Duda musi beknąć za Pawłowicz i Piotrowicza. Kidawa-Błońska obiecuje tych dwóch ancymonków wykopać z TK

Andrzej Duda po ciemku i po kryjomu zaprzysiągł nowych sędziów Trybunału Konstytucyjnego. Przyjął ślubowanie min. od Stanisława Piotrowicza oraz Krystyny Pawłowicz. Kandydatury te od dawna budziły ogromne kontrowersje nie tylko po stronie opozycji.

Fakt ten nie omieszkała, w bardzo emocjonalnych słowach, skomentować Małgorzata Kidawa-Błońska, których wielu postrzega jako potencjalnego następcę obecnego prezydenta. Dzisiaj prezydent Duda przyjął przyrzeczenie od dwóch sędziów Trybunału Konstytucyjnego – pani Pawłowicz i pana Piotrowicza. Jako wicemarszałek Sejmu mam ekspertyzy, które mówią, że wybór został wykonany z naruszeniem prawa – powiedziała kandydatka na prezydenta. Prezydent powinien to zatrzymać, ale skapitulował. To kolejny element niszczenia Polski, niszczenia naszego kraju. Sądy, służba zdrowia, szkoła… Wszędzie tam, gdzie PiS postanawia rozpocząć swoje działania, następuje zniszczenie-kontynuowała.

Najwazniejsza była jednak deklaracja, która dotyczyła ewentualnego objęcia przez panią wicemarszałek funkcji prezydenta. Kiedy będę prezydentem, znajdę rozwiązania prawne, które pozwolą zrewidować, czy wybór tych dwóch osób był dokonany zgodnie z prawem i będę wnioskowała do Sejmu, żeby przywrócił stosowanie prawa w tej materii.

 Trzymamy kciuki, aby ta obietnica stała się rzeczywistością.

Duda za bezprawne zaprzysiężenie Pawłowicz i Piotrowicza na sędziów TK musi beknąć.

Kmicic z chesterfieldem

„Obecnie Polska, według wskaźnika Giniego, określającego poziom różnic społecznych, zajmuje jedno z najlepszych miejsc w Europie” – stwierdził Jarosław Kaczyński. Niestety, z niedawnych badań wynika, że nierówności dochodowe w Polsce należą do najwyższych w Europie

Rosnące nierówności dochodowe i majątkowe to jeden z najważniejszych tematów ekonomicznych i politycznych ostatnich lat. Na Zachodzie, bo w Polsce z wyjątkiem pozaparlamentarnej (do niedawna) lewicy mało kto interesował się problemem. Listopad 2019 przejdzie do historii jako miesiąc, w którym politycy rządzący naszym krajem nareszcie go zauważyli.

I od razu rozwiązali.

“Obecnie Polska, według wskaźnika Giniego, określającego poziom różnic społecznych, zajmuje jedno z najlepszych miejsc w Europie” – stwierdził Jarosław Kaczyński w opublikowanej 26 listopada rozmowie z „Gazetą Polską”.

Prezes PiS musiał zaczerpnąć tę tezę od premiera Mateusza Morawieckiemu, który w exposé tydzień wcześniej mówił, że obecnie w Polsce „poziom nierówności jest taki, jak w Danii, a niższy niż przeciętnie w Europie. Niższy niż we…

View original post 2 899 słów więcej

 

Kaczyński ma obsesję władzy, chce ją bez końca

Do tej pory duża część komentatorów uważała, że PiS to taka partia, co chce dobrze, ale może sposób działania nie jest dobry, może nie umieją czy błądzą, ale mają dobre intencje. Uważam, że to właśnie jest błędne myślenie – mówi prof. Roman Kuźniar, politolog z Uniwersytetu Warszawskiego, dyplomata, b. doradca prezydenta Bronisława Komorowskiego. – Od początku było widać, że mają obsesję wręcz leninowską, na punkcie władzy. Nie chcieli normalnej władzy, jakiej każdy rząd potrzebuje, aby prowadzić dobrą politykę dla kraju, dla społeczeństwa, chcieli takiej władzy, która pozwoli im utrzymać się u władzy bez końca. Po to było to demolowanie podstaw demokratycznego państwa prawa. Chcą wszelkimi możliwymi środkami, także pozakonstytucyjnymi, zapewnić sobie władzę nieograniczoną, bezkarną i bezterminową. To są trzy atrybuty władzy, której pragną – dodaje. – Przypadek Banasia obnaża idealnie naturę i poziom tej partii – brak honoru, braku etosu, braku wstydu. Banaś ze swoim upadkiem etosu jest dla nich emblematyczny, ale to kwintesencja PiS-u – podkreśla

JUSTYNA KOĆ: Turcja i Kurdowie jak dwójka małych dzieci – musisz pozwolić im walczyć, a potem rozdzielić – powiedział kilka dni temu prezydent USA Donald Trump. Czy amerykańskiemu prezydentowi piaskownica nie pomyliła się z polityką międzynarodową?

PROF. ROMAN KUŹNIAR: Większości jego komentarzy, które wystrzeliwuje jak fajerwerki, dotyczących operacji tureckiej wskazują na gruntowny infantylizm jego myślenia o świecie i stosunkach międzynarodowych. Ten również o tym świadczy. To zresztą nie powinno być zaskoczeniem, bo dość szybko nas do tego przyzwyczaił. To oczywiście może być dla nas i tej części Europy trudniejsze do przyjęcia i akceptacji, bo w Polsce większość opinii publicznej, jak i partia rządząca, z entuzjazmem odnoszą się do Trumpa.

TAKIE SŁOWA W USTACH AMERYKAŃSKIEGO PREZYDENTA SĄ NIE TYLKO GŁUPIE, ALE I GROŹNE. NA SZCZĘŚCIE NIE TYLKO TRUMP ODZWIERCIEDLA STANOWISKO USA.

Jak wielokrotnie już było, jego administracja, wiceprezydent i ministrowie, próbuje jakoś tonować i bronić Ameryki i świata przed jego błędami i konsekwencjami jego wypowiedzi. Gdyby jednak spojrzeć tylko na jego słowa, to one wyglądają złowieszczo dla amerykańskich sojuszników, zwłaszcza dla takich państw jak Polska.

Polska powinna wyciągnąć wnioski z lekcji kurdyjskiej? To obraz tego, jak Trump potrafi pozostawiać sojuszników na pastwę losu?
Oczywiście nie da się tego wprost porównać, jednak logika jest tu ta sama: zostawiamy naszych sojuszników ot tak, nie próbując tłumaczyć, nawet fałszywie, takich zachowań. Albo podając tłumaczenia, od których włos się jeży, np. „bo nam się nie opłaca”.

My oczywiście jesteśmy w lepszej sytuacji niż Kurdowie, bo mamy własne państwo, które pod rządami obecnej władzy staje się coraz słabsze, jeżeli chodzi o jego zdolności obronne, ale to jednak państwo. Dziś raczej w ten sposób państw się nie atakuje, taka forma konfliktu z wielu powodów wychodzi „z użycia”. Polska na szczęście nie jest też tylko sojusznikiem Stanów Zjednoczonych, ale Sojuszu Północnoatlantyckiego, gdzie jest szereg innych państw, to powoduje, że stan naszego bezpieczeństwa jest dużo wyższy. Istnieją różne powiązania także z innymi członkami NATO.

Trzeba tu niestety wspomnieć, że Trump wielokrotnie krytykował sojusz i nawet ze swymi doradcami rozważał, jak wyprowadzić Stany z NATO, dopiero Kongres – Izba niższa i wyższa – wydały rezolucje wzywające go do powstrzymania się od tego rodzaju myślenia. Polska powinna to wszystko analizować i obserwować i nie wierzyć, że Trump ukochał specjalnie Polskę i wobec tego możemy na niego liczyć. Otóż nie,

NIE MOŻEMY LICZYĆ NA TRUMPA, JUŻ BARDZIEJ NA AMERYKĘ. ALE TEŻ DLATEGO TRZEBA BARDZO ROZWAŻNIE KSZTAŁTOWAĆ POLITYKĘ BEZPIECZEŃSTWA I SZUKAĆ BEZPIECZEŃSTWA W SOJUSZACH I WSPÓŁPRACY, KTÓRA NIE OGRANICZA SIĘ DO STANÓW.

Polska wiele oparła na Trumpie, a polski rząd i prezydent kochają amerykańskiego prezydenta. I ta polityka chyba się podoba opinii publicznej, bo właśnie w wyborach rząd dostał ponowny mandat na najbliższe 4 lata.
Tak, ale o wiele słabszy. Ja w ogóle nie nazwałbym tego zwycięstwem, skoro warunki gry były mocno nierówne. Nigdy w wyborach od 89 roku nie było tak nierównych warunków prowadzenia kampanii. Opozycyjna “Solidarność” wiosną 1989 roku miała pod tym względem lepsze warunki do prowadzenia kampanii, niż dzisiejsze partie opozycyjne. Przynajmniej nie była w tym momencie tak szkalowana i zastraszana jak czynił to PiS w stosunku do swoich oponentów przez cztery lata władzy.

To prawda, że PiS dostał przedłużenie mandatu, ale też wiadomo, że liczył na więcej. Sam Kaczyński nie jest głupi, „tylko” zły (w sensie politycznym) i rozumie, że ten mandat jest słaby – stracił przecież Senat. Mimo tak zmasowanych środków, począwszy od użycia pieniędzy podatnika po to, aby w prostacki sposób kupować część elektoratu, Kaczyński rozumie, że nie ma już takiego poparcia. Zresztą nigdy nie miał go tak naprawdę. To system wyborczy dał im samodzielne rządy.

W PIS-IE NIE MA POTENCJAŁU INTELEKTUALNEGO, ABY ZROZUMIEĆ ZAGADNIENIA Z ZAKRESU POLITYKI MIĘDZYNARODOWEJ I SPRAW ZAGRANICZNYCH. PO DRUGIE SĄDZĘ, ŻE ONI NIE PRZEJMUJĄ SIĘ W OGÓLE INTERESAMI POLSKI. INTERESY WŁADZY SĄ NADRZĘDNE NAD INTERESAMI KRAJU.

Dlatego wielkich oczekiwań w kwestii polityki zagranicznej mieć nie możemy, a to, co działo się do tej pory, nie kwalifikuje się do akademickiej definicji polityki zagranicznej. Może nie będzie przynajmniej kontynuacji – z dotychczasowym impetem – demolowania państwa polskiego, jego zdolności do sprawności, także w kwestiach bezpieczeństwa.

Pisze pan w ostatnim “Newsweeku”, że PiS jest świadomy szkód, jakie wyrządza Polsce, i pomimo tej świadomości robi wszystko, aby utrzymać władzę. To poważne oskarżenia.
Ja od początku nie miałem co do tego wątpliwości, chociaż do tej pory duża część komentatorów uważała, że PiS to taka partia, co chce dobrze, ale może sposób działania nie jest dobry, może nie umieją czy błądzą, ale mają dobre intencje. Uważam, że to właśnie jest błędne myślenie. Od początku było widać, że mają obsesje, wręcz leninowską, na punkcie władzy. Nie chcieli normalnej władzy, jakiej każdy rząd potrzebuje, aby prowadzić dobrą politykę dla kraju, dla społeczeństwa, chcieli takiej władzy, która pozwoli im utrzymać się u władzy bez końca. Po to było to demolowanie podstaw demokratycznego państwa prawa. Chcą wszelkimi możliwymi środkami, także pozakonstytucyjnymi, zapewnić sobie władzę nieograniczoną, bezkarną i bezterminową. To są trzy atrybuty władzy, której pragną.

MOŻNA POWIEDZIEĆ, ŻE KACZYŃSKI ODWRÓCIŁ PARADYGMAT LENINA, KTÓRY POTRZEBOWAŁ PEŁNI WŁADZY, ABY ZBUDOWAĆ PEWIEN SPECYFICZNY USTRÓJ SPOŁECZNY, PODCZAS GDY KACZYŃSKI I JEGO PARTIA PRÓBUJĄ BUDOWAĆ SPECYFICZNY USTRÓJ POLITYCZNY I SPOŁECZNY PO TO, ABY MIEĆ PEŁNIĘ WŁADZY. TO JEST BARDZO GROŹNE DLA POLSKI.

Czy Marian Banaś rzeczywiście postawił się Kaczyńskiemu i wrócił na fotel szefa NIK-u, czy to teatr dla opinii publicznej, a wszystko zostało ukartowane?
Bardziej prawdopodobna wydaje się ta druga hipoteza. Sam przypadek Banasia obnaża idealnie naturę i poziom tej partii – brak honoru, braku etosu, braku wstydu. Banaś ze swoim upadkiem etosu jest dla nich emblematyczny, ale to kwintesencja PiS-u. Niby próbują go odwołać, ale nie mogą, bo jest konstytucyjnie nieodwoływalny. Oni też chcą zmienić konstytucję, aby naród nie mógł ich odwołać. W interesie PiS-u jest, aby na stanowisku szefa NIK-u pozostał jednak człowiek zaufany i swój. On ma konkretną rolę do odegrania, zwłaszcza jeżeli chodzi o kontrolę władzy – NIK powinien właśnie wszystkie nieprawości czy nieudolności władzy pokazywać. Ktoś taki jak Banaś nie będzie należycie sprawować tej funkcji w państwie, które znalazło się pod kontrolą i na służbie jednej partii, jego partii. Oczywiście nie jestem pewien, czy ta hipoteza jest słuszna, ale biorąc pod uwagę przebiegłość PiS-u stawiam jednak na ten wariant.

Jakie znaczenie ma odbicie przez opozycję Senatu? PiS ciągle nie składa broni.
To ma ogromne znaczenie psychologiczne, bo pokazało, że PiS można pokonać. Nie uważam, że było to możliwe w wyborach do Sejmu, tutaj różnię się z tymi, którzy uważali, że można było te wybory wygrać. Jak mówiłem już,

PRZY TAK ZMASOWANEJ SKALI KŁAMSTWA, PRZEKUPSTWA I ZASTRASZANIA, BEZ RÓWNOŚCI SZANS MOŻNA BYŁO OSIĄGNĄĆ JEDYNIE TROCHĘ LEPSZY WYNIK, ALE NIE WYGRAĆ.

Zresztą to, co obserwujemy w tej chwili w głównej partii opozycyjnej, świadczy o pewnej niedojrzałości. Wracając do pani pytania, jeżeli opozycja nie zacznie do siebie strzelać, czy kopać się po kostkach, a jest to prawdopodobne w polskich warunkach, to Senat może odegrać bardzo ważną rolę, większą niż to zostało zapisane w konstytucji. Jeżeli Senat pozostanie zjednoczony, to będzie mógł powstrzymywać PiS przed różnymi szaleństwami i dalszym psuciem państwa. To także zmusi prezydenta przynajmniej do tłumaczenia się opinii publicznej ze swoich działań. Np. z bezrefleksyjnego podpisywania ustaw w środku nocy.

Kto powinien być kandydatem na prezydenta opozycji?
Moim zdaniem sporo osób z opozycji może względnie udanie pełnić rolę prezydenta, ale nie każda z nich może wygrać wybory z kimś takim jak Andrzej Duda. Wiem, że to, co powiem, może być odebrane jako stwierdzenie subiektywne, ale uważam, że prezydent Komorowski bardzo dobrze wywiązywał się ze swoich obowiązków, ale drugi raz wyborów nie wygrał. Dlatego czym innym jest zdolność do dobrego sprawowania obowiązków prezydenta,  reprezentowania godności majestatu Rzeczpospolitej, a czym innym zdolność do wygrania wyborów prezydenckich. Proszę spojrzeć na przykład pana Dudy, który przy bardzo dobrej kampanii i, trzeba przyznać, dość słabej Komorowskiego wygrał wybory, po czym okazał się prezydentem, który swoją małością dech zapiera. I nie mówię tu tylko o ostatnim dowcipie, którym uraczył prezydent na AGH, ale o tym, że poniża godność Rzeczpospolitej w poważniejszych, konstytucyjnych sytuacjach. Zatem to są dwie różne rzeczy.

OPOZYCJA POWINNA SZUKAĆ KANDYDATA, KTÓRY BĘDZIE MIAŁ ZDOLNOŚĆ POKONANIA OBECNEGO PREZYDENTA, A DOPIERO PÓŹNIEJ ZDOLNOŚĆ DO SPRAWOWANIA FUNKCJI. W GRONIE OPOZYCJI JEST WIELU POLITYKÓW, KTÓRZY DOBRZE PORADZĄ SOBIE Z FUNKCJĄ. NA PEWNO LEPIEJ, NIŻ OBECNY PREZYDENT, NATOMIAST NIE KAŻDY MA ZDOLNOŚĆ WYGRANIA Z NIM.

A czy Polska dojrzała do tego, aby mieć kobietę prezydenta?
To nie jest ta kwestia. Polska jest dojrzała do wielu spraw. Czasem niektóre media próbują nas ustawić w ten sposób, że właśnie do czegoś nie dojrzeliśmy. To też nie jest kwestia płci. Polacy zaakceptują i kobietę, i mężczyznę, pod warunkiem, że będzie dobra czy dobry. Życzę Polsce jak najlepiej i nie ma znaczenia, czy to będzie kobieta, czy mężczyzna, ważne, żeby kandydat mógł wybrać wybory. Mówiono, że Ameryka nie dojrzała, aby mieć czarnoskórego prezydenta, potem okazało się, że czarnoskóry kandydat wygrał wybory fruwająco, w kraju, który ma zasobne pokłady rasizmu. Zaś Hillary Clinton nie została prezydentem (choć warto pamiętać, że dostała znacząco więcej głosów od Trumpa) nie dlatego, że była kobietą, tylko nietrafnym w danym czasie kandydatem. To nie kwestia płci czy orientacji będzie decydować o tym, tylko potencjał polityczny kandydata.

O klerze i seksie >>>

Desperacja PiS

Wbrew lansowanej przez polityków opozycji i część przedstawicieli mediów tezie, że złożone przez Prawo i Sprawiedliwość protesty wyborcze to zamach na polską demokrację, wygląda to raczej na akt desperacji, przygotowany zresztą z bardzo dużym niechlujstwem prawniczym, wręcz pogłębiającym wrażenie chwytania się ostatniej deski ratunku. Dziś możemy już z dużą dozą pewności przyjąć, że próby przekupienia senatorów z opozycji, często intratnymi stanowiskami w rządzie i suto opłacanymi posadami w spółkach Skarbu Państwa spełzły na niczym. Dla Jarosława Kaczyńskiego to musi być duży szok, że nie wszyscy w polityce są tak zepsuci jak jego podwładni. Większość w Senacie staje się celem nieosiągalnym, co przekonanego o słuszności posunięć “dobrej zmiany” lidera PiS musi bardzo irytować.

Wnioski o unieważnienie wyborów w okręgach gdzie kandydaci partii rządzącej przegrali w bezpośrednim starciu nie mają zbyt wielkich szans na sukces, bo wygląda na to, że prawnicy Prawa i Sprawiedliwości popełnili przy ich sporządzaniu fatalny w skutkach błąd. Kodeks wyborczy daje bowiem możliwość merytorycznego rozpatrywania ich dopiero po spełnieniu warunków formalnych, a konkretnie tylko w przypadkach w nim przewidzianych. Jeśli zatem w samej treści wniosków nie znajduje się uzasadnienie dużo obszerniejsze niż to, które opisała depesza Polskiej Agencji Prasowej (ujawnione także w komunikacie SN), to los każdego z tych wniosków został przesądzony już w chwili ich złożenia. Zwrócił na to uwagę jeden z internautów na Twitterze, przywołując dokładnie treść art. 82 KW.

Każda inna decyzja sędziów SN, niż odrzucenie wniosków PiS z uwagi na brak wykazania przestępstwa przeciw wyborom lub naruszenia przepisów dotyczących samego głosowania będzie prawnym absurdem, w zasadzie dyskwalifikującym każdego z sędziów, którzy by się pod nim podpisali. Z kolei wykazanie przestępstwa lub naruszenia przepisów może być niemożliwe dlatego, że w każdej z komisji, które kwestionowane protokoły podpisali był przedstawiciel PiS, który będąc naocznym świadkiem liczenia żadnych nieprawidłowości nie odnotował.
Paradoksem może być zatem to, że partia rządząca na tyle skutecznie poprawiła zapisy Kodeksu Wyborczego w kwestii przeliczania głosów, że dziś, gdy zapewne z chęcią wynik lekko by “skręciła”, nie może tego skutecznie dokonać.

Oczywiście istnieje również opcja, że chęć władzy u Jarosława Kaczyńskiego jest już dziś tak silna, że przestaje już dbać o pozory i oszustwa wyborczego chce dokonać na oczach wszystkich, niezależnie od konsekwencji. Wówczas jednak skutków nie sposób dziś przewidzieć, a za chciwość lidera PiS zapłacimy wszyscy.

„Partia rządząca też ma prawo do wnioskowania o przeprowadzenie sądowej kontroli wyników głosowania.

Z formalnego punktu widzenia trudno jest krytykować rządzące w Polsce PiS za to, że zakwestionowało wyniki wyborów do Senatu z 13 października. W niektórych okręgach, w których PiS przegrało niewielką większością głosów partia rządząca domaga się ponownego przeliczenia głosów” – pisze Reinhard Veser w dzienniku „Frankfurter Allgemeine Zeitung” („FAZ”).

„Czy Polska jest jeszcze demokracją?”

„W rzeczywistości jednak to, co dzieje się w Polsce, nie jest normalnym postępowaniem, lecz papierkiem lakmusowym, który pokaże, czy Polska jest jeszcze demokracją” – zaznacza autor komentarza „Brzydkie podejrzenie”.

Sprawujący władzę narodowi konserwatyści od razu po wyborach dali wyraźnie do zrozumienia, że nie zaakceptują utraty większości w Senacie. „Po tym, jak kilka prób przekupienia parlamentarzystów opozycji zakończyło się fiaskiem, teraz sięgnięto po wymiar sprawiedliwości. Ten zaś PiS zmieniało na własne potrzeby natychmiast po wygranych cztery lata temu wyborach” – czytamy w „FAZ”.

„Skarga PiS budzi podejrzenie”

Decyzję o skargach PiS przeciwko wynikom wyborów podejmie nowo utworzona izba Sądu Najwyższego (Izba Kontroli Nadzwyczajnej i Spraw Publicznych – IKNiSP) składająca się z „dokładnie wybranych” sędziów. „Z tego powodu nasuwa się nieładne podejrzenie” – konkluduje Veser.

Politycy PiS sugerują, że podczas wyborów w sześciu okręgach senackich padło zaskakująco dużo głosów nieważnych. Chodzi o okręgi, w których kandydaci PiS zajęli drugie miejsca, przegrywając nieznacznie — o kilkaset, kilka tysięcy głosów — z kandydatami opozycji.

Dlatego PiS domaga się ponownego przeliczenia głosów w kilku okręgach i złożyło skargę w tej sprawie do Sądu Najwyższego. PiS oczekuje, by Sąd Najwyższy uznał, że część głosów nieważnych to tak naprawdę głosy oddane na kandydatów PiS.

„Ustalenie, iż część głosów zostało nieprawidłowo uznanych za nieważne, zaś w rzeczywistości powinny być one uznane jako głosy poparcia dla kandydata KW Prawo i Sprawiedliwość decyduje o tym, że najwięcej głosów uzyskał kandydat KW Prawo i Sprawiedliwość” — napisał we wniosku szef Komitetu Wykonawczego PiS Krzysztof Sobolewski.

Desperat Kaczyński

Wbrew lansowanej przez polityków opozycji i część przedstawicieli mediów tezie, że złożone przez Prawo i Sprawiedliwość protesty wyborcze to zamach na polską demokrację, wygląda to raczej na akt desperacji, przygotowany zresztą z bardzo dużym niechlujstwem prawniczym, wręcz pogłębiającym wrażenie chwytania się ostatniej deski ratunku. Dziś możemy już z dużą dozą pewności przyjąć, że próby przekupienia senatorów z opozycji, często intratnymi stanowiskami w rządzie i suto opłacanymi posadami w spółkach Skarbu Państwa spełzły na niczym. Dla Jarosława Kaczyńskiego to musi być duży szok, że nie wszyscy w polityce są tak zepsuci jak jego podwładni. Większość w Senacie staje się celem nieosiągalnym, co przekonanego o słuszności posunięć “dobrej zmiany” lidera PiS musi bardzo irytować.

Wnioski o unieważnienie wyborów w okręgach gdzie kandydaci partii rządzącej przegrali w bezpośrednim starciu nie mają zbyt wielkich szans na sukces, bo wygląda na to, że prawnicy Prawa i Sprawiedliwości popełnili przy ich sporządzaniu fatalny w skutkach błąd. Kodeks wyborczy daje bowiem możliwość merytorycznego rozpatrywania ich dopiero po spełnieniu warunków formalnych, a konkretnie tylko w przypadkach w nim przewidzianych. Jeśli zatem w samej treści wniosków nie znajduje się uzasadnienie dużo obszerniejsze niż to, które opisała depesza Polskiej Agencji Prasowej (ujawnione także w komunikacie SN), to los każdego z tych wniosków został przesądzony już w chwili ich złożenia. Zwrócił na to uwagę jeden z internautów na Twitterze, przywołując dokładnie treść art. 82 KW.

Każda inna decyzja sędziów SN, niż odrzucenie wniosków PiS z uwagi na brak wykazania przestępstwa przeciw wyborom lub naruszenia przepisów dotyczących samego głosowania będzie prawnym absurdem, w zasadzie dyskwalifikującym każdego z sędziów, którzy by się pod nim podpisali. Z kolei wykazanie przestępstwa lub naruszenia przepisów może być niemożliwe dlatego, że w każdej z komisji, które kwestionowane protokoły podpisali był przedstawiciel PiS, który będąc naocznym świadkiem liczenia żadnych nieprawidłowości nie odnotował.
Paradoksem może być zatem to, że partia rządząca na tyle skutecznie poprawiła zapisy Kodeksu Wyborczego w kwestii przeliczania głosów, że dziś, gdy zapewne z chęcią wynik lekko by “skręciła”, nie może tego skutecznie dokonać.

Oczywiście istnieje również opcja, że chęć władzy u Jarosława Kaczyńskiego jest już dziś tak silna, że przestaje już dbać o pozory i oszustwa wyborczego chce dokonać na oczach wszystkich, niezależnie od konsekwencji. Wówczas jednak skutków nie sposób dziś przewidzieć, a za chciwość lidera PiS zapłacimy wszyscy.

Protesty wyborcze latami rozpoznawała Izba Pracy i Ubezpieczeń Społecznych (IPiUS) SN. Sytuacja zmieniła się w kwietniu br.

Prezydencka ustawa utworzyła wtedy dwie nowe izby SN, a sprawy publiczne dostała powołana właśnie Izba Kontroli Nadzwyczajnej i Spraw Publicznych (IKNiSP). Dziś to ona orzeka o ważności wyborów i rozstrzyga protesty wyborcze.

Duda lekceważy orzeczenie NSA

Andrzej Duda nie uzasadnił, dlaczego to właśnie IKNiSP powinna decydować o ważności wyborów. „Jest tylko niewinne wymienienie kompetencji izby. Nie ma analizy, jakie to może mieć konsekwencje ustrojowe oraz dla naszych praw wyborczych” – zauważył w 2017 r. rzecznik praw obywatelskich Adam Bodnar.

Powodów nie trzeba było szukać – w ten sposób prezydent zapewnił sobie prawo obsadzenia izby o strategicznej roli. Do IKNiSP Duda powołał w sumie 20 nowych sędziów. Wszystkich wskazała mu upolityczniona Krajowa Rada Sądownictwa obsadzona pół roku wcześniej przez Sejm głosami PiS.

Prezydent był bardzo zdeterminowany, by wręczyć nominacje nowym osobom. Zlekceważył nawet orzeczenie Naczelnego Sądu Administracyjnego, który wstrzymał wykonalność uchwał KRS z wynikami konkursów do SN po skargach odrzuconych kandydatów. – Nominacje wbrew postanowieniom NSA podważają legitymację powołanych sędziów – uważa prof. UŚ Krystian Markiewicz, prezes stowarzyszenia sędziów Iustitia.

Dziś statusem osób w SN, które wskazała upolityczniona KRS, zajmuje się unijny Trybunał Sprawiedliwości po pytaniach prejudycjalnych o Izbę Dyscyplinarną (obsadzoną tak jak IKNiSP). W listopadzie TSUE może orzec, czy nowa KRS jest niezależna i jaki to miało wpływ na organizowane przez nią konkursy sędziowskie.

Izba czasami wierzga

Prezeską IKNiSP Duda uczynił dr hab. Joannę Lemańską, swoją koleżankę z Katedry Prawa Administracyjnego Uniwersytetu Jagiellońskiego. W izbie są również dr hab. Aleksander Stępkowski, były wiceszef MSZ w rządzie PiS i założyciel instytutu Ordo Iuris, prof. KUL Krzysztof Wiak, członek rady naukowej Ordo Iuris, czy konstytucjonalista z KUL dr hab. Marek Dobrowolski, który wsparł rząd PiS i w opinii prawnej uznał, że Trybunał Konstytucyjny nie ma prawa orzekać wyłącznie na podstawie konstytucji.

W izbie orzeka też prof. UW Antoni Bojańczyk, który był typowany na nowego rzecznika praw obywatelskich, gdyby PiS udało się odwołać Adama Bodnara. Są również doświadczeni sędziowie jak Marcin Łochowski, który pracował wcześniej w Sądzie Apelacyjnym w Warszawie.

W 2019 r. IKNiSP pokazywała niezależność i kwestionowała uchwały upolitycznionej KRS z wynikami konkursów sędziowskich. Uchyliła też decyzje ministra sprawiedliwości, który odmówił sędziom urlopów dla poratowania zdrowia. W SN przegrywał również prokurator generalny – w sprawach przeniesienia prokuratorów w stan spoczynku.

– Mam nadzieję, że sędziowie tej izby wykorzystają szansę na pokazanie, że są niezależni – podkreślił konstytucjonalista Marcin Matczak.

Opozycja apeluje do organizacji międzynarodowych, by monitorowały ponowne liczenie głosów w wyborach do Senatu. O ich ważności zdecyduje izba Sądu Najwyższego utworzona przez PiS. Ale i tu opozycja ma swój plan

– Nie mamy pewności, że głosy zostaną uczciwie przeliczone – stwierdził Grzegorz Schetyna. Apel o pomoc skierował do OBWE, Rady Europy i Komisji Weneckiej. Po rozmowie z liderem Koalicji Obywatelskiej Jan Petersen, ambasador misji OBWE, która monitorowała wybory parlamentarne w Polsce, zapowiedział, że zostanie ona przedłużona na czas rozpatrzenia protestów.

Co zrobi Gersdorf?

Konferencję prasową KO zorganizowała przed gmachem Sądu Najwyższego. Politycy opozycji przedstawili dziennikarzom swoje protesty wyborcze – domagają się powtórzenia wyborów w okręgach: jeleniogórskim, łomżyńskim i pabianickim. Wniosków nie skierowali jednak do utworzonej za czasów PiS Izby Kontroli Nadzwyczajnej i Spraw Publicznych SN.

– Naszą skargę kierujemy do Sądu Najwyższego. To, do której izby zostanie skierowana, będzie osobistą decyzją pierwszej prezes Małgorzaty Gersdorf – mówił poseł KO Mariusz Witczak. – Sugerujemy, że to Izba Pracy powinna rozpoznać sprawę, bo ma charakter niezależny, została prawidłowo powołana i zajmowała się dotąd rozpatrywaniem tego typu protestów.

Sędzia Michał Laskowski, rzecznik SN: – Decyzji jeszcze nie ma, natomiast stan prawny jest taki, że protesty rozpoznaje wiadoma izba. Pani prezes nie ma nieograniczonych możliwości dysponowania sprawami i musi stosować przepisy ustawy, nawet jeśli ta ustawa jej się nie podoba.

Laskowski zastrzegł, że sytuacja mogłaby ulec zmianie, gdyby autorzy protestu dołączyli do niego wnioski o wyłączenie sędziów Izby Kontroli Nadzwyczajnej i Spraw Publicznych: – Wtedy trzeba by im nadać tryb procesowy. Obecnie nie przewiduję, aby pani prezes sama z siebie wydała tak karkołomną decyzję.

Specjaliści: słaba argumentacja PiS

Wcześniej protesty dotyczące sześciu okręgów senackich złożył PiS. Wicerzecznik partii Radosław Fogiel stwierdził, że wnioski dotyczą tych miejsc, w których liczba głosów nieważnych była wyższa niż ta, którą kandydaci opozycji wygrali z kandydatami PiS. Sprawa jest istotna, bo w 100-osobowym Senacie opozycja dysponuje minimalną przewagą – 51:48 (startująca z własnego komitetu wyborczego Lidia Staroń oświadczyła, że będzie niezależna).

Wielu specjalistów, w tym były szef Państwowej Komisji Wyborczej Wojciech Hermeliński, podkreśla, że taka argumentacja, jaką przedstawił PiS, nie jest przesłanką do uznania protestu. Nie ma bowiem żadnych dowodów, że doszło do jakichkolwiek nieprawidłowości. Inaczej, jak podkreśla opozycja, jest w przypadku jej wniosków – SN miałby np. rozstrzygnąć, czy w odpowiednim terminie został zgłoszony kandydat PiS po śmierci Kornela Morawieckiego.

– To próba wpłynięcia na wynik wyborów – oceniał działania PiS Schetyna i przypominał stare powiedzenie przywódcy Związku Radzieckiego Józefa Stalina, że nieważne jest to, kto jak głosuje, ale ważne jest to, kto liczy głosy.

To była aluzja do tego, że sędziowie Izby Kontroli Nadzwyczajnej i Spraw Publicznych zostali wskazani przez upolitycznioną Krajową Radę Sądownictwa, a powołał ich prezydent Andrzej Duda.

Nikt nie zgłaszał uwag

Dwa pierwsze protesty PiS, dotyczące wyborów do Senatu, rozpoznają sędziowie: profesor KUL Jacek Widło, dr hab. Grzegorz Żmij oraz profesor KUL i członek rady programowej Ordo Iuris Krzysztof Wiak. Pozostałe składy we wtorek nie zostały jeszcze przydzielone.

Wnioski rządzącej partii dotyczą np. okręgu nr 75, który obejmuje Mysłowice, Tychy i powiat bieruńsko-lędziński. Do tej pory senatorem z tego okręgu był reprezentujący PiS Czesław Ryszka. W wyborach 13 października niespodziewanie pokonała go jednak Gabriela Morawska-Stanecka, wiceprzewodnicząca Wiosny, która startowała z listy Lewicy jako jedyna kandydatka opozycji.

Morawska-Stanecka zdobyła 64 172 głosy, a Ryszka 61 823. Wicerzecznik PiS Radosław Fogiel protest tłumaczył tym, że różnica między kandydatami była mniejsza niż liczba nieważnych głosów. Było ich w sumie 3749, w tym 1302 z powodu postawienia znaku X przy obydwu kandydatach, a 2447 osób wrzuciło do urny czystą kartę.

W trakcie głosowania i liczenia nikt nie zgłaszał żadnych uwag czy nieprawidłowości. Partia Jarosława Kaczyńskiego zrobiła to dopiero, gdy okazało się, że straciła władzę w Senacie.

Nie ta Lewica

Równocześnie Koalicja Obywatelska złożyła swoje trzy protesty. Jak zaznaczył senator Marek Borowski, wynikają one z szacunku do prawa i zostałyby złożone niezależne od działań PiS. Tłumaczył, że wnioski rządzącej partii nie mają odpowiednich uzasadnień, bo ich jedyną podstawą jest niekorzystny wynik wyborów, czyli różnica między obu kandydatami i głosami nieważnymi. Natomiast kodeks wyborczy wymaga przedstawienia jakichkolwiek dowodów na nieprawidłowości.

Na porannej konferencji prasowej Borowski przypomniał, że w 2011 r. w jednym z okręgów senator PO Stanisław Bisztyga przegrał różnicą 68 głosów, a równocześnie stwierdzono 9 tys. głosów nieważnych. Tym razem najmniejsza różnica stwierdzona przez PiS to 320 głosów przy 3749 głosach nieważnych – to okręg nr 100 w Koszalinie, gdzie wygrał poseł PO Stanisław Gawłowski.

– Nasze protesty dotyczą kwestii absolutnie zasadniczej – uzasadniał Borowski. W jego przekonaniu wyborcy zostali wprowadzeni w błąd z powodu karty wyborczej w okręgu jeleniogórskim. Wystartował tam Jacek Zdrojewski reprezentujący komitet Polska Lewica, którego logo przypomina samochodowe oznaczenie PL. Przy jego nazwisku umieszczone zostało jednak logo Lewicy, którą tworzyły SLD, Wiosna i Razem.

– Polska Lewica nie podpisała paktu senackiego – argumentował Borowski. I wskazywał, że przez tę pomyłkę wiele osób mogło wesprzeć Zdrojewskiego i odebrać głosy, a tym samym zwycięstwo kandydatowi Koalicji Obywatelskiej.

Ramka z logo

Drugi przypadek dotyczy okręgu pabianickiego, gdzie znaczek Koalicji Obywatelskiej został wdrukowany w ramkę po prawej stronie kandydata, choć powinno być samo logo, bez ramki. Jak podkreślał Borowski, instrukcja nakazująca postawić znak X w kratce przy nazwisku, a nie w lewej kratce przy nazwisku, mogła wprowadzić wyborców w błąd.

Różnica między kandydatem KO a PiS wynosiła w okręgu pabianickim 1861, a w ramce z logiem KO krzyżyk umieściło 2546. – Nie jesteśmy pieniaczami. Skarżymy tam, gdzie może to zmienić wynik wyborów – stwierdził Borowski.

Kolejny powód protestu opozycji to zbyt późne zgłoszenie kandydata przez PiS w okręgu 59 łomżyńsko-suwalskim – na miejsce zmarłego Kornela Morawieckiego. Zdaniem Roberta Tyszkiewicza kandydatura może być zgłoszona na 15 dni przed wyborami, a została zgłoszona na 13 dni.

– Okręgowa Komisja Wyborcza w Białymstoku nie miała prawa poinformować komitetu wyborczego PiS, że może taką kandydaturę złożyć, a następnie nie miała prawa tej kandydatury zarejestrować – tłumaczył Tyszkiewicz. – Liczy się data śmierci kandydata. Nowy kandydat został zarejestrowany z naruszeniem przepisów kodeksu wyborczego i został wybrany nieprawnie.

Libicki: Patrzmy PiS na ręce

– Bardzo się ucieszyłem, jak PiS ogłosiło, że chce ponownego przeliczenia głosów. Bo skoro przyszło im do głowy, że nie da się już żadnego senatora opozycji przeciągnąć na stronę PiS, to jest to bardzo dobry sygnał – mówi „Wyborczej” Jan Filip Libicki, senator PSL. – Chciałbym tylko, by opinia publiczna, także za pośrednictwem mediów, bardzo uważnie patrzyła na ręce tym, którzy będą te głosy ponownie przeliczać.

PiS było gotowe oddać panu fotel marszałka Senatu, byleby tylko odzyskać większość w izbie? – zapytaliśmy. – Tego nie wiem. Na pewno zadzwonił do mnie wysoki funkcjonariusz PiS. Nie polityk, mój znajomy. Spytał, czy nie spotkałbym się na kawie z wpływowym senatorem Prawa i Sprawiedliwości, bo mógłbym wysoko zawistować. Powiedziałem, że ja się na kawę, oczywiście, umówię z każdym. Ale jeżeli ma to dotyczyć tego, bym opuścił tę większość, która ukształtowała się w Senacie po wyborach, to nie jestem zainteresowany rozmową – odparł Libicki.

Kmicic z chesterfieldem

View original post

Opozycja zreformowana to PiS przegrany

Gdy wiele miesięcy temu Donald Tusk zaapelował do sił polskiej opozycji parlamentarnej i pozaparlamentarnej, by zawrzeć ponadpartyjny pakt na rzecz odbicia izby wyższej Parlamentu, wielu obawiało się czy jest to możliwe. Dziś już wiemy, że się udało i zjednoczonej opozycji udało się odbić Senat. Jak wynika z najnowszych informacji, przeciwnicy partii Jarosława Kaczyńskiego będą w niej mieli co najmniej 51 senatorów, co oznacza utratę możliwości błyskawicznego przepychania ustaw nocą, wzrost znaczenia zmarginalizowanej w ostatnich czterech latach izby i co najważniejsze, kończy jedynowładztwo partii z ul. Nowogrodzkiej w Warszawie.

W izbie wyższej Parlamentu najprawdopodobniej narodzi się także nowy lider opozycji, a marszałek Senatu, formalnie trzecia osoba w państwie bardzo mocno zyska na znaczeniu. To fatalna wiadomość dla stającego do nieuniknionych rozliczeń wewnątrz swojej partii Grzegorza Schetyny. Spory ból głowy wywołuje zapewne też u Jarosława Kaczyńskiego.

Jak opisywał portal 300polityka.pl kontrolowany przez opozycję Senat zapewne maksymalnie wykorzystywałby konstytucyjny termin, odrzucając kontrowersyjne ustawy – np. kolejny etap zmian w sądownictwie, o czym słychać w kuluarach czy dekoncentrację mediów – w ostatnim możliwym terminie. Po 30 dniach ustawa wracałaby do izby niższej, która musiałaby zebrać się, by odrzucić veto Senatu. Konstytucja mówi: Uchwałę Senatu odrzucającą ustawę albo poprawkę zaproponowaną w uchwale Senatu, uważa się za przyjętą, jeżeli Sejm nie odrzuci jej bezwzględną większością głosów w obecności co najmniej połowy ustawowej liczby posłów.

Samo opóźnienie w procesie legislacyjnym to nie wszystko. Internauci zauważyli, że znacznie większym problemem dla ekipy “dobrej zmiany” mogą być kompetencje nominacyjne Senatu, od poważnych utrudnień w przeforsowaniu choćby swojego Rzecznika Praw Obywatelskich poczynając.

Należy się więc spodziewać, że nie tylko w Sejmie, gdzie wciąż waży się samodzielna większość, ale także w Senacie lada moment rozpocznie się polowanie na potencjalnych sprzedawczyków, którzy w zamian za intratne stanowiska w administracji rządowej mogą chcieć zmienić barwy partyjne na korzyść Zjednoczonej Prawicy. Nawet jeśli to się uda (szanse niestety PiS ma spore) to jednak marzenia o zmianie Konstytucji prezes Kaczyński musi odłożyć na wysoką półkę. A to chyba boli go najbardziej.

– Nie dziwi mnie, że wyborcy nie chcieli głosować na Grzegorza Schetynę, polityka, który kroczy od porażki do porażki – mówi Władysław Frasyniuk.

Beata Maciejewska: – Wygrana opozycji we Wrocławiu była do przewidzenia, ale wynik Grzegorza Schetyny, lidera najsilniejszej partii opozycyjnej, jest już sensacją. Wyraźnie przegrał z „jedynką” listy PiS, Mirosławą Stachowiak- Różecką, która nie jest szerzej znana. Dziwi to Pana?

Władysław Frasyniuk: – Dziwi?? Że wyborcy nie chcieli głosować na polityka, który kroczy od porażki do porażki? Nie dziwi.

Ci, którzy chcieli głosować na KO, wybierali Małgorzatę Tracz z Zielonych albo Michała Jarosa – oboje dostali po ok. 30 tys. głosów, a Schetyna tylko 66 tys. Małgorzata Tracz jest obecna na wszystkich wrocławskich demonstracjach, dostała premię za obywatelskie zaangażowanie i za tematykę, którą się zajmuje – ludzie zaczęli rozumieć, że ekologia nie jest lewackim wymysłem i że trzeba mieć kwalifikacje do zajmowania się tymi problemami.

A Michał Jaros swój wynik „wykleił” plakatami i spotkaniami z wyborcami. Wywalczył mandat własną aktywnością, a nie programem. Bo przecież żadnym przekazem krajowym nie mógł się podeprzeć. Żadnym chwytliwym hasłem budzącym emocje u wyborcy.

Pana emocje i bez haseł zostały obudzone. Zdenerwował się Pan?

– Nie jestem zdenerwowany, jestem wk…ny. Na opozycję, że nie miała żadnej oferty, za to demonstrowała kompleks Kaczyńskiego i tańczyła, jak prezes PiS im zagrał. A na dodatek nie prowadziła kampanii wyborczej. Sztabowcy cztery lata grzali ławy w opozycji, a na ostatniej prostej okazało się, że nie mają żadnych pomysłów. Wystawili Kidawę-Błońską, która trzy dni milczała, a jak się wreszcie odezwała, okazało się, że niewiele ma do powiedzenia. Kampanię kreowali dziennikarze, ujawniając kolejne afery, a politycy streszczali tylko własnymi słowami to, co napisały gazety.

Na komentatorów politycznych, którzy nie wołali, że „król jest nagi” i nie byli w stanie wywrzeć presji na liderów, żeby podnieść im poprzeczkę. Było źle w czasie wyborów do PE? Było, ale lepiej nic nie zmieniajmy, bo będzie jeszcze gorzej.

Na impotencję intelektualną i poczucie zadowolenia, które opanowało opozycyjne partie. Okazuje się, że wszyscy wygrali! To musi wywoływać depresję u obywateli. „Jest zaj…cie, właśnie dostałem mandat”. Gdzie w tym jest odpowiedzialność za Polskę?

Na Grzegorza Schetynę też jest Pan wkurzony?

– A jak mam przyjąć spokojnie fakt, że na przykład odmówił udziału w debatach, bo nie występował w nich Jarosław Kaczyński? Debaty nie są po to, żeby politycy ze sobą dyskutowali, ale żeby rozmawiali z obywatelami. Władysław Kosiniak-Kamysz wystąpił i PSL dostał premię.

Ale opozycja odbiła jednak Senat, pakt zadziałał.

– Nie widziałem żadnego paktu, tylko partykularne interesy partyjne. Pakt jest wtedy, gdy wychodzą wszyscy kandydaci, liderzy stają za plecami i mówią: oni są nasi, będziemy ich wszyscy wspierać. A Schetyna złamał tę umowę, wspierając w Łodzi byłego szefa NIK Krzysztofa Kwiatkowskiego, choć opozycja wystawiła rekomendowaną przez SLD prof. Małgorzatę Niewiadomską-Cudak. Wszedł Kwiatkowski, ale wygrał z kandydatem PiS tylko o włos. Głosy się rozbiły na dwóch kandydatów.

Wyniki wyborów 2019

Na Dolnym Śląsku mamy remis, cztery dla opozycji i cztery dla PiS. Ale walka była zacięta, Bogdan Zdrojewski wygrał z Jarosławem Obremskim o włos. Mówiło się, że jak zrobi dobry wynik, będzie mógł pokonać Schetynę w partyjnych wyborach. Grzegorz zrobił już swoje, Grzegorz musi odejść?

– Mnie, wyborcę, przestało to interesować. Albo członkowie Platformy znajdą odwagę, siłę i postawią na zmianę pokoleniową, albo Platformy nie będzie. Muszą mieć świadomość, że jeśli tego nie zrobią, to ich wyborcy przejdą do lewicy albo wymuszą stworzenie liberalnego centrum, bo jest na to przestrzeń. Przypominam, że czterdziestolatkowie to grupa najaktywniejszych wyborców i musi mieć swoją własną reprezentacje polityczną.

Coś się jednak zmieniło na scenie politycznej – Lewica wchodzi do Sejmu, PSL z Kukizem zaczyna się odbudowywać. Co gorsza, wchodzi też Konfederacja, na Dolnym Śląsku mandat zdobył Krzysztof Tuduj, wiceprezes Ruchu Narodowego. Startował już w wyborach europejskich, chciał jechać do Brukseli z hasłem „Polexit”, teraz będzie swoje egzotyczne pomysły testował na krajowym podwórku, w towarzystwie Grzegorza Brauna. Nie boi się Pan?

– Pozytywne jest to, że skończył się duopol, wszystkie partie muszą zredefiniować swoją strategię polityczną i sposób komunikowania się z wyborcami. Mam nadzieję, że ta przewaga opozycji w Senacie przywróci myślenie polityczne, wymusi debatę między Sejmem a Senatem i zmusi do zmiany strategii.

Grzegorz Schetyna przestał być sumieniem narodu, będzie czuł w parlamencie presję lewicy. Oczywiście, jeśli lewica wprowadzi przede wszystkich starą eseldowską gwardię, która lubi się układać, ta presja będzie mniejsza. Ale nikt nie ma chyba wątpliwości, że idzie zmiana pokoleniowa. Z kolei Jarosław Kaczyński będzie miał po prawej stronie Konfederację, która na pewno postawi go w trudnej sytuacji, definiując na nowo pojęcie „prawdziwego patriotyzmu”.

Konfederacja ma już struktury, a teraz dostanie trybunę i mikrofon. Oni są groźniejsi, niż nam się dzisiaj wydaje.

Ale za rok mamy jeszcze jedną szansę na zmianę – wybory prezydenckie.

– Proszę tak nie mówić, boję się, że zaraz zabrzmi stadionowy chór: Polacy, nic się nie stało. Albo: Wygramy to. No cóż, żyjemy w katolickim kraju, nawet niewierzący wierzą w cuda.

– Jeżeli partia robi się towarzystwem wzajemnej adoracji w wąskim gronie, to wyborcy na pewno oceniają to negatywnie – Elżbieta Łukacijewska, polityczka PO z Podkarpacia i europosłanka, mówi w rozmowie z naTemat o największych błędach Platformy Obywatelskiej w tej kampanii. Jej zdaniem, aby partia zaczęła odnosić sukcesy, konieczna jest zmiana jej lidera. Łukacijewska zwracała uwagę na złe posunięcia PO po wyborach do europarlamentu, kiedy to odniosła sukces nie czekając na wsparcie liderów ugrupowania.

Niektórzy tak. W wielu miejscach, także na Podkarpaciu, kandydaci powielali taką kampanię jaką zrobiłam ja, czy jaką zrobił Bartosz Arłukowicz, ale to były indywidualne działania. Odnoszę niestety wrażenie, że sztab PO został powołany, ale jego decyzje chyba nie były samodzielne. Myślę, że i tak wszystko było konsultowane w wąskim gronie.

W tej ogólnopolskiej kampanii zabrakło nowoczesności. Zabrakło energii, uderzenia do młodych ludzi. Małgosia Kidawa-Błońska trochę za późno została ogłoszona premierem. Jak się ogłasza coś takiego i zmienia się całkowicie styl, to przewodniczący powinien się schować, a się nie schował, więc dla wielu wyborców ta zmiana nie była wiarygodna.

Zwracała pani uwagę po wyborach do europarlamentu, że może warto postawić na kobiety. Ale mam wrażenie, że liderzy PO stoją w rozkroku: trochę chcemy tej zmiany, a trochę jednak nie.

Wystarczy popatrzeć ile kobiet było na pierwszych miejscach, ile było na drugich. U mnie w jednym z okręgów kobieta była dopiero na 3 miejscu. Tak się nie robi, jeżeli mówi się o tym, jak ważne są kobiety.

Można było dać ich więcej na jedynki. Szkoda, że tak nie zrobiono. Poza tym zawsze jest źle – a mówię to na przykładzie mojego okręgu – jeżeli ktoś, kto ma jedynkę, robi wszystko, aby w pobliżu nie było silnych osób, wtedy mamy mandat ale nie mamy dobrego wyniku.

Ludzie, którzy nie czują wspólnoty z liderami, którzy są zostawieni sami sobie, są rozczarowani, nie robią kampanii i nie uzyskują głosów. Wystarczy porównać wyniki kandydatów z list KO i PiS.

Największe błędy Platformy Obywatelskiej w tej kampanii?

W PO brakuje wyraźnego przekazu, co tak naprawdę myślimy np. o rozdzieleniu Kościoła od państwa, co myślimy na temat religii w szkołach, co myślimy o reformie zdrowia. Ludzie lubią jasny zwięzły przekaz, a nasz był rozwodniony. Proszę spojrzeć na Lewicę. Oni nie bali się mówić zdecydowanie i jasno, więc Ci którzy się wahali jednak wybrali Lewicę.

Cały czas jest też zbyt mało nowych ludzi. Uważam – biorąc pod uwagę oceny, sugestie i komentarze, a także rozmowy, które odbyłam podczas kampanii do PE, kiedy przejechałam i przeszłam wiele kilometrów – że niestety Grzegorz Schetyna nie jest liderem, który przyciąga wyborców do partii, a czasami wręcz zniechęca swoich.

Czego mu brakuje?

Kiedy spotyka się pani z człowiekiem, to jego mimika i jego postawa albo powodują, że człowiek mówi: „Wow, na niego zagłosuję”, albo odpychają. Lubię Grzegorza i wiem, że był bardzo sprawny jako sekretarz, w najlepszych czasach PO, jednak jako lider chyba nie poprowadzi partii do zwycięstwa.

Wyniki tego wąskiego trzonu, który podejmuje decyzje, pokazują, że czas takich polityków się kończy.

Mówimy o Grzegorzu Schetynie, Sławomirze Neumannie?

O Schetynie, Neumannie, Tyszkiewiczu. To jest ta grupa, która podejmuje decyzje i która dostała bardzo słabe poparcie wyborców.

Wielu wyborców twierdzi, że politycy PO są oderwani od rzeczywistości. Żyją w wielkomiejskich bańkach i nie widzą problemów i priorytetów ludzi np. z Podkarpacia, czy z Warmii i Mazur.

Po pierwsze, jeśli szef jest otoczony bardzo wąską grupą ludzi, którzy nie są miarodajnymi informatorami na temat rzeczywistości, oraz jeśli tzw. baronowie lub ich grupa ma wpływ na decyzje, miejsca, ludzi, to tworzy się układ niesprzyjający obiektywnej ocenie rzeczywistości. Po drugie, jeśli nie mamy sprecyzowanego swojego wyborcy albo nie komunikujemy odpowiednio, wtedy trudno liczyć na sukcesy.

I po trzecie jeżeli nie ma rozliczania z wyników, tylko jest poprawianie sobie humorów, to nigdy nie będzie dobrze. Wiec jeżeli czytam, że opozycja nie powinna się rozliczać to mnie to już zaczyna śmieszyć. Jeżeli dzisiaj nic nie zmienimy, jeśli dziś nie postawimy na nowych ludzi i na nowe twarze, młode twarze, na nowych liderów w regionach, to umówmy się, że nie ma co liczyć na sukces.

To są trzecie przegrane wybory. Przegraliśmy samorządowe, przegraliśmy europejskie, które powinniśmy wygrać, i teraz też przegrywamy. Pierwsze co się nasuwa na myśl to konieczne zmiany.

To oznacza, że Grzegorz Schetyna nie potrafi zrozumieć, że nie jest najważniejszy?

Jeżeli ktoś mówi, że ważna dla niego jest Polska, a jednocześnie traci członków, wyborców i przegrywa, to powinien podporządkować swoje prywatne ambicje pod nadrzędne wartości.

Wiem, że to nie jest łatwe i proszę mi wierzyć, że przykro mi to mówić, bo chciałabym, aby szef był tą osobą, która motywuje do działania, wygrywa. Jednak każdy w PO, kto spotyka się z ludźmi, słyszy ze wszystkich stron: Zmieńcie lidera. Zmieńcie liderów. Dlaczego ten Schetyna? Zmieńcie go. On źle działa.

Trzeba schować partykularne interesy?

Tak i tych baronów trochę też pogonić.

Kogo ma pani na myśli?

Wszędzie, gdzie myśmy przegrali, gdzie straciliśmy poparcie, gdzie ono jest mniejsze albo gdzie straciliśmy województwa, jeżeli chcemy być partią europejską, to obecni liderzy powinni zachować się honorowo i zrezygnować.

Chciałabym aby taka była PO, bo jest w niej wielu wspaniałych ludzi, i kobiet i mężczyzn. Mam nadzieję, że będą mieli odwagę wprowadzić zmiany, że to nie osłabianie, że będą wiedzieli, że nie są one skierowane przeciwko komuś. Przecież żadna demokratycznie działająca partia po 3 przegranych z rzędu, nie pozwoli sobie na to, aby nadal kierowała nią ta sama osoba. To dotyczy także liderów w regionach.

PO ma problem, bo elektorat centro-lewicowy w części trafił do Lewicy, część centro-prawicowego zagarnął PSL. Może problemem jest to, że część polityków platformy nie wiedziała, o kogo tak naprawdę zabiega?

Z pewnością. Naszym błędem było także niechodzenie do telewizji publicznej. Mówiłam, że jeżeli nie chodzimy to nikt nas nie usłyszy, a przecież w małych środowiskach ogląda się głównie TVP. Błędem było, że lider nie poszedł na debatę, tak jak poszedł Kosiniak-Kamysz, który po tej debacie na pewno zwiększył poparcie dla PSL-u/

I niestety, z przykrością to mówię, ale jednak wystąpienie Lecha Wałęsy na naszej konwencji też było niewypałem. Tam trzeba było jakichś młodych samorządowców, którzy będą mówili do młodego pokolenia. Pewien etap historii się skończył i trzeba patrzeć do przodu.

W PO brakuje dobrych doradców?

Brakuje tych, którzy umieją słuchać i mają odwagę krytykować. Poza tym my przecież mamy program, a wszyscy powtarzają, że błędem PO było to, że go nie ma. To oznacza, że nie umieliśmy tego sprzedać.

To, co jest problemem to regionalne sztaby, źle kierowane bez spójnego politycznego przekazu, często bez wizji i pomysłów. Sztab powinien pracować na wszystkich, bo jeżeli ktoś się decyduje działać, dawać swoje nazwisko, to powinno się robić wszystko, żeby jego również wspierać i pokazywać. Tego właśnie zabrakło. Zabrakło wizji kampanii dla wszystkich startujących w danym regionie.

Każdy wziął się za swoją indywidualną kampanię, bo to jest normalne, nikt przecież nie będzie czekał. Zresztą ja też tak robiłam, bo nie mogłam liczyć na sztab. Po co powoływać sztaby, skoro one nie działają na rzecz takiego spójnego wizerunku partii?

W kampanii przed wyborami do PE podkreślała pani, że pani sukces to wynik spotkań z wyborcami, zaglądania do najmniejszych miejscowości, a wielu ludzi ciągle uważa, że PO jest partią, która sprzyja przedsiębiorcom, lepiej sytuowanym. Politycy PO nie potrafią pozbyć się tego ze swojego wizerunku.

PO nie potrafi do końca przemawiać językiem normalnych ludzi. Proszę mi wierzyć, tych wyborców można przekonać. Oni mają dzieci, więc chcą, aby one się rozwijały i odnosiły sukcesy. Ale my niczego nie tłumaczymy, nie wyjaśniamy, jak ważny jest dobry wybór, jaki ma wpływ na przyszłość. Wyborcy muszą też czuć, że jesteśmy tacy jak oni, a nie lepsi.

W Polsce stało się coś strasznie złego. PiS wmówił ludziom, że nic nie muszą, bo oni dadzą. Mi to przypomina komunizm, bo dobrobyt zawsze bierze się z pracy. Duża część Polaków bierze różne zasiłki – nie krytykuję 500 plus – a to oznacza, że wychowujemy generację ludzi, którzy absolutnie będą uzależnieni od partii politycznej, bo ta partia nam pomoże albo nie.

Tak naprawdę jest to umacnianie biedy w różnych częściach Polski. Powinno się przecież promować, pobudzać chęć do pracy, do szukania rozwiązań. Natomiast wsparcie socjalne powinno być czymś na trudne czasy albo czymś dodatkowym, a nie że ludzie tylko i wyłącznie liczą na zasiłki.

Nie rozumiem, że do ludzi nie dociera też to, że wielu młodych z jakichś powodów wyjechało z Polski i nie chce tu wracać. Część z nich ma inną orientację, dlatego boją się braku akceptacji. Wielu chciałoby normalnie żyć, rozwijać się.

Ludzie są, mówiąc wprost, „wkurzeni”, że nikt nigdy nie promuje tej przedsiębiorczości. Chodzi o ludzi, którzy pracują, nie biorą żadnych zasiłków. PO też o tej grupie zapomniała, nie sięgnęła po nich. Wszyscy chcą dawać rybkę, zamiast wędki, bo tak łatwiej o głosy?

Ja też jestem zwolenniczką dawania „wędki”. Za chwilę nie będzie pieniędzy na 500 plus. Nie może być tak, że człowiek, który jest kreatywny, któremu się chce i który ciężko pracuje jest za to karany. A tak jest dziś w Polsce.

Nasz głos kierowany do tych osób rzeczywiście zbyt słabo wybrzmiał. Tak samo w przypadku służby zdrowia. Mamy do czynienia z totalną katastrofą. Badania pokazują, że Polacy umierają, bo mają problemy z dostępem do specjalistów, z szybką diagnozą. O tym też za mało mówimy.

Ludzie nie zdają sobie sprawy, jak życie wygląda w takich przypadkach. Nie zdają sobie sprawy, że dzieci, które są wychowane według reformy PiS, nie będą w ogóle atrakcyjne na rynkach pracy, nie będą konkurencyjne. To jest tragedia dla Polaków.

Nasze słowa zbyt nie wybrzmiewają, już nie mówiąc, że my jako nowoczesna partia, jesteśmy tak słabi w mediach społecznościowych. Widzę, że pod wpisem PO jest może ze sto polubień. Katastrofa.

Na Podkarpaciu, które od dawna określa się jako matecznik PiS-u, nawet szef PO w regionie, Zdzisław Gawlik, nie dostał się Sejmu. A wszystkie mandaty, jeśli mowa o Senacie, trafiły do PiS-u. PO odpuściła sobie Podkarpacie?

PiS ma bardzo duże wsparcie Kościoła. Politycy tej partii są w każdej najmniejszej miejscowości, gdzie i ja dostaję zaproszenie na różne wydarzenia. Trudniej tam o działaczy PO. Wynika to też oczywiście z tego, że tak dużo jest posłów PiS.

Odnoszę wrażenie, że w Platformie jest wielu ludzi pełnych energii, zresztą mówiłam to po wyborach do Parlamentu Europejskiego, których się odsunęło i cały czas się odsuwa. Nie rozumiem tego. Nie chcemy dopuścić tych, którym się chce, bo stanowią dla niektórych zagrożenie, a takie myślenie jest katastrofą dla partii politycznej.

Jednak PO nie do końca odpuściła sobie Podkarpacie. Kiedy rządziliśmy, to naprawdę dużo zrobiliśmy. Zawiodła jednak komunikacja. Za mało było nas w małych miejscowościach. Cały czas jest za mało pracy u podstaw.

Może być lepiej? Jest jeszcze potencjał?

Jest. Przed chwilą rozmawiałam z Pawłem Poncyliuszem, który mówi: „Ela, ilu ludzi chce, ilu działa, ale twierdzą, że musi się coś zmienić w PO, żeby oni weszli do tej partii”. Jest nadzieja w ludziach, w młodym pokoleniu.

Jednak jeżeli partia robi się towarzystwem wzajemnej adoracji w wąskim gronie, to wyborcy na pewno oceniają to negatywnie.

Jest pani tak zwyczajnie rozczarowana?

To jest moja jedyna partia. Tworzyłam ją na Podkarpaciu. Poświęciłam dla niej bardzo wiele, co odczuła także moja rodzina, dlatego jest mi smutno, że tylu wspaniałych ludzi nie ma odwagi zrobić pewnych zmian w tej partii. Czasem nieduże zmiany rodzą niesamowity sukces.

Kogo miała pani na myśli pisząc na Twitterze: „Szkoda, że niektórzy nie wypili szklanki zimnej wody przed wygadywaniem głupot”?

Chodziło mi o te nieszczęsne taśmy Neumanna. Powiedział po wyborach do PE, że nie powinnam tyle gadać, tylko powinnam napić się wody. Żałuję, że zanim on wypowiadał te żenujące, niegodne polityka, głupoty na spotkaniach, nie napił się porządnego łyka wody.

Oj, Kaczyński. Iść po większość konstytucyjną i potęgę, która zawstydziłaby Orbana z Erdoganem. Zostać zakładnikiem Ziobry bez Senatu. #tylewygrać

Kmicic z chesterfieldem

– Na pewno nie był to imponujący wynik – mówiła w TVN24 Małgorzata Kidawa-Błońska o liczbie głosów zebranych przez Grzegorza Schetynę. Polityk PO zapewniała przy tym, że lider jej partii zrobił wiele dobrego w trakcie kampanii. Nie chciała za to powiedzieć, czy będzie kandydować na fotel szefa PO.

Szef Platformy Obywatelskiej Grzegorz Schetyna dostał co prawda mandat w okręgu nr 3 (Wrocław), ale jego wynik jako „jedynki” list Koalicji Obywatelskiej pozostawia wiele do życzenia. Mirosława Stachowiak-Różecka (kandydatka PiS w wyborach na prezydenta Wrocławia z 2018 roku) zdobyła ponad 91 tys. głosów, a Schetyna niecałe 67 tys.

„Kropce nad i” w TVN24 o ten wynik lidera PO pytana była Małgorzata Kidawa-Błońska, kandydatka KO na premiera w tegorocznych wyborach. – Na pewno nie był to imponujący wynik – oceniła polityk Platformy Obywatelskiej. Sama Kidawa-Błońska ma powody do zadowolenia, bo w Warszawie zgarnęła ponad 416 tys. głosów, stając się „lokomotywą” listy KO w stolicy.

View original post 844 słowa więcej

 

Ziobro chroni swoje bezprawie

No to i jest przedwyborcza debata z udziałem Jarosława Kaczyńskiego, której domagała się opozycja 🙂

Poseł PO Cezary Tomczyk poinformował, że Ministerstwo Sprawiedliwości odmówiło ujawnienia dokumentów dotyczących afery hejterskiej w resorcie Ziobry. Podkreślił, że to pierwszy taki przypadek w tej kadencji parlamentu, kiedy posłom odmówiono przekazania dokumentów, o których przekazanie wnioskowali w ramach sprawowania mandatu poselskiego. – „Dzisiaj przed wyborami Polacy nie mogą poznać prawdy. Jaką tajemnicę ukrywa Zbigniew Ziobro, którego minister Piebiak – który został odwołany – informował o sprawie hejtu? Jaką tajemnicę kryje Ministerstwo Sprawiedliwości, skoro ciągle te dokumenty mają być niejawne?” – pytał Tomczyk.

O próbach uzyskania tych akt, podejmowanych przez posłów opozycji: „Resort Ziobry wciąż nie chce ujawnić dokumentów dot. afery hejterskiej”.

– „Zbigniew Ziobro i jego resort złamał dwie ustawy. Po pierwsze ustawę o dostępie do informacji publicznej i ustawę o wykonywaniu mandatu posła i senatora. Nieprzekazanie nam dokumentów dotyczących afery hejterskiej jest zwyczajnym ukrywaniem dokumentów, które mają charakter jawny. W związku z tą sytuacja jesteśmy zmuszeni pójść do sądu ze Zbigniewem Ziobro i jego resortem. Zaskarżymy opieszałość urzędników, ukrywanie afery hejterskiej do Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego w Warszawie i tam będziemy szukali sprawiedliwości w niezawisłym sądzie” – zapowiedział Mariusz Witczak z PO. Dodał, że resort Ziobry miał ujawnić rejestr umów cywilno-prawnych oraz „księgi wejść i wyjść”.

Według posła Tomczyka, sprawa wygląda tak, „jakby Zbigniew Ziobro, Prokurator Generalny roztoczył parasol ochronny nad szajką hejterów w Ministerstwie Sprawiedliwości”. – „Resort przede wszystkim ukrywa listę umów, które ma z podmiotami zewnętrznymi. Jest bardzo wielu konsultantów, którzy pracują w MS i jedną takich osób jest Dariusz Matecki” – mówił Tomczyk. Poseł PO stwierdził, że Polacy mają prawo dowiedzieć się, jaką rolę w sprawie odgrywa Dariusz Matecki, który startuje w wyborach parlamentarnych z listy PiS w Szczecinie. – „Pan Matecki mówił, że Donaldowi Tuskowi należy się kula w łeb. I to jest człowiek, którego dzisiaj promuje Zbigniew Ziobro. Nie dowiemy się, jakie umowy podpisuje z nim resort sprawiedliwości” – powiedział Tomczyk.

Witczak dodał, że ukrywanie dokumentów przez ministerstwo jest celowe. – „Mamy kampanię wyborczą i kalkulacja PiS, Zbigniewa Ziobry jest bardzo prosta: straty wizerunkowe po ujawnieniu tych dokumentów, być może nawet o charakterze karnym, byłyby niesamowite dla całej formacji w związku z tym wolą je przed opinią publiczną ukrywać” – stwierdził Witczak.

Małgorzata Kidawa-Błońska miodzio, czytaj tutaj >>>

Paralitycy dorwali się do Polski. Zniszczą państwo jak komuchy.

Kmicic z chesterfieldem

Ośrodek Monitorowania Zachowań Rasistowskich i Ksenofobicznych zawiadomił prokuraturę o możliwości popełnienia przestępstwa przez prezesa Jarosława Kaczyńskiego. Prokuratura odmówiła wszczęcia śledztwa ze względu na to, że… homofobiczne słowa polityka miały podobać się zgromadzonym na wiecu osobom.

Lider PiS obraził homoseksualistów podczas wystąpienia na Pikniku Rodzinnym w Stalowej Woli. Kaczyński dziękował arcybiskupowi Jędraszewskiemu (autorowi słów o „tęczowej zarazie”) i ostro atakował środowiska LGBT. Zdaniem prokuratury Kaczyński nie popełnił jednak przestępstwa. Pracownicy OMZRiK więcej o sprawie napisali na oficjalnym profilu organizacji na Facebooku.

Czegoś takiego jeszcze nie widzieliśmy. Prokurator odmawia ścigania Jarosława Kaczyńskiego przy pomocy kruczków prawnych, argumentując to tym, że nie będzie ścigał przestępstwa, bo podobało się wielu osobom, które były świadkami jego popełnienia” – napisano w social mediach Ośrodka Monitorowania Zachowań Rasistowskich i Ksenofobicznych.

Jak się okazuje, prokuratura odmówiła wszczęcia śledztwa, nawet gdy OMZRiK odwołał się od jej decyzji. „Prokuratura odmówiła wszczęcia dochodzenia, a gdy się odwołaliśmy, odmówiła…

View original post 1 056 słów więcej

 

Banaś symbolem upadku Polski pisowskiej

W przeciwieństwie do polityków PiS, którzy dukają wyuczone formułki o nieskazitelności prezesa NIK i zemście na nim za walkę z mafiami VAT-owskimi, posłowie opozycji, w tym przede wszystkim z PO ruszyli do ofensywy, kując polityczne żelazo póki gorące.

– W sobotę przewodniczący Grzegorz Schetyna żądał bardzo szybkiej reakcji i rezygnacji ze stanowiska przez Mariana Banasia. Dzisiaj ponawiamy to żądanie i dzisiaj to jest ten dzień, w którym ta rezygnacja musi zostać jak najszybciej opinii publicznej pokazana. W takiej sytuacji, po tego typu rezygnacji marszałek Witek musi w trybie pilnym zwołać nadzwyczajne posiedzenie Sejmu, żeby ta rezygnacja została przyjęta i musi zostać na stanowisko prezesa NIK-u zostać wybrana jak najszybciej nowa osoba – mówił Mariusz Witczak podczas konferencji prasowej przed Sejmem.

Pod innym adresem zameldowała się była wiceminister finansów z PO Izabela Leszczyna, która postanowiła zbadać wątek tajemniczego kredytu, jaki został udzielony przez państwowy Bank Ochrony Środowiska firmie, której prezesem był syn Mariana Banasia, a którego zabezpieczeniem była właśnie ta kamienica, gdzie mieścił się pensjonat z pokojami na godziny. Posłanka PO zwróciła uwagę na fakt, że to właśnie w tej instytucji pracuje przyjaciółka prezesa PiS Janina Goss.

BOŚ jest w ponad 70% własnością państwa polskiego. Jak przystało na państwowy bank, w radzie nadzorczej zasiada bliska przyjaciółka Jarosława Kaczyńskiego pani Janina Goss. Zasiada także doradca prezydenta Dudy i cały szereg innych osób związanych od dawna z PiS. Przyszliśmy, żeby dowiedzieć się, jak to było z kredytem pana Mariana Banasia, a właściwie kredytem zaciągniętym przez spółkę jego syna, dla którego zabezpieczeniem była kamienica, której właścicielem był wtedy Marian Banaś. Chcielibyśmy spytać, czy ten kredyt nie był udzielany w procedurze na telefon jak kredyt w Pekao SA dla spółki Srebrna pod budowę dwóch wież” – mówiła na konferencji prasowej Izabela Leszczyna.

Chcemy się dowiedzieć, czy ten kredyt udzielony był tak jak każdemu z przechodniów, który by poprosił o kredyt. Czy jeszcze inne osoby z rodzin członków rządu PiS także tutaj w trybie specjalnym miały udzielane kredyty? Czy spółka syna pana Banasia miała udzielane kredyty w innych instytucjach państwowych, np. w NFOŚ albo WFOŚ. To jest bank, w którym są publiczne pieniądze” – dodawał Jarosław Urbaniak z PO.

Sprawa może się zatem okazać dla partii rządzącej dużo większym problemem, niż się początkowo zdawało. Zwłaszcza w tak gorącym, przedwyborczym okresie.

Prof. Tadeusz Bartoś dołączył do akcji zachęcającej do udziału w nadchodzących wyborach parlamentarnych.

Program Koalicji Obywatelskiej, czytaj tutaj >>>

Myślę, jakiego kalibru musiałaby być afera PiS, żeby zmieść rząd Morawieckiego ze sceny politycznej ? Przecież przez 4 lata rządów PiS było już tyle afer, że powoli gubię się, która dotyczy czego. Czy tak łatwo kupić przyzwoitość suwerena – za 500 zł ? Czy Polak dalej głupi po szkodzie?

Kmicic z chesterfieldem

>>>

Powołany przez posłów PiS prezes Najwyższej Izby Kontroli Marian Banaś jutro wystąpi z wnioskiem do marszałek Sejmu o bezpłatny urlop do czasu dogłębnego wyjaśnienia sprawy przez CBA. O tej decyzji poinformował w TVP Info.

Sprawa ma związek z wyemitowanym w TVN 24 reportażem, z którego wynika, że były minister finansów i nowy szef Najwyższej Izby Kontroli Marian Banaś pominął w oświadczeniu majątkowym istotne informacje. A w kamienicy, której do niedawna był właścicielem, wynajmowano pokoje na godziny.

Centralne Biuro Antykorupcyjne poinformowało, że od kwietnia kontroluje oświadczenia majątkowe obecnego prezesa NIK Mariana Banasia. Dziwnym trafem ta kontrola ma się zakończyć w drugiej połowie października, czyli już po wyborach.

W Internecie pojawiły się pierwsze komentarze, dotyczące decyzji szefa NIK. – „Pan Banaś mówi, że jutro wystąpi do Pani marszałek o urlop bezpłatny, dopóki CBA nie zakończy kontroli, bo takie są standardy w PiS. Pan Banaś mówi, że ta kontrola CBA to potrwa…

View original post 1 140 słów więcej