba nie poprowadzi partii do zwycięstwa.

Wyniki tego wąskiego trzonu, który podejmuje decyzje, pokazują, że czas takich polityków się kończy.

Mówimy o Grzegorzu Schetynie, Sławomirze Neumannie?

O Schetynie, Neumannie, Tyszkiewiczu. To jest ta grupa, która podejmuje decyzje i która dostała bardzo słabe poparcie wyborców.

Wielu wyborców twierdzi, że politycy PO są oderwani od rzeczywistości. Żyją w wielkomiejskich bańkach i nie widzą problemów i priorytetów ludzi np. z Podkarpacia, czy z Warmii i Mazur.

Po pierwsze, jeśli szef jest otoczony bardzo wąską grupą ludzi, którzy nie są miarodajnymi informatorami na temat rzeczywistości, oraz jeśli tzw. baronowie lub ich grupa ma wpływ na decyzje, miejsca, ludzi, to tworzy się układ niesprzyjający obiektywnej ocenie rzeczywistości. Po drugie, jeśli nie mamy sprecyzowanego swojego wyborcy albo nie komunikujemy odpowiednio, wtedy trudno liczyć na sukcesy.

I po trzecie jeżeli nie ma rozliczania z wyników, tylko jest poprawianie sobie humorów, to nigdy nie będzie dobrze. Wiec jeżeli czytam, że opozycja nie powinna się rozliczać to mnie to już zaczyna śmieszyć. Jeżeli dzisiaj nic nie zmienimy, jeśli dziś nie postawimy na nowych ludzi i na nowe twarze, młode twarze, na nowych liderów w regionach, to umówmy się, że nie ma co liczyć na sukces.

To są trzecie przegrane wybory. Przegraliśmy samorządowe, przegraliśmy europejskie, które powinniśmy wygrać, i teraz też przegrywamy. Pierwsze co się nasuwa na myśl to konieczne zmiany.

To oznacza, że Grzegorz Schetyna nie potrafi zrozumieć, że nie jest najważniejszy?

Jeżeli ktoś mówi, że ważna dla niego jest Polska, a jednocześnie traci członków, wyborców i przegrywa, to powinien podporządkować swoje prywatne ambicje pod nadrzędne wartości.

Wiem, że to nie jest łatwe i proszę mi wierzyć, że przykro mi to mówić, bo chciałabym, aby szef był tą osobą, która motywuje do działania, wygrywa. Jednak każdy w PO, kto spotyka się z ludźmi, słyszy ze wszystkich stron: Zmieńcie lidera. Zmieńcie liderów. Dlaczego ten Schetyna? Zmieńcie go. On źle działa.

Trzeba schować partykularne interesy?

Tak i tych baronów trochę też pogonić.

Kogo ma pani na myśli?

Wszędzie, gdzie myśmy przegrali, gdzie straciliśmy poparcie, gdzie ono jest mniejsze albo gdzie straciliśmy województwa, jeżeli chcemy być partią europejską, to obecni liderzy powinni zachować się honorowo i zrezygnować.

Chciałabym aby taka była PO, bo jest w niej wielu wspaniałych ludzi, i kobiet i mężczyzn. Mam nadzieję, że będą mieli odwagę wprowadzić zmiany, że to nie osłabianie, że będą wiedzieli, że nie są one skierowane przeciwko komuś. Przecież żadna demokratycznie działająca partia po 3 przegranych z rzędu, nie pozwoli sobie na to, aby nadal kierowała nią ta sama osoba. To dotyczy także liderów w regionach.

PO ma problem, bo elektorat centro-lewicowy w części trafił do Lewicy, część centro-prawicowego zagarnął PSL. Może problemem jest to, że część polityków platformy nie wiedziała, o kogo tak naprawdę zabiega?

Z pewnością. Naszym błędem było także niechodzenie do telewizji publicznej. Mówiłam, że jeżeli nie chodzimy to nikt nas nie usłyszy, a przecież w małych środowiskach ogląda się głównie TVP. Błędem było, że lider nie poszedł na debatę, tak jak poszedł Kosiniak-Kamysz, który po tej debacie na pewno zwiększył poparcie dla PSL-u/

I niestety, z przykrością to mówię, ale jednak wystąpienie Lecha Wałęsy na naszej konwencji też było niewypałem. Tam trzeba było jakichś młodych samorządowców, którzy będą mówili do młodego pokolenia. Pewien etap historii się skończył i trzeba patrzeć do przodu.

W PO brakuje dobrych doradców?

Brakuje tych, którzy umieją słuchać i mają odwagę krytykować. Poza tym my przecież mamy program, a wszyscy powtarzają, że błędem PO było to, że go nie ma. To oznacza, że nie umieliśmy tego sprzedać.

To, co jest problemem to regionalne sztaby, źle kierowane bez spójnego politycznego przekazu, często bez wizji i pomysłów. Sztab powinien pracować na wszystkich, bo jeżeli ktoś się decyduje działać, dawać swoje nazwisko, to powinno się robić wszystko, żeby jego również wspierać i pokazywać. Tego właśnie zabrakło. Zabrakło wizji kampanii dla wszystkich startujących w danym regionie.

Każdy wziął się za swoją indywidualną kampanię, bo to jest normalne, nikt przecież nie będzie czekał. Zresztą ja też tak robiłam, bo nie mogłam liczyć na sztab. Po co powoływać sztaby, skoro one nie działają na rzecz takiego spójnego wizerunku partii?

W kampanii przed wyborami do PE podkreślała pani, że pani sukces to wynik spotkań z wyborcami, zaglądania do najmniejszych miejscowości, a wielu ludzi ciągle uważa, że PO jest partią, która sprzyja przedsiębiorcom, lepiej sytuowanym. Politycy PO nie potrafią pozbyć się tego ze swojego wizerunku.

PO nie potrafi do końca przemawiać językiem normalnych ludzi. Proszę mi wierzyć, tych wyborców można przekonać. Oni mają dzieci, więc chcą, aby one się rozwijały i odnosiły sukcesy. Ale my niczego nie tłumaczymy, nie wyjaśniamy, jak ważny jest dobry wybór, jaki ma wpływ na przyszłość. Wyborcy muszą też czuć, że jesteśmy tacy jak oni, a nie lepsi.

W Polsce stało się coś strasznie złego. PiS wmówił ludziom, że nic nie muszą, bo oni dadzą. Mi to przypomina komunizm, bo dobrobyt zawsze bierze się z pracy. Duża część Polaków bierze różne zasiłki – nie krytykuję 500 plus – a to oznacza, że wychowujemy generację ludzi, którzy absolutnie będą uzależnieni od partii politycznej, bo ta partia nam pomoże albo nie.

Tak naprawdę jest to umacnianie biedy w różnych częściach Polski. Powinno się przecież promować, pobudzać chęć do pracy, do szukania rozwiązań. Natomiast wsparcie socjalne powinno być czymś na trudne czasy albo czymś dodatkowym, a nie że ludzie tylko i wyłącznie liczą na zasiłki.

Nie rozumiem, że do ludzi nie dociera też to, że wielu młodych z jakichś powodów wyjechało z Polski i nie chce tu wracać. Część z nich ma inną orientację, dlatego boją się braku akceptacji. Wielu chciałoby normalnie żyć, rozwijać się.

Ludzie są, mówiąc wprost, „wkurzeni”, że nikt nigdy nie promuje tej przedsiębiorczości. Chodzi o ludzi, którzy pracują, nie biorą żadnych zasiłków. PO też o tej grupie zapomniała, nie sięgnęła po nich. Wszyscy chcą dawać rybkę, zamiast wędki, bo tak łatwiej o głosy?

Ja też jestem zwolenniczką dawania „wędki”. Za chwilę nie będzie pieniędzy na 500 plus. Nie może być tak, że człowiek, który jest kreatywny, któremu się chce i który ciężko pracuje jest za to karany. A tak jest dziś w Polsce.

Nasz głos kierowany do tych osób rzeczywiście zbyt słabo wybrzmiał. Tak samo w przypadku służby zdrowia. Mamy do czynienia z totalną katastrofą. Badania pokazują, że Polacy umierają, bo mają problemy z dostępem do specjalistów, z szybką diagnozą. O tym też za mało mówimy.

Ludzie nie zdają sobie sprawy, jak życie wygląda w takich przypadkach. Nie zdają sobie sprawy, że dzieci, które są wychowane według reformy PiS, nie będą w ogóle atrakcyjne na rynkach pracy, nie będą konkurencyjne. To jest tragedia dla Polaków.

Nasze słowa zbyt nie wybrzmiewają, już nie mówiąc, że my jako nowoczesna partia, jesteśmy tak słabi w mediach społecznościowych. Widzę, że pod wpisem PO jest może ze sto polubień. Katastrofa.

Na Podkarpaciu, które od dawna określa się jako matecznik PiS-u, nawet szef PO w regionie, Zdzisław Gawlik, nie dostał się Sejmu. A wszystkie mandaty, jeśli mowa o Senacie, trafiły do PiS-u. PO odpuściła sobie Podkarpacie?

PiS ma bardzo duże wsparcie Kościoła. Politycy tej partii są w każdej najmniejszej miejscowości, gdzie i ja dostaję zaproszenie na różne wydarzenia. Trudniej tam o działaczy PO. Wynika to też oczywiście z tego, że tak dużo jest posłów PiS.

Odnoszę wrażenie, że w Platformie jest wielu ludzi pełnych energii, zresztą mówiłam to po wyborach do Parlamentu Europejskiego, których się odsunęło i cały czas się odsuwa. Nie rozumiem tego. Nie chcemy dopuścić tych, którym się chce, bo stanowią dla niektórych zagrożenie, a takie myślenie jest katastrofą dla partii politycznej.

Jednak PO nie do końca odpuściła sobie Podkarpacie. Kiedy rządziliśmy, to naprawdę dużo zrobiliśmy. Zawiodła jednak komunikacja. Za mało było nas w małych miejscowościach. Cały czas jest za mało pracy u podstaw.

Może być lepiej? Jest jeszcze potencjał?

Jest. Przed chwilą rozmawiałam z Pawłem Poncyliuszem, który mówi: „Ela, ilu ludzi chce, ilu działa, ale twierdzą, że musi się coś zmienić w PO, żeby oni weszli do tej partii”. Jest nadzieja w ludziach, w młodym pokoleniu.

Jednak jeżeli partia robi się towarzystwem wzajemnej adoracji w wąskim gronie, to wyborcy na pewno oceniają to negatywnie.

Jest pani tak zwyczajnie rozczarowana?

To jest moja jedyna partia. Tworzyłam ją na Podkarpaciu. Poświęciłam dla niej bardzo wiele, co odczuła także moja rodzina, dlatego jest mi smutno, że tylu wspaniałych ludzi nie ma odwagi zrobić pewnych zmian w tej partii. Czasem nieduże zmiany rodzą niesamowity sukces.

Kogo miała pani na myśli pisząc na Twitterze: „Szkoda, że niektórzy nie wypili szklanki zimnej wody przed wygadywaniem głupot”?

Chodziło mi o te nieszczęsne taśmy Neumanna. Powiedział po wyborach do PE, że nie powinnam tyle gadać, tylko powinnam napić się wody. Żałuję, że zanim on wypowiadał te żenujące, niegodne polityka, głupoty na spotkaniach, nie napił się porządnego łyka wody.

Oj, Kaczyński. Iść po większość konstytucyjną i potęgę, która zawstydziłaby Orbana z Erdoganem. Zostać zakładnikiem Ziobry bez Senatu. #tylewygrać

Kmicic z chesterfieldem

– Na pewno nie był to imponujący wynik – mówiła w TVN24 Małgorzata Kidawa-Błońska o liczbie głosów zebranych przez Grzegorza Schetynę. Polityk PO zapewniała przy tym, że lider jej partii zrobił wiele dobrego w trakcie kampanii. Nie chciała za to powiedzieć, czy będzie kandydować na fotel szefa PO.

Szef Platformy Obywatelskiej Grzegorz Schetyna dostał co prawda mandat w okręgu nr 3 (Wrocław), ale jego wynik jako „jedynki” list Koalicji Obywatelskiej pozostawia wiele do życzenia. Mirosława Stachowiak-Różecka (kandydatka PiS w wyborach na prezydenta Wrocławia z 2018 roku) zdobyła ponad 91 tys. głosów, a Schetyna niecałe 67 tys.

„Kropce nad i” w TVN24 o ten wynik lidera PO pytana była Małgorzata Kidawa-Błońska, kandydatka KO na premiera w tegorocznych wyborach. – Na pewno nie był to imponujący wynik – oceniła polityk Platformy Obywatelskiej. Sama Kidawa-Błońska ma powody do zadowolenia, bo w Warszawie zgarnęła ponad 416 tys. głosów, stając się „lokomotywą” listy KO w stolicy.

View original post 844 słowa więcej

 

Duda zrobiony na szaro przez Trumpa

Andrzej Duda udzielił wywiadu Telewizji Polskiej. Rozmowa dotyczyła m.in. kwestii amerykańskich baz w Polsce.

Polityk najpierw został zapytany o Donalda Trumpa. „Nie mamy właściwie takich tematów, w których nie mielibyśmy wspólnego stanowiska. Ja bardzo lubię słuchać też opinii pana prezydenta Donalda Trumpa na różne kwestie związane z wielką polityką światową” – mówił Duda.

Ton, w jakim wypowiadał się prezydent, zadziwił nawet dziennikarza TVP. Redaktor zapytał go o to, czy słowa Trumpa nie są zwykłą kurtuazją. „Trump jest rzeczywiście człowiekiem sympatycznym, ja go osobiście bardzo lubię, bo to jest taki człowiek ciepły. No miło mi było, że tak powiedział, oczywiście że jest w tym wiele takiej grzeczności sympatycznej, ale no… miło jest usłyszeć dobre słowo” – odpowiedział Duda.

Entuzjasta Trumpa nie chciał poruszyć tematów trudnych, które mogłyby uderzyć w dobry PR amerykańskiego przywódcy. Duda nie chciał skomentować sprawy impeachmentu. „To są wewnątrzamerykańskie sprawy, więc trudno mi je komentować. Na pewno sprawa zostanie w szczegółach zbadana, proszę też pamiętać moment, który mamy, w Stanach zaraz się rozpocznie kampania prezydencka” – urwał.

W dalszej części rozmowy dziennikarz przeszedł do wypytywania o obecność amerykańskich wojsk w Polsce. Redaktor zasugerował, że tworzenie baz w Europie służy po prostu amerykańskim interesom (Polska będzie je budować za swoje pieniądze…). „Panie redaktorze, proszę pamiętać, że każde państwo chce dbać o swoje interesy. W związku z tym jest dla mnie, że pan prezydent Trump dba o interesy Amerykanów. (…) To, żeby być w Polsce, jest w interesie Stanów Zjednoczonych, ale jest też w naszym interesie. I tu mamy szczęście, że te dwa interesy stykają się ze sobą” – rzekł na to Duda.

Ostatnią ważną kwestią, jaka została poruszona, była ostatnia wypowiedź prezydenta Emmanuela Macrona o Polsce. „Uważam, że była to wypowiedź co najmniej nieelegancka. My przeprowadziliśmy konferencję COP24 w zeszłym roku w grudniu w Katowicach. Ta wielka, światowa konferencja klimatyczna zakończyła się sukcesem. (…) To był i jest nasz wielki sukces właśnie na drodze ochrony klimatu. (…) Uważam, że powinniśmy realizować cele rozwojowe i ochrony klimatu, ale w taki sposób, żeby to nie zaszkodziło obywatelom”.

Wywiad doskonale pokazał… kondycję pana prezydenta. Internauci go po prostu zmasakrowali. „Ten facet nadawałby się na proboszcza jakiejś parafii, niekoniecznie w Warszawie… Trump to taki ciepły człowiek, którego ambicja życia jest budowa czegoś na wzór muru berlińskiego, tylko setki km dłuższego, który olewa swojego „najwierniejszego” sojusznika w Europie bo 300 km od jego chałupy ma przejść huragan, który traktuje kobiety jak przedmioty, który nie ma zielonego pojęcia gdzie leży 90% krajów na świecie a bajdurzy o polityce międzynarodowej, którego europejskim idolem jest Putin…. no to taki ciepły człowiek…” – to jeden z komentarzy, które cieszą się największą liczbą „polubień” w serwisie Gazeta.pl. Autor wpisu doskonale podsumował w nim polityczne osiągnięcia republikańskiego polityka.

Pomorze to region niepokorny. Region, który „warczy”. Jest więc w niełasce rządzących. Wystarczy spojrzeć na Energę i Lotos – firmy strategiczne dla Pomorza. Energa ma już ósmego prezesa i wszyscy oni zapracowali na utratę trzech czwartych wartości firmy. Karalna gospodarność to mało powiedziane! Co gorsza, Energa straciła swój atut, jakim był brak związków z węglem, czyli mocną pozycję na rynku energii odnawialnej. Rafineria Gdańska przekształciła się za sprawą prezesa Olechnowicza w silną Grupę Lotos, ale autor sukcesu nie przetrwał „dobrej zmiany”. Jest to największy na Pomorzu mecenas kultury i sportu. Zasila budżet Gdańska i województwa pomorskiego podatkami rzędu 50-60 mln złotych. Losy tej firmy po roku 2015 dobrze ilustrują mentalność rządzących, żywcem wziętą z PRL-u. Etatyzm i centralizacja służą politycznej kontroli nad gospodarką i lokowaniu tam miernych, ale wiernych. Energa i Lotos stanowią wymarzone lądowisko działaczy PiS i ich rodzin.

Bez złudzeń. Fuzja Orlenu z Lotosem nie urodzi żadnego europejskiego championa. Stworzy krajowy monopol, który dzięki dominującej pozycji na rynku będzie dyktował warunki swoim klientom. Nie tylko na rynku hurtowym, detalicznym i petrochemicznym, gdzie obecny duopol daje namiastkę konkurencji. Także na rynku asfaltu, dostaw paliwa lotniczego oraz kolejowych przewozów towarowych. W skali europejskiej będzie to mało znaczący średniak, pięciokrotnie mniejszy od norweskiego koncernu Statoil – najmniejszego wśród tych, którzy aspirują do europejskiej ekstraklasy. Im bardziej rząd zapewnia o zachowaniu odrębności Lotosu, tym bardziej maleje efekt synergii, czyli sens całej operacji. Za to realny wydaje się motyw fiskalny, czyli miliardy ze sprzedaży akcji Lotosu, jakże potrzebne na prezenty wyborcze. Ewentualna fuzja zamraża sektor paliwowo-energetyczny, gdzie nasza luka produktywności jest największa, co przeczy obietnicom ścigania Zachodu. Powstanie za to bardziej wydajne narzędzie sponsorowania inicjatyw politycznych PiS, w tym tak poronionych, jak Polska Fundacja Narodowa.

Jest w tym ideologicznym zamyśle fuzji, szkodliwej dla Pomorza, europejski aspekt, który mnie niepokoi. Silny lobbing, uprawiany w Brukseli, na rzecz połączenia Orlenu z Lotosem, czyli narodowego championa, bardzo służy Niemcom i Francuzom, którzy nie mogą się pogodzić z zablokowaniem przez Komisję Europejską fuzji Siemensa z Alstomem. Zablokowanej, dlatego, że fuzja dwóch kolejowych gigantów mogłaby doprowadzić do zmonopolizowania rynku europejskiego. Lobbing na rzecz naszego, krajowego monopolu, który chciałby udawać europejskiego championa, de facto dostarcza argumentów Berlinowi i Paryżowi, które to stolice forsowały projekt faktycznego, kontynentalnego championa, niewygodnego z punktu widzenia polskich interesów.

Kaczyński realizuje swoje marzenia a jego otoczenie realizuje swoje interesy. Są też pożyteczni idioci.

Kmicic z chesterfieldem

Politycy PiS zaatakowali profil społecznościowy – SOK Z BURAKA krytykujący ich rządy. Jest to reakcja na pisowskie afery związane z hejtem w ich obozie.

Rządzący zareagowali na artykuł Sieci w którym czytamy, że zarządzający Sokiem z Buraka pracuje w warszawskim ratuszu.

– Powszechnie uważa się za stronę z memami, żartami związanymi z polityką. Ale do śmiechu jest tam tylko tym, którzy nienawidzą PiS, uwielbiają PO, nie przeszkadza im knajacki język publicznej debaty i nie silą się na weryfikowanie prawdziwości tego, co czytają. Bo Sok z Buraka to mieszanka drwin, manipulacji i kłamstw – opisuje propisowska gazeta.

Patryk Jaki postanowił zawiadomić prokuraturę. – Warszawski ratusz wycofał się z obietnic wyborczych. Nie było pieniędzy na żłobki, czy niepełnosprawnych, ale znalazły się pieniądze dla osoby, która organizuje Sok z Buraka, największe fekalia, ściek, fabrykę fejków w internecie, finansowaną z pieniędzy warszawiaków. To jest coś nieprawdopodobnego. Jutro skieruję…

View original post 1 648 słów więcej

 

Polską rządzą skorumpowani idioci i niebywali prostacy

Stefan Niesiołowski udał się do kina na film Patryka Vegi Polityka i podzielił się swoją refleksją na temat najnowszego dzieła reżysera.

Film Patryka Vegi „Polityka” pojawił się na ekranach w jednym z ważniejszych momentów walki o demokrację w Polsce. Jest to film ważny i potrzebny. Pokazuje jednoznacznie, że Polską rządzą przede wszystkim skorumpowani idioci, ale także ludzie do szpiku kości zakłamani, cyniczni, pełni kompleksów, mściwi, małostkowi, wyjątkowo zachłanni na pieniądze, za to z ustami pełnymi frazesów o patriotyzmie, religii, dobrej zmianie, poświęceniu itp.

Przed podjęciem zasadniczej decyzji w kabinie wyborczej warto zobaczyć jak wyglądają kulisy pisowskiej władzy, kim są ludzie, którzy sprawują autokratyczną władzę nad Polską, jakim językiem mówią między sobą i o nas, o co im naprawdę chodzi i czy warto powierzyć im władzę na kolejne lata, a być może na bardzo długo?

Polską rządzą niebywali prostacy, policja polityczna, której ponury zwierzchnik o fizjonomii przypominającej znanych oprawców i w takich też okularach, gromadzi papiery, kwity, haki na przeciwników politycznych, a rozpolitykowany ksiądz, który cały czas wyciera sobie gębę Panem Jezusem i Świętym Piotrem wyciąga łapy po publiczne pieniądze, załatwia pracę dla absolwentów i pomagierów swojego medialnego imperium.

Polska w tym filmie, a więc Polska pisowska, jest dla swoich, a demokracja zredukowana została do groteskowej fasady, gdzie premierzy są malowani, prawdziwa władza jest w partyjnej centrali, istnieje policja polityczna, ordery, pieniądze, limuzyny, zaszczyty, tytuły i różnego rodzaju przywileje są dla swoich, a pytanie – czy on jest nasz – jest decydujące o losach i przyszłości ludzi.

O tym jak długo tak będzie wyglądał nasz kraj, być może zadecydują nadchodzące wybory i dlatego wszystko co może przyczynić się do wyrwania Polski z rąk ludzi łapczywych na władzę, przywilej, pieniądze, a przy tym niebotycznie głupich i ograniczonych, ma ogromne znaczenie.

Być może do odzyskania utraconej demokracji w jakimś stopniu przyczyni się film Patryka Vegi? Dlatego nie podzielam poglądu niektórych krytyków kręcących nosem i wybrzydzających na „przerysowaną” sołtysową (no jednak aż taka nie jest), zbyt łapczywego na pieniądze przynoszone w paczkach teczkami pupila ministra obrony, czy zacierającego tłuste łapki i obłudnie powtarzającego co kwadrans – alleluja i do przodu czcigodnego kapłana wychowawcę młodych pokoleń.

Oni pisowcy nie mają takich skrupułów, najpierw przez wiele lat bredzili o zamachu smoleńskim i pod hasłem szukania winnych zamachu, których nazwiska jednocześnie w swoich mediach wymieniali, podpalali Polskę, a potem zachwycali się szmirą pt. „Smoleńsk”.

Oni nie mieli wątpliwości i witali z kwiatami wracającą po sromotnym głosowaniu (27:1) „bohaterkę” wyli z zachwytu po słowach – te pieniądze im się po prostu należały, podobnie jak w innych podobnych sytuacjach np. po uchwaleniu głupiej ustawy o IPN, czy rezygnacji marszałka dobrej zmiany.

Oni nie mają wątpliwości, ani wahań nad przyznawaniem gigantycznych funduszy telewizji na załganą telewizję, reżimowe media służące opluwaniu każdego kto nie jest z nimi, na media nadużywające imienia Matki Boskiej i na reklamy z budżetu państwa czyli z naszych pieniędzy na gazety robiące wrażenie redagowanych w Moskwie.

Wątpliwości mamy tylko my i dlatego proszę się nie dziwić, że ten reżim trwa dłużej niż trwać powinien. Polska już kilka razy w swojej historii sama pogrążała się w bezwładzie niemocy i rozkładzie, a pisowska dyktatura jak każda do tego tylko jest zdolna i taki też musi być ostateczny rezultat pisowskich rządów. To w jakimś sensie jest nawet dobre bo prowadzi do tej dyktatury upadku. Tak jak na żadnym pogrzebie nikt nigdy nie widział nowotworu, który był sprawcą zgonu. Tyle tylko, że dyktatury czasami długo trwają. Na szczęście na razie upadek PiS-u zależy od nas.

Mniej więcej od trzech lat powtarzam, że jeśli mamy w ogóle marzyć o sukcesie wyborczym (i jakimkolwiek innym) to konieczne jest wyrzucenie, albo przynajmniej schowanie Schetyny. Wreszcie (podobno pod naciskiem firmy marketingowej) Metternich z Wrocławia zgodził się trochę się schować i zaproponował na stanowisko premiera, a więc lidera kampanii Małgorzatę Kidawę-Błońską. Z pewnością jest to ruch dobry, chociaż jak wszystko u Schetyny oszukańczy bo cała jego klika z takimi orłami jak Kierwiński, Tyszkiewicz itp. decyduje o wszystkim i po wyborach wszystko wróci do status quo ante, ale przede wszystkim beznadziejnie spóźniony.

Obecnie bardzo trudno sobie wyobrazić, aby mogło to radykalnie coś zmienić. Ale im mniej Schetyny i jego kliki tym większa szansa na sukces. Ważne jest, aby możliwie dobre wyniki uzyskały komitety Koalicji Polskiej (PSL, UED, Kukizowcy) i Lewicy bo to być może pozbawi PiS samodzielnej większości?

Brunatna dyktatura PiS jest jeszcze w wersji light, po wyborach będzie hard.

Kmicic z chesterfieldem

Miał być bez deficytu, a tu nagle okazuje się, że będzie nowelizowany. Wszystko dlatego, iż zauważono, że w projekcie budżetowym na 2020 rok próżno szukać 13 emerytury… Duże koszty realizacji tego flagowego programu PiS, czyli ok. 10 mld zł nie pozwoliłyby domknąć budżetu bez deficytu – czytamy w INNPoland.

Mamy jednak w najbliższej perspektywie wybory, PiS pali się do władzy, więc bez względu na wszystko będzie nowelizacja i to głównie po to, by umożliwić w 2020 r. wypłatę 13 emerytury. Na antenie radiowej jedynki Joachim Brudziński zapewnił, że dodatkowa wypłata dla emerytów „będzie zachowana”.  „Mało tego, rozszerzyliśmy ją w zapowiedzi Jarosława Kaczyńskiego: w 2021 r. ta trzynasta emerytura będzie zwiększona o kolejną, czyli czternastą” – zapowiadał.

Na antenie Radia Zet podobną deklarację złożył szef KPRM Michał Dworczyk: „Trzynastka będzie zapisana w przyszłorocznym budżecie. Jeżeli PiS wygra wybory, będzie oczywiście trzynastka (…). Środki są nawet w obecnym budżecie w…

View original post 1 961 słów więcej

 

Antykonstytucja PiS

Biorąc pod uwagę stosunek PiS do obecnie obowiązującej Konstytucji, jego filozofię polityki i programową faktyczną marginalizację funkcji jurydycznej ustawy zasadniczej, znacznie bardziej pasuje do PiS-u państwo bez Konstytucji – piszą prof. Zajadło i prof. Koncewicz. Uzasadniają dlaczego każda konstytucja pisana przez PiS będzie Antykonstytucją

Lekcja ostatnich czterech lat przynajmniej dla prawników jest jasna: PiS realizuje swoją własną wizję konstytucyjną, która w sposób diametralny odchodzi od podstawowych założeń konstytucjonalizmu liberalnego, do którego byliśmy przyzwyczajeni po 1989 roku. Dla ewentualnie zdegustowanych słowem „liberalnego” proponujemy zamiennie – „oświeceniowego”, w sensie historycznych ideowych korzeni współczesnego konstytucjonalizmu. 

Dla niektórych nasz tekst może się oczywiście stać łatwym celem ataku w tych wszystkich punktach, gdzie pojawia się słowo “liberalizm”. By uniknąć wszelkich wątpliwości – używając go nie mamy na myśli konkretnej doktryny politycznej, eksponujemy raczej jego etymologiczną podstawę – libertas, czyli wolność. Gdzieś w tle pobrzmiewa dalekie echo słów Cycerona z oratio pro Cluentioktórych istota jest kompletnie obca antykonstytucji: Wszyscy jesteśmy sługami praw, abyśmy mogli być wolni.

Dlaczego w tytule pojawia się słowo „konstytucja”, a nie „Konstytucja”? Całkiem świadomie. Nie chodzi bowiem o konkretną obowiązującą Konstytucję, lecz o konstytucję w ogóle jako pewien typ szczególnego aktu prawnego. Zbliżające się wybory parlamentarne stawiają bowiem na porządku dziennym pytanie o tak pojętą ustawę zasadniczą, gdyby PiS uzyskał w Sejmie i Senacie większość konstytucyjną.

Nie do końca wiemy, co aktualnie rządząca partia ma na myśli, kiedy mówi o konstytucji, ponieważ jej stosunek do obowiązującej Konstytucji jest – delikatnie mówiąc – ambiwalentny. 

W teorii konstytucjonalizmu już od dawna zwraca się uwagę, że konstytucja pełni różne funkcje – jednak

dla prawników najistotniejsza jest funkcja prawna chroniąca obywateli i wyznaczająca granice działania władzy.

Tę funkcję filozofia polityki PiS – oparta na idei pozakonstytucyjnego ośrodka decyzji politycznej – zdaje się traktować po macoszemu. Wydarzenia ostatnich dni potwierdziły jakby tę filozofię polityki – już bez ogródek przyznaje się, że oto istnieje w Polsce jakiś podmiot pozakonstytucyjny, będący niejako ostateczną instancją racjonalizacji wszelkich decyzji konstytucyjnych organów władzy. I że w PiS-owskiej wizji konstytucji jest to sytuacja normalna, czy wręcz pożądana.

Jeśli tak, to

może się okazać, że PiS mówiąc o konstytucji ma na myśli coś zupełnie innego niż to, co zakłada współczesna europejska kultura prawa.

Antykonstytucja. PiS jako doktryna

Budując swoją anty-Konstytucję PiS kieruje się dziesięcioma podstawowymi regułami. Ten antykonstytucyjny dekalog składa się na wyrafinowany projekt, który jednak z Konstytucją ma niewiele wspólnego. Raczej tworzy coś, co nazywamy w tym tekście Antykonstytucją.

Rację ma Kim Lane Scheppele, gdy pisze: “w momencie gdy mandat wyborczy i prawo są wykorzystywane w służbie nieliberalnego programu, mamy do czynienia z legalistycznym autorytaryzmem”.

Antykonstytucja jest ukoronowaniem takiego autorytarnego przewrotu ubranego w szaty prawa.

To ostatnie podlega bezlitosnej deformacji i instrumentalizacji w imię antykonstytucyjnej i niczym niekontrolowanej woli większości.

Po pierwsze, drastycznie zmienia się rola i rozumienie dokumentu konstytucyjnego: jego istotą nie jest już ochrona obywateli, ale odzwierciedlenie i  obrona unikalności państwa i narodu. Ten ostatni rozumiany jest w kategoriach stricte etnicznych. Konstytucja nie jest już dokumentem najwyższej rangi wyrażającym pewne uniwersalne zasady. Raczej staje się politycznym dokumentem wyrażającym reguły działania większości parlamentarnej “tu i teraz”.

Po drugie, rządy większości są uznane za świętość i ostateczne źródło legitymizacji prawa. Większość atakuje bezlitośnie konstytucjonalizm oparty na podstawowym założeniu, że zarówno wola rządzących, jak i narodu podlega konstytucyjnym ograniczeniom i musi się w tych ramach mieścić. Wola narodu wyrażona przez większość parlamentarną, staje się niczym nieograniczona. 

Po trzecie, prawo jest rozumiane jako wyraz politycznego działania danej większości i podlega wszechobecnej instrumentalizacji: prawo nie stanowi już elementu cywilizującego politykę, raczej prawo ma być polityce podporządkowane i być tak interpretowane, aby tym celom politycznym ślepo służyć. 

Po czwarte, zmienia się charakter konfliktu politycznego. Oponent polityczny nie jest już rywalem, którego w procesie demokratycznego dyskursu staramy się przekonać lub pokonać, nie kwestionując jednak w żadnym momencie jego legitymacji do rządzenia i patriotyzmu.

Obecnie polityczny przeciwnik staje się wrogiem, którego trzeba zniszczyć i który nie ma tytułu do reprezentowania ludzi. W imieniu narodu może przemawiać tylko ten, kto wywodzi się z jedynej słusznej opcji politycznej, ponieważ tylko on ma wyłączność reprezentacji. 

Po piąte, system “checks and balances” i podział władzy nie mają racji bytu, skoro to wola narodu, często rzekoma lub domniemana, jest decydująca.  

Po szóste, jednym z paradygmatów całego powojennego europejskiego konstytucjonalizmu, potwierdzonym w 1989 r., było ograniczenie władzy poprzez utworzenie silnego i niezależnego sądu konstytucyjnego. Ten paradygmat w Polsce po 2015 roku legł w gruzach.

Sąd konstytucyjny stał się instytucją fasadową, która dzisiaj jest wiernym sojusznikiem i przedłużeniem władzy wykonawczej. Polski trybunał konstytucyjny (pisownia z małej litery nie jest przypadkowa) jest parodią i wynaturzeniem idei konstytucjonalizmu.

Z dumnego kontrolera władzy został sprowadzony do poziomu instytucji serwilistycznej. Usłużność z jaką ten quasisąd realizuje program polityczny PiS i brak jakichkolwiek zahamowań tej partii w bezwzględnym tworzeniu spektakli konstytucyjnych, nie znajdują precedensu w historii współczesnego konstytucjonalizmu.    

Po siódmezasada państwa prawa nie jest już zasadą naczelną, która trzyma władze w ryzach i cywilizuje proces ustawodawczy. Raczej jest przeszkodą w pełnej ekspresji większościowej woli suwerena. Dlatego nikt w PiS o nią nie dba.  

Po ósme, międzynarodowe (ponadnarodowe) instytucje są wyśmiewane i poniżane jako obce, wrogie, elitarne, słowem takie, które nie rozumieją potrzeb narodu i ludzi.

Po dziewiąte, kolektywne rozumienie wspólnoty korzysta z bezwzględnego pierwszeństwa przed prawami i interesami jednostek. Te ostatnie mają walor tylko jako część wspólnoty, a nie jako jednostki wyposażone w przyrodzoną i niezbywalną godność.

Po dziesiąte, prawa człowieka w rozumieniu liberalnym definiujące mój status godnościowy stają się przywilejami przyznanymi z woli łaskawie nam panujących. Interesy wspólnoty są ważniejsze od indywidualnych praw podmiotowych, które dla władzy stają się niezrozumiałymi „pretensjami” jednostek. Te ostatnie muszą się wtopić we wspólnotę i akceptować jej pierwszeństwo. 

Antykonstytucja. Implementacja

My, prawnicy, traktując poważnie polską Konstytucję poruszamy się w świecie pewnych konwencji myślowych. Jest tak, ponieważ prawo samo w sobie jest, by odwołać się do wyrafinowanego pozytywizmu Herberta Harta, fenomenem konwencjonalnym.

Mamy więc swoje prawoznawcze paradygmaty dotyczące tworzenia, stosowania, wykładni, przestrzegania i obowiązywania prawa i chcemy/musimy się ich trzymać. Wpadamy jednak w pewną niebezpieczną pułapkę wówczas, gdy przychodzi nam funkcjonować w rzeczywistości, w której podważono samą istotę prawa – dalej odwołujemy się do swoich myślowych konwencji, mimo że zniknął ich przedmiot.

  • Obserwujemy więc pewne działania faktyczne i uznajemy je za złamanie Konstytucji.
  • Przyglądamy się pewnym inicjatywom legislacyjnym i mamy wątpliwości, co do ich materialnej i proceduralnej zgodności z prawem.
  • Oceniamy przyjęte w prawie zmiany i dochodzimy do wniosku, że są niekonstytucyjne.
  • Słuchamy pewnych interpretacji i nie możemy się oprzeć wrażeniu, że nie odpowiadają one ani literze, ani duchowi ustawy zasadniczej itd. itp. 

Wszystko dlatego, że – używając retoryki Ronalda Dworkina – traktujemy prawo poważnie. I słusznie, nie powinniśmy inaczej. A mimo to trudno nie mieć pewnego dysonansu poznawczego. Kompletnie abstrahujemy bowiem od tego, że

obecna władza – jako adresat naszych prawniczych argumentacji – żyje w świecie, w którym prawo utraciło swój konwencjonalny charakter i że nasze prawoznawcze paradygmaty nie mają w nim żadnego znaczenia.

Traktujemy lub przynajmniej chcemy poważnie traktować pewne wartości, zasady czy instytucje zapisane w Konstytucji, a tymczasem władza nie tylko że nie podchodzi do tego tak samo, to jeszcze wręcz dokonała ich całkowitej dekompozycji . Przykładów aż nadto.

Zacznijmy od słynnego zapisu z Preambuły Konstytucji, z którego byliśmy tacy dumni: „My, Naród Polski – wszyscy obywatele Rzeczypospolitej, zarówno wierzący w Boga będącego źródłem prawdy, sprawiedliwości, dobra i piękna, jak i nie podzielający tej wiary, a te uniwersalne wartości wywodzący z innych źródeł, równi w prawach i w powinnościach wobec dobra wspólnego – Polski”. 

Piękne słowa, ale jak je pogodzić z faktyczną polityką, uprzywilejowaną pozycją Kościoła oraz podstawową filozofią tej władzy i podziałem obywateli na lepszy lub gorszy sort?

Przejdźmy do zasad ustrojowych. Art. 4 Konstytucji brzmi dumnie: „Władza zwierzchnia w Rzeczypospolitej Polskiej należy do Narodu, a Naród sprawuje władzę przez swoich przedstawicieli lub bezpośrednio.

Jak to jednak pogodzić z filozofią tej władzy opartą na idei pozakonstytucyjnego ośrodka decyzji politycznej? Jak nie zżymać się na samą myśl, w jaką farsę zamienił się w Polsce proces legislacyjny? Jak poważnie traktować reprezentację Narodu, która zamieniła się w bezrefleksyjną maszynkę do głosowania?

Idźmy dalej – art. 7: „Organy władzy publicznej działają na podstawie i w granicach prawa”. Co my prawnicy mamy z tym zrobić w sytuacji, gdy minister z prezydenckiej kancelarii całkiem poważnie zaprezentował nam swego czasu następującą filozofię tej władzy: „Nakaz działania w granicach prawa nie oznacza zakazu działania poza prawem”.

Art. 10: „Ustrój Rzeczypospolitej Polskiej opiera się na podziale i równowadze władzy ustawodawczej, władzy wykonawczej i władzy sądowniczejKtoś jeszcze ma wątpliwości, że szereg działań podejmowanych od końca 2015 roku wobec organów wymiaru sprawiedliwości jest zaprzeczeniem zasady podziału władzy?

Wreszcie instytucje, np. wspomniany już Trybunał Konstytucyjny. Otrzymaliśmy ostatnio informację, że w 2019 roku wydał rekordowo mało orzeczeń – zaledwie kilkanaście. Ktoś mógłby powiedzieć – to świetnie, nie mamy problemu z konstytucyjnością ustaw. Niestety, jest raczej fatalnie, ponieważ potwierdził się scenariusz planowanej od samego początku dekompozycji tego organu.

Z tego punktu widzenia te kilkanaście orzeczeń to właściwie i tak o kilkanaście za dużo. Albo np. Krajowa Rada Sądownictwa. Tutaj aż trudno o komentarz, ponieważ „koń jaki jest, każdy widzi”. 

Tak więc my prawnicy poruszamy się w pewnym konwencjonalnym świecie, który dla drugiej strony w gruncie rzeczy nie istnieje, ponieważ dokonano w nim dekompozycji wartości, zasad i instytucji tej Konstytucji. Jej świat nie jest więc światem zgodności bądź niezgodności z Konstytucją, jest w istocie światem antykonstytucyjnym. 

Jeśli tak, to zważywszy na pewną szczególną filozofię polityki proponowaną przez PiS, zasadne wydaje się pytanie postawione w tytule tego tekstu. By na nie odpowiedzieć, musimy jednak najpierw ustalić jedno – jakie warunki musi/powinna współcześnie spełniać „konstytucja”, by rzeczywiście stać się „Konstytucją”? 

Kiedy “konstytucja” staję się “KONSTYTUCJĄ

Z perspektywy liberalnej (czytaj: oświeceniowej w przyjętym wyżej znaczeniu) konstytucja ma chronić obywatela i krępować władzę, tak aby większość nie mogła w sposób jednostronny i niekontrolowany dyktować swoich reguł gry i narzucać za wszelką cenę swoją wizję dobrego życia mniejszości. To warunek egzystencjalny dla każdej Konstytucji traktowanej na poważnie.  

Aby konstytucja zasłużyła na miano Konstytucji w XXI wieku musi być także wierna podstawowym zasadom europejskiego porządku konstytucyjnego, które nieprzerwanie po 1945 r. wyznaczają standard europejskiej kultury i praktyki konstytucyjnej.

Europejska tradycja liberalna zakłada prymat prawa nad polityką. 

Pomni tragicznych doświadczeń z przeszłości, gdy wola większości stawała się tępym narzędziem opresji i prowadziła do niewyobrażalnego bezprawia i zbrodni popełnianych w imię prawa, europejski konstytucjonalizm po 1945 roku odnalazł swoje powołanie i kierunek w wyeksponowaniu prawa jako tej siły, dzięki której Europa została odbudowana.

 W 1989 roku podobnie wierzyliśmy w moc sprawczą prawa i niezależnych instytucji, które miały być jasnym zerwaniem z okresem fasadowych instytucji i konstytucji papierowej. Projekt europejski opierał się na potężnym “Nie”, które miało wybrzmieć w stolicach europejskich.

“Nie” dla demokracji statystycznej i dyktatury urny wyborczej.

Każdorazowo wyłoniona większość musiała przestrzegać pewnych podstawowych reguł gry, które miały być ponadczasowe i znajdować się poza dowolnością zmiany, bo “wygraliśmy wybory”. 

Władza polityczna miała być jednak ograniczona nie tylko od wewnątrz (instytucje, procedury, sądy), ale także od zewnątrz (struktury europejskie), by polityczny wybór na poziomie krajowym już nigdy więcej nie doprowadził do autorytaryzmu i hekatomby w imię unikalności “mojego narodu”. W tym celu europejski konstytucjonalizm został zakorzeniony w symbolicznym “nigdy więcej” i składa się dzisiaj z kilku fundamentalnych zasad. 

Po pierwsze, konstytucja stanie się Konstytucją tylko wtedy, gdy wszyscy poddani jej władzy zaakceptują ją jako najwyższe prawo. 

Po drugie, obowiązkiem państwa jest przestrzeganie praw i wolności konstytucyjnych obywateli, które wyznaczają granice działania każdej władzy. 

Po trzecie, jeśli władza na poziomie krajowym zostaje poddana kontroli z zewnątrz w postaci silnego i niezależnego mechanizmu sądowej kontroli sprawowanej przez Europejski Trybunał Praw Człowieka w Strasburgu i Trybunał Sprawiedliwości w Luksemburgu. 

Społeczeństwa głęboko podzielone (a taka jest obecna Polska), to takie, w których grupy społeczne są głęboko przeorane przez fundamentalne konflikty o wizję państwa, jego funkcje i jego relacje z jednostką. 

Gdy dochodzi do pisania konstytucji w społeczeństwach podzielonych, brak konsensusu i gotowości ustąpienia powodują, że zamiast możliwego do osiągnięcia kompromisu, dostajemy dokument konstytucyjny, który opowiada się za jedną z wizji państwa i wartości oraz je konstytucyjnie wzmacnia. Odrzuca tym samym i marginalizuje wizje konkurencyjne, a w konsekwencji doprowadza do dalszych podziałów w społeczeństwie. I ci, których wizja państwa została odrzucona, czują się w swoim państwie obco. 

W ten sposób pisanie konstytucji w sytuacji podziału zakłóca delikatną równowagę społeczną, podkreśla (tym razem na poziomie konstytucji) różnice, zamiast je umiejętnie kontrolować i nimi zarządzać. Usankcjonowanie różnic na poziomie konstytucyjnym i danie priorytetu jednej wizji powoduje, że zmiana będzie utrudniona, ponieważ tym razem status quo jest ujęte w dokumencie konstytucyjnym. 

Antykonstytucja PiS

Biorąc pod uwagę stosunek Prawa i Sprawiedliwości do obecnie obowiązującej Konstytucji, jego filozofię polityki i programową faktyczną marginalizację funkcji jurydycznej ustawy zasadniczej, znacznie bardziej pasuje do PiS-u państwo bez Konstytucji. 

Sytuacja stałaby się bowiem bardziej transparentna, bez zbędnych pozorów i bez norm prawnych krępujących działania podmiotu ostatecznie racjonalizującego wszystkie decyzje organów państwa. Oczywiście, przemawia przez nas pewien sarkazm, ale wydaje się on w pełni uzasadniony. 

Mieszanie Konstytucji z polityką byłoby grzechem pierworodnym nowej konstytucji. Tym razem, w przeciwieństwie do prac nad konstytucją z 1997 r., której twórcy (co należy mocno podkreślać i przypominać) wzięli pod uwagę szerokie spektrum poglądów i stanowisk politycznych, takiego myślenia nie będzie. Twórcy Konstytucji 1997 roku chcieli chyba nawet za bardzo i za głęboko brać pod uwagę wszystko i wszystkich.

Nie miejmy więc złudzeń: nowa konstytucja byłaby konstytucją PiS-u i nikogo więcej.     

Po bezwzględnym przejęciu państwa, instytucji, niszczeniu dyskursu publicznego, tylko najbardziej naiwni mogą wierzyć, że głosy inne niż płynące z kwatery PiS byłyby wysłuchane. Niech wykluczenie opozycji z procesu legislacyjnego na skalę dotąd nieznaną, przepychanie poprawek pod osłoną nocy, nie dopuszczanie do głosu, będą ostrzeżeniem przed naiwną wiarą, że może w pracach nad nową konstytucją inni zostaną wysłuchani i ich punkt widzenia wzięty pod uwagę. 

Nowa konstytucja PiS byłaby jednostronnym aktem siły politycznej i narzucałaby spłaszczoną jednopartyjną wizję państwa oraz społeczeństwa. Dobra Polska to Polska PiS, dobra konstytucja to tylko konstytucja PiS, prawdziwi Polacy to tylko tacy, którzy na PiS głosują i to oni byliby Polakami, dla których konstytucja jest pisana. 

„Gorszy sort” nie jest przecież wart, aby być podmiotem pisania nowej konstytucji i nie zasługuje, aby być jej adresatem. Ta nowa konstytucja byłaby dla lepszego sortu ludzi. 

Nie dajmy się więc oszukać.

Odczytujmy hasło „Konstytucja dla ludzi, a nie dla elit” w sposób prawidłowy, bez socjotechnicznego lukru, jako „Konstytucja elit PiS dla wybranych”.

To nie byłaby Konstytucja ograniczeń, ale pychy, podziału i wykluczenia, pełna szumnych deklaracji dla „ludzi” (prawdziwych Polaków), a wszystko ozdobione nacjonalistycznym, katolickim i martyrologicznym ornamentem.

Pod znakiem zapytania stanęłaby więc nie tylko funkcja jurydyczna konstytucji, wątpliwe byłyby także jej funkcje integracyjna, stabilizująca i wychowawcza, a na plan pierwszy wysunęłaby się funkcja propagandowa.

Nie tak dawno w programie „Kropka na i” wystąpili prof. prof. Ryszard Bugaj i Waldemar Paruch. Rozmowa jakich wiele, w gruncie rzeczy merytoryczna, spokojna i wyważona. W pewnym momencie prowadząca red. Monika Olejnik odczytała depeszę, że decyzją premiera pociągi jednak pojadą do Kostrzynia (na festiwal Owsiaka).

Szef Centrum Analiz Strategicznych prof. Paruch nie potrafił ukryć pewnego zażenowania – no bo z jednej strony decyzja premiera była ze wszech miar racjonalna, ale z drugiej strony odsłaniała pewien dosyć siermiężny mechanizm sprawowania władzy – skoro premier musi się zajmować takimi banałami. 

Ale najciekawsze nastąpiło później. Na pytanie Olejnik, czy to Jarosław Kaczyński spowodował wycofanie pomysłu pozwu Ministerstwa Sprawiedliwości przeciwko krakowskim uczonym, prof. Paruch z dumą odpowiedział twierdząco. Sam pomysł pozwu za naukową analizę uznał za absurdalny i dodał: „Jednak na szczęście mamy jeszcze Jarosława Kaczyńskiego”. 

To z pozoru niewinne zdanie ponownie odsłania mechanizm sprawowania władzy i być może także pewną wizję konstytucji, tym razem już bez ogródek i do samego spodu. Ktoś powie – to szczerość trzeźwo oceniającego sytuację politologa. My twierdzimy jednak: dla mechanizmów demokratycznego państwa prawa to dramat. 

I nie ma sensu snucie jakichkolwiek bliższych czy dalszych historycznych analogii, ponieważ łatwo wówczas wpaść w nieuprawnioną przesadę. Jednak tak czy inaczej w środku Europy na początku XXI wieku ten model sprawowania władzy, ergo – konstytucji, to prostu absurdalny anachronizm.

Gdy wsłuchamy się więc uważnie w retorykę konstytucyjną nowej elity, wniosek dla obywateli III RP może być tylko jeden: nie możemy poddać się i pasywnie zaakceptować serwowany nam dzień w dzień konstytucjonalizm a la PiS.

Za Konstytucją z 1997 roku warto dzisiaj oddać jeszcze raz swój głos i pamiętać, że ta KONSTYTUCJA nam Polakom się po prostu udała. Nie dajmy sobie wmówić, że jest inaczej. 

Alternatywa jest jasna: niebezpieczna antykonstytucja. Jeśli nad potencjalną konstytucją PiS ma się nadal unosić duch idei nieformalnego centralnego ośrodka dyspozycji politycznej, to każda konstytucja w tym wydaniu, bez względu na swoja normatywną treść, będzie zawsze w gruncie rzeczy antykonstytucją.

* Tomasz Tadeusz Koncewicz – prof. dr hab., profesor prawa, adwokat, Kierownik Katedry Prawa Europejskiego i Komparatystyki Prawniczej Uniwersytetu Gdańskiego, 2017-2018 Fellow, Program in Law and Public Affairs (LAPA), Princeton University, profesor wizytujący na Radzyner Law School w Herzliyi w Izraelu, 2019 Fernand Braudel Senior Fellow w Europejskim Instytucie Uniwersyteckim we Florencji. Członek Rady Programowej Archiwum Osiatyńskiego.

** Jerzy Zajadło – prof. dr hab., filozof prawa, kierownik Katedry Teorii Filozofii Państwa i Prawa Wydziału Prawa Uniwersytetu Gdańskiego, Laureat nagrody im. Edwarda J. Wende (2017), członek Rady Programowej Archiwum Osiatyńskiego.

>>>

Konstytucja PiS-owi przeszkadza, przeszkadzają im Polacy, to nowa formacja kołtunów – amoralna, antyhumanistyczna i antychrześcijańska.

Kmicic z chesterfieldem

Po kilka tysięcy złotych wpłacili pracownicy państwowych spółek, ulokowanych w Bydgoszczy, na kampanię PiS przed ubiegłorocznymi wyborami samorządowymi. Złośliwcy twierdzą, że to swoisty „dowód wdzięczności” za zatrudnienie w kontrolowanych przez partię spółkach Skarbu Państwa.

Według „Gazety Wyborczej”, „rekordzistą” w Bydgoszczy jest Błażej Najdowski – przekazał ponad 21 tys. zł. To dyrektor techniczny Zespołu Elektrociepłowni Bydgoszcz, którego właścicielem jest państwowy gigant Polska Grupa Energetyczna. Zapytany o powód, dla którego wpłacił taką kwotę, Najdowski stwierdził, że musi się zastanowić nad odpowiedzią. Dodał, że powód… jest banalny. Nie wytłumaczył jednak reporterowi „GW, co miał na myśli.

Kolejny z listy Michał Krzemkowski wpłacił 14 tys. zł. Jako radca prawny obsługuje Wody Polskie, czyli spółkę powołaną przez PiS. Krzemkowski  jest też członkiem rady nadzorczej Polskiego Radia. 11,2 tys. zł wpłacił były bydgoski radny, Mirosław Jamroży, wiceprezes Enea Pomiary. Inny działacz PiS, który znalazł zatrudnienie w spółce skarbu państwa, Tomasz Rega, dyrektor oddziału Totalizatora Sportowego, wpłacił…

View original post 2 504 słowa więcej

 

Kaczyński w pancernej limuzynie?

Wyborcy popierajacych Partię #pis idą w dobrym kierunku. Nietrudno zauważyć duży spadek poparcia dla tej parti. Drożyzna i rachunki, coraz gorsze życie, pokazuje jak naprawdę oszukano własnych wyborców i Polaków. Obietnice #pis nic dobrego nie przyniosą.

Służba Ochrony Państwa, której funkcjonariuszom dość często ostatnio zdarzają się kolizje i wypadki, ogłosiła przetargi na zakup 25 nowych aut. Osiem z nich to luksusowo wyposażone limuzyny, którymi poruszać się będą najważniejsi politycy w kraju.

Jak informuje RMF FM, mają to być nie byle jakie samochody… Sprzedający będą musieli je wyposażyć m.in. w system multimedialny z TV, lodówkę, dźwiękoszczelne i termiczne szyby z dodatkowo elektrycznie sterowanymi roletami oraz wentylowane skórzane tapicerki, której wzór i kolor urzędnicy wybiorą przed podpisaniem umowy. W przetargu SOP zapisano także, że auta muszą mieć podgrzewane końcówki spryskiwaczy szyby przedniej.

Limuzyny dla VIP-ów muszą być fabrycznie nowe i pochodzić z 2019 r. Nie mogą mieć silników słabszych niż 340 KM, a długość każdego auta powinna być nie mniejsza niż 5,2 m. Poza tymi limuzynami SOP zamierza też kupić nieznacznie mniejsze samochody, terenówki oraz luksusowe busy. Nie wiadomo na razie, ile rząd wyda na te zakupy dla SOP. 22 lipca nastąpi otwarcie ofert przetargowych.

„Fabrycznie nowe auta mają być z 2019 r., nie mogą mieć silników słabszych niż 340 KM mocy, o momencie obrotowym co najmniej 450 Nm. Wszystko to, aby trudniej opanować było auto dla niedoszkolonych kierowców i aby mieli co rozbijać”; – „Na szpitale nie ma, ale dziwnym trafem na tv Kurskiego i limuzyny do rozbijania kasa jest”; – „Ubezpieczyciele i warsztaty już zacierają ręce” – komentowali rządowe zakupy internauci.

Absurdy PiS mogą zabić Polską, czyli nas.

Kmicic z chesterfieldem

Jednym z największych wyzwań XXI wieku przed którymi stoi Polska jest transformacja energetyczna. Odejście od węgla i włączenie się w walkę z globalnym ociepleniem jest obowiązkiem stojącym przed całym obecnym pokoleniem. Jest to także duża bitwa gospodarcza, ponieważ tania i dostępna energia stanowi atut w rywalizacji z innymi graczami światowej gospodarki. Nie bez znaczenia jest także cena energii dla samych konsumentów, co szczególnie pokazało desperackie dążenie rządu do refundacji podwyżek cen prądu. Do realizacji wszystkich powyższych celów potrzeba zatem wydajnego źródła energii. Tymczasem strategia rządu staje się na tle świata coraz bardziej zacofana. Głównym problemem polskich władz jest bowiem opóźnienie w czasie odchodzenia od węgla w celu zadowolenia licznego grona wyborców lobby węglowego, oraz zwalczanie z przyczyn ideologicznych energetyki wiatrowej na lądzie. Absurd obu założeń widać  szczególnie mocno na tle raportu Międzynarodowej Agencji Odnawialnych Źródeł Energii (IRENA) o kosztach produkcji odnawialnych źródeł energii.

Okazuje się bowiem, że te dynamicznie maleją…

View original post 3 701 słów więcej