Kto kopnął Kaczyńskiego w głowę? Prezes wymaga leczenia psychiatrycznego

Kto kopnął Kaczyńskiego w głowę. Na pewno ten gościu wymaga interwencji psychiatry.

Kmicic z chesterfieldem

Zaskakujące, że najmniej zdeterminowani są wyborcy PiS. Trzy tygodnie przed wyborami „Rzeczpospolita” postanowiła zbadać, na ile wyborcy poszczególnych komitetów wyborczych czują się zdeterminowani, aby 13 października oddać głos. Sondaż został wykonany przez Instytut Badań Rynkowych i Społecznych IBRiS, w dniach 6-7 września 2019 r. na grupie 1100 osób.

Okazuje się, że najbardziej zdeterminowani czują się wyborcy Lewicy, na którą głos chce oddać 13,1 proc. badanych. W 94 proc. deklarują, że są bardzo, w 6 proc. – raczej zdeterminowani.

Podobnie ma się sytuacja w Koalicji Obywatelskiej. Jej elektorat aż 89 proc. jest bardzo lub raczej zdeterminowanych, 10 proc. – średnio, a tylko 1 proc. czuje się mało zmobilizowany do głosowania. Na KO głos chce oddać 22,7 proc. respondentów.

Dość wysoki poziom determinacji jest wśród wyborców Konfederacji – to aż 84 proc. W 12 proc. określony został on jako średni. Jednak poparcie dla Konfederacji to tylko 3,4 proc.

W sondażu dotyczącym determinacji elektoratu słabo wypada…

View original post 2 556 słów więcej

 

Komuno, wróć! Program PiS

Jarosław Kaczyński zapowiedział budowanie nowej elity ekonomicznej. Co to oznacza? To proste. Wszyscy, którzy dorobili się czegokolwiek w ciągu ostatnich 30 lat to wrogowie PiS (nawet jeżeli z głupoty na PiS głosują). Wrogami są dlatego, że uzyskali swój status swoją pracą, a nie otrzymali jej od Państwa.

Wszelkie systemy autokratyczne chcą kontrolować gospodarkę. Więc następnym etapem rewolucji PiS (o ile wygrają za dwa tygodnie) będzie wykończenie obecnych przedsiębiorców (nawet tych najmniejszych). Oprzyrządowanie prawne jest gotowe. PiS ma gotowy projekt ustawy, które przygotowało MS (pisałem o tym projekcie rok temu), który prokuraturze nadaje prawo do wprowadzania zarządów komisarycznych w każdej firmie. Wystarczy jeden niezadowolony pracownik lub błąd w fakturze. Odwołanie będzie rozpoznawane przez sądy, ale sądy JK też dziś zapowiedział, że zmienią do końca.

Ustawa ma zrobić dokładnie to samo, co zrobiła komuna w 1945. I wówczas na majątek „kułaków” wchodziła nowa elita (w tym rodzina JK). Sprawa nie dotyczy tylko dużych firm.

W miarę rozwoju rewolucji zastąpienie elit będzie dotyczyć małych firm, firemek, a nawet posiadaczy jakichkolwiek nieruchomości. Każda forma niezależności ekonomicznej jest wrogiem dla totalnego Państwa i totalnej Partii. I z tego powodu będzie zastępowana przez ludzi, którzy wszystko będą zawdzięczać tej Partii.

Szanowni Państwo!

J. Kaczyński wyłożył karty na stół. Jeżeli wygra to wszyscy Polacy mają być jego niewolnikami. W sensie dosłownym.

Ten plan hoduje się w jego głowie od lat. Byłem jednym z pierwszych, którzy się zorientował na czym ten plan polega i od roku 2007 przez 12 lat przestrzegam (a zacząłem po ataku na Leppera jeszcze jako wicepremier) wszystkich przed tym człowiekiem.

To chory plan bo ten człowiek jest chory na manię wielkości. Marzy mu się bycie dożywotnim dyktatorem i aby to zrobić potrzebuje zniszczyć wszelkie niezależne instytucje, osoby i środowiska.

Dzisiaj przestrzegam jeszcze raz wszystkich: to nie są normalne wybory, gdzie wybiera się partie lepsze lub gorsze. Wybory za dwa tygodnie będą oznaczać, czy Polska będzie krajem wolnych ludzi, czy zostaniemy sprowadzeni do statusu obywateli PRL-u. A ci którzy się aktywnie sprzeciwiają lub sprzeciwią tej władzy skończą w więzieniach lub na emigracji. Ci którzy mają jakąkolwiek formę własności zostaną z niej wyzuci. Ci którzy mają niezależne zawody będą zdani na łaskę Państwa. Ci którzy nie będą się identyfikować z partią rządzącą będą mieli taką szanse na jakąkolwiek karierę, jak jakikolwiek niezależny dziennikarz ma dziś szanse na karierę w TVP, albo niezależny menadżer na karierę w spółkach skarbu państwa. W następnej kadencji ta zasada będzie dotyczyć całej gospodarki i to zapowiedział dzisiaj Kaczyński.

Odpowiedź jest jedna: idźmy na wybory!

Kościół katolicki kościołem hańby

Wiernym archidiecezji krakowskiej został dzisiaj odczytany list pasterski arcybiskupa Marka Jędraszewskiego. Duchowny zarządza w nim maraton modlitewny, który ma ochronić Kościół i Naród przed ideologią LGBT i gender – największymi zagrożeniami współczesnego świata.

Katolicki hierarcha przekonuje wiernych, że żyjemy w czasach totalitaryzmu, który podobnie jak w epoce PRL-u, charakteryzuje się radykalnym odrzuceniem Boga. „W konsekwencji tego odrzucenia głosi się zupełnie nową wizję człowieka, która sprawia, że staje się on karykaturą samego siebie. W ramach ideologii gender usiłuje się bowiem zatrzeć naturalne różnice między kobietą a mężczyzną. Co więcej, poprzez agresywną propagandę ideologii LGBT w imię tak zwanej >>tolerancji<< i >>postępu<< wyśmiewa się i szydzi z największych dla nas świętości” – pisze Jędraszewski.

Przy okazji arcybiskup ostrzega wiernych przed edukacją seksualną dzieci, która może je narazić na krzywdy duchowe. „Wszystko to w oczywisty sposób jest obrazą Boga Stwórcy. Nie ulega przy tym żadnej wątpliwości, że aprobata tego rodzaju programów, zgoda na nie i współudział w nich jest ciężkim przewinieniem moralnym. Podobnie godna napiętnowania jest postawa obojętności wobec tego rodzaju zagrożeń, które burzą ład i stanowią wielkie zagrożenie dla życia i właściwego rozwoju poszczególnych ludzi, rodzin, społeczeństw i narodów” – grzmi w liście hierarcha.

Zarządzony przez niego maraton modlitewny ma się odbywać przez cały październik, a od listopada do końca 2020 r. pół godziny przed mszą we wszystkich kościołach ma się odbywać cicha adoracja Najświętszego Sakramentu.

Warto podkreślić, że abp Jędraszewski ani razu nie wspomniał o krzywdach dzieci wykorzystanych przez księży pedofilów.

Małgorzata Kidawa-Błońska – odtrutka na PiS

Kidawa-Błońska apeluje do Kaczyńskiego o przedwyborczą debatę: Po wyborach jedno z nas będzie tworzyło nowy rząd i będzie odpowiadało za losy Polaków, dlatego pokażmy, że w ważnych sprawach potrafimy rozmawiać

Chcemy rozmowy. Polacy chcą, żeby politycy ze sobą rozmawiali, dlatego apeluję i proszę pana prezesa Kaczyńskiego, żeby spotkał się i porozmawiał ze mną na tematy, o których mówimy w tej kampanii bardzo dużo, czyli o rodzinie. Bo wszystkie problemy naszego kraju ogniskują się w rodzinie” – mówiła na konferencji prasowej kandydatka Koalicji Obywatelskiej na premiera wicemarszałek Małgorzata Kidawa-Błońska.

Po wyborach jedno z nas będzie tworzyło nowy rząd i będzie odpowiadało za losy Polaków, dlatego pokażmy, że w ważnych sprawach potrafimy rozmawiać, wymieniać poglądy i potrafimy pokazać, że polityka może wyglądać inaczej” – dodawała.

Wiemy, że te wybory można wygrać i my te wybory wygramy. Niewiele trzeba, żebyśmy mieli najlepszy historyczny wynik w Warszawie. Jesteśmy tego pewni. Te wybory to decyzja i wybór, jaka będzie Polska. Czy to będzie Polska, w której nienawiści i podziały będą codziennością, czy to będzie Polska, w której hejt będzie w telewizji publicznej, czy to będzie Polska, w której nie będzie szacunku Polaka dla Polaka. My takiej Polski nie chcemy. Chcemy rozmawiać o Polsce merytorycznie” – mówiła Małgorzata Kidawa-Błońska.

Małgorzata Kidawa-Błońska miodzio – tutaj >>>

PiS obiecuje 13 emeryturę, ale postarają się, aby seniorzy za długo tej emerytury nie pobierali

Aktor Przemysław Sadowski odniósł się do najnowszych decyzji polityków PiS.

Negatywna opinia Agencji Oceny Technologii Medycznych i Taryfikacji (podległej pod Ministerstwo Zdrowia) ws. badań seniorów: Mogą wręcz skutkować nad wykrywalnością poszczególnych jednostek chorobowych, co może przyczyniać się do pogłębienia trudności w dostępie do świadczeń NFZ (zwiększenie kolejek do specjalistów) oraz negatywnie wpływać na pacjenta, powodując niepokój i dyskomfort związany z fałszywie pozytywnym wynikiem badań”.

– Władza jest nie tylko głupia, ale też niebezpieczna – wypowiada się o decyzji PiS publicysta Piotr Szumlewicz.

Tomasz Lis (Newsweek): Rząd PiS – jak wynika z dokumentu rządowego, nie chce powszechnych badań przesiewowych i powszechnego, wczesnego wykrywania raka u seniorów. Jest tylko jeden wniosek, PiS-owi nie zależy, by chorzy na raka mogli się leczyć, bo kosztu będą za duże. Horror. Podłość. Degeneracja . Plan PIS dla służby zdrowia; dla Kaczyńskiego kule przynoszone do domu przez dyrektora szpitala, dla Polaków godziny w kolejkach na SOR- ach i niemal wyrok, gdy zachorują na raka.

Program Koalicji Obywatelskiej, czytaj tutaj >>>

Janina Ochojska (europosłanka, Koalicja Obywatelska): Musimy mieć świadomość tego, że co roku wykrywa się raka piersi u 19 tysięcy kobiet. Pacjent leczący się na raka potrzebuje nie tylko onkologa. Potrzebuje wizyt u chirurga czy w poradni bólu. Do każdego z tych lekarzy trzeba zapisać się osobno. Mówimy, że leki są refundowane. Nie wszystkiego. I leki to nie wszystko – są też m.in. środki opatrunkowe. Proszę sobie wyobrazić, że ludzie muszą do miasta ze szpitalem onkologicznym przyjeżdżać po 4-5 razy w tygodniu. Jeśli chodzi o stan zdrowia Polski – Polska jest krajem chorym – uniesienie ogromu prac nad służbą zdrowia będzie wymagało od nas ogromnego wysiłku. I przede wszystkim ideowości. Czasem brakuje nawet prześcieradła. Nasza służba zdrowia nie może zatrzymać się na prześcieradle. W Polsce co roku wykrywa się 1400 nowotworów u dzieci i młodzieży. Ta liczba do 2025 roku może wzrosnąć o 10 proc. Bardzo ważne jest to, żeby wykrywalność raka odbywała się na jak najniższym poziomie. Musimy szkolić lekarzy pierwszego kontaktu, ale także edukować społeczeństwo.

Ja swojej walki z chorobą jeszcze nie wygrałam, ale zapewniam państwa, że doprowadzę ją do końca. Wygram także walkę o program walki z rakiem. Mam nadzieję, że wygramy te wybory i zmienimy służbę zdrowia. Tak samo jak Małgorzata Kidawa Błońska wierzę, że to jest możliwe!

Małgorzata Kidawa-Błońska miodzio – więcej tutaj >>>

Donald Tusk – tutaj >>>

Banasiowa republika z don Corleone Kaczyńskim.

Kmicic z chesterfieldem

Premier wykazuje totalny brak wiedzy o Katowicach, a więc mieście, z którego startuje w najbliższych wyborach do Sejmu. PiS-owski polityk wymyślił teraz nazwę nowej dzielnicy.

Na sobotniej konwencji PiS w Opolu Morawiecki mówił o tym, że górników postrzelonych w kopalni Wujek, przewożono do szpitala w „Ligacicach”. Problemem jest to, że takiej dzielnicy nawet nie ma.

Wpadkę premiera zauważył poseł Borys Budka, który podzielił się informacją z internautami. „Panie Premierze, w #Katowice nie ma takiej dzielnicy jak „Ligacice”. Może chodziło o Ligotę? A może o Bogucice? PS Jeśli mogę w czymś jeszcze pomóc w naszym okręgu, proszę pisać 😉” – napisał na Twitterze działacz Koalicji Obywatelskiej.

View original post 1 123 słowa więcej

 

Pisowskie czarownice i młot na nie, Roman Giertych

Szanowny Panie Ministrze!

Niestety nie pamiętam jak się Pan nazywa, bo ministrowie finansów zmieniają się u nas częściej niż goście w hotelu prezesa Banasia. Jednakże jakkolwiek by się Pan nie nazywał chciałem z radością poinformować o niezwykle szlachetnej auto-denuncjacji, która może zasilić budżet.

Mianowicie prezes NIK słusznie zaczął swój urząd od skontrolowania samego siebie i ogłosił, że niezwykle korzystna cena, po jakiej wynajął gangsterom hotel wzięła się (i tu oddajmy mu głos): „rzeczywiście ta niższa cena wzięła się stąd, że kamienica miała być kupiona na podstawie umowy przedwstępnej i w finale, później, już przy rozliczeniu, ta cena miała być wyrównana”. Czyli że zapłata za rynkową wartość najmu zostanie dokonana w cenie kupna kamienicy. Dzięki temu manewrowi Pan prezes nie musiał płacić całego podatku VAT od rynkowej wartości najmu.

Panie Ministrze!

Budżet ciągle ma swoje potrzeby, a tutaj sam pan prezes dał przykład jak należy się autodenuncjować! My adwokaci generalnie tego nie zalecamy, gdyż za sprawą podatkową idą później sprawy karno-skarbowe, a nawet karne. Szczególnie po tym, jak wprowadzono zakaz agresywnej optymalizacji podatkowej, to takie przyznanie się jest bardzo ryzykowne.

Brawo! Wszyscy atakują prezesa NIK, a ja go chwalę i podziwiam. To rzadka szlachetność. Bez niej bowiem trudno byłoby czyn udowodnić, ale jak mówili starożytni: confessio est regina probationum – przyznanie się jest królową dowodów!

I prezes też pochwali. Nie są to wprawdzie dwie wieże, ale zwykły hotelik-burdelik, ale zawsze zaradność jest w cenie.

Pewnego słonecznego dnia spacerował żołnierz-weteran AK po ulicach starego Krakowa. Dorożki stukały po piastowsko-jagiellońskim bruku, gołębie na rynku wzbijały się obłokiem, a stary żołnierz szedł zamyślony i dumał komu podarować swoją kamienicę.

Młodsi Czytelnicy mogą tego nie wiedzieć, ale każdy, komu siwy włos skroń zdobi wie przecież, że stara tradycja mieszkańców grodu Kraka, to dawać ludziom swój majątek.

Gdy żołnierz właśnie przechodził koło Wierzynka spostrzegł dzielną i mężną postać przyszłego prezesa NIK. Przystanął zdumiony szlachetnością oblicza i rzekł: – Młodzieńcze pójdź szybko ze mną do notariusza, a ja podaruję tobie kamienicę, abyś gospodę dla strudzonych pielgrzymów zbudował.

Mitygował się chwilę nasz przyszły bohater, ale przez szacunek dla zasług bojowych żołnierza dar przyjął. I zaraz też do Unii Europejskiej o wsparcie poszedł, mimo że życzył jej, aby jak najszybciej się rozpadła, bo nam nie tylko niepodległość zabrała, ale Tuska na szefa niegodnie przyjęła.

Gdy żołnierz dar swój uczynił to zmarł prędko, biorąc sobie do serca szlachetną śmierć bezdomnych darczyńców samochodów dla Ojca Dyrektora, którzy niedługo po swym pięknym czynie rozstali się bez żalu z tym łez padołem.

Wówczas pogrążony w rozpaczy młody nasz milioner zastanawiał się jak uczcić starego wiarusa. Myślał długo i wspominał opowieść o tym, jak żołnierze lasu musieli po wioskach głowy przed Niemcem chować i aby nie narażać zbytnio ludności jedynie na godzinkę wpadali do poszczególnych chat. Wówczas rzekł: – I w moim Domu Pielgrzyma każdy uczciwy obywatel będzie mógł drzemką godzinną pokrzepić ciało. Jak powiedział, tak zrobił.

I skąd tu cała afera?

Więcej o Banasiu >>>

Jan Kobuszewski nie żyje

Nazywany najzabawniejszym człowiekiem w Polsce. Agnieszka Osiecka stwierdziła, że był zmarnowanym Chaplinem polskiego kina. „Kabaret Dudek”, „Wielokropek”, „Rozmowy przy wycinaniu lasu” – jego komediowy talent znają wszyscy. Niechętnie udzielał wywiadów, radio i telewizję określał „terra-incognita”. Mówił, że jesteśmy narodem skażonym pesymizmem i zamiast śmiać się z siebie, wolimy wyśmiewać innych. Do szczęścia, jak mówił, potrzebna jest tolerancja. Jan Kobuszewski, król polskiej rozrywki, zmarł dziś o godz. 9. Miał 85 lat.

  • Gdy po raz pierwszy wystąpił w „Kabarecie Dudek”, trząsł się ze strachu, podejrzewając, że zostanie wygwizdany
  • Na mały ekran trafił niedługo po tym, jak powstała TVP. Na „Wielokropku”, który prowadził z Janem Kociniakiem, testowano działanie pierwszego magnetowidu
  • Zagrał 400 ról, 100 sztuk teatralnych, 50 filmów i 2 tys. programów. Wystąpił w słynnych „Dziadach” Kazimierza Dejmka, pracował z Zygmuntem Hubnerem i Adamem Hanuszkiewiczem. Po 55 latach pracy ZUS miał wyliczyć mu 1,2 tys. zł emerytury
  • Pomimo wielkiego dorobku telewizyjnego i teatralnego, nigdy nie zagrał głównej roli w filmie. Plotkowano, że lubi nocne biesiady i ma problemy z porannym wstawaniem
  • Stanisław Bareja powierzał mu epizody w swoich najsłynniejszych filmach. Dostał propozycję zagrania Pana Kleksa. Musiał zrezygnować, zastąpił go Piotr Fronczewski

Jan Kobuszewski: dusza człowiek

Elegancki dżentelmen z papierosem. Palił, od kiedy pamiętał, „i to te najgorsze”. Ale za namową lekarzy starał się ograniczać. Elegancki, postawny, charakterystyczny. Z niskim, głębokim, męskim głosem. Na chamstwo odpowiadał milczeniem. Uczulony był na brak poczucia humoru, zwłaszcza na swój temat.

W 2011 roku 55-lecie pracy artystycznej świętował spektaklem „Dusza Kobusza”, wystawianym w stołecznym Teatrze Kwadrat. Tytuł doskonale odzwierciedlał to, co jednogłośnie podkreślają jego koledzy: Kobuszewski? Dusza człowiek. „Wielka osobowość, wielka postać. On, Irena Kwiatkowska… – to ludzie, którzy dawali radość i nadzieje” – mówiła Olga Lipińska, z którą przez lata tworzyli wspólnie „Kabaret…”.

Na jego widok ludzie zawsze się uśmiechali. W końcu był „najzabawniejszym człowiekiem w Polsce”. Jak dodają jego znajomi, również najskromniejszym. Zaczepiony, nie odmawiał zdjęć i autografów. Tłumaczył, że to część jego pracy, w dodatku przyjemna. „To jest chyba jedno z milszych aspektów naszego zawodu”. Daleko mu było do radykała. Nie szukał konfliktów. Niełatwo było namówić go na wywiad. Wolał wytchnienie na działce z żoną, pracę w ogródku i majsterkowanie, niż walkę o czyjąś uwagę. Radio i telewizję określał jako „terra-incognita”, czyli niezbadany obszar. Tak samo jak internet, którego, jak twierdził, nie rozumiał.

Od kilku lat był na emeryturze, nie pracował i bardzo mu było z tym dobrze. „Moment starości jest dla mnie błogosławieństwem” – mówił, dodając, że przyszedł wreszcie czas na zasłużony odpoczynek. Na temat wysokości jego emerytury rozpisywały się media. Po 55 latach pracy ZUS miał wyliczyć Kobuszewskiemu 1,2 tys. zł należnego świadczenia.

11-letni staruszek

Rodowity Warszawianin. Przyszedł na świat 19 kwietnia 1934 roku w domu przy ulicy Nadwiślańskiej, choć wcześniej nie wiadomo było, czy w ogóle się urodzi. Matkę z powodu kiepskiego stanu zdrowia nakłaniano do aborcji. Wbrew namowom, zdecydowała się urodzić. Mały Jasio był najmłodszy z całej rodziny. W domu były już dwie starsze siostry. Jedna z nich, Hanna, jest matką aktora Wiktora Zborowskiego.

Jako dziecko poważnie zachorował. Rokowania były kiepskie, lekarze nie dawali mu dużych szans. Kilkadziesiąt lat później żartował, że zdecydowała Opatrzność Boża. Miał 5 lat, gdy wybuchła wojna. Pamięta wszystko, łącznie z tym, jak każdego dnia całą rodziną stawali przy podwórkowej kapliczce, żeby się pomodlić. „Byłem 11-letnim staruszkiem z bagażem pamięci dramatycznych przeżyć, pogrzebów, widoku trupów, pożarów, zniszczeń” – wspominał zakończenie wojny.

Poważny aktor

W 1951 roku nie przyjęto go do warszawskiej PWST (obecnie Akademia Teatralna). Gdy rok później udało mu się zdać egzaminy, był już absolwentem Szkoły Dramatycznej Teatru Lalek. Jego studenckim debiutem była „Panna Maliczewska” według Gabrieli Zapolskiej w reżyserii Janiny Romanównej.

Od razu zaczął pracę w zawodzie. Na ekranie zadebiutował w 1955 roku niewielką rolą Francuza w „Godzinach nadziei” Jana Rybkowskiego. Studia ukończył w 1956. Poszczęściło mu się w teatrze. Najpierw zaczął współpracę z Teatrem Młodej Warszawy (obecnie TR), później przeniósł się do Teatru Klasycznego (obecnie Teatr Studio). Wbrew powszechnej opinii, Kobuszewski nie zaczynał od ról komediowych, był aktorem dramatycznym. I świetnie sobie radził. Nie narzekał na brak propozycji.

Grał na deskach Polskiego, Narodowego i Nowego w Łodzi. W Teatrze Narodowym zagrał w kilku przedstawieniach Kazimierza Dejmka, ówczesnego dyrektora narodowej sceny, w tym w słynnych „Dziadach” z 1967 z Gustawem Holoubkiem w roli Gustawa-Konrada. „Graliśmy te »Dziady« przez jakiś czas bez wielkiego zainteresowania. Aż poszła plotka, że spektakl jest antypaństwowy” – wspominał.

„Bohaterem spektaklu jest Jan Kobuszewski, znakomity w typie, ruchu, słowie. Łączył bezbłędnie realizm z groteską, był prawie Witosem, wierzchosławickim chłopem, który zostaje prezydentem, ale jednocześnie był czymś więcej, zagrał całą problematykę filozoficzną ‚Jana Macieja Karola Wścieklicy'” – zachwycał się Kobuszewskim Roman Szydłowski po jego tytułowej roli w dramacie Witkacego w Narodowym.

W końcu trafił do zespołu komediowego Teatru Kwadrat. To tu, przy Marszałkowskiej w Warszawie, można go było oglądać najdłużej, bo prawie 40 lat. Nie tylko grał, ale i reżyserował. Współpracę postanowił zakończyć w 2013, po decyzji o przejściu na emeryturę i wyłączeniu się z zawodu. Choć w rozśmieszaniu Polaków Jan Kobuszewski nie miał sobie równych, podkreślał, że do zawodu aktora, a już zwłaszcza komedianta, trzeba podchodzić serio.

Sami z siebie się nie śmiejecie

Twierdził, że Polacy to naród skażony pesymizmem, który nie potrafi się z siebie śmiać, a zamiast tego woli obśmiewać innych. „Na wszystko narzekają, nic im się nie podoba. Nie dostrzegają wokół siebie dobrego”. Pytany o poczucie humoru, mówił, że trzeba się z nim urodzić. I mieć dużo szczęścia, żeby móc z sukcesem prezentować je publiczności. „Szczęście, talent i ciężka praca” – powtarzał. Przyznawał, że debiut w „Kabarecie Dudek”, do którego zaprosił go Edward Dziewoński, nie należał do najłatwiejszych. Trząsł się ze strachu, podejrzewając, że zostanie wygwizdany. Nic podobnego.

On, Irena Kwiatkowska, Wiesław Michnikowski, Wiesław Gołas i oczywiście Edward Dudek Dziewoński byli gwiazdami „Dudka”. Około 1 tys. przedstawień, blisko 200 skeczy, monologi i piosenki – wykonania, które weszły do polskiego kanonu. Do dziś nie brakuje chętnych, żeby je oglądać. „Dudek” bawił i wzruszał całą Polskę, stał się symbolem rozrywki „na poziomie”.

Jak mówił Kobuszewski, jego samego bardzo łatwo było rozśmieszyć. Zawsze udawało się to jego mistrzom w opowiadaniu dowcipów – Michnikowskiemu, Tadeuszowi Bąkowi, Tadeuszowi Fijewskiemu. W środowisku krąży anegdota, że na egzaminie eksternistycznym dla aktorów, padło zadanie „proszę rozśmieszyć Jana Kobuszewskiego”. Sam zainteresowany nazywa to pestką, skoro rozbawić go może nawet odbicie w lustrze. „Długie toto, jak Don Kichot przynajmniej, chude toto, gęba pociągła i mizerna, nos orli niestety, uszy odstające, a do tego od dołu takie długie nogi, a od góry takie długie ręce. Czerwony Kapturek mógłby omdleć” – opisywał Kobuszewski.

Zapracowany leń

Nie polubił się z kinem. Zawsze mówił o sobie jako o wielkim kinomanie, któremu najwygodniej jest przed ekranem. „Z powodu lenistwa…” – tłumaczył brak głównych ról w filmie. „Nie lubię reżimu filmowego” – dodawał. Poza teatrem i kabaretem publiczność zna go przede wszystkim z kultowych epizodów. U Stanisława Barei zagrał w „Nie ma róży bez ognia”, „Co mi zrobisz, jak mnie złapiesz?”, „Poszukiwany, poszukiwana”, „Brunet wieczorową porą” czy „Alternatywy 4”. Bareja miał go ponoć nawet obsadzić na pierwszym planie. Nie wiadomo, dlaczego się nie udało. Krążyły plotki, że lubiący nocne biesiadowanie Kobuszewski ma problemy z porannym wstawaniem. Aktor tłumaczył z kolei, że chodziło tylko o zajętości w teatrze. Mieli z Bareją umawiać się na nie więcej niż trzy dni zdjęciowe. Taki postawił warunek.

„Zdarzały się dni, że wychodziłem z domu o godzinie 9, a wracałem o drugiej w nocy. Zaczynałem od prób w teatrze. Potem była próba w telewizji, spektakl w teatrze i na koniec dnia nagranie kabaretu w telewizji” – wyliczał. Zagrał 400 ról, na które składa się 100 sztuk teatralnych, 50 filmów i 2 tys. programów. W prawie 60-letniej karierze średnio co 10 dni miał premierę. Sporo, jak na „lenia”.

Zmarnowany Chaplin

„Powinien być prowadzony w szkole teatralnej i filmowej specjalny kurs pt. Fenomen aktorstwa Jana Kobuszewskiego, ponieważ to jest aktorstwo, które zaprzecza wszelkim banalnym kanonom. Kanony powiadają, że nie powinno się przerysowywać, robić małpy, wyginać we wszystkie strony i śmiać się z własnych dowcipów, a Janek K. przegrywa, wygina i robi, a mimo to jest cudowny. Powinien, krótko mówiąc, narodzić się reżyser filmowy, który by życie poświęcił kręceniu komedii z Kobuszewskim, ponieważ warto. Tak się jednak nie stało, i Janek Kobuszewski jest zmarnowanym Chaplinem polskiego kina” – pisała o Janie Kobuszewskim Agnieszka Osiecka w „Fotonostalgii”.

Melonik Kobuszewski założył w 1981 roku, pracując na planie filmu Janusza Rzeszewskiego „Miłość ci wszystko wybaczy” z Dorotą Stalińską w roli Hanki Ordonówny. Brawurowo zagrał wówczas komika Tadeusza.

Czy tak jak pisała Osiecka, prawdą jest, że się na nim nie poznali? Patrząc na niekończącą się listę widowisk, na czele z najbardziej kultowymi – „Kabaretem Olgi Lipińskiej”, „Kabaretem Dudek”, „Rozmowami przy wycinaniu lasu” czy „Wielokropkiem” – nie. Spoglądając na spektakle z niemal 60-letniej kariery – „Wariatkę z Chaillot” Bohdana Korzeniewskiego, „Beatrix Cenci” Jana Kreczmara, „Dziady” Kazimierza Dejmka, „Nieboską komedię” Adama Hanuszkiewicza, „Kogut zawinił” Zygmunta Hubnera, „Księżniczkę na opak wywróconą” Krystyny Meissner, „Świętoszka” Helmuta Kajzara, „Sen nocy letniej” Wandy Laskowskiej czy „Czekając na Godota” Antoniego Libery – również nie. Zaglądając do telewizyjnej ramówki, w której zawsze na którymś kanale znajdziemy „Alternatywy 4”, „Poszukiwany, poszukiwana”, „Nie ma róży bez ognia”, „Brunet wieczorową porą” czy „Lata dwudzieste… lata trzydzieste” – także nie. Ale już przypominając sobie, jak niewiele czasu ekranowego miał na ogół w filmach i serialach Kobuszewski, można przyznać Osieckiej rację.

Karta miała szansę pomyślnie się odwrócić w latach 80., gdy Janowi Kobuszewskiemu zaproponowano główną rolę w „Akademii Pana Kleksa” Krzysztofa Gradowskiego. Ze względów zdrowotnych musiał jednak odmówić, a jego miejsce zajął Piotr Fronczewski.

Kilka lat przed odejściem na emeryturę też nie trafiła mu się żadna większa rola przed kamerą. Kobuszewski pojawił się w „Złocie dezerterów”, „Rysiu” i „Małej maturze 1947”. Znowu na krótko. Choć, jak zwykle nie tak, by przemknąć niezauważonym. To nie udawało mu się nigdy.

Jan Kobuszewski: bóg, małżeństwo, rodzina

Z żoną Hanną Zembrzuską-Kobuszewską poznali się na szkolnym korytarzu, podczas egzaminów wstępnych na wydział aktorski, a pobrali w 1956, zaraz po skończeniu nauki w PWST. Ponad 60 lat stałego związku. Wychowali razem córkę Mariannę. Życie wystawiło ich związek na próbę, gdy oboje poważnie zachorowali. W latach 80. Kobuszewski zmagał się z rakiem jelita. „Miłość czyni cuda! Gdyby nie Hania, nie pokonałbym choroby. Była przy mnie w najcięższych chwilach” – podkreślał w wywiadach.

Dyskusje na temat spraw prywatnych ucinał. Konsekwentnie powtarzał, że „dom to twierdza”. Opisywał, że nawet gdy nie było jeszcze plotkarskich gazet i paparazzi, bronił swojej prywatności i nigdy nie walczył o popularność. W domu wpojono mu wartości, którym starał się być wierny. Jak mówił, najważniejsze są Bóg, małżeństwo i rodzina. 80. urodziny świętował na Jasnej Górze. Wiara w Boga zawsze była dla niego ważna. Niewiele brakowało, a zostałby księdzem. Żartował, że zabrakło mu pobożności, więc ostatecznie zachował się odwrotnie do polskiego papieża (Jan Paweł II przed zostaniem księdzem był aktorem – przyp. red.). „Nie jestem dewotem” – przekonywał.

W czasach politycznego wykorzystywania religii Kobuszewski nie wchodził w spory. Wyznawał zasadę, że podstawą szczęścia jest tolerancja. I oczywiście uśmiech, bo, jak twierdził, po to zostaliśmy stworzeni przez Boga, żeby cieszyć się z życia. „Chrystus bardzo rzadko się złościł. Dlatego też mam trochę pretensje do tych kaznodziejów, którzy przedstawiają Chrystusa karzącego. Ja widzę Go uśmiechniętego. Taki był!”.

Z telewizją, jak z kobietą

Kobiety uwielbiał. W jego najbliższym otoczeniu najpierw były siostry i matka, później żona i córka. Do telewizji zawsze wracał z sentymentem, jak do rodzinnego domu. „Kiedy zaczynałem, telewizja była bardzo małą dziewczynką. Załóżmy, że jestem gentlemanem, więc będę się o niej wyrażał jak najlepiej”. Na mały ekran trafił niedługo po tym, jak powstała TVP. W grudniu 1955 po raz pierwszy pojawił się w satyrycznym „Wielokropku” w duecie z Janem Kociniakiem. Na „Wielokropku”, jak relacjonował po latach Kobuszewski, testowano działanie pierwszego magnetowidu.

Do historii telewizji Jan Kobuszewski przeszedł także dzięki pierwszemu polskiemu serialowi „Barbara i Jan”. Janinę Traczykównę i Jana Kobuszewskiego w komediowym kryminale o początkującej dziennikarce i doświadczonym fotoreporterze gazety „Echo” widzowie poznali 5 stycznia 1965 roku.

Ale relacja z telewizją miała też dużo gorsze momenty. Na przykład po wprowadzeniu stanu wojennego, gdy Kobuszewski postanowił, jak wielu jego kolegów, dołączyć do bojkotu. Jako etatowy aktor Teatru Telewizji musiał liczyć się z konsekwencjami. Dziewoński, jako dyrektor Teatru Kwadrat, został pozbawiony stanowiska, a Kobuszewski pracy. W 1982 teatr na trzy lata przestał działać i stał się drugą sceną Teatru Na Woli.

Wężykiem, wężykiem…

Dystansował się od polityki. Gdy kiedyś w jednym z wywiadów zapytano go o transmisję obrad sejmu, przyznał, że śledzi, ale na rozmowę o refleksjach namówić się nie da. Komentując otaczającą go rzeczywistość, mówił o rozrywce, która straciła swój dawny urok, inteligencję, dwuznaczność. Przyznawał, że drażnią go dzisiejsze kabarety, żarty, szydzące ze wszystkiego i wszystkich. Uważał, że dziś, gdy nie ma cenzury, przyzwyczailiśmy się do tego, że wszyscy mówią wprost, próbując rozbawić, obrażając „prawie z nazwiska”. Przestrzegał przed robieniem z komedii szmiry, a z komediowego grania tandetnej szarży.

„Wężykiem, wężykiem” ze skeczu „Ucz się Jasiu” zapisało się w polskiej popkulturze, podobnie jak teksty dziadka Jacka Marii Poszepszyńskiego z słuchowiska „Rodzina Poszepszyńskich” – „trzask, prask i po wszystkim”, „psia mać”. Jan Kobuszewski nie słyszał, jak kolejne pokolenia je powtarzają, bo „chodził ze zbyt nisko zwieszonym łbem”. Zupełnie nie po królewsku.

***

Jan Kobuszewski nie żyje

Kobuszewski zmarł w sobotę, 28 września, o godz. 9. Informację potwierdziła rodzina zmarłego – podało Polskie Radio RDC. O śmierci aktora poinformowała PAP z kolei dyrekcja Teatru Kwadrat. 19 kwietnia aktor świętował 85. urodziny.