Fundamentalizmy: katolicki, narodowy i populistyczny

Facet w sukience twierdzi, że kobieta w spodniach jest obrzydliwościa….

Grozi nam wielkie rozczarowanie demokracją. To, że wróci język, który znamy: kiedy sanacja mówiła o sejmokracji, komuniści – o kretynizmie parlamentarnym, a faszyści – o zgniłym demoliberalizmie.

Abp Marek Jędraszewski w marcu 2016 r. objawił światu nicość mojego ducha i nikczemność zamiarów. Mówił o mnie ciepło: „ten człowiek” lub „jeden z uczestników zasiadających przy obradach Okrągłego Stołu”. Przytaczał mój esej z lata 1991 r. umieszczony w kwartalniku politycznym „Krytyka”.

Powiadał arcybiskup: „Ten człowiek obawia się fundamentu moralnego, jakim jest 10 przykazań, opowiadając się tym samym za relatywizmem moralnym, za tym, że każdy może mieć swoją prawdę i według niej żyć oraz narzucać ją innym. (…) Bojąc się nacjonalizmu, uderzył ten człowiek w to, co jest najbardziej istotne dla całej naszej wielkiej tradycji – w patriotyzm. Ten człowiek nie chciał, by nasze życie po ’89 r. kształtowało się według tych trzech słów tworzących jeden wielki program dla Polski – Bóg, Honor, Ojczyzna”.

Później wracały u różnych ludzi w różnych formach wątki arcybiskupa. I tak niedawno przeczytałem, że w swoim artykule porównałem „uczenie Polaków demokracji do sadzania buszmena przed komputerem”.

Dowiedziałem się też, że mój tekst to „jeden z najbardziej szkodliwych wykwitów polskiej myśli politycznej po 1989 r.”, gdyż odbiera „prawomocność wszystkim głównym orientacjom ideowym, z których wychodząc, można było krytykować” mój obóz. „To wtedy – dowiaduję się – zaczęło się błędne koło wykluczania i gettoizacji oponentów”.

Nigdy nie przypuszczałem, że mój niewielki artykuł z elitarnego kwartalnika będzie miał taką niebywałą moc sprawczą…

Nie sądzę, by te demaskatorskie uwagi zasługiwały na polemikę, ale może zasługują na przypomnienie. Oto ono.
Adam Michnik

Trzy fundamentalizmy, 1991

Nasza refleksja polityczna ma przed sobą pilny problem: świadomość historyczną Polaków. Nie trzeba tłumaczyć, jak wielkie znaczenie w kształtowaniu się postaw i zaangażowań politycznych miały polskie wyobrażenia o historii. Wydaje się, że dziś nastał czas, kiedy owe polskie stereotypy na temat przeszłości, w szczególności zaś na temat dziejów II Rzeczypospolitej, winny zostać poddane spokojnej autorefleksji.

Dotychczas cała historia II Rzeczypospolitej padała w znacznej mierze ofiarą mitów i stereotypów – czy to czarnej legendy w oficjalnej komunistycznej propagandzie, czy to białej legendy tych, którzy przed komunistycznym fałszowaniem historycznych zdarzeń próbowali się obronić. Wydaje się, że naszej przeszłości winniśmy postawić pytania nowe.

Przede wszystkim winniśmy się chyba zastanowić, co stało się w 1922 r., kiedy zamordowano Gabriela Narutowicza. Jakiego typu proces został wtedy uruchomiony, w jakiej atmosferze dokonał się zamach, jakie skutki historyczne przyniósł i dlaczego ta data nie stała się granicznym faktem w polskiej świadomości historycznej, dlaczego tak chętnie spychano ten fakt w niepamięć.

Wydaje się również, że musimy na nowo spojrzeć na cały dorobek ówczesnych obozów politycznych, na nowo przyjrzeć się ówczesnej scenie politycznej jako arenie sporu o kształt państwa i o kształt demokracji – i odpowiedzieć sobie na pytanie, jakimi meandrami podążała ewolucja antydemokratyczna obecna w myśli obozu belwederskiego, obozu endeckiego i obozu PPS-u. Na nowo trzeba także przeanalizować historię Kościoła katolickiego w okresie międzywojennym.

Bez takiej refleksji skazani będziemy na idealizację własnej przeszłości, na świadomość historyczną obarczoną mitologią, a nie trzeźwym osądem, i na pewną bezbronność wobec tego, co można nazwać rewanżem pamięci – pamięci przez lata całe zepchniętej w podświadomość.

Gdybym miał określić zjawiska nowe, mniej lub bardziej akcentowane, występujące jawnie lub skrycie, ale obecne w naszej dzisiejszej debacie politycznej, to mówiłbym o powrocie zagrożenia fundamentalizmem. Fundamentalizm to nic innego jak przekonanie, że posiada się pomysł na urządzenie świata dobrego, przy tym zaś świata wolnego od innych konfliktów niż konflikt między dobrem a złem – a więc na przykład konfliktów interesów czy konfliktów punktów widzenia, które są nieusuwalnym składnikiem ładu demokratycznego.

Mówić można – wedle mego przekonania – o trzech zagrożeniach fundamentalistycznych.

Po pierwsze – fundamentalizm narodowy.

Istnieje pokusa przyporządkowania wszystkich sfer życia publicznego temu, co określić można mianem interesu narodowego. Interes ów jest każdorazowo definiowany przez pryzmat dosyć szczególnej politycznej perspektywy.

W myśl owego interesu obowiązkiem dobrego Polaka miałaby być na przykład solidarność z polską mniejszością na Litwie, niezależnie od tego, jak ona postępuje – mądrze czy niemądrze, prosowiecko czy prolitewsko. Należy się z nią solidaryzować dlatego, że jest polska – to wystarczy. Każda próba krytyki postępowania liderów mniejszości polskiej na Litwie bywa wówczas kwalifikowana jako antypolonizm.

Myślenie tego rodzaju przedstawia sobie i bliźnim obraz Polski jako kraju wolnego od innych konfliktów niż konflikt pomiędzy „dobrze, po katolicku” pojmowanym interesem narodowym a tendencjami nihilistyczno-kosmopolityczno-lewicowymi.

W ramach tak zdefiniowanego interesu narodowego za działalność na szkodę narodu polskiego uznaje się stwierdzenie, że w polskich debatach politycznych dają o sobie znać fobie antysemickie, czy też stwierdzenie, że w Polsce nie powinno być miejsca na milczenie o pogromie Cyganów.

Mówię tu o fundamentalizmie charakterystycznym dla pewnej formacji nacjonalistycznych ruchów i doktryn, który – jak się wydaje – odgrywa dziś istotną rolę nie tylko w Polsce i w innych krajach postkomunistycznych. We współczesnym świecie ten typ fundamentalizmu odżywa na przykład w krajach arabskich, pojawia się w Izraelu, a także – na prawicy – w krajach Europy Zachodniej. W dyskusjach toczonych we Francji wokół fenomenu Le Pena czy w niemieckiej debacie historycznej o nazizmie zauważalna jest obawa przed powrotem tego typu fundamentalizmu. Dlatego warto się mu przyjrzeć jako fenomenowi nie tylko polskiemu, ale i międzynarodowemu.

Istnieje – po wtóre – fundamentalizm religijny.

Zjawisko to związane jest z nową sytuacją, w jakiej znalazł się w Polsce Kościół [katolicki], zaś w całym świecie – sacrum. Nie jest niczym odkrywczym stwierdzenie, że jedną z chorób współczesnego świata jest zanik sacrum, a więc zanik takiego obszaru wartości, które są wspólne całej społeczności, do którego cała społeczność może się odwołać. Można go porównać do Kamiennych Tablic, których strzaskanie oznaczać może zanik fundamentu, w jakim zakorzenione są wszystkie nasze wartości pospólne.

Odpowiedź na tę tendencję wciąż nie została w sposób definitywny udzielona przez Kościoły i religie. Można zresztą wątpić, czy w ogóle może ona zostać ostatecznie sformułowana. Próby udzielenia takiej odpowiedzi były jednak czynione: jedną z nich był Sobór Watykański II, otwarcie na świat, zgoda na to, że pewne autentyczne wartości mogą powstawać poza kręgiem mojego Kościoła czy nawet poza kręgiem mojego wyznania lub kręgu kulturowego.

Inną natomiast odpowiedź przynosi właśnie fundamentalizm, czyli – w tym przypadku – próba ponownego zatarcia granicy między sacrum a profanum, między prawem naturalnym a prawem karnym, między zasadą moralną a normą prawnopaństwową. W tych sprawach czeka nas debata najbardziej zasadnicza – nie mniej istotna niż, powiedzmy, debata wokół hasła powrotu do Europy. Rozmaici ludzie, mówiąc o powrocie do Europy, mają bowiem na myśli całkowicie odmienne zjawiska i zdarzenia; wydaje się na przykład, że gdy o powrocie do Europy mówią niektórzy hierarchowie Kościoła katolickiego, to chodzi im o Europę sprzed rewolucji francuskiej, Europę, która już nie istnieje.

Istnieje wreszcie w dzisiejszej Polsce trzecia pułapka fundamentalizmu,

na którą, jak się wydaje, mogą być najbardziej podatni ludzie przedsierpniowej i solidarnościowej demokratycznej opozycji, w tym autor poniższych refleksji. Mam tu na myśli zatarcie różnicy pomiędzy normą moralną a regułą walki politycznej. Z działalności podziemnej wyniesiona została pewna skala, na której ta granica niemal nie istnieje, na której każde zachowanie polityczne było przetłumaczalne na język i wartości moralne. W ładzie demokratycznym jest inaczej i owa fundamentalistyczna mentalność – nazwijmy ją „moralistyczną” – może stać się przyczyną sporego pomieszania.

Nie znaczy to, bym uważał, że w polityce i w normalnym politycznym dyskursie nie ma miejsca na moralność. Nie uważam również, skoro mówimy o fundamentalizmie religijnym, że w polityce nie ma miejsca dla Kościoła. Miejsce takie oczywiście istnieje, ale ma specyficzny charakter. Tak jak Kościół nie może być partią polityczną, tak jak norma religii nie może być normą prawną, tak norma moralna ukształtowana w polityce podziemia antykomunistycznego – która była normą manichejską – nie może być dziś mechanicznie przeniesiona do gry demokratycznej. Może bowiem dla tej gry i dla siebie samej okazać się zabójcza. Wtedy moralność bardzo łatwo stać się może fanatyzmem i może być instrumentalizowana dla celów zgoła nieszlachetnych.

Inne zagrożenie, które powinno być poddane refleksji, to populizm. Populizm nie jest zjawiskiem nowym, wszakże na nowo warto mu się przyjrzeć. Na nowo warto chyba na przykład przestudiować całą lekcję peronizmu: czym był peronizm, jakim językiem się posługiwał, jakiego typu procedury preferował, jakie mechanizmy wyniosły go do władzy, jakie go od niej odsunęły, jakie wreszcie zapewniły mu żywotność.

Populizm był w Polsce językiem buntu robotniczego przeciwko państwu totalitarnemu – to powiedzieć trzeba jasno. Był to oczywiście bunt o wolność i o godność, ale obie te wartości wyrażał w języku populizmu. Słynne sformułowanie „oni” było typowym sformułowaniem z populistycznego dyskursu, a nie z analizy politycznej czy społecznej gry interesów.

I otóż można twierdzić, że u źródeł tego populizmu zbuntowanego leżała świadomość egalitarna, która przez dziesiątki lat legitymizowała komunistyczną władzę. W tym sensie można powiedzieć, że był to bunt przeciwko komunizmowi w imię głoszonych przezeń wartości egalitarnych. Był to zatem bunt w imię zasad niezupełnie konsekwentnych, wszelako pojęcie sprawiedliwości społecznej było jednym z jego pojęć kluczowych.

Otóż rynek, który jest dziś w Polsce budowany, nie jest ładem, w którym jest miejsce dla sprawiedliwości społecznej jako pojęcia kluczowego. Rynek nie jest od pilnowania sprawiedliwości – rynek jest od wymuszania efektywności i kreatywności. Sprawiedliwości może służyć wtórna dystrybucja dóbr, ale nie mechanizm rynku. Niemniej jednak ów egalitaryzm – zakodowany przez komunizm i przez rewoltę antykomunistyczną „Solidarności” – dziś żyje życiem autonomicznym i jest na równi obecny w dyskursie populistycznym każdego ze związków zawodowych: czy to jest OPZZ, czy „Solidarność”. Jest rzeczą pasjonującą porównywanie dzisiaj języka, którym w ciągu ostatniego roku mówiły OPZZ i „Solidarność”. To jest zjawisko nowe i w sposób nowy musimy się doń odnosić.

Należy też sobie wreszcie powiedzieć: bunt przeciwko komunizmowi w Polsce, bunt jakże skuteczny – to był bunt tłumu.

Dopóki komuniści mieli do czynienia z elitami, nie liczyli się z ich głosem. Dopóki chodziło o demokratyczno-prawne procedury, komuniści nie liczyli się z nimi. Komuniści zaczęli się liczyć z opozycją, gdy za nią stanął tłum – i z tłumem komuniści byli zmuszeni rozmawiać. Ta sytuacja wytworzyła poczucie, że w tłumie jesteśmy skuteczni. Czy raczej: skuteczni jesteśmy wtedy, gdy mówimy językiem tłumu.

Otóż język tłumu jest językiem populistycznego dyskursu. I, jak się wydaje, dziś obserwujemy nawrót do owego języka tłumu, czyli do zachowań wyuczonych w okresie antykomunistycznego oporu; do zachowań, które wtedy były racjonalne w ramach nieracjonalnego systemu, bowiem stanowiły jedyny sposób delegitymizacji systemu politycznego.

Dziś te same zachowania delegitymizują ład parlamentarny i otwierają drogę do autorytaryzmu. Weszliśmy bowiem w ład demokratyczny bez kultury politycznej właściwej ładowi demokratycznemu. To jest trochę tak, jakby barbarzyńcę z buszu posadzić przy komputerze. Nie znaczy to, że barbarzyńca jest kimś mniej wartościowym – w buszu radzi sobie tysiąc razy lepiej niż cywilizowany Amerykanin. Otóż komputer z kolei w buszu jest mało przydatny.

***

Istnieje groźba wielkiego rozczarowania demokracją, jak to już niejednokrotnie w historii Europy bywało. Istnieje groźba, że powróci język, który znamy: kiedy się mówiło o sejmokracji – to jest język sanacji; kiedy się mówiło o kretynizmie parlamentarnym – to jest język partii komunistycznej; kiedy się mówiło o zgniłym demoliberalizmie – to jest język ruchów faszystowskich.

Istnieje niebezpieczeństwo skojarzenia procedur demokratycznych z kryzysem, z anarchizacją życia publicznego, z obniżeniem się jakości życia i poziomu poczucia bezpieczeństwa. Istnieje możliwość, iż będziemy coraz częściej słyszeć okrzyki, że czas skończyć z tym bałaganem, z korupcją, że potrzeba silnej ręki gospodarza, która zaprowadzi ład.

Przekonania takie mogą być „sprzedawane” jako idea rządów prezydenckich lub jako idea demokracji stabilnej; mogą temu towarzyszyć historiozoficzne analizy, że Polska upadla w XVIII wieku przez anarchię, warcholstwo i liberum veto, zatem teraz należy ten stan ukrócić.

Innymi słowy, istnieje ryzyko – które też znamy z historii – że w momencie głębokiego kryzysu pojawiają się ludzie, którzy są niejako odpowiedzią na ten kryzys. Kiedy załamują się tradycyjne wzory kulturowe i procedury, kiedy źródła i mechanizmy komunikacji społecznej przestają być wiarygodne, wtedy pojawia się mąż opatrznościowy, który staje się nadzieją na opanowanie bezładu i na zbawienie.

I znów: to nie jest zjawisko ani specyficznie polskie, ani zjawisko nowe. Trzeba mu się wszelako na nowo przyjrzeć; zastanowić się, jakie są mechanizmy tworzenia się tego typu autorytarnych pokus, jakie są ich skutki; zastanowić się, co – by tak rzec – reżimy autorytarne są w stanie rozwiązać, a czego na pewno nie.

Od odpowiedzi na to pytanie zależy nie tylko kondycja duchowa inteligencji polskiej – która wydaje się dziś zagubiona jak za najgorszych czasów, jakby gdzieś zagubiła swój etos, obraz samej siebie i swojego miejsca w społeczeństwie. Od rozszerzenia się procesu refleksji, o którym tu mówimy, może zależeć coś więcej: szansa przeciwstawienia fundamentalizmowi myśli demokratycznej, zgodnie z którą nie ma miejsca na fundamentalizm żaden – ani nacjonalistyczny, ani religijny, ani moralistyczny. Wedle której nie ma ludzi uprzywilejowanych z natury.

W ramach demokratycznego dyskursu jest miejsce dla autorytetów, jeżeli jednak ktoś mówi, że ma być tak a tak, bo to wynika z prawa naturalnego lub z interesu narodowego, a zatem nie może być na przykład przedmiotem referendum – to łamie fundamentalną zasadę owego dyskursu. Ład demokratyczny polega bowiem na tym, że wszystko, co dotyczy wszystkich, może być przedmiotem referendum.

I od tego może zależeć, czy populizmowi, który jest językiem rewolty, przeciwstawiony zostanie język sporu właściwy demokracji parlamentarnej i państwu prawa. Od tego także może zależeć, czy pokusie autorytarnej, czyli kultowi silnej ręki, przeciwstawiony zostanie ład racjonalnej demokracji, czyli kult silnej głowy.

17 lipca 1991

Euromit. Czy komisarz UE ds. rolnictwa to „najważniejsza funkcja, jaką dotychczas uzyskaliśmy w UE”?

Jeśli „my” oznacza Polskę (a nie tylko PiS), to powyższa niedawna deklaracja Jarosława Kaczyńskiego jest fałszywa.

1. Oczywiście, dotychczas najważniejszą funkcją pełnioną przez Polaka w UE jest już blisko pięcioletnie przewodniczenie Radzie Europejskiej przez Donalda Tuska. Wedle protokołu dyplomatycznego szef Rady Europejskiej nawet poprzedza Jeana-Claude’a Junckera, choć jednak traktatowe uprawnienia Tuska czynią go w unijnej Brukseli drugą osobą po szefie Komisji Europejskiej. Ponadto Jerzy Buzek był przewodniczącym Parlamentu Europejskiego (2009-12) i choć więcej z tego prestiżu niż realnego znaczenia, to jednak trudno byłoby bronić tezy, że to rola mniej znacząca od komisarza Wojciechowskiego.

2. Ale co z samą Komisją Europejską? Teka rolna to działka całkiem dobra – choć na pewno nie jedna z „kluczowych” czy „najważniejszych” (dziedziczona po Irlandczyku, a wcześniej Rumunie) i oznacza zarządzanie bardzo dużymi pieniędzmi. Z tym że grubość tej koperty – w tym tempo zrównywania poziomu dopłat rolnych w UE – będzie zależeć nie od komisarza, lecz głównie od międzyrządowych negocjacji unijnego budżetu na lata 2021-27.

3. Dotąd Polacy byli już komisarzami UE ds. polityki regionalnej (Danuta Hübner) oraz budżetu (Janusz Lewandowski) – to teki o randze podobnej do rolnictwa. Natomiast za smakowitszy kąsek uchodzi posada komisarza ds. wspólnego rynku, polityki przemysłowej łącznie z przemysłem obronnym (obecnie Elżbieta Bieńkowska), czego najlepszym dowodem są usilne zabiegi Paryża, by przejął ją ktoś z Francji.

„Nie było zamachu”, „Może jednak był zamach, bo jest wiele niejasności” , a na koniec znów: „Nie było zamachu”. Czy to kręta droga Jarosława Gowina do smoleńskiej prawdy, czy może mądrość kolejnych etapów?

Wicepremier i minister szkolnictwa wyższego Jarosław Gowin kilka dni temu w „Kropce nad i” tak mówił o katastrofie smoleńskiej: „To jest kwestia wiary, a nie racjonalnych argumentów. Ja wiem na temat katastrofy smoleńskiej ciut więcej niż ogół obywateli i mogę powiedzieć z ręką na sercu, że nie znajduje żadnych racjonalnych argumentów, żeby mówić, że to było cokolwiek innego niż tragiczna katastrofa”.

Dokonała się więc w wicepremierze cudowna przemiana w ciągu ostatnich czterech lat.

Wiosną 2015 roku, już po odejściu z Platformy Obywatelskiej, Jarosław Gowin ogłosił w Radiu ZET, że Jürgen Roth, autor książki o katastrofie smoleńskiej, jest dobrym dziennikarzem i nie należy wykluczać jego teorii o tym, że na pokładzie prezydenckiego samolotu był zdalnie sterowany ładunek trotylu. Zamachu – wedle niemieckiego dziennikarza – dokonały siły rosyjskie, a rozkaz przyszedł z Polski (!).

„Ja mam poczucie, że wiem coraz mniej, jestem coraz bardziej dezinformowany. Dezinformowany przez moje państwo. Rosjanie nie oddają nam czarnej skrzynki. Jedna trzecia wraku zniknęła, polityka zagraniczna Rosji nabrała charakteru ewidentnie neoimperialnego” – komentował książkę Rotha. Dokładnie wtedy Gowin zabiegał o względy Jarosława Kaczyńskiego i dobre miejsca dla swojej formacji na listach Zjednoczonej Prawicy

W 2016 roku trochę zmienił ton, bo po wyborach polityczna układanka była gotowa i nie trzeba było już się tak starać. Mówił więc w TVP Info: „Nie widzę podstaw, żeby stwierdzić, że to był zamach, ale czy go wykluczam? Nie, nie wykluczam”.

Gowin był za tym, aby powołać międzynarodową komisję, która zbada katastrofę. „Mam coraz więcej wątpliwości wokół tej katastrofy, one gromadziły się przez ostatnie lata. Zbyt dużo było niezweryfikowanych informacji po wszystkich stronach” – stwierdził. Komisja międzynarodowa, mimo że domagał się jej cały PiS, nigdy nie powstała. Może nie powstała dlatego, że teoria zamachu była od początku bzdurą i obawiano się, że zagraniczni eksperci to ogłoszą?

A teraz cofnijmy się jeszcze dalej. Listopad 2012 roku. „Gazeta Wyborcza”: „Zamachu nie było i dla wszystkich racjonalnie myślących ludzi jest to oczywiste. Strona rządowa zorganizowała bardzo wiarygodne badania komisji Jerzego Millera, przedstawiciele rządu udzielili chyba 200 tys. wypowiedzi dementujących pogłoski o zamachu. Sam pewnie parę tysięcy razy na ten temat mówiłem, to co jeszcze mamy zrobić?” – pytał.

Nastąpiło więc zakrzywienie czasoprzestrzeni i wiedza Jarosława Gowina o katastrofie smoleńskiej powróciła do 2012 roku. W końcu jesteśmy już po wyborach. Porozumienie Gowina się wzmocniło, ma kilkanaście szabel i Jarosław Kaczyński musi się z nim liczyć przy tak kruchej większości PiS w Sejmie. Tym bardziej że Zbigniew Ziobro ze swoją grupą zaczął się Kaczyńskiemu stawiać. Jarosław Gowin może więc mówić swobodniej, ale jednak wciąż jest ostrożny. W TVN 24 pytany o to, dlaczego Kaczyński mówił o zamachu, skoro jest oczywiste, iż w Smoleńsku mieliśmy do czynienia z katastrofą, mówił tak:
„Jarosław Kaczyński w katastrofie smoleńskiej doznał ogromnych strat osobistych. Staram się o tym pamiętać wtedy, kiedy słucham jego słów. Tylko w kategoriach ogromnego cierpienia osobistego można tłumaczyć takie słowa. Bardzo źle się dzieje, że ta sprawa, tak bolesna dla milionów Polaków, niezależnie od ich sympatii politycznych, jest przedmiotem walki partyjnej” – dodał.

To przypomnijmy, co Gowin mówił o teorii zamachu w 2012 roku jeszcze jako polityk PO: „Rzeczywiście łatwiej jest nam polemizować i walczyć politycznie z Jarosławem Kaczyńskim snującym takie jeżeli nie insynuacje, to co najmniej dziwne aluzje – właściwie czytelne aluzje – niż z Jarosławem Kaczyńskim, który punktuje nas od strony gospodarczej, ale proszę mi wierzyć, my nie wpuszczamy Jarosława Kaczyńskiego w taki kanał. On sam z ogromną determinacją w ten kanał wchodzi i ciągnie za sobą swoją partię”.

A teraz odpowiedzmy na pytanie: „Kto gra katastrofą smoleńską w zależności od sytuacji politycznej i partyjnych interesów?”.

Duda lepszy niż Monty Python w Ministerstwie Głupich Kroków.

Skład Komisji Europejskiej

Ursula von der Leyen powierzyła Januszowi Wojciechowskiemu tekę rolnictwa w nowej Komisji Europejskiej. Praworządnością ma zajmować się Belg Didier Reynders oraz Czeszka Vera Jourowa.

Przewodnicząca elektka Komisji Europejskiej przedstawiła we wtorek podział tek pomiędzy nowych komisarzy UE, którzy – jeśli Parlament Europejski zatwierdzi w październiku cały skład nowej unijnej egzekutywy – powinni od 1 listopada zastąpić dotychczasowy skład Komisji kierowanej przez Jeana-Claude’a Junckera. Von der Leyen spełniła obietnice co do równowagi płci. W zaproponowanej przez nią Komisji jest 13 kobiet (łącznie z samą von der Leyen) oraz 14 mężczyzn. W komisji Junckera było 9 kobiet i 19 mężczyzn.

Zgodnie z wcześniejszymi informacjami polskiego rządu Janusz Wojciechowski otrzymał tekę rolnictwa – ważną oraz powiązaną z zarządzaniem dużymi funduszami ze wspólnej polityki rolnej, ale na pewno nie z kategorii tek kluczowych. Grubość unijnej koperty na politykę rolną – w tym tempo zrównywania poziomu dopłat rolnych w UE (to polski postulat) – będzie zależeć nie od komisarza, lecz głównie od międzyrządowych negocjacji unijnego budżetu na lata 2021–27. Zakończą się w przyszłym roku zapewne cięciami.

Wojciechowskiego podobnie jak byłego węgierskiego ministra sprawiedliwości Laszla Trocsanyiego (komisarz ds. rozszerzenia i polityki sąsiedztwa) oraz Rumunkę Rovanę Plumb (komisarz ds. transportu) czeka niełatwa przeprawa przez Parlament Europejski. Wojciechowski został w 2016 r. członkiem Europejskiego Trybunału Obrachunkowego (każdy kraj wspólnoty ma tu po jednym przedstawicielu) mimo braku pozytywnej opinii Parlamentu Europejskiego. Chodziło m.in. o uwikłanie Wojciechowskiego w podważanie praworządności w Polsce.

Ponadto krytycy podnosili – opisywane wówczas przez „Gazetę Wyborczą” – niejasności co do rozliczeń kosztów europoselskich podróży Wojciechowskiego. Ten przekonuje, że chodziło o już wyjaśnione nieporozumienia. Teraz ten temat odświeżył „Der Spiegel”. Rzeczniczka unijnego OLAF (urzędu do zwalczania nadużyć finansowych) potwierdza, że sprawa rozliczeń podróży Wojciechowskiego wciąż jest badana. Zastrzega, że nie oznacza to jeszcze, że zdarzyły się oszustwa. Również von der Leyen mocno dziś przypominała o zasadzie domniemania niewinności.

Czesko-belgijska praworządność

Belg Didier Reynders, obecnie szef belgijskiego MSZ i MON, ma być komisarzem UE ds. sprawiedliwości łącznie z – jak podkreśliła von der Leyen – zagadnieniami państwa prawa. Jednocześnie Czeszce Verze Jourowej powierzono rolę jednej z ośmiorga wiceprzewodniczących Komisji Europejskiej. Będzie odpowiedzialna za kwestie wartości podstawowych (i przejrzystości), a zatem i praworządności.

– To pozostaje bardzo ważnym zadaniem Komisji Europejskiej na kolejne lata – powiedziała von der Leyen. Choć Jourova jako wiceprzewodnicząca jest formalnie wyżej w Komisji od Reyndersa, to dopiero z czasem okaże się, kto będzie grał pierwsze skrzypce w kwestiach zagrożeń dla praworządności w Polsce albo na Węgrzech.

Timmermans, Vestager, Dombrovskis

Holender Frans Timmermans jako jeden z trzech głównych „wiceprzewodniczących wykonawczych” ma – o to zabiegał on sam i Holandia – nadzorować realizację zapowiadanego przez von der Leyen „zielonego dealu”. Chodzi tu głównie o kwestie transformacji energetycznej oraz gospodarki zrównowżonej. Timmersmans ma też jednocześnie być komisarzem UE ds. klimatu. – Naszym celem jest uczynienie Europy pierwszym kontynentem neutralnym klimatycznie – powiedziała von der Leyen.

Dunka Margrethe Vestager ma zostać wiceprzewodniczącą wykonawczą ds. gospodarki cyfrowej. Zachowa też obecną tekę komisarz UE ds. wolnej konkurencji. Vestager dotąd w tej roli mocno zwalczała nadużycia wielkich firm cyfrowych – od kwestii podatkowych po praktyki monopolistczne wobec mniejszych graczy. Łotysz Valdis Dombrovskiej ma być wiceprzewodniczącym wykonawczym do spraw „gospodarki na rzecz ludzi” (połącznie kwestii ekonomicznych oraz socjalnych) oraz komisarzem UE ds. usług finansowych.

Budżetem ma zajmować się Austriak Johannes Hahn. Francuzka Sylvie Goulard dostała mocną – dziedziczoną po Elżbiecie Bieńkowskiej – tekę do spraw rynku wewnętrznego łącznie z rynkiem cyfrowym, polityką przemysłową oraz obronnością, w tym Europejski Fundusz Obronny. Hiszpan Josep Borrell – już wcześniej dostał nominację szczytu UE na szefa unijnej dyplomacji, czyli z urzędu jednego z wiceprzewodniczących Komisji Europejskiej. Włoch Paolo Gentiloni (były centrolewicowy premier) ma zostać komisarzem UE do spraw gospodarczych. Polityką spójności ma zajmować się Portugalka Elisa Ferreira.

Kandydaci mają teraz kilkanaście dni na szybkie doszkolenie się z powierzonej im tematyki (w „dokształcaniu” uczestniczą urzędnicy i eksperci KE), by potem jak najlepiej wybronić się podczas wysłuchań przez komisje europarlamentarne. Wysłuchania, po których europosłowie mogą zażądać podmiany kandydatów, są wstępnie planowane na pierwszy tydzień października.

Komisja Europejska przystępuje do drugiego etapu postępowania przeciw Polsce pisowskiej

Komisja Europejska przeszła dziś do II etapu postępowania przeciwnaruszeniowego w kwestii dyscyplinowania sędziów w Polsce, które wszczęła już na początku kwietnia. Dała wówczas rządowi Mateusza Morawieckiego dwa miesiące na reakcję, ale – jak wynika z naszych informacji – Warszawa w swym piśmie do Brukseli odrzuciła wszystkie zarzuty. Teraz dostała kolejne dwa miesiące na odpowiedź na pisemną „uzasadnioną opinię” Komisji Europejskiej. Jeśli rząd znów się nie dostosuje, Polska może zostać postawiona przed unijnym Trybunałem w Luksemburgu za łamanie obowiązku utrzymywania niezależnego wymiaru sprawiedliwości, który unijne traktaty nakładają na kraje UE.

Decyzję Komisji co do Polski podjęto wstępnie już wczoraj (16.07.), Komisja Europejska wstrzymała się jednak z jej ogłaszaniem, by nie kolidowało to z europarlamentarnym głosowaniem w sprawie zatwierdzenia Ursuli von der Leyen na następczynię Jean-Claude’a Junckera (od 1 listopada). Z drugiej strony Komisji zależało na formalnym podsumowaniu stanu postępowania przeciwnaruszeniowego jeszcze przed jutrzejszą dyskusją unijnych ministrów w Radzie UE o zagrożonej praworządności w Polsce. Sytuację w Polsce ma zreferować I wiceprzewodniczący Komisji Frans Timmermans.

Polak broni Lapończyków

Choć debaty w Radzie UE to na razie tylko forma presji politycznej na Warszawę, polska dyplomacja za każdym razem bardzo gorliwie – lecz nieskutecznie – walczy o nieumieszczanie Polski w programie obrad. Tym razem polski ambasador przy UE na zamkniętym zebraniu przedstawicieli wszystkich krajów Unii – wedle naszych informacji – miał atakować Finlandię (sprawującą półroczne przewodnictwo w Radzie UE), powołując się na ONZ-owski raport postulujący poprawę sytuacji fińskich Lapończyków. Polak retorycznie pytał fińskiego ambasadora, dlaczego Finlandia chce rozmawiać w Brukseli o Polsce, a nie o położeniu swych mniejszości etnicznych.

Komisja Europejska zarzuca Polsce, że nowy system środków dyscyplinarnych podważa niezawisłość polskich sędziów, nie zapewniając niezbędnych gwarancji pozwalających na ich ochronę przed kontrolą polityczną. Poprzedni model postępowania dyscyplinarnego był niezależny od władzy politycznej. Zgodnie jednak z zasadami obowiązującymi od 2018 r. to minister sprawiedliwości m.in. powołuje i odwołuje Rzecznika Dyscyplinarnego Sądów Powszechnych, może wnioskować o wszczęcie postępowania dyscyplinarnego i odwoływać się od decyzji o umorzeniu.

Ponadto Komisja Europejska zarzuca Polsce brak gwarancji bezstronności i niezależności Izby Dyscyplinarnej Sądu Najwyższego i wskazuje, że w jej skład wchodzą wyłącznie nowi sędziowie wybrani przez Krajową Radę Sądownictwa (KRS), której sędziów-członków wskazuje teraz Sejm. Wprawdzie polski Trybunał Konstytucyjny orzekł, że taki skład KRS jest zgodny z konstytucją, ale TSUE już rozpoznaje pytania prejudycjalne, w których podniesiono poważne wątpliwości co do KRS. Rzecznik generalny TSUE Jewgienij Tanczew w swej niedawnej opinii doradza Trybunałowi wyrok stwierdzający, że rola KRS (w obecnym kształcie) w wyłanianiu Izby Dyscyplinarnej SN sprawia, że ta „nie spełnia wymogów niezawisłości”.

Wydarzenia w Polsce – zdaniem Komisji Europejskiej – potwierdzają, że sędziowie mogą być objęci postępowaniami dyscyplinarnymi z powodu swych decyzji sędziowskich. W ostatnich miesiącach w Polsce wezwania do wyjaśnień otrzymywali sędziowie, którzy zadali – uznane przez władze za niewygodne – pytania prejudycjalne do TSUE. Izba Dyscyplinarna już ukarała (upomnieniem) sędzię Alinę Czubieniak za uchylenie aresztu osoby niepełnosprawnej umysłowo, która nawet nie miała obrońcy.

Plan Timmermansa oraz von der Leyen

Również dzisiaj Komisja Europejska ogłosiła plan działań w kwestii strzeżenia praworządności w Unii, który – wedle nieoficjalnych informacji – był koordynowany przez Timmermansa z wczorajszymi deklaracjami von der Leyen w Parlamencie Europejskim. Plan obejmuje doroczny przegląd stanu praworządności we wszystkich krajach Unii. Jednak Komisja podkreśla, że to nie zastępuje, lecz tylko uzupełnia dotychczasowe jej narzędzia i działania w kwestii państwa prawa.

Co więcej, Komisja zapowiada „strategicznie podejście” do postępowań przeciwnaruszeniowych związanych z praworządnością – konsekwentne sięganie po skargi do TSUE, prośby o ich przyspieszone rozpatrywanie przez TSUE oraz o nakładanie „środków tymczasowych”. Takim środkiem było doraźne zamrożenie przez TSUE czystki emerytalnej w SN przed ostatecznym wyrokiem mówiącym, że było to złamanie unijnego prawa.

Europejski Trybunał Praw Człowieka w Strasburgu (związany z Radą Europy, a nie UE) dziś ogłosił, że oficjalnie poinformował władze Polski o rozpatrywaniu sprawy wniesionej przez sędziego Jana Grzędę, która wymaga oceny zmian w KRS i innych ustawach sądowych z ostatnich dwóch lat. Strasburski Trybunał zwrócił się do Warszawy o wyjaśnienia.

Beata Szydło odniosła galopujący sukces 21:27. Kaczyński, przynieś kwiaty na pogrzeb, pardon: na lotnisko

„Ojej i nie wybrali „najpotężniejszej kobiety świata” na szefową komisji PE – złe ludzie” – to tylko jeden z wielu kpiących komentarzy internautów po głosowaniu w Parlamencie Europejskim nad kandydaturą Beaty Szydło na stanowisko przewodniczącej komisji zatrudnienia i spraw socjalnych. Była premier „przepadła” stosunkiem głosów 27 do 21, przy dwóch wstrzymujących się.

„Mamy do czynienia z odwetem” – stwierdził po głosowaniu europoseł PiS Ryszard Legutko. Podobną narrację przyjęła inna europosłanka PiS Beata Mazurek, która napisała na Twitterze:

W PE dalszy ciąg odwetu za utrącenie przez Polskę i V4 Timmermansa i Webera tzw. szpicen kandidaten i odrzucenie kandydatury Beaty Szydło; stoi za tym lewicowo-liberalny establishment, który ich popierał i nie może pogodzić się z porażką. To kolejny akt politycznej zemsty”. A przed głosowaniem Mazurek udostępniła na Twitterze zdjęcie, na którym widać „2 Beaty”, czyli Szydło i Mazurek właśnie oraz Elżbietę Rafalską. Wszystkie uśmiechnięte, zdają się sądzić, że wybranie byłej wicepremier to tylko formalność.

Kolejny „sukces” PiS w PE tak komentowali internauci: – „Zbyt dobrze poznali Szydło podczas debaty nad praworządnością w Polsce, pamiętają jej nieopublikowanie wyroków TK, wiedzą co robicie z Sądami. Na szczęście jej nie wybrali, bo tam muszą zasiadać profesjonaliści, ludzie szanujący demokrację i praworządność”; – „Język, którego używa Pani wobec oponentów jako żywo przypomina ten z czasów PRL. A ów „establishment” to europarlamentarzyści wybrani w demokratycznych wyborach przez obywateli państw EU. Czyżby nie szanowała Pani woli ludu i podważała legitymację demokratycznie wybranych europosłów”;

 „Tylko reasumpcja głosowania!!! Przecież to skandal! No musi tam gdzieś być jakaś sala kolumnowa! Nie dopuśćcie innych europosłów do glosowania – tylko PiSowcy, przecież wiecie jak to się robi. Wtedy kandydatura „naszej Beaty” 27:1 przejdzie w pierwszym reasumpcyjnym głosowaniu”; – „Jak się nic nie potrafi, nic nie wychodzi i nic z tego nie rozumie, to zawsze można znaleźć wytłumaczenie, że to jest wina SPISKU TAJEMNICZYCH SIŁ”.

PiS wraz Kościołem kantują Polaków, jak potrafią. A przy tym sami rżną głupa.

Kmicic z chesterfieldem

Wirtualna Polska napisała o najnowszym apelu T. Rydzyka, w którym redemptorysta domaga się od wiernych kasy na zakup nowego wozu transmisyjnego dla toruńskiej rozgłośni. Okazją do zbiórki na ten cel będzie zapowiedziana na najbliższy weekend 28. pielgrzymka „Rodziny Radia Maryja” do Częstochowy.

„Zapraszamy wszystkich – przybywajcie osobiście, w grupach zorganizowanych i indywidualnie, różnymi środkami lokomocji. W domach niech zostaną tylko chorzy” – napisał duchowny

Apel nie pozostał bez zgryźliwych komentarzy, bo choć Rydzyk skarży się, iż dotychczasowy sprzęt, jakim dysponuje radio liczy sobie już 16 lat, jest zdezelowany i bez 5 mln zł nie uda się go zastąpić nowym lepszym, to nie wszystkim ta nienowa inicjatywa redemptorysty przypadła do gustu.

Pikanterii dodaje jej precyzyjny instruktarz: „…prosimy o pomoc, o symboliczną ‘Różę’ dla Matki Najświętszej – dla Jej radia, bo to jest Jej radio. Te ofiary składamy w małych namiotach pomiędzy namiotami Fundacji ‘Nasza Przyszłość’, w małych kopertach, podpisanych imieniem, nazwiskiem…

View original post 872 słowa więcej

 

Mateusz Morawiecki, patologiczny kłamca

Mateusz Morawiecki na konferencji prasowej chwalił się inauguracją programu 500 plus na pierwsze dziecko.

PiS sprawuje rządy w sposób patologiczny. Prezes jest patologiczny, a Mateusz Morawiecki jest patologicznym kłamcą.

Kmicic z chesterfieldem

Zapewne zdecydowana większość wyborców Prawa i Sprawiedliwości nie ma zielonego pojęcia o tym, że partia Jarosława Kaczyńskiego to prawdopodobnie najbogatsze ugrupowanie w polskiej polityce. Osoby z otoczenia prezesa PiS ponoć od lat zarządzają gigantycznymi środkami, pochodzącymi w dużej mierze z uwłaszczenia się na majątku komunistycznym. Wygrana w 2015 roku, dająca Zjednoczonej Prawicy samodzielną większość w parlamencie i możliwość samodzielnego przejęcia kontroli nad kasą państwowych spółek, agencji i instytucji tylko tę hegemonię finansową miała wzmocnić. Opisywany dziś przez “Gazetę Wyborczą” systemowy mechanizm drenowania ich z publicznych pieniędzy ma być tej ogromnej przewagi najlepszym przykładem. Wystarczy odnotować, że choć PiS dysponuje ogromnym majątkiem własnym i otrzymuje subwencję z budżetu państwa, olbrzymią i bardzo drogą kampanię wyborczą przed wyborami samorządowymi jesienią 2018 roku sfinansowało bez udziału żadnej złotówki z partyjnej kasy.

Kto zatem za nią zapłacił? Otóż, wykorzystując nieco kulawe przepisy oraz wdzięczność za możliwość wzbogacania się przez „miernych, biernych, ale wiernych” w…

View original post 2 615 słów więcej

Mateusz Morawiecki, wzorzec kłamstwa z Sevres

„Nie ma dzisiaj konkretnych planów dotyczących repolonizacji mediów w Polsce” – zapewniał Mateusz Morawiecki w RMF FM. Kolejne zdumienie budzić może następne stwierdzenie premiera, które padło na antenie. – „Zwracam uwagę na to, że uczciwość mediów, obiektywność mediów jest fundamentem demokracji. Ja bardzo lubię być krytykowany, ale to szaleństwo, które dzieje się w niektórych mediach jest godne ubolewania” – powiedział. Dodał, że „na ten moment nie mamy takich planów żadnych”, dotyczących repolonizacji.

W słowa premiera nie wierzą internauci. – To znaczy, że są”; – „Nie ma, bo są wybory… wyciągnie się je zaraz po wyborach. Tak samo było z sądami, też nie było konkretnych planów w roku wyborczym”; – „Kłamca. Będzie jak z pociągami na woodstock 🙂 zbawca wyciągnie z rękawa w swoim czasie” – pisali w komentarzach.

Trudno się z nimi nie zgodzić. Zaledwie kilka dni temu pisaliśmy bowiem: „Gowin: „Repolonizacja mediów to jedno z przyszłych zadań rządu”.

Więcej >>>

Kłamca Morawiecki o klimacie – żarty.

Kmicic z chesterfieldem

13-letnia Inga Zasowska zwraca uwagę polityków na fatalny wpływ ich polityki na klimat. Mimo że kilka dni temu zakończyła rok szkolny to, zamiast oddawać się beztrosce wakacji, zdecydowała udać się przed Sejm, aby zaprotestować.

Polska zablokowała europejską neutralność klimatyczną. – Zaciągnięcie hamulca w sprawie zintegrowanego, wspólnego, spójnego i intensywnego projektu dotyczącego neutralności klimatycznej to polityka samobójcza – komentuje Andrzej Halicki, europoseł PO. Poza tym KE ostrzega, że pieniądze na walkę ze smogiem są wydawane nieefektywnie i stawia ultimatum. Polska może stracić część unijnych pieniędzy.

Idea została zablokowana przez rządy Polski, Węgier, Czech i Estonii. Dlaczego? Oficjalnym powodem jest brak doprecyzowania, jak ma wyglądać droga do neutralności klimatycznej.

Unia Europejska chciała określić konkretne ramy, które pozwoliłyby osiągnąć w 2050 r. neutralność klimatyczną. Ów termin nabrał mocy pod koniec ubiegłego roku, kiedy stało się jasne, że UE chce szybciej wdrażać w życie postanowienia Porozumień Paryskich. Zwłaszcza po tym, jak wycofał się z nich prezydent USA Donald Trump.

Oczywiste jest, że taka strategia uderzy w gospodarki w sporej mierze uzależnione od węgla. Ta…

View original post 2 707 słów więcej