Czy Ziobro przyniesie głowę Kaczyńskiego?

Wydaje się, że po zwycięstwie w wyborach parlamentarnych prezes Kaczyński będzie w pełni usatysfakcjonowany. Jednak chodzą słuchy, że nie jest to takie pewne. Ponoć sen z oczu prezesa spędza Zbigniew Ziobro.

Fakt, ugrupowanie ministra sprawiedliwości zdobyło 17 mandatów, a to oznacza, że tylko dzięki temu PiS ma większość w Parlamencie. Ziobro wyczuł więc sytuację idealnie i ponoć zażądał dla siebie stanowisko wicepremiera oraz jakąś tekę ministerialną dla posła ze swojej partii. Nie ukrywa też, że chętnie zamieniłby premiera Morawieckiego na kogoś innego, bardziej mu odpowiadającego.

Koledzy partyjni Ziobry zgadzają się z nim, że zmiany w rządzie są konieczne. Jak to podkreślił Patryk Jaki w rozmowie z TVN24, „Wygraliśmy wybory zdecydowanie, ale mimo wszystko potrzebna jest refleksja i na pewno potrzebne są zmiany”.

Jarosław Gowin nie ma nic przeciwko przyznaniu Ziobrze teki wiceministra, bo przecież „Skoro ja jako lider jednej z trzech partii, z dwóch mniejszych partii obozu rządowego, jestem wicepremierem, nie byłoby rzeczą w żaden sposób zaskakującą, że wicepremierem zostanie także minister Ziobro”, jednak nie zamierza się wtrącać, uznając, że to sprawa miedzy PiS a Solidarną Polską.

Zdecydowanie jednak opowiada się za pozostawieniem Morawieckiego na stanowisku premiera. Takie były wcześniejsze ustalenia i „trzeba trzymać się dawnych reguł solidarnej współpracy”. Wydaje się, że Jarosław Gowin jest bardziej wierny wcześniejszym ustaleniom, czego nie można powiedzieć o Zbigniewie Ziobrze. Jest on zdecydowanie trudniejszym koalicjantem, z wielkimi ambicjami i zapewne nie odpuści, by piąć się coraz wyżej w polityce. W końcu mając tych 17 posłów ma prawo stawiać warunki, a może i w którymś momencie wygryźć samego prezesa?

Mateusz Morawiecki powinien dalej być premierem? – Potrzebna jest rozmowa na ten temat, ale najpierw w gronie koalicyjnym – powiedział europoseł Patryk Jaki w rozmowie z TVN24. Wypowiedź polityka ponownie wznieciła spekulacje o oczekiwanej zmianie szefa rządu ze strony Solidarnej Polski Zbigniewa Ziobry.

  • „Fakty” TVN podają nieoficjalnie, że Ziobro zażądał stanowiska wicepremiera i dodatkowego resortu dla przedstawiciela swojej partii w nowym rządzie
  • Minister sprawiedliwości był dziś widziany w siedzibie PiS przy ul. Nowogrodzkiej
  • Ziobrę na stanowisku wicepremiera widzi Jarosław Gowin, jednak nie wyobraża sobie, aby Morawiecki nie pozostał szefem rządu

Prawo i Sprawiedliwość zdecydowanie wygrało wybory paramentarne, zdobywając 43,59 proc. głosów, jednak rezultat ten przełożył się jedynie na 235 mandatów. Oznacza to, że dysponuje przewagą jedynie pięciu posłów potrzebną do samodzielnego rządzenia. Co ważne, w grupie tej znajduje się liczne grono polityków należących do dwóch innych ugrupowań wchodzących w skład Zjednoczonej Prawicy: Solidarnej Polski Zbigniewa Ziobry i Porozumienia Jarosława Gowina. Partie te mają w nowym Sejmie odpowiednio 19 i 18 przedstawicieli. Może to komplikować plany lidera PiS Jarosława Kaczyńskiego, także co do składu przyszłego rządu.

Według nieoficjalnych informacji „Faktów” TVN Zbigniew Ziobro zażądał stanowiska wicepremiera oraz dodatkowego resortu dla polityka Solidarnej Polski. Ma to być warunkiem poparcia rządu.

– Wygraliśmy wybory zdecydowanie, ale mimo wszystko potrzebna jest refleksja i na pewno potrzebne są zmiany – powiedział w rozmowie z TVN24 europoseł Patryk Jaki, odnosząc się do wyniku wyborów. Bliski współpracownik Zbigniewa Ziobry nie wykluczył też zmiany na stanowisku szefa rządu. – Potrzebna jest rozmowa na ten temat, ale najpierw w gronie koalicyjnym – zaznaczył.

Minister sprawiedliwości był dzisiaj widziany w warszawskiej siedzibie Prawa i Sprawiedliwości przy ul. Nowogrodzkiej. W budynku spędził kilkadziesiąt minut. Nie wydano żadnego oficjalnego komunikatu, czego mogły dotyczyć rozmowy.

Ziobro wicepremierem? Gowin: nie będziemy temu przeciwni

W „Faktach po Faktach” TVN24 o zmiany w rządzie pytany był wicepremier Jarosław Gowin. Polityk stwierdził, że nie będzie przeciwny przyznaniu Ziobrze stanowiska wicepremiera.

– Skoro ja jako lider jednej z trzech partii, z dwóch mniejszych partii obozu rządowego, jestem wicepremierem, nie byłoby rzeczą w żaden sposób zaskakującą, że wicepremierem zostanie także minister Ziobro – tłumaczył. Jednocześnie zaznaczył, że to kwestia negocjacji między PiS a Solidarną Polską. – Nie będę się w to wtrącał – dodał.

Pytany o zmianę na stanowisku premiera powiedział, że nie wyobraża sobie, aby Mateusz Morawiecki nie był szefem rządu. – Sprawa jest poza dyskusją. Tego kandydata wskazała główna partia naszego obozu, czyli PiS. Porozumienie formalnie poparło kandydaturę Morawieckiego – oznajmił. – Trzeba trzymać się dawnych reguł solidarnej współpracy – zaznaczył.

W jego ocenie „nie ma żadnego pośpiechu w powoływaniu nowego rządu”, a on sam nie był jeszcze w siedzibie PiS przy ul. Nowogrodzkiej.

Ziobro jeszcze może, a Kaczyński impotent.

Kmicic z chesterfieldem

W normalnym państwie można by taki pomysł obśmiać. Ale PiS ze środowisk postulujących taką edukację zrobił wroga publicznego, niszczycieli polskiej rodziny, deprawatorów dzieci i nihilistów.

To do nich wołał prezes Kaczyński: „Ręce precz od naszych dzieci”. To także ich miał na myśli abp Jędraszewski, głosząc o „tęczowej zarazie”. W takiej sytuacji można się spodziewać, że obywatelska inicjatywa mająca błogosławieństwo Kościoła zostanie przez parlament uchwalona. Będziemy wtedy chyba jedynym krajem w Europie i ewenementem na skalę światową, gdzie edukacja seksualna nie tylko nie jest w szkołach wykładana, ale jest zakazana i karana więzieniem.

Nauczanie seksualne jako przestępstwo

Na wznowionym po wyborach posiedzeniu Sejmu jednym z punktów było pierwsze czytanie projektu obywatelskiej inicjatywy Stop Pedofilii, który wprowadza do kodeksu karnego nowe przestępstwo: nauczania seksualnego. Przepis ma brzmieć tak: „Kto propaguje lub pochwala podejmowanie przez małoletniego obcowania płciowego lub innej czynności seksualnej, działając w związku z zajmowaniem stanowiska, wykonywaniem zawodu lub działalności związanych z wychowaniem, edukacją, leczeniem małoletnich lub opieką nad nimi…

View original post 5 130 słów więcej

 

Możemy się spodziewać najgorszego?

Zakończyła się cisza wyborcza. Oto pierwsze, sondażowe wyników wyborów:

PiS – 43,6 proc.

Koalicja Obywatelska – 27,4 proc.

Lewica – 11,9 proc.

PSL – 9,6 proc.

Konfederacja – 6,4 proc.

Inne – 1,1 proc.

Wyniki exit poll Ipsos, źródło: TVN24.

Pracownia IPSOS, która przeprowadza badanie exit poll dla wszystkich stacji telewizyjnych, przedstawia następujący możliwy rozkład głosów w Sejmie.

Prawo i Sprawiedliwość – 239 mandatów

Koalicja Obywatelska – 130 mandatów

Lewica – 43 mandaty

PSL – 34 mandaty

Konfederacja – 13 mandatów

Większość zwykła w Sejmie wynosi 231 mandatów.

Jeśli potwierdzą się wyniki sondażowe, PiS utrzyma większość w Sejmie, choć patrząc na przemawiającego Jarosława Kaczyńskiego w sztabie PiS, dostrzec można było rozczarowanie, że jego partia nie będzie miała większości konstytucyjnej. – „Jeśli wynik sondażowy się utrzyma, przed nami kolejne cztery lata rządzenia, czeka nas refleksja nad tym, co się udało i nad tym, co spowodowało, że pewna część społeczeństwa uznała, że nie należy nas popierać” – stwierdził.

W przemówieniu prezesa PiS – oczywiście nie zabrakło wątków o „wrażych siłach”. – „Mimo wszystko mamy powody do radości, bo mimo tego potężnego frontu przeciwko nam zdołaliśmy wygrać i wszystko wskazuje na to, że to się jednak utrzyma” – mówił Kaczyński.

Lider PO Grzegorz Schetyna zapowiedział współpracę z innymi partiami opozycji demokratycznej. – „To były trudne cztery lata, to nie była równa walka, nie mieliśmy poczucia, że startujemy w uczciwej walce, że przeciwnik stosuje uczciwe metody. Współpraca ugrupowań opozycyjnych to jedyna droga. Wszystko przed nami. Przed nami wybory prezydenckie. Tym wszystkim, którzy marzyli o wielkim zwycięstwie, o dominacji, którzy chcą układać państwo tak, by w nim dobrze było tylko im – chcę im powiedzieć: nie będzie Budapesztu w Warszawie” – stwierdził szef PO.

Po czterech latach do Sejmu wraca Lewica. – „Jarosław Kaczyński ma problem, bo będzie w Sejmie opozycja odważna, której będzie się chciało walczyć o prawa pracownicze, o lepszą ochronę zdrowia. To pierwszy krok do lewicowego rządu po następnych wyborach” – stwierdził Adrian Zandberg, lider Razem. A Robert Biedroń dodał: – „Pokażemy, że Polska może być otwarta, tolerancyjna i nowoczesna, a do tego być państwem dobrobytu. Będziemy konstruktywną opozycją, która każdego dnia będzie pokazywała, że Konstytucja będzie broniona od pierwszego do ostatniego artykułu”.

„Jeżeli te wyniki się potwierdzą, to jest wielki mandat zaufania dla racjonalnego centrum, dla naszych propozycji dla Polski. Stoimy po stronie państwa wolnego, niepodległego, demokratycznego, godnego, który szanuje każdego obywatela, a nie samowładzę” – powiedział szef PSL Władysław Kosiniak-Kamysz.

Zapamiętajcie słowa Kaczyńskiego – To nie jest jeszcze zwycięstwo ostateczne, otrzymaliśmy dużo, ale zasługujemy na więcej! Strach się bać, kolokwialnie mówiąc… On już grozi!

– Jeszcze nie jest jasne, kto będzie miał większość – mówi prof. Jarosław Flis, socjolog z Uniwersytetu Jagiellońskiego.

Według badania exit poll z godziny 21 dla TVN, TVP i Polsatu poparcie dla poszczególnych komitetów wyborczych wynosi: 43,6 pkt. proc. dla PiS, 27,4 pkt. proc. dla Koalicji Obywatelskiej, 11,9 pkt. proc. dla Lewicy, 9,6 pkt. proc. dla PSL-Koalicji Polskiej i 6,4 pkt. proc. dla Konfederacji.

Ipsos podał też prawdopodobny podział mandatów: 239 dla PiS, 130 dla KO, 43 dla Lewicy, 34 dla PSL-Koalicji Polskiej i 13 dla Konfederacji.

Flis i Machowski: PiS ma tylko 227 mandatów

Prof. Flis, z którym rozmawialiśmy przed godziną 23, przeliczył dane Ipsos wedle własnego wzoru. I wyszło mu, że PiS może liczyć na 227 mandatów, obóz anty-PiS – na 217, a Konfederacja – na 16. – Więc jeszcze nie jest jasne, kto będzie miał większość – komentuje socjolog.

To oznaczałoby klincz, bo ani PiS, ani anty-PiS nie mogłyby samodzielnie stworzyć większościowego rządu. Języczkiem u wagi stałaby się Konfederacja. Na wieczorze wyborczym lider PiS Jarosław Kaczyński studził nastroje.

Podobnie wyliczył mandaty Andrzej Machowski, doktor psychologii w zakresie psychometrii i analityk badań sondażowych. Jego zdaniem wyniki podane przez Ipsos są prawdziwe, ale podział mandatów – już nie. Wyliczył, że PiS ma właśnie 227 posłów, KO – 135, Lewica – 47, PSL-Koalicja Polska – 34, a Konfederacja – 16.

Machowski podkreślił, że model wyliczenia mandatów z uwagi na to, iż nie bierze pod uwagę specyfiki geograficzno-politycznej, może się trochę mylić, ale na pewno nie o 12 posłów w przypadku PiS. W wyborach z 2015 r., w których PiS zdobył 235 mandatów, model przypisał partii Kaczyńskiego 233 miejsca w Sejmie, a np. Nowoczesnej „dał” 31, o trzy więcej niż w rzeczywistości.

Prof. Cześnik: opozycja ma więcej głosów

Rozmawialiśmy też z prof. Mikołajem Cześnikiem, politologiem z Uniwersytetu SWPS i Fundacji Batorego. – Po pierwsze, wysoka frekwencja. W tym roku poszło na wybory o ok. 3 mln osób więcej niż w 2015 r., to z punktu widzenia demokracji sukces. Po drugie, jeśli się doda głosy oddane na KO, PSL i Lewicę to widać, że obóz anty-PiS jest silniejszy niż PiS. Dostał ok. 8,5 mln głosów [PiS niecałe 8 mln] – mówi prof. Cześnik, komentując wyniki. – Po trzecie, jeśli Konfederacja wejdzie do Sejmu, to sprawdzi się najczarniejszy sen Jarosława Kaczyńskiego o obejściu go z prawej flanki. Gdyby PiS nie zdobył powyżej 230 mandatów, to Kaczyński stanie przed diabelską alternatywą, czy dogadywać się z Konfederacją. A w niej są ludzie, którzy są albo twardymi graczami, albo wariatami, a Kaczyński takich nie potrzebuje.

Wg dwóch politologów PIS traci większość. To będzie długa noc.

Socjolożka Elżbieta Korolczuk po ogłoszeniu wyników exit poll: „Ten wynik musi być dla PiS rozczarowaniem. To trudny moment dla Polski. PiS będzie kontynuować politykę transferów, ale gdy sytuacja ekonomiczna nie pozwoli, sięgnie po środki represyjne. Takie ruchy jak Ordo Iuris będą miały większe znaczenie. Dla praw kobiet możemy się spodziewać najgorszego”

Elżbieta Korolczuk: PiS wciąż ma większość, proces gnicia polskiej demokracji będzie trwał. Oczywiście, sytuacja, w której się obudzimy jutro, ma kilka wariantów – w zależności od tego, czy Konfederacja wejdzie czy nie. Ale zasadniczo nie zmieni to sceny politycznej.

Jednocześnie, biorąc pod uwagę ilość transferów pieniężnych dokonanych przez PiS do różnych grup, w tym do takich, które miały znaczenie jeżeli chodzi o mobilizację wyborców, i biorąc pod uwagę ilość pieniędzy, które PiS włożył w kampanię wyborczą, to ten wynik musi być dla nich rozczarowaniem.

Magdalena Chrzczonowicz: Jarosław Kaczyński był bardzo powściągliwy po ogłoszeniu wyników.

To nie jest wynik, którego się spodziewali przy tak wielkich transferach, które już zagrażają stabilizacji ekonomicznej państwa. Trudno dać więcej pieniędzy, a to oznacza żę grupa wyborców, którą można było zachęcić poprawą sytuacji ekonomicznej, już się wyczerpała.

To trudny moment dla Polski. To oznacza, że PiS albo może kontynuować swoją politykę transferów, ale nie wiadomo, czy sytuacja ekonomiczna na to pozwoli, albo sięgać po środki represyjne.

Te wyniki oczywiście ciągle mogą się zmienić. Mówi się, że do tej pory wyniki exit poll niedoszacowywały PiS. Nie wiem, czy po 4 latach tak ciągle jest.

Jak oceniasz wynik lewicy?

Wynik lewicy jest zadowalający – przypomnijmy, że do tej pory lewicy w Sejmie nie było. Lewica miała problem z tożsamością, bo połączenie trzech tak różnych projektów jak Razem SLD i Wiosna, było wyzwaniem.

Lewica nie miała też możliwości finansowych, żeby zrobić dobrą kampanię. Oczywiście, ja oczekiwałam więcej, ale było to myślenie życzeniowe. Biorąc pod uwagę finanse, którymi dysponował PiS – tak zawsze jest w przypadku partii rządzącej, a PiS z tego korzystał dość bezczelnie – nie należało się spodziewać, że nastąpi jakaś zasadnicza zmiana.

Ale istotne jest to, że lewica nie była w stanie przejąć od PiS kwestii socjalnych. Nie wygrano problemu z jakością usług publicznych, katastrofą w służbie zdrowia, sytuacją w edukacji itp. To jest wyzwanie. Lewica musi się zdecydować, który przekaz jest najważniejszy. Moim zdaniem najważniejsze są równość i jakość usług publicznych. To sprawy, które dotyczą nas wszystkich.

Te wybory pokazują dwie rzeczy – nie da się pokonać PiS operując wyłącznie przekazem o zagrożeniu demokracji.  Ale też PiS nie jest w stanie wygrać wyborów wyżej niż te 43-44 proc. i to łącząc politykę pamięci, nacjonalizmu i transferów socjalnych.

Jedni i drudzy osiągnęli limit. Pytanie, kto się określi od nowa.

Co będzie z prawami kobiet?

Będzie fatalnie. Nastąpią kolejne ograniczenia w kwestii aborcji, będzie manipulowanie przy konstytucji. To jest ciągle na tapecie, to jest tak ważna sprawa dla ruchów ultrakonserwatywnych, że oni tego nie odpuszczą.

Wygrana PiS jest dla tych środowisk sygnałem, że trzeba dalej i jeszcze intensywniej o to zabiegać. Takie ruchy jak Ordo Iuris będą miały coraz większe znaczenie. Możemy się spodziewać najgorszego.

Człowiek jednoosobowo trzęsący krajem, dla swoich groźny, przez innych wyśmiewany, podczas kampanii przeistoczył się nagle w troskliwego ojca narodu

Ta kampania wyborcza przeszła do historii. Czy wyniknęło z niej coś istotnego dla Polaków? Co zapisze się w naszej zbiorowej pamięci? Co, oprócz pytań: jak bardzo opłaca się okłamywać elektorat, albo jak kto woli – jak bardzo nie opłaca się mówić wyborcom nieprzyjemnej prawdy? W mojej pamięci pozostanie wiele obrazków i zdarzeń, które nadają owej elekcji niepowtarzalny rys, precedensowy w historii polskiej demokracji.

Jeśli pominąć pierwsze po wojnie sfałszowane wybory nigdy dotąd nie byliśmy świadkami tak wielkiej desperacji obozu władzy, która użyła całego aparatu państwa, by nie przegrać. Rządowe media bez żenady kolportowały kłamstwa i plotki dyskredytujące opozycję. Służby specjalne cichcem donosiły zaufanym pseudodziennikarzom podrasowane szczegóły z życiorysów kandydatów koalicji. Rządowe szczujnie prześcigały się w fabrykowaniu rzekomych wypowiedzi i cytowaniu wydzieranych z kontekstu wypowiedzi, które miały kompromitować ludzi z opozycji. Dyspozycyjna prokuratura nie nadążała z preparowaniem formalnych i werbalnych zarzutów, a przedstawiciele władz straszyli zagrożeniami, które akurat w okresie przedwyborczym jakby się zmówiły, by zawisnąć nad głowami Polaków.

Z tej wyborczej batalii na zawsze zapamiętam zakłamane twarze funkcjonariuszy partyjnych, zapewniających mnie żarliwie, że nie śpią, nie jedzą, tylko furt myślą o moim losie i o dobru Ojczyzny, matki naszej. Zapamiętam na zawsze tego sztukmistrza, który przed kamerą był zatroskanym mężem stanu i miał łzy w oczach mówiąc o dramatycznych zakrętach polskiej historii, a po minucie, gdy tylko zszedł z wizji, potrafił przepoczwarzyć się w podchmielonego birbanta, rechoczącego z chamskiego dowcipu partyjnego kolesia. Nie zapomnę głupio zaskoczonej miny premiera, któremu pokazano oficjalną statystykę, gdzie stało jak byk, że jednak mamy w kraju ludzi żyjących poniżej absolutnego minimum socjalnego i że przybywa ich w zastraszającym tempie. I jeszcze utrwaliło mi się w pamięci wstrząsające przemówienie najważniejszej osobistości kraju, który najpierw długo mnie obrażał, potem jeszcze dłużej apelował do moich patriotycznych uczuć (które wyrażać się powinny poparciem dla programu jego partii), a w końcu wezwał mnie do ratowania ojczyzny, co to właśnie stanęła przed straszliwymi historycznymi zagrożeniami.

W tej kampanii wiele było podobnych wezwań, apeli i ostrzeżeń. Ostrzegano mnie przed straszliwą katastrofą w przypadku, gdy wybory wygra „ulica”.  Ostrzegano Polaków przed zakamuflowanymi wysłannikami wrażych sił, którzy za obce pieniądze planują wprowadzić w Polsce niepolskie porządki i niemoralny ład moralny. Ostrzegano cały świat, by nie mieszał się w sprawy, które „we własnym domu” rozwiązywać może wyłącznie demokratycznie wybrana władza.  Prym wiodła tutaj opanowana przez wiodącą partię telewizja publiczna, sterowana przez króla cyników, o którym mówiło się podczas kampanii, że kłamie nawet przez sen.

Na ulicach widać było od razu, kto ma władzę, pieniądze i prawo zawieszania plakatów i ulotek w najlepszych miejscach. Plakaty kandydatów opozycji były masowo zrywane, zachlapywane i uzupełniane swastyką albo gwiazdą Dawida. Dziennikarze nie kryli rozbawienia, gdy na konferencji prasowej minister od spraw wewnętrznych opisywał niebywałe trudy ścigania „całkowicie nieznanych sprawców” tych przedwyborczych ekscesów.

Nigdy nie zapomnę niezwykłej mieszanki niepokoju i nadziei, niepowtarzalnie rozedrganej atmosfery towarzyszącej tym wyborom. Na spotkaniach kłębiły się obietnice i zwoje kiełbasy wyborczej. Sondaże nie były pomyślne, ale może jednak… Dla jednych zwycięstwo oznaczało nowy początek, dla drugich koniec całej epoki. Człowiek jednoosobowo trzęsący krajem, dla swoich groźny, przez innych wyśmiewany, podczas kampanii przeistoczył się nagle w troskliwego ojca narodu, zapewniającego, że jedynym celem jego rządów i rządów jego partii jest zaprowadzenie w Polsce porządku, bo takie jest mickiewiczowskie zadanie, bo „przed ucztą potrzeba dom oczyścić ze śmieci”. Podczas kampanii pochowali się gdzieś najbardziej znienawidzeni, na pierwszy plan wysunięto młodszych, których nauczono klepać przygotowane dla nich formułki i uśmiechać się radośnie. Na scenie politycznej tłoczyli się nieznani dotąd ludzie, a za kulisami znani demiurgowie pociągali za sznurki i zarządzali efektami specjalnymi, siejąc entuzjazm, zwątpienie, nadzieję, ale głównie strach. Ktoś gdzieś zobaczył schowaną w jakimś zakamarku gotową urnę na wymianę, wypełnioną odpowiednio skreślonymi kartami. W popularnym kabarecie znany artysta prognozował wyniki: – Głosowali jak chcieli, a wybrali kogo trzeba! Sondaże wskazywały dużą przewagę rządzących – na zewnątrz buńczucznych i pewnych siebie, a w środku rozbieganych, nerwowych i napastliwych.

Mówiło się o jedynej, może nawet ostatniej szansie pokonania okupantów, którzy zabrali nam Polskę. Bo dziś jeszcze stać nas na masowe protesty, bo jeszcze teraz rządzący muszą się liczyć z opinią Europy i świata, bo w tych wyborach obserwatorzy i mężowie zaufania z opozycji patrzeć im będą na ręce. Ale kiedy rządząca partia wygra wybory, to z pomocą własnej krajowej komisji wyborczej, własnych komisarzy, własnej administracji i własnych sędziów wygrywać już może zawsze. Przez lata mataczenia i manipulowania prawem zdobyła przecież wystarczającą wprawę, by nigdy już nie przegrać…

Skończyła się ta kampania. Przyszedł czas wyborów. A następnego dnia okazało się, że wygraliśmy wszystko, co było do wygrania. Kiedy ogłoszono pierwsze wyniki okazało się, że zwyciężyła solidarność przez duże i małe „S”. Dzisiaj, po 30 latach trudnej wędrówki, wróciliśmy do początku drogi. Zapamiętana zostanie Polska z tamtych i tych ostatnich wyborów – pęknięta na pół i trudna do sklejenia, bo wciąż rozdrapywana przez ludzi przekonanych, że są nieśmiertelni i że tak, jak jest, będzie zawsze – ludzi bez świadomości, że największym błędem politycznym jest uwierzenie własnej propagandzie.

Andrzej Karmiński

Podczas wieczoru wyborczego „Wyborczej Trójmiasto” w hotelu Hilton w Gdańsku prezydent miasta Aleksandra Dulkiewicz podsumowała wstępne wyniki wyborów parlamentarnych 2019. – PiS nie uzyskał konstytucyjnej większości, powinniśmy poczekać też na wyniki wyborów do Senatu – mówiła Dulkiewicz.

Prezydent Gdańska Aleksandra Dulkiewicz wskazywała podczas wieczoru wyborczego „Wyborczej Trójmiasto”, że wyniki wyborów nie są dla niej i mieszkańców Gdańska satysfakcjonujące. – Będzie trudno, ale każdy obywatel i obywatelka powinien zastanowić się, co sam może zrobić, żeby już od jutra dalej dbać o demokrację w Polsce – mówiła prezydent Dulkiewicz. – Na pewno obecna sytuacja nie jest prosta, co widać choćby na przykładzie naszego samorządu i tego, co się działo w ostatnich latach.

Zdaniem prezydent samorządy w całej Polsce będą cierpieć coraz bardziej, bo wydatki na edukację rosną, a finansują je głównie gminy.

– Do tego już w sierpniu wejdą w życie przepisy, które zwolnią z podatków osoby do 26. roku życia, co przełoży się na wielomilionowe straty w budżetach miast – mówiła Dulkiewicz. – Może dojść do sytuacji, w której władzom miast zabraknie pieniędzy czy to na oświetlanie ulic, czy choćby usuwanie odpadków. To jest właśnie polityka PiS, która polega w dużej mierze na wykrwawianiu samorządów.

Dulkiewicz nawiązała też do frekwencji, która o godz. 17 wynosiła w Gdańsku nieco ponad 49 procent. – To bardzo dobry wynik, który jeszcze wzrośnie. Należy się z tego cieszyć, tak jak i cieszyłby się z niego prezydent Paweł Adamowicz.

Wyniki wyborcze exit polls. Szambo wybiło

Opozycjo, nie pozwól Targowicy pisowskiej rozwalać Polski

PiS będzie się świetnie bawić, patrząc, jak PO, PSL, SLD, Wiosna i Razem walczą o tę samą pulę 30 proc. głosów, zostawiając całą resztę PiS-owi”. Tymczasem „sztuką w podziale na trzy odrębne listy jest to, żeby znaleźć sposób na powiększenie tej puli 30 proc. głosów o 10, 20, a może nawet więcej procent”

W wywiadzie udzielonym portalowi gazeta.pl dr Olgierd Annusewicz, politolog i ekspert od marketingu politycznego z Ośrodka Analiz Politologicznych UW przestrzega: politycy opozycji „powinni przestać używać słowa „LGBT” i znaleźć inne słowo, przy pomocy którego odwoływaliby się do tej kwestii”. Dlaczego? Zdaniem naukowca, w kwestii środowisk LGBT Prawo i Sprawiedliwość zawłaszczył sposób mówienia o mniejszościach seksualnych.

Rzeczywiście, od kilku dni głównym tematem politycznych dyskusji są naklejki „Strefa wolna od LGBT” autorstwa „Gazety Polskiej” i zamieszki na Marszu Równości w Białymstoku. „Dla opozycji to sytuacji potencjalnie niezwykle groźna” – stwierdza rozmówca. Dlaczego?

Zasadniczo dlatego, że takie światopoglądowe tematy „są dla ludzi łatwiejsze do zrozumienia, łatwiej opowiedzieć się za albo przeciw”, tymczasem właśnie one po prostu osłabiają opozycję. Zdaniem Annusiewicza. „Politykowi, który aspiruje do roli lidera bardzo szerokiego politycznie obozu, a kimś takim jest Grzegorz Schetyna, bardzo trudno dawać jasne komunikaty w sprawach światopoglądowych, bo musi wciąż uważać, żeby nie zniechęcić do siebie żadnego ze „skrzydeł” – konserwatywnego ani lewicowego. To sprawia, że Koalicja Obywatelska w kampanii czuje i będzie się czuć znacznie mniej wygodnie od PiS-u”. Dlatego otoczenie Jarosława Kaczyńskiego kwestię LGBT grzeje, jak tylko może.

Fakt, że Grzegorz Schetyna zdystansował się względem Marszu Równości i od planowanego marszu przeciw przemocy (słowami: „Nie będziemy wpisywać się w grę i scenariusz przygotowany na Nowogrodzkiej. Dzisiaj PiS z tych demonstracji i spraw mniejszości chce zrobić główny wątek kampanii wyborczej. Tak nie jest”), rozmówca portalu wyjaśnia poprzez wskazanie różnic w sytuacji KO i formacji lewicowych (Wiosny, Razem czy SLD). O ile dla tych drugich sprawy LGBT są „w 100 proc. zgodne z programowo-politycznym DNA tych partii i ich wyborców”ale „blok lewicowy nie aspiruje do bycia formacją na miarę 30 proc. głosów w wyborach”. Dlatego to Koalicja Obywatelska „musi ważyć racje przy każdej tego typu sytuacji”. Poza tym – podkreśla Annusiewicz – „dzisiaj wyborcy nie oczekują od polityków zaangażowania w obyczajowe wojenki. Nastroje są zupełnie inne”.

Na pytanie – czego zatem oczekują? – politolog odpowiada, że pragmatycznych polityków, rozwiązujących ich problemy – np. naprawy służby zdrowia czy okiełznanie chaosu w oświacie. Tymczasem opozycja „skupia się na tematach, które w żaden sposób nie dają szansy na poszerzenie elektoratu”, a tym samym czasie „PiS zwiększa poparcie”.  Istnieje ryzyko, że opozycję czeka „wzajemna rywalizacja o ten sam elektorat. PiS będzie się świetnie bawić, patrząc, jak PO, PSL, SLD, Wiosna i Razem walczą o tę samą pulę 30 proc. głosów, zostawiając całą resztę PiS-owi”. Tymczasem sztuką w podziale na trzy odrębne listy jest to, żeby znaleźć sposób na powiększenie tej puli 30 proc. głosów o 10, 20, a może nawet więcej procent” – podkreśla AnnusiewiczPrzy czym podział ów sprawił, że kwestie światopoglądowe są mniej „szkodliwe”, bo każda jest dla innego elektoratu.

Dr Annusiewicz zwraca uwagę na jeszcze jeden aspekt sprawy. Otóż jego zdaniem w polskiej polityce od dawna kwestie światopoglądowe służyły do mobilizacji elektoratu – i w ostatniej euro kampanii wyraźnie było to widać. Dlatego w jego opinii opozycja powinna słowa „LGBT” czymś zastąpić. „Mnie na gorąco przychodzą do głowy np. „wolność” albo „sprawiedliwość”. To musi być coś nacechowanego pozytywnie, bo walcząc z niekorzystnym dla siebie ramowaniem języka opozycja nie może powielać ramy, która jej szkodzi. Musi wykreować własną ramę i doprowadzić do tego, żeby w debacie publicznej dziennikarze, komentatorzy, publicyści czy inni politycy posługiwali się tą ramą. Dlatego opozycja powinna przestać bronić LGBT, tylko zająć się promowaniem wolności, równości, sprawiedliwości etc” – stwierdził rozmówca portalu.

Podaje jeszcze jeden istotny argument. Jak wyjaśnia, „zwrotu „ideologia LGBT” użyłem celowo, bo pokazuje on proces tzw. ramowania języka, którego dokonują w tej kadencji rządzący. „Ideologia” jest słowem w języku potocznym nacechowanym negatywnie, więc jeśli ktoś nie wie, czym dokładnie jest LGBT, ta „ideologia” obciąża je i wydźwięk całości jest pejoratywny. Powtarzane wystarczająco często, utrwala się w społecznej świadomości. Zwłaszcza, jeśli opozycja przyjmuje ten język i na własne życzenie pozwala się w ten sposób ogrywać na płaszczyźnie komunikacyjnej” – przestrzega dr Annusiewicz.

W finale rozmowy politolog podkreślił tez pozytywy. Wyraził bowiem „słowa uznania dla Koalicji Obywatelskiej za wyciągnięcie i nagłośnienie wątków edukacyjno-zdrowotnych. Nawet jeśli PiS na razie jakoś daje sobie z tym radę, to zdiagnozowanie realnych problemów obywateli jest kluczowe w każdej kampanii i walce o władzę”. Jego zdaniem spore szanse na zdobycie poparcia daje wiec konkretna „szóstka Schetyny”. Czy tak będzie rzeczywiście, pokażą jesienne wybory.

PiS to Targowica, co jednak z opozycją? Walczy między sobą i pozwala Targowicy rozwalać Polskę.

Kmicic z chesterfieldem

Prokuratura po raz kolejny chce, by tłumaczka Donalda Tuska stawiła się na przesłuchanie w sprawie tzw. zdrady dyplomatycznej.

Magdalena Fitas – Dukaczewska tłumaczyła rozmowę Donalda Tuska z Władimirem Putinem po katastrofie smoleńskiej. Jej klientami byli też inni premierzy i prezydenci m. in. Aleksander Kwaśniewski czy Bronisław Komorowski, miała też dostęp do najwyższych stopniem tajemnic NATO i Unii Europejskiej.

Na pierwsze przesłuchanie została wezwana pod koniec 2018 roku, ale odmówiła złożenia zeznań ze względu na tajemnicę zawodową. Prokuratura zwolniła ją z tego obowiązku, ale w marcu 2019 roku są uchylił postanowienie. Bartosz Biernat z prokuratury krajowej zapowiadał wówczas, że postanowienie będzie prawdopodobnie ponowione. – Sąd nie zabronił prokuraturze zwolnienia tłumaczki z tajemnicy, a tylko uchylił to konkretne zwolnienie ze względu na jego uzasadnienie – stwierdził. Teraz prokuratura chce ponownie wezwać Fitas – Dukaczewską na przesłuchanie w sprawie Donalda Tuska.

Prokuratura znowu chce przesłuchać tłumaczkę premierów i prezydentów Magdę Fitas Dukaczewską. Wydano…

View original post 1 885 słów więcej