Sędziowie nie dają się zastraszyć czerezwyczajce od Ziobry

W odpowiedzi na wyrok TSUE sędziowie z czterech miast: Białegostoku, Gdańska, Poznania i Wrocławia przyjęli uchwały, informujące o wstrzymaniu opiniowania awansów sędziowskich, oczekując na decyzję Sądu Najwyższego.

Zgodnie z orzeczeniem Trybunału to Sąd Najwyższy ma zbadać niezależność Izby Dyscyplinarnej i ustalić czy może ona decydować w sporach na temat przechodzenia sędziów SN w stan spoczynku.

„Zgromadzenie Przedstawicieli Sędziów Apelacji Wrocławskiej wstrzymuje się z opiniowaniem kandydatów na stanowiska sędziowskie do chwili rozstrzygnięcia przez Sąd Najwyższy, czy organ funkcjonujący obecnie jako Krajowa Rada Sądownictwa, spełnia warunki niezależności od władzy politycznej określone w ww. wyroku” – napisali sędziowie z Wrocławia cytowani przez TVN24.

Ponadto stwierdzili, że jeśli SN uzna, iż KRS nie jest „wystarczająco niezależny od władzy ustawodawczej i wykonawczej, może to oznaczać chaos prawny, gdyż przy udziale ww. organu powołano nie tylko sędziów Izby Dyscyplinarnej Sądu Najwyższego, ale również ponad 300 sędziów sądów powszechnych, którzy wydali już około 70.000 orzeczeń. Mogą być one wadliwe”.

Sędziowie z Gdańska zwrócili uwagę, że KRS w nowym składzie nie wypełnia rzetelnie swojego zadania stania na straży niezawisłości sędziowskiej, publicznie poddając krytyce działania sędziów w obronie niezależności sądów.

Sędziowie z Poznania zauważyli, że „powołanie na stanowisko sędziego za rekomendacją tego organu może tworzyć uzasadnioną wątpliwość co do niezawisłości sędziego”. Sędziowie z Białegostoku oczekują „wyjaśnienia wątpliwości związanych z procesem wyłaniania sędziów obecnej KRS”.

Na konsekwencje odważnej i rzeczowej postawy sędziów nie trzeba było długo czekać. W poniedziałek obiegła media informacja, że Zbigniew Ziobro odwołał z delegacji sędziego z Olsztyna, za to że zastosowawszy się do wyroku TSUE z 19 listopada nakazał Kancelarii Sejmu ujawnienie list poparcia do Krajowej Rady Sądownictwa.

Michał Wójcik, wiceminister sprawiedliwości dopuścił nawet możliwość dyscyplinarki dla olsztyńskiego sędziego. Jak podaje TVN24 mimo pogróżek sądy w całej Polsce wydały UW poniedziałek uchwały związane z wyrokiem Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej.

Można tylko się zastanawiać, jak szybko zniknie złoto w przepastnych kieszeniach pisowców.

Kmicic z chesterfieldem

„Dlaczego akurat ta władza i teraz ściąga do Polski nasze rezerwy złota bezpiecznie przechowywane w Londynie? To mi pachnie jakimś przekrętem” – zastanawiał się na Twitterze przedsiębiorca Ryszard Wojtkowski.

Sprowadzeniem do Polski 100 ton złota chwalił się prezes NBP Adam Glapiński. Wartość kruszcu to 18,3 mld zł.

Na zdjęciach, które umieszczono w sieci w związku ze sprowadzeniem złota, widać Glapińskiego z dumą prezentującego sztabki na tle skarbca. Obok prezesa stoją dawni ministrowie rządu PiS, których partia przeniosła do NBP – Teresa Czerwińska i Paweł Szałamacha.

Równie podejrzliwi jak Wojtkowski byli inni internauci: – „PiS dobrał się do rezerw złota. Roztrwonią cały majątek, który należy do wszystkich…

View original post 823 słowa więcej

 

Koniec bezkarności Pawłowicz

Zrzutka na proces >>>

Koniec bezkarności Pawłowicz.

Kmicic z chesterfieldem

Niebo gwiaździste nade mną, prawo moralne we mnie. Walczę o państwo prawa, wolności obywatelskie, w tym wolność od pełnego zła Kościoła. A kaczyści precz!

Krystyna Pawłowicz, która obiecywała zawiesić działalność na Twitterze, właśnie opublikowała kolejne już – po złożeniu tej obietnicy – wpisy. „Tłumaczy” w nich, jak to jest możliwe, że mimo swojego wieku może kandydować do Trybunału Konstytucyjnego. Była posłanka PiS ma 67 lat.

– „ŻADNE przepisy, ani art.3 ustawy o TK, ani art.30 ustawy o SN określający „wymogi” dla bycia sędzią SN – JEDYNY do którego w sprawie „wymogów” odsyła art.3 ustawy o sędziach TK – NIE określają „końcowego” wieku dla kandydowania do SN/TK” – napisała Pawłowicz.

W następnym wpisie dodała: – „Przepis o 65 latach, po osiągnięciu których sędzia SN przechodzi z ustawy w stan spoczynku NIE MA przy tym jednak charakteru bezwzględnego, bo na wniosek tego sędziego można mu PRZEDŁUŻYĆ jeszcze o kilka lat czas wykonyw…

View original post 1 514 słów więcej

 

Paranoja PiS

Robert Jastrzębski, Krystyna Pawłowicz i Stanisław Piotrowicz – to kandydaci PiS na sędziów TK poinformował PAP dyrektor Centrum Informacyjnego Sejmu. Obecna trójka nieco różni się od składu, który PiS zgłosiło pod koniec kadencji poprzedniego Sejmu. Wśród obecnych kandydatów brakuje Elżbiety Chojny-Duch, którą zastąpił Robert Jastrzębski. Chojna-Duch od Onetu dowiedziała się, że PiS wycofało jej kandydaturę.

  • – Odpowiedź mieli mi dać w poniedziałek. Czemu zmienili zdanie na temat mojej kandydatury? Nie mam pojęcia. Nie tłumaczyli tego – powiedziała Elżbieta Chojna-Duch dla Onetu
  • – Teraz wnioski trafią do Komisji Sprawiedliwości w celu zaopiniowania – zaznaczył dyrektor CIS Andrzej Grzegrzółka
  • 3 grudnia kończy się kadencja trzech sędziów TK wybranych w czasach rządów PO-PSL: Marka Zubika, Piotra Tulei i Stanisława Rymara

O zgłoszeniach na kandydatów sędziów TK poinformował dyrektor CIS Andrzej Grzegrzółka. To jedyne zgłoszone kandydatury na sędziów TK. – Teraz wnioski trafią do Komisji Sprawiedliwości w celu zaopiniowania – zaznaczył dyrektor CIS.

Elżbieta Chojny-Duch od dziennikarza Onetu dowiedziała się, że PiS wycofało jej kandydaturę. – Były wcześniej rozmowy, że rozważają taką możliwość. Ale odpowiedź mieli mi dać w poniedziałek. Czemu zmienili zdanie na temat mojej kandydatury? Nie mam pojęcia. Nie tłumaczyli tego – mówi Onetowi Chojna-Duch.

Kim jest Elżbieta Chojna-Duch?

Chojna-Duch była wiceministrem finansów w pierwszym rządzie Donalda Tuska. Już za rządów PiS zeznając przed komisją śledczą ds. VAT Chojna-Duch oskarżała polityków PO o przymykanie oczu na przestępstwa podatkowe. Wymieniała m.in. zlikwidowanie sankcji VAT, czyli 30-proc. kary za niezapłacony podatek. Potem okazało się, że to ona sama podpisała się w 2008 r. pod projektem, który likwidował tę karę.

Jednocześnie, gdy PiS zgłosiło ją do TK, wicemarszałek Ryszard Terlecki przyznał, że przez kilka lat Chojna-Duch zabiegała o publiczne stanowiska z nadania PiS. Zdaniem opozycji podważa to jej wiarygodność jako „świadka koronnego” komisji ds. VAT.

Robert Jastrzębski – kim jest?

Jak napisano w uzasadnieniu wniosku z jego kandydaturą, Jastrzębski jest absolwentem studiów na Wydziale Prawa i Administracji Uniwersytetu Warszawskiego. W latach 2012-2016 zatrudniony był na stanowisku profesora nadzwyczajnego na Wydziale Prawa UW, a od 2017 r. jako adiunkt w Katedrze Europejskiej Tradycji Prawnej na WPiA UW, a od 1 listopada 2019 r. profesor Uniwersytetu Warszawskiego. Od 2015 r. jest on Kierownikiem Pracowni Prawa Polskiego XX wieku, w tym od 2019 r. kierownikiem Zakładu Historii Administracji na Wydziale Prawa. Od 2016 r. jest on zatrudniony w Biurze Analiz Sejmowych na stanowisku eksperta ds. legislacji. Autor, współautor, redaktor oraz współredaktor około 100 publikacji naukowych, w tym książek.

PiS zgłasza kandydatów na TK po raz pierwszy

Klub PiS jeszcze w październiku zgłosił na miejsce odchodzących z TK sędziów kandydatury Elżbiety Chojny-Duch, Krystyny Pawłowicz i Stanisława Piotrowicza.

Termin na zgłoszenie tych kandydatur zbiegł się ze zmianą kadencji Sejmu, co wywołało dodatkowe komplikacje, np. takie, że pod kandydaturami byli podpisani posłowie minionej kadencji, którzy nie zyskali reelekcji, a to obecny Sejm będzie dokonywał wyboru. Aby przeciąć spekulacje, w zeszłym tygodniu szef Centrum Informacyjnego Sejmu Andrzej Grzegrzółka oświadczył, że procedurę zgłaszania kandydatur trzeba będzie powtórzyć. Dodał zagadkowo, że kandydatury „mogą się powtórzyć, ale nie muszą”.

Zgłoszone przez PiS w końcu października kandydatury krytykowała opozycja zarzucając im upolitycznienie. Poseł Koalicji Obywatelskiej Marcin Kierwiński powiedział po przedstawieniu kandydatów PiS, że „mamy postępujący proces upolityczniania Trybunału Konstytucyjnego, mają do niego trafić osoby skompromitowane, które nie dostały się do Sejmu”. Szef klubu Lewicy Krzysztof Gawkowski stwierdził, że PiS „mebluje Trybunał Konstytucyjny najgorszym sortem działaczy partyjnych”.

Przedstawiciele opozycji zapowiedzieli, że ich formacje nie będą zgłaszać swoich kandydatur również w powtórzonej procedurze wskazywania kandydatów do TK.

Wygasająca kadencja trzech sędziów

3 grudnia kończy się kadencja trzech sędziów TK wybranych w czasach rządów PO-PSL: Marka Zubika, Piotra Tulei i Stanisława Rymara. Zgodnie z regulaminem Sejmu, wnioski w sprawie kandydatów do TK składa się marszałkowi w terminie 30 dni przed upływem kadencji.

Paranoja.

Kmicic z chesterfieldem

Szanowni państwo, trzymajcie się za kieszenie i portfele, bo PiS zaczyna realizować swoje obietnice wyborcze – mówi Izabela Leszczyna o projekcie likwidacji limitu 30-krotności przy składkach ZUS. Koalicja Obywatelska chce w tej sprawie zwołania komisji finansów.

Pierwszy projekt nowej kadencji

PiS wprowadza pierwszy projekt poselski – co oznacza krótszą ścieżkę legislacji – dotyczący likwidacji limitu 30-krotności przy składkach ZUS.

– Około 400 tys. pracowników zatrudnionych na umowę o pracę, ludzi dobrze wykształconych, innowacyjnych, czyli takich, którzy mają szanse sprawić, że polska gospodarka stanie się konkurencyjna i innowacyjna. Oni będą zarabiać mniej – tłumaczyła Izabela Leszczyna z KO.

– Mimo że w kampanii wielokrotnie słyszeliśmy, że tej ustawy nie będzie, pierwsza jest właśnie ta. Dlaczego PiS to robi? Powód jest tylko jeden – do budżetu musi wpłynąć ponad 5 mld zł więcej ze składek, bo budżet nigdy nie był zrównoważony – mówiła Leszczyna.

Szukanie pieniędzy w portfelach Polaków

Projekt zakłada likwidację od 2020 roku górny limit przychodu, do którego płaci się składki na ubezpieczenie emerytalne i zdrowotne. Ten zabieg ma przynieść dodatkowe 7,1 mld zł więcej. PiS potrzebuje…

View original post 1 584 słowa więcej

Marszałek Senatu prof. Tomasz Grodzki wygłosił wspaniałe orędzie

Całość orędzia marszałka Senatu prof. Tomasza Grodzkiego.

– Senat będzie wykonywał przypisane sobie obowiązki w taki sposób, aby przekonać Państwa, że jest możliwe uprawianie politycznego sporu w sposób przyzwoity, normalny, bez wzajemnej niechęci czy nienawiści, mając za cel tylko i wyłącznie służbę narodowi. Będziemy przyjmować ustawy sejmowe i jeśli uznamy je za dobre, to uchwalimy. Jeśli będą wymagały poprawek, to poprawimy i odeślemy do Sejmu. Będę także oczekiwał od Senatu tworzenia własnych ustaw, które po uchwaleniu zgodnie z dobrymi praktykami legislacyjnymi będziemy przesyłać do Sejmu jako inicjatywy senackie. Jeśli ktoś by się obawiał, że Senat będzie narzędziem do blokowania Sejmu, jest w całkowitym błędzie – stwierdził marszałek Senatu Tomasz Grodzki w orędziu wygłoszonym na antenie TVP. Poniżej pełny tekst wystąpienia.

*****

Wierzę, że stojąc w służbie prawdy, wyborcy powinni mieć pełne prawo do wiedzy na temat pracy najważniejszych instytucji naszego kraju, dlatego jest mi miło poinformować Państwa, że Senat RP X kadencji wybrał swoje władze i przystąpił do pracy. W tej kadencji naród w swej zbiorowej mądrości zdecydował, że w Sejmie przewagę będzie miał obóz rządzący, a w Senacie opozycja, czy raczej demokratycznie wybrana większość, złożona z pań i panów senatorów Koalicji Obywatelskiej, PSL, lewicy i senatorów niezależnych. Przywraca to w pewnym stopniu równowagę w zmaganiach politycznych, ale jednocześnie nakłada ogromną odpowiedzialność za słowa, czyny i decyzje na obie strony. Nie wolno nam zmarnować tego mandatu otrzymanego od milionów wyborców.

W Sejmie, ale także w Senacie, reprezentującym majestat Rzeczpospolitej i potęgę naszego narodu, widać wyraźnie, że siłą naszego społeczeństwa jest różnorodność, za którą idzie kreatywność i energia Polek i Polaków, których nigdy nie da się stłumić próbami wtłoczenia nas wszystkich w ramy jednej, sztywnej, czasem dziwacznej ideologii. Przekonali się o tym komuniści i przekonają wszyscy, którzy podejmują takie próby, skazane na niepowodzenie w krótszym lub dłuższym czasie.

Jedynym sposobem na harmonijny rozwój Polski jest przyjęcie założenia, że wszyscy Polacy są równi, niezależnie od ich charakteru, przekonań czy rasy. Wszyscy mają równe prawa, ale i obowiązki wobec Ojczyzny. Nikomu nie wolno dzielić ludzi na lepszych czy gorszych, gdyż przeczy to szacunkowi dla przyrodzonej godności człowieka. Tylko wtedy, gdy spowodujemy, że wszyscy będziemy czuli się w naszym pięknym kraju szczęśliwi i spokojni o swój los, będziemy mogli uwolnić ogromną energię, która drzemie w naszym narodzie i która może przekształcić się w niezwykłe osiągnięcia i dokonania. Tylko wtedy będziemy mogli zapewnić naszym dzieciom, wnukom, i nam samym bezpieczeństwo i dobrobyt.

W naszej odysei przez życie w poszukiwaniu szczęścia i spełnienia marzeń jednym idzie łatwiej, innym trudniej, niektórych ta wędrówka wyrzuca na margines a jeszcze inni muszą dźwigać czasami bardzo ciężki krzyż. I tu zaczyna się rola pokornej i służebnej, roztropnej pracy polityków. Tym z Państwa, których rozpiera siła i energia, trzeba stworzyć warunki do realizacji śmiałych projektów i wykorzystania ich kreatywności dla dobra wspólnoty. Tych, których życie doświadczyło bardziej od innych, należy wspomóc i sprawić, aby znowu uwierzyli, że marzenia mogą się spełniać. Chorym należy stworzyć sprawną i dostępną ochronę zdrowia, ubogim ochronę przed niedostatkiem, dzieciom dobrą edukację a obdarzonym zdolnościami artystycznymi możliwość tworzenia i ukazania światu ich niezwykłych dzieł. Przykłady można mnożyć, ale podaję je po to, aby pokazać, jak pojmuję tworzenie dobrego prawa, które uczyni życie Polek i Polaków łatwiejszym i prostszym. Dobre prawo ma czynić nasze życie łatwiejszym i lepszym – to jest główne zadanie dla tych, którzy to prawo tworzą.

Senat jest do tego szczególnie predysponowany zgodnie z maksymą, że jest tym ciałem konstytucyjnym, które inne władze do szlachetnych uczynków pobudza, od niecnych odwodzi a emocje studzi. Zapewniam Państwa, że uczynię wszystko, co w mojej mocy, aby korzystając z ogromnego potencjału pań i panów senatorów, wybranych przez dziesiątki i setki tysięcy wyborców, uczynić z Senatu miejsce, które będzie kuźnią najlepszego prawa, w którym będą królowały szacunek, przyzwoitość, praworządność, honor, prawda i normalna praca merytoryczna, zaś nie będą miały wstępu obłuda, cynizm, oszustwo, kłamstwo, naginanie Konstytucji czy regulaminu Senatu.

Senat będzie wykonywał przypisane sobie obowiązki w taki sposób, aby przekonać Państwa, że jest możliwe uprawianie politycznego sporu w sposób przyzwoity, normalny, bez wzajemnej niechęci czy nienawiści, mając za cel tylko i wyłącznie służbę narodowi. Będziemy przyjmować ustawy sejmowe i jeśli uznamy je za dobre, to uchwalimy. Jeśli będą wymagały poprawek, to poprawimy i odeślemy do Sejmu. Będę także oczekiwał od Senatu tworzenia własnych ustaw, które po uchwaleniu zgodnie z dobrymi praktykami legislacyjnymi będziemy przesyłać do Sejmu jako inicjatywy senackie. Jeśli ktoś by się obawiał, że Senat będzie narzędziem do blokowania Sejmu, jest w całkowitym błędzie.

Pochodzę ze Szczecina, miasta nigdy nie zdobytego, które najdłużej w swojej historii było stolicą potężnego księstwa pomorskiego, zaś po wojnie zostało zasiedlone przez odważnych, kreatywnych ludzi ze wszystkich stron Polski. Ci ludzie, zachowując szacunek dla swoich tradycji i obyczajów, stworzyli unikalną mieszankę, nauczyli się wzajemnej tolerancji, szacunku i wspólnego pielęgnowania ducha wolności, który unosi się nad tym miastem w sposób niezwykły, zapewniając Szczecinowi znaczące miejsce w historii walk o wolną, demokratyczną Polskę. Jestem lekarzem, który na swojej drodze spotykał zarówno chorych, których piękno umysłu czy ciała onieśmielały, jak i takich, których los zepchnął w otchłań beznadziei i upadku. Przysięga Hipokratesa i generalnie zasady etyki lekarskiej zobowiązują nas do leczenia wszystkich wg najlepszej wiedzy niezależnie od ich wyglądu, rasy, koloru skóry, poglądów czy rodzaju choroby. Dobrze jest te zasady podchodzenia z szacunkiem do wszystkich razem i każdego z osobna przenieść na normalne życie, w tym na politykę.

Senat RP z oczywistych względów nie zajmuje się leczeniem w rozumieniu medycznym, ale stanowiąc dobre, mądre prawo, tworzone z myślą o uczynieniu losu milionów Polek i Polaków lepszym czy znośniejszym, może istotnie przyczynić się do uzdrowienia Polski, dotkniętej wieloma problemami, z których najgorszy chyba polega na zatruciu naszych wzajemnych relacji wirusem wzajemnej niechęci i głębokich podziałów między rodakami, które wydają się nie do zniwelowania. Ale pragnę zapewnić, że każda choroba, nawet najcięższa, zwłaszcza jeśli jest mądrze leczona, kiedyś się kończy, czasami szybciej niż ktokolwiek by przypuszczał, czego Państwu i sobie życzę, gdyż przyszłość nie potrzebuje strachu, tylko wymaga natchnienia, wizji i wiary w potęgę naszego wspaniałego narodu.

Schetyna o prawyborach prezydenckich: Jest kilku chętnych samorządowców, prezydentów. Kidawa-Błońska faworytem

– Na pewno jest kilku chętnych samorządowców, prezydentów. Zobaczymy. 19 [listopada upływa termin]. Nie wiem, dlatego że sprawa jest otwarta i proszę też mnie dobrze zrozumieć. Informacja, którą otrzymaliśmy, o której się mówi, że marszałek Kidawa-Błońska chce kandydować, to nie ośmiela innych kandydatów, bo wiadomo, że jej popularność pokazuje jej pozycję, tzn. że jest faworytem tych prawyborów i to nie nastawia innych optymistycznie, ale jestem przekonany, że będą inni dobrzy kandydaci – stwierdził Grzegorz Schetyna w rozmowie z Dorotą Gawryluk w programie „Wydarzenia i opinie” Polsat News.

– Na pewno jest [Małgorzata Kidawa-Błońska] faworytem i w prawyborach i jest bardzo dobrym kandydatem. Natomiast nie mogę dyskwalifikować innych, którzy zgłoszą się do wtorku, bo uważam, że jest kilka osób, które może aspirować i ma ogromne szanse w tym wyborczym wyścigu – mówił dalej przewodniczący PO.

Kidawa-Błońska o orędziu Grodzkiego: Pokazuje, że Senat może być innym miejscem, że inaczej może być tam uprawiania polityka

To orędzie [marszałka Tomasza Grodzkiego] pokazuje, że Senat może być innym miejscem, że inaczej może być tam uprawiania polityka. Nawet język tego orędzia jest inny. Odnosi się do wartości, do tego, co jest dla nas najważniejsze” – mówiła w rozmowie z Moniką Olejnik w „Kropce nad i” w TVN24 wicemarszałek Sejmu Małgorzata Kidawa-Błońska z Koalicji Obywatelskiej.

Kidawa-Błońska pytana o Sikorskiego: Jesteśmy kompletnie inni, mamy inne temperamenty

Jesteśmy [z Radosławem Sikorskim] kompletnie inni. Mamy inne temperamenty. Ci, którzy mnie znają, czasami mówią, że jestem osobą spokojną, łagodną, ale ci, którzy też znają mnie dobrze, wiedzą doskonale, że jeżeli postanowię coś przeprowadzić, jestem skuteczna w tym, co robię. Dbam, żeby nie przekraczać granicy, nie obrażać ludzi, nie zrażać ich, ale przeprowadzać to, na co się zdecydowałam” – mówiła w rozmowie z Moniką Olejnik Małgorzata Kidawa-Błońska.

Kidawa-Błońska o zmianach w funduszu wsparcia: Zabierze się niepełnosprawnym, mówiąc że da się to emerytom. Znowu dzieli się społeczeństwo

To jest wielki skandal. W kampanii wyborczej obiecywano bardzo wiele – trzynastą, czternastą emeryturę. Po protestach rodzin osób niepełnosprawnych stworzono fundusz, który miał im pomagać. Obiecano bardzo dużo, stworzono budżet, w którym tych zapisów nie ma, i okazuje się, że tych pieniędzy nie ma. Zabierze się niepełnosprawnym, mówiąc że da się to emerytom. Znowu dzieli się społeczeństwo” – mówiła Małgorzata Kidawa-Błońska.

No i zaczęło się odsunięcie PiS od koryta

460 posłów i 100 senatorów zainaugurowało dzisiaj swoje czteroletnie prace. Obie izby wybrały marszałków, a parlamentarzyści złożyli ślubowania. Uwagę przykuły przemówienia prezydenta Andrzeja Dudy i marszałka seniora Antoniego Macierewicza, a także słowa prezesa PiS Jarosława Kaczyńskiego o „końcu totalnej opozycji”.

  • Marszałkiem Sejmu została Elżbieta Witek z PiS, a marszałkiem Senatu Tomasz Grodzki z KO
  • Andrzej Duda podczas orędzia w Sejmie przestrzegał, że „ryba psuje się od głowy”. – Głowa jest tutaj – zwracał się do posłów
  • Marszałek senior Antoni Macierewicz podkreślał znaczenie konstytucji i wskazał jej trzy artykuły, które uważa za „podstawę naszego ładu państwowego”
  • Barbara Borys-Damięcka relacjonowała zaproszenie Olgi Tokarczuk na pierwsze posiedzenie Senatu. Noblistka je odrzuciła
  • Wicemarszałków wybrał już Sejm. Wciąż nie zrobił tego jeszcze Senat

Marszałkiem Sejmu została posłanka PiS Elżbieta Witek, która piastowała to stanowisko od sierpnia 2019 r. Jej kandydaturę poparła zdecydowana większość – „za” głosowało 314 posłów. Z kolei marszałkiem Senatu został Tomasz Grodzki z KO, którego poparło 51 senatorów.

Andrzej Duda: ryba psuje się od głowy

Podczas inauguracji prac Sejmu orędzie wygłosił prezydent Andrzej Duda. – Proszę o język parlamentarny w debacie, proszę o taki język, który nie będzie obrażał i nie będzie nikogo urażał, bo to jest bardzo ważne – apelował prezydent.

– Poglądy można mieć i trzeba je mieć, bo jeżeli ktoś nie ma poglądów, to nie powinien tutaj zasiadać. Zasiadacie tu państwo właśnie dlatego, że te poglądy macie, one są bardzo często bardzo wyraziste, są bardzo często bardzo mocne i głębokie, niektórzy używają słowa radykalne, ale ja proszę, żeby język debaty nie był radykalny, żeby język debaty był językiem szacunku – mówił Duda.

– Każdy z państwa ma znajomych a często i rodzinę o różnych poglądach. Powinniśmy robić wszystko, żeby tych sporów, zwłaszcza tych wewnątrzrodzinnych, było jak najmniej. Czasem mówią: ryba psuje się od głowy. Głowa jest tutaj – tymi słowami prezydent zakończył swoje orędzie.

Po zakończeniu orędzia Duda podszedł do wszystkich zasiadających w pierwszej ławie liderów ugrupowań politycznych i kolejno ściskał im dłonie. Szef SLD Włodzimierz Czarzasty przypomniał mu, że nie powitał obecnego w Sejmie byłego prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego. Wówczas Duda wrócił na mównicę.

– Szanowni państwo, pan poseł Włodzimierz Czarzasty zwrócił mi uwagę na to, że jest tutaj na sali z nami pan prezydent Aleksander Kwaśniewski – powiedział Duda. – Panie prezydencie dziękuję bardzo za obecność. Ona jest bardzo ważna – zaznaczył obecny prezydent.

Antoni Macierewicz: konstytucja ma trzy podstawowe artykuły

Po prezydencie przemówienie wygłosił marszałek senior Sejmu, poseł PiS Antoni Macierewicz. – Chociaż reprezentując wszystkie nurty polityczne narodu polskiego, jest ten Sejm bardzo zróżnicowany, to absolutna większość wyborców wsparła te ugrupowania, które jednoznacznie odwoływały się do wartości narodowych, niepodległościowych, katolickich – mówił Macierewicz.

– Ukształtowanie naszych instytucji państwowych, życia gospodarczego i społecznego, zgodnie z tymi wartościami, to nasze największe zadanie, jakie stoi przed obecnym Sejmem – dodał. – Odpowiedzialność spada przede wszystkim na większość rządową, bo po raz pierwszy w historii, Polacy w tak zdecydowany sposób dali jednej formacji obowiązek utworzenia jednorodnego rządu – stwierdził marszałek senior.

– Wszyscy obywatele, a zwłaszcza ci, którzy stanowią prawo, muszą szanować ustawę zasadniczą. Trzy artykuły konstytucji tworzą prawną, społeczną i moralną podstawę naszego ładu państwowego – mówił podczas inauguracji nowej kadencji Sejmu marszałek senior Antoni Macierewicz. Według Macierewicza to artykuł 8., 18. i 38. konstytucji.

Art. 8 mówi o tym, że konstytucja jest najwyższym prawem w Polsce. Art. 18 głosi, że „małżeństwo jako związek kobiety i mężczyzny, rodzina, macierzyństwo i rodzicielstwo znajdują się pod ochroną i opieką Rzeczypospolitej Polskiej”. Z kolei art. 38 gwarantuje zasadę ochrony życia.

Przemówienie Macierewicza przerywały okrzyki „konstytucja” z ław sejmowych opozycji.

Kaczyński: koniec totalnej opozycji

Na stanowisko marszałka Sejmu została zgłoszona tylko jedna kandydatka – Elżbieta Witek z PiS, która sprawowała już tę funkcję od sierpnia 2019 r.

Swoich kandydatów nie zgłosiło żadne z opozycyjnych ugrupowań. Przemawiający przed głosowaniem Borys Budka z Koalicji Obywatelskiej zapowiedział, że jego klub nie będzie głosował przeciw Witek. Poparcie jej kandydatury „ze względu na poszanowanie konstytucji” ogłosił również szef klubu Lewicy Krzysztof Gawkowski.

Lider PSL Władysław Kosiniak-Kamysz zadeklarował, że „PiS ma prawo wybrać rząd i wybrać marszałka (…) szanując werdykt i wierząc, że jest możliwa lepsza debata i lepsza Polska poprzemy kandydaturę Elżbiety Witek”. Jakub Kulesza z Konfederacji zapowiedział, że jego koło decyzję o poparciu Witek uzależnia od tego, czy otrzyma stanowisko wicemarszałka Sejmu.

Na te deklaracje polityków opozycji zareagował prezes PiS Jarosław Kaczyński, który poprosił marszałka seniora o udzielenie mu głosu. – Z wielką radością wysłuchałem oświadczeń (opozycyjnych – red.) partii i koła. Podsumowałbym to tak: koniec opozycji totalnej. Jeśli tak będzie, to będzie to wielki postęp. Będzie to zmiana, której oczekuje polskie społeczeństwo – powiedział prezes PiS.

– Bardzo proszę, żeby to były nie tylko słowa, ale i czyny – zwrócił się do opozycji Kaczyński.

– Przemówienia zawierały jednak elementy, z którymi nie możemy się zgodzić. Większość ma prawo rządzić i realizować swoją agendę. To jest oczywiste i oczywiste jest także to, że klubem, który ma najwięcej reprezentantów w Senacie, jest PiS i z tego powinny być wyciągnięte pewne wnioski – mówił szef partii rządzącej.

Ostatecznie za kandydaturą Witek na marszałka Sejmu głosowało 314 posłów. Przeciw było 11, a wstrzymało się 134.

Wicemarszałkami Sejmu zostali: Włodzimierz Czarzasty (Lewica), Małgorzata Gosiewska (PiS), Małgorzata Kidawa-Błońska (KO), Ryszard Terlecki (PiS), Piotr Zgorzelski (PSL).

Czołowe kluby parlamentarne wybrały również we wtorek swoich przewodniczących. Szefem klubu PiS został Ryszard Terlecki, a KO – Borys Budka.

Katarzyna Piekarska po rozmowie z prezesem PiS: byłam zaskoczona

Tokarczuk odrzuca zaproszenie, ale przesyła „mnóstwo dobrej energii”

O godz. 16 rozpoczęło się pierwsze posiedzenie Senatu nowej kadencji. Również w tej izbie zainaugurował je prezydent Andrzej Duda. – Cieszę się, że w Senacie dzisiaj jest reprezentowane tak szerokie spektrum polityczne, prawie tak szerokie, jak w polskim Sejmie – oświadczył Duda. Jak podkreślił „wierzy w to, że to będzie dobra kadencja”.

Prezydent, zapewniając senatorów o swojej otwartości na dyskusję i rozmowy z nimi, życzył im spokojnej i merytorycznej pracy, a także „jak najmniej napięć i jak najwięcej satysfakcji ze służby dla Rzeczpospolitej”. – Chciałbym, żeby pewne obyczaje, które tutaj zawsze w Senacie były, przetrwały i żeby różnego rodzaju gorszące sytuacje się tutaj nie zdarzały – dodał.

Po Dudzie przemawiała marszałek senior Barbara Borys-Damięcka. – Ta dziesiąta kadencja daje szansę i możliwość wszystkim senatorom zrealizowania tych szczytnych celów, bo nie wolno nam zapominać z czyjego wyboru znaleźliśmy się w tych lawach. To nie partie, rząd czy ślepy traf nas wybrał. Wybrali nas obywatele miast, miasteczek, wsi, osiedli, gmin i to są nasi przełożeni, którzy nam zaufali – mówiła Borys-Damięcka.

– Postanowiłam zaprosić na dzisiejsze posiedzenie Olgę Tokarczuk. Zadzwoniłam do niej. Niczego nie obiecała, ale poprosiła o chwilę zastanowienia – relacjonowała Borys-Damięcka w swoim inauguracyjnym przemówieniu.

– Następnego dnia dostałam SMS-a. „Szanowana Pani, nie chcę przeszkadzać, dzwoniąc w niedzielę. Nie będę mogła przyjechać do Warszawy. Piszę mowę noblowską i mam mnóstwo zobowiązań. Przesyłam mnóstwo dobrej energii Senatowi” – opowiadała marszałek senior. Tokarczuk swoją nieobecność uzasadniła również jej zbliżającym się wyjazdem do Francji.

Senatorowie wybrali marszałka

Po przemówieniu Borys-Damięcka zarządziła przerwę na zgłaszanie kandydatur na marszałka Senatu. W jej trakcie troje senatorów niezależnych – Krzysztof Kwiatkowski, Wadim Tyszkiewicz i Lidia Staroń – ogłosiło utworzenie swojego własnego koła.

– W sprawach merytorycznych, dotyczących ustaw decyzje mają być efektem wcześniej przeprowadzonej wewnętrznej dyskusji – zaznaczył Kwiatkowski. Natomiast w sprawach personalnych senatorowie niezależni mają głosować „zgodnie ze swoim sumieniem”. Poinformował też, że pracami koła pokieruje senator Lidia Staroń.

Głosowanie na marszałka Senatu odbywało się na podpisanych imieniem i nazwiskiem kartach. Znajdowało się na nich dwóch kandydatów – zgłoszony przez PiS Stanisław Karczewski i zgłoszony przez KO Tomasz Grodzki. Ostatecznie Grodzki otrzymał 51 głosów, a Karczewski – 48. Jeden z senatorów się wstrzymał.

Grodzki triumfuje, ale nie chce rewanżu

– Panie i panowie senatorowie, to jest zwycięstwo demokracji – powiedział Grodzki w wystąpieniu tuż po głosowaniu. Mówiąc te słowa, uniósł w górę obie ręce, robiąc jednocześnie palcami znak „V”.

– Wznoszę ten gest w chwili triumfu, ale nie mojego. Tę funkcję przyjmuję z wielką pokorą i poczuciem ogromnej odpowiedzialności. Wznoszę ten gest jako przypomnienie czasów, kiedy zwycięstwo było możliwe dzięki „Solidarności”, dzięki wielkiej woli całego narodu – powiedział.

Zaznaczył, że przybywa ze Szczecina, który jest „zasiedlony przez odważnych ludzi”, który „tworzą mieszankę unikalną w skali naszej ojczyzny”. – Gdzie nauczyliśmy się, że można, szanując siebie nawzajem, utrzymywać swoje tradycje, żyć w zgodzie, budując dobrobyt zachodnich rubieży Rzeczpospolitej – mówił nowy marszałek Senatu.

Chwilę później Grodzki wspólnie z szefem PO Grzegorzem Schetyną rozmawiał na parlamentarnym korytarzu z dziennikarzami. – Pogłoski o tym, że PiS ma nie dostać stanowiska w prezydium Senatu, są nieprawdzwie – zapewniał nowy marszałek. – Pojęcie rewanżyzmu jest nam obce – zapowiadał.

Od dziś PiS ma Sejm, a opozycja Senat. Za kandydaturą Tomasza Grodzkiego na marszałka Senatu zagłosowało 51 ze stu senatorów. To oznacza, że pakt senacki działa. Grodzkiego poparli wszyscy senatorowie KO, PSL i SLD, a także trzech senatorów niezależnych, czwarta z nich – bliska PiS Lidia Staroń wstrzymała się od głosu. Po tym głosowaniu politycy PiS mogą sobie powiedzieć, że łatwiej już było.

PiS nie udało się przeciągnąć żadnego z opozycyjnych senatorów na swoją stronę, chociaż próby korupcji były wyjątkowo bezczelne. Senator Robert Dowhan, tłumacząc dziennikarzom, dlaczego nie przyjął stanowiska ministra sportu w rządzie PiS, mówił, że musiałby wynieść wszystkie lustra z domu. To była jasna demonstracja stosunku do PiS i komunikat, że nie wszystko jest na sprzedaż.

Być może senatorowie obawiali się pójść na układ z PiS, bo wybory do Senatu odbywają się w okręgach jednomandatowych, a 13 października wybór był jasny – PiS albo antyPiS. Trudno byłoby im wytłumaczyć swoim wyborcom, dlaczego nagle przechodzą na drugą stronę. Z pewnością partii rządzącej nie pomogło to, że głosowanie było jawne, a nie anonimowe. Jednak PiS wpadło we własne sidła, bo to na jego wniosek w minionej kadencji zniesiono tajność głosowań. Powodem był fakt, że senatorowie PiS nie poparli wniosku o uchylenie immunitetu partyjnemu koledze Stanisławowi Kogutowi, co rozwścieczyło Jarosława Kaczyńskiego. A może po prostu siła przyciągania PiS maleje, bo chociaż partia ta wygrała wybory, to wygrana była znacznie poniżej oczekiwań, a Senat PiS właśnie straciło.

Stanowisko marszałka Senatu to pierwszy realny sukces opozycji od czterech lat. Opozycyjna większość w izbie wyższej nie zablokuje parlamentarnej maszynki PiS, ale ją spowolni. Senatorowie mają miesiąc na rozpatrzenie ustawy, nie będzie więc przepychania ustaw po nocy, jak w poprzedniej kadencji. To szansa na przywrócenie demokratycznych standardów oraz powagi chociaż w jednej izbie parlamentu. Tomasz Grodzki już zapowiedział zresztą, że jako marszałek będzie bardzo skrupulatnie przestrzegał regulaminu.

Ale nie tylko dlatego Senat w rękach opozycji będzie oznaczał trudniejsze życie dla PiS. Za kilka miesięcy parlament wybierze nowego Rzecznika Praw Obywatelskich. Wybór Sejmu musi zatwierdzić izba wyższa. Już dziś wiadomo, że PiS będzie musiało dogadać się z opozycją i powołanie na to stanowisko biernego, miernego, ale wiernego kandydata, wygodnego dla partii rządzącej, będzie niemożliwe.

Senat, który do tej pory był uznawany za izbę zadumy i refleksji, stanie się w tej kadencji miejscem uprawia realnej polityki. Senatorowie mają inicjatywę ustawodawczą, z której na pewno teraz będą częściej korzystać. Poza tym Senat odpowiada za kontakty z Polonią, może więc prowadzić własną dyplomację. Marszałek Senatu – obok prezydenta i premiera – może wygłaszać orędzia w TVP, a Tomasz Grodzki już zapowiedział, że zamierza z tego korzystać. To może być kanał komunikacji z wyborcami PiS.

Trzeba też jednak pamiętać, że większość opozycji w Senacie jest krucha, więc bardzo trudno będzie zachować dyscyplinę na wszystkich głosowaniach. Tym bardziej, że za każdym razem trzeba będzie przekonywać senatorów niezależnych do swoich racji.

Z punktu widzenia politycznego, wygrana w Senacie może mieć jednak znaczenie większe, niż dzisiaj się wydaje. Może ona poprawić morale opozycji, a jej wyborcom przywrócić wiarę w zwycięstwo. Opozycja bardzo dziś tego potrzebuje, bo rewolucję PiS mogą zatrzymać w najbliższym czasie tylko wygrane wybory prezydenckie.

Tomasz Grodzki dla Newsweeka: „Mam nadzieję, że staniemy się przyczółkiem normalności, przyzwoitości”

Skończyły się czasy, gdy Jarosław Kaczyński czuł się w Sejmie komfortowo, bo dysponował stabilną większością. W tej kadencji większość PiS zależy od humorów Jarosława Gowina i Zbigniewa Ziobry. A narodowcy i lewica zadbają o to, żeby komfort prezesa się skończył 

  • Wcale nie jest tak, że w tym Sejmie PiS może rządzić samodzielnie. Sojusznicze partie Zbigniewa Ziobry i Jarosława Gowina się wzmocniły i szachują Kaczyńskiego tym, że bez nich nie ma większości
  • Przez lata Kaczyński próbował rozbijać narodową prawicę, by nie stanowiła konkurencji dla PiS. Tym razem się nie udało — do Sejmu weszła Konfederacja, która będzie atakować PiS prawicowymi i prorosyjskimi hasłami
  • Kaczyński przestanie nadawać ton debacie światopoglądowej, w której naprzeciw Konfederacji stanie wracająca do Sejmu lewica
  • Jeśli opozycja utrzyma kontrolę nad Senatem, będzie mogła sypać piach w tryby PiS

W kampanii wyborczej obóz władzy złożył szczodre obietnice i wprowadził nowe programy socjalne. 500 plus na pierwsze dziecko, 13. i 14. emerytura to żywa, liczona w miliardach gotówka od państwa. Do tego obietnice wyższych dopłat dla rolników (to z budżetu UE) oraz drastycznego podniesienia płacy minimalnej (to na rachunek przedsiębiorców). Dlatego też nadzieje były ogromne. Liderzy PiS liczyli na ok. 270 mandatów, może nawet o kilka więcej, by móc odrzucać prezydenckie weto (do tego potrzebnych jest 276 posłów).

Nie udało się. Co prawda nikt nigdy w wyborach do Sejmu nie dostał ponad 43 proc. poparcia. Co prawda wynik PiS-u to wzrost o sześć punktów procentowych w porównaniu z rezultatem sprzed czterech lat. Co prawda partii Kaczyńskiego przybyło w ciągu kadencji niemal 2,5 mln wyborców.

Tyle, że mobilizacja elektoratu antypisowskiego doprowadziła do zniwelowania tego sukcesu. Dlatego obóz władzy uzyskał ledwie 235 miejsc w Sejmie. W dodatku układ sił w parlamencie wskazuje na to, że czasy pisowskiej sielanki — gdy Kaczyński robił na Wiejskiej, co chciał — właśnie się skończyły.

Po pierwsze, Ziobro i Gowin brykają

Po pierwsze, wcale nie jest tak, że PiS może rządzić samodzielnie. Głosy wyborców PiS zasadniczo zmieniły układ sił w obozie władzy. Sojusznicze partie Zbigniewa Ziobry i Jarosława Gowina się wzmocniły i szachują Kaczyńskiego tym, że bez nich nie ma większości. W 235-osobowym klubie ich ugrupowania mają po 18 posłów. Oznacza to nie tylko to, że PiS nie jest w stanie rządzić bez tych dwóch partii łącznie. Nie może rządzić bez żadnej z nich.

Co to znaczy, Kaczyński przekonał się już po wyborach. Gowin bryka umiarkowanie, bo jest w sojuszu z Mateuszem Morawieckim i nie chce mu szkodzić. Ale niesiony dobrym wynikiem przypomniał sobie, że jest liberałem i zablokował planowane podwyżki składek ZUS dla lepiej zarabiających. Za to Ziobro postawił na radykalizm — rozpoczął grę obliczoną na usunięcie premiera. Skończyło się zgniłym kompromisem: rząd pozostał praktycznie niezmieniony, jedynie współpracownicy Gowina i Ziobry dostali nieco więcej władzy.

Ale tworzenie gabinetu pokazało, że główni gracze obozu władzy — Morawiecki i Ziobro — zieją do siebie czystą nienawiścią. Skoro Ziobro jest w tej kadencji mocniejszy, a i premier w nowym rozdaniu rządowym się wzmocnił, kolejne starcia są kwestią czasu. A to nie najlepiej wróży stabilności obozu władzy.

Po drugie, narodowcy szarżują

Grzegorz Braun kocha Rosję, a każde swe wystąpienie zaczyna od pozdrowienia „Szczęść Boże!”.

Braun właśnie został posłem Konfederacji, sojuszu małych partii nacjonalistycznych i ultraprawicowych. Z Sejmowej mównicy, witając się bożym przywołaniem, będzie w tej kadencji szczególnie namiętnie atakował PiS. Nie on jeden — taki będzie polityczny priorytet większości posłów Konfederacji. Za sprzedawanie Polski Amerykanom i Unii, za blokowanie zakazu aborcji, za uleganie lobby żydowskiemu.

Kaczyński przez lata dbał o to, aby nacjonalistyczna prawica nie weszła do Sejmu. Był gotowy nawet przejmować część jej ludzi (jak były szef Młodzieży Wszechpolskiej Adam Andruszkiewicz) oraz haseł (choćby w sprawie zwrotu mienia żydowskiego). Tym razem nic to nie dało. Konfederacja weszła do Sejmu i dostanie niemal 7 mln zł rocznie dofinansowania z budżetu. Dla 11 posłów, przyzwyczajonych przez lata do robienia polityki bez pieniędzy, to zasadnicza zmiana. Pieniądze scementują Konfederację, przez co Kaczyńskiemu trudno będzie wyciągać z niej posłów — tak jak to robił w minionej kadencji z ubogimi narodowcami z klubu Kukiz’15. Dlatego prezes jest wściekły — na Nowogrodzkiej trwa poszukiwanie winnych, których można byłoby obciążyć za lekceważenie rosnących notowań Konfederacji przed wyborami. W sztabie PiS panowało przekonanie, że narodowcy do Sejmu nie wejdą, dlatego zrezygnowano z wyścigu na nacjonalistyczne hasła.

Po trzecie, wraca lewica

Poprzedni Sejm był kulawy. Tak jak w Sejmach z połowy lat 90. nie było prawicy, tak w Sejmie w latach 2015-2019 wyraźnie brakowało lewicy. To znaczy, Kaczyńskiemu jej nie brakowało, stąd jego komfortowa sytuacja w Sejmie, gdzie nie stawały postulaty liberalizacji aborcji, związków jednopłciowych czy też przykręcenia śruby Kościołowi (jeśli się pojawiały, to jako projekty obywatelskie — tak było choćby z aborcją). W tym Sejmie będzie inaczej. Kaczyński przestanie nadawać ton debacie światopoglądowej, w której naprzeciw Konfederacji stanie Lewica.

Faktem jest, że lewica to bardzo różnorodne ugrupowanie. Są tam zwolennicy adopcji dzieci przez pary homoseksualne, są entuzjaści jeszcze większej pomocy społecznej, są wreszcie miłośnicy PRL. Pełna lewicowa paleta, której każdy odcień będzie dla PiS w Sejmie kłopotliwy — dlatego ten powrót do Sejmu to porażka obozu władzy.

Po czwarte, przeżyło PSL

Przez ostatnie cztery lat cała polityczna i propagandowa machina PiS zaprogramowana była na zniszczenie PSL, po to, by przejąć cały elektorat rolniczy i wiejski. Kaczyński był przekonany, że tylko wówczas zyska gwarancje trwałych rządów na lata. Efekt jest taki, że ludowcy wyszli z tej wojny silniejsi — w 2015 r. mieli 16 posłów i ledwo udało im się obronić własny klub parlamentarny, gdy PiS podkupił im ludzi. Teraz mają 30 posłów, dwa razy więcej od minimum wymaganego do utworzenia klubu.

Młody lider ludowców Władysław Kosiniak-Kamysz pokazał, że potrafi podejmować trudne decyzje — jak rozbicie koalicji z PO po klęsce w wyborach europejskich. Przed wyborami sejmowymi zawarł taktyczny sojusz z Pawłem Kukizem, wziął na pokład niechcianych w PO konserwatystów i prowadził aktywną kampanię, uczestnicząc we wszystkich głównych debatach przedwyborczych. W efekcie nie tylko PSL się obroniło, ale po raz pierwszy w historii zdobyło mandaty w dużych miastach. Dziś ludowcy są silniejsi, także finansowo — dostaną rocznie niemal 8,5 mln zł. Marzenia Kaczyńskiego o wieczystej eliminacji PSL się nie ziściły.

Po piąte, utrata Senatu

Opozycja dokonała niemożliwego — obóz przeciwników PiS ma w Senacie arytmetyczną przewagę. I to mimo że zwycięzca sejmowy zawsze w Senacie miał jeszcze lepszy wynik z racji obowiązywania ordynacji jednomandatowej, faworyzującej duże ugrupowania.

Co prawda PiS wygrało, zdobywając 48 na 100 mandatów, ale partie opozycyjne mają tyle samo (Platforma 43, PSL trzy, zaś Lewica — dwa). Większość dają opozycji trzej senatorowie niezależni, którzy są kojarzeni z Platformą. Dlatego też głosami całej opozycji we wtorek marszałkiem Senatu został przedstawiciel PO Tomasz Grodzki.

Oczywiście, Senat nie ma możliwości blokowania ustaw sejmowych. Ale może je przez miesiąc poprawiać, co znacznie wydłuża prace. W ten sposób niemożliwe będą sytuacje, gdy PiS w ciągu jednego lub kilku dni przeprowadzało kontrowersyjne ustawy przez parlament.

Senat da także opozycji prawo zatwierdzenia nowego Rzecznika Praw Obywatelskich, bo znany z krytyki PiS Adam Bodnar za rok kończy kadencję. Do tego Senat wyznacza swoich nominatów do Krajowej Rady Sądownictwa i Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji. No i zatwierdza wybór szefa NIK, co jest kłopotliwe dla PiS w razie, gdyby trzeba było wybrać następcę bohatera afery sutenerskiej Mariana Banasia. Ale najważniejsze jest to, że bez zgody Senatu nie da się zmienić Konstytucji.

Z przywiązywaniem wagi do opozycyjnego Senatu należy jednak poczekać. Przed pierwszym posiedzeniem politycy PiS próbowali przekupić stanowiskami kilku senatorów opozycji. Nie udało się to. Na razie się nie udało — bo PiS nie zrezygnuje z kuszenia. Dlatego też w czasie trwania kadencji może dojść do transferów i odzyskania przez PiS kontroli nad Senatem. Ten jeden element w całej układance niekorzystnych dla siebie elementów w nowym parlamencie Jarosław Kaczyński może jeszcze zmienić.

PiS w miejsce policjanta wstawił złodzieja

Od 4 lat wiemy, że PiS to partia, której celem jest uwłaszczyć się na majątku publicznym, rozdać spółki skarbu państwa, synekury, brać nagrody i przymykać oczy na korupcyjne działania; pamiętamy aferę w KNF, w PCK, w Polskiej Grupie Zbrojeniowej, w Maskpolu, Polskiej Fundacji Narodowej, dwie wieże itd. Ale nie myśleliśmy, że PiS sam stworzy mafię VAT-owską i wprowadzi ją do Ministerstwa Finansów i do skarbówki! – mówi Izabela Leszczyna, wiceminister finansów za czasów rządów PO-PSL. – Jeżeli w czasie 3 lat rządów PiS-u mamy lukę VAT-owską szacowaną na ok. 90 mld zł, a 250 mld zł przez 8 lat było dla PiS-u batem, którym okładali PO, to chyba ktoś nie umie liczyć – dodaje. Rozmawiamy nie tylko o doniesieniach medialnych o mafii VAT-owskiej, Marianie Banasiu i rządach PiS, pytamy też o przyszłość opozycji i Platformy Obywatelskiej.

JUSTYNA KOĆ: W Ministerstwie Finansów działała mafia VAT-owska, która mogła wyłudzić nawet 5 mln zł – donosi “Rzeczpospolita”. Wcześniej w MS działa grupa hejterska, a szefEm NIK-u zostaje osoba, która z półświatkiem krakowskim prowadzi hotel na godziny. Czy może być gorzej? 

IZABELA LESZCZYNA: Rzeczywiście trudno to komentować, bo brzmi raczej jak fabuła filmu kryminalnego, niż opis działań rządu i partii politycznej.  Największe niebezpieczeństwo upatruję jednak w roli, jaką odgrywają służby specjalne. ABW musiała wydać poświadczenie bezpieczeństwa Marianowi Banasiowi – choć wszyscy jesteśmy zgodni, że nie powinien go otrzymać, skoro miał związki ze światem przestępczym. ABW musiała o tych związkach wiedzieć. Dwóch panów, o których pisze “Rzeczpospolita” – Arkadiusz B. i Krzysztof B., bliscy współpracownicy Banasia – zajmowali tak wysokie stanowiska w Ministerstwie Finansów, że również musieli otrzymać poświadczenia bezpieczeństwa. Jak to możliwe, że je dostali, skoro pełniąc swoje funkcje, byli bossami mafii VAT-owskiej i niebawem wylądowali w areszcie? Dla mnie jest oczywiste, że

ALBO SŁUŻBY RZĄDZĄ POLSKĄ I TAKIE INFORMACJE UKRYWAJĄ PRZED PREMIEREM, CO JEST ZAGROŻENIEM DLA BEZPIECZEŃSTWA PAŃSTWA, BO TWORZY SIĘ PAŃSTWO POLICYJNO-MAFIJNE, GDZIE JAK W PIOSENCE MŁYNARSKIEGO NIE WIADOMO, KTO JEST SZERYFEM, A KTO BANDYTĄ, ALBO – I TRUDNO POWIEDZIEĆ, CO JEST GORSZE – PREMIER POSIADAŁ INFORMACJE OD ABW, ALE CI LUDZIE NADAL POZOSTAWALI NA SWOICH STANOWISKACH.

Gdyby ta teza się potwierdziła, to znaczy, że jest gorzej niż myślałam. Od 4 lat wiemy bowiem, że PiS to partia, której celem jest uwłaszczyć się na majątku publicznym, rozdać spółki skarbu państwa, synekury, brać nagrody i przymykać oczy na  korupcyjne działania; pamiętamy aferę w KNF, w PCK, w Polskiej Grupie Zbrojeniowej, w Maskpolu, Polskiej Fundacji Narodowej, dwie wieże itd. Ale nie myśleliśmy, że PiS sam stworzy mafię VAT-owską i wprowadzi ją do Ministerstwa Finansów i do skarbówki!

Kto ściągnął tych panów do MF?
Jeden z nich zaczął pracować z początkiem rządów PiS, od listopada 2015 roku, więc musiał ściągnąć go M. Banaś. Obaj panowie pełnili swoje funkcje i prowadzili mafijny proceder wyłudzania VAT-u pod rządami kolejnych ministrów finansów od Szałamachy, przez Morawieckiego, Czerwińską, aż do Banasia. Czyli albo był całkowity brak nadzoru i brak działania służb, albo całe państwo PiS funkcjonuje jak państwo mafijne, gdzie „ręka rękę myje” i jeden drugiemu pozwala na popełnianie czynów niezgodnych z prawem i działania korupcyjne.

MF wydało oświadczenie, w którym pisze, że „jednostkowe zachowania niezgodne z prawem zdarzają się w każdej instytucji”.
Jestem oburzona tym oświadczeniem ministerstwa, bo to jest obraźliwe dla 60 tys. urzędników, kontrolerów, pracowników skarbówki. Znam wielu z nich, wiem jakimi są państwowcami, jak bardzo zależy im na tym, aby podatki były płacone uczciwie.

ONI MUSIELI POCZUĆ SIĘ URAŻENI, TYM BARDZIEJ, ŻE TA DWÓJKA TO NIE SĄ „JEDNI Z 60 TYSIĘCY”. TO WYSOCY URZĘDNICY MF SPROWADZENI PRZEZ PIS DO MINISTERSTWA. SPROWADZIŁ ICH TAM MARIAN BANAŚ!

Dlatego komisja śledcza ds. VAT nie zajmowała się latami 2016-17?
To bardzo dobre pytanie. Jeżeli w czasie 3 lat rządów PiS-u mamy lukę VAT-owską szacowaną na ok. 90 mld zł, a 250 mld zł przez 8 lat było dla PiS-u batem, którym okładali PO, to chyba ktoś nie umie liczyć.

Tym bardziej, że trzeba pamiętać o trzech rzeczach: po pierwsze, że to my rozpoczęliśmy proces uszczelniania, a największy efekt przyniósł jednolity plik kontrolny; po drugie, że w czasie dobrej koniunktury gospodarczej skłonność do płacenia podatków jest dużo wyższa; i po trzecie, co częściowo związane z punktem drugim, że luka VAT jest procykliczna, tzn. dużo większa w trudnych dla gospodarki czasach. Zatem tylko z tych powodów, bez kiwnięcia palcem przez PiS, luka VAT-owska powinna się zmniejszyć. Tymczasem ona nie zmniejszyła się tak jak powinna, ponieważ PiS wyprowadził z komisariatu policjanta, a wsadził tam złodzieja. Jeśli na czele skarbówki stoi człowiek, który sam w telewizji publicznej przyznaje, że popełnił przestępstwo skarbowe, skoro jego dyrektorami są szefowie mafii VAT-owskiej, to jak tacy ludzie mają ścigać przestępców?

SAMI MAJĄ „GĘBĘ PEŁNĄ FRAZESÓW” O SWOJEJ UCZCIWOŚCI, MÓWIĄ O MAFIACH, KTÓRE PODOBNO HULAŁY, ALE NAZWISKA MAFIOZÓW POZNALIŚMY DOPIERO TERAZ I PÓKI CO, WSZYSTKIE ZACZYNAJĄ SIĘ NA B.

Od 4 lat PiS-owi nie udało się wprowadzić Centralnego Rejestru Faktur, chociaż jeszcze w kampanii PiS przekonywał, że to flagowy pomysł. Czy możliwe, że w MF ktoś wstrzymywał prace?
Pomysł Centralnego Rejestru Faktur był nasz – to pomysł PO. Ta koncepcja była przygotowywana, kiedy rządziła PO, a ja pracowałam w MF. Co więcej, PiS twierdził, że to dobry pomysł, oczywiście nie mówiąc, że jest nasz. Twierdził, że potrzeba wprowadzenia CRF jest tak pilna, że trzeba powołać Spółkę Celową Aplikacje Krytyczne, bo budżet traci 3 mld zł miesięcznie. Powołali tę spółkę, kapitał założycielski, czyli pieniądze z budżetu państwa dało MF – 15 mln, potem 20 mln. Spółka przez 3 lata swojej działalności wygenerowała milionowe straty, 3 razy zmieniła zarząd, bo Szałamacha powołał swój, potem Morawiecki swój, a minister Czerwińska kolejny. Panowie brali odprawy, CRF nie powstał, a PiS dosypywał pieniądze podatnika, aby wypłacać horrendalne wynagrodzenia swoim ludziom. To był zresztą powód wyprowadzenia spółki z MF – w ministerstwie urzędnicy nie zarabiają takich pieniędzy.

Słyszeliśmy tłumaczenia, że wystarczy jednolity plik kontrolny, co jest bzdurą, bo JPK przesyła informacje z miesięcznym opóźnieniem. Przez ten czas karuzela VAT-owska jest już dawno w innym miejscu, a słupa nie ma. CRF to możliwość śledzenia przepływów finansowych w czasie rzeczywistym. Mam nadzieję, że po przegranych przez PiS wyborach tą sprawą zajmie się komisja śledcza i odpowie na pytanie, komu zależało na tym, aby nie powstał Centralny Rejestr Faktur.

TO, CO ROBI PIS, PRZYPOMINA RACZEJ KLEPTOKRACJĘ NIŻ DEMOKRACJĘ.

Zostanie pani szefem klubu? Według doniesień medialnych na spotkaniu w jednej z restauracji podzielone zostały stanowiska i przypieczętowany został los Grzegorza Schetyny.
O tym spotkaniu mówię niechętnie i śmieszy mnie nadawanie mu waloru knucia czy spisku. Jeżeli ktoś spiskuje, to raczej nie w 60 osób, tylko we 2 czy 3 osoby, przynajmniej tak spiski wyglądają w filmach i w literaturze. Spotkaliśmy się z ludźmi PO po to, żeby powiedzieć sobie, jak bardzo ważna jest dla nas Platforma Obywatelska i że chcemy, aby tak samo ważna była dla naszych wyborców, bo chcemy wygrywać dla nich i dla Polski. Byliśmy w restauracji za własne pieniądze, nikt nie mówił, że „ludzie są głupi i powinni pracować za miskę ryżu”. Nic złego tam się nie wydarzyło.

A jeśli chodzi o moje kandydowanie na szefa klubu, to wiele koleżanek i kolegów namawia mnie do tego, ale myślę, że musimy to przedyskutować w szerokim gronie. Osoba, która stanie na czele naszego klubu, musi mieć ogromny autorytet, nie formalny, ale rzeczywisty, bo wśród nas jest wiele indywidualności, ekspertów, społeczników, pasjonatów, ludzi o różnych poglądach, których łączy miłość do ojczyzny i szacunek dla praworządności. Bycie przewodniczącym takiego klubu to wielkie wyzwanie.

JA NIE UNIKAM PRACY, ANI ODPOWIEDZIALNOŚCI, CHCĘ PRACOWAĆ W KLUBIE, WIEM, JAK ZORGANIZOWAĆ JEGO PRACĘ, ŻEBYŚMY BYLI MERYTORYCZNĄ I KREATYWNĄ OPOZYCJĄ. BORYS BUDKA ZADEKLAROWAŁ, ŻE CHCE BYĆ PRZEWODNICZĄCYM I MYŚLĘ, ŻE JEST DOBRYM KANDYDATEM. JEŻELI BORYS BĘDZIE SZEFEM KLUBU, TO BĘDĘ GO W TEJ MISJI WSPIERAĆ.

A Grzegorz Schetyna zostanie wicemarszałkiem Sejmu “na otarcie łez”?
Bardzo szanuję i lubię Grzegorza Schetynę i wszyscy o tym wiedzą. Szanuję go za to, co zrobił dla Platformy Obywatelskiej, bo dokładnie pamiętam, w jakim byliśmy miejscu po przegranych wyborach w 2015 roku i co zrobił Grzegorz, aby odbudować PO i tworzyć Koalicję. Miał też świadomość, że może zapłacić za to wysoką cenę, bo budowanie koalicji wiąże się z tym, że swoim ludziom trzeba czasem powiedzieć, że „jedynką” zostanie ktoś z Nowoczesnej, z Inicjatywy Barbary Nowackiej czy z Zielonych. Szanuję go za to, że miał odwagę to zrobić, bo uważam, że koalicja była potrzebna, ale w polityce nie ma miejsca na sentymenty. Schetyna nie musi nic dostawać na otarcie łez, bo zrobił dla Platformy i Polski bardzo dużo, jestem przekonana, że historia to zapamięta.

Chodzi o Arkadiusza B. – wysokiego urzędnika w Ministerstwie Finansów i bliskiego współpracownika Mariana Banasia, w czasach, kiedy obecny szef NIK był wiceszefem, a potem szefem tego resortu. Arkadiusz B. miał kierować zorganizowaną grupą przestępczą, wyłudzającą podatek VAT.

Banaś nie jest jedynym bliskim znajomym Arkadiusza B. Według portalu wp.pl, zna się on też dobrze z Piotrem Pogonowskim, obecnym szefem Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego, która ma pod kontrolą właśnie… Ministerstwo Finansów. Kilka lat temu Pogonowski zasiadał w radzie nadzorczej spółki „Agencja Monitoringu Wywłaszczeń”, której prezesem jest Arkadiusz B.

Wp.pl twierdzi, że w 2015 r. razem z Pogonowskim do rady nadzorczej tej spółki wszedł także Konrad Raczkowski, który kilka miesięcy później został…   wiceministrem finansów. W 2016 r. z kolei przeniósł się na stanowisko wiceprezesa do Banku Ochrony Środowiska, kontrolowanego przez Skarb Państwa. Jak przypomina portal, to właśnie ten Bank udzielił kredytu synowi  obecnego prezesa NIK Jakubowi Banasiowi.

Arkadiusz B. od stycznia tego roku siedzi w areszcie. Jest podejrzany o kierowanie zorganizowaną grupą przestępczą, wyłudzającą VAT oraz o oszustwa podatkowe. Grupa miała wyłudzić ok. 5 mln zł.

A o błyskawiczną karierę Pogonowskiego w ABW premiera Mateusza Morawieckiego pytał ówczesny poseł PO Krzysztof Brejza. Pogonowski bowiem w półtora roku miał awansować od kaprala do pułkownika, czyli o czternaście stopni. – „Kancelaria Prezesa Rady Ministrów nie posiada wnioskowanych informacji” – odpisano Brejzie. Pogonowski przed dojściem PiS do władzy był pełnomocnikiem spółki Srebrna.

Od Chile po Liban – młodzi protestują na całym świecie

Z pozoru drobne zmiany doprowadziły do wybuchu protestów w wielu krajach. W Chile punktem zapalnym okazała się podwyżka cen biletów na przejazdy metrem, w Libanie był to niewielki podatek nałożony na komunikację przy wykorzystaniu aplikacji WhatsApp, w Arabii Saudyjskiej obywatelom nie spodobały się opłaty nałożone na fajki wodne, a w Indiach rolnicy sprzeciwili się wzrostowi cen cebuli. Ku zaskoczeniu rządzących elit na ulice miast wylały się tłumy rozwścieczonych mieszkańców. To część rosnącego trendu, w ostatnich miesiącach demonstracje miały miejsce również w Hongkongu, Boliwii, Hiszpanii, Algierii, Sudanie i Kazachstanie.

Jeszcze tydzień temu prezydent Chile Sebastián Piñera chwalił się, że jego kraj jest oazą spokoju i stabilności w całej Ameryce Południowej – “Zrobimy wszystko, aby nie popaść w populizm i demagogię”. Następnego dnia protestujący zaatakowali fabryki, podpalali stacje metra i rabowali sklepy w największym wybuchu społecznego niepokoju od dekad. Militarna odpowiedź rządu doprowadziła do śmierci ponad 15 mieszkańców Santiago.

Obserwatorzy zidentyfikowali wspólny mianownik protestów – młodzi ludzie są rozczarowani upadkiem demokracji i rosnącą nierównością społeczną. Kapitalizm w jego neoliberalnym wydaniu doprowadził do korozji zaufania społecznego poprzez politykę oszczędnościową rządów promowaną przez ideologicznie zacietrzewionych ekonomistów jako właściwa odpowiedź na stagnację globalnej gospodarki. Ponadto system pozwolił wąskiej grupie najbardziej uprzywilejowanych obywateli dramatycznie się wzbogacić, zarazem zostawiając większość młodzieży bez perspektyw na poprawienie swojej sytuacji.

Więcej w „New York Timesie”.

Zamieszki w Iraku najkrwawszym wydarzeniem od czasu walk z ISIS

Wśród rosnących niepokojów na całym świecie największe żniwo zebrały demonstracje w Iraku. Przez ostatnich kilka miesięcy zginęło tam 149 osób, a ponad 3 tys. zostało rannych z rąk służb bezpieczeństwa. Protestujący są rozczarowani rzekomym konsensusem wprowadzonym przez Amerykanów w roku 2003. Ich zdaniem konsensus ten stał się przyczyną podziałów na podłożu religijnym, które zdestabilizowały rząd. Wszechobecna korupcja, wysokie bezrobocie oraz brak dostępu do podstawowych usług jak dostawa wody i prądu to według nich konsekwencje sztucznie wprowadzonego ładu. Domagają się odwołania rządu i całkowitej reorganizacji systemu politycznego, włączając w to ustanowienie nowej konstytucji.

O sprawie pisze „Al Jazeera”.

Ekonomiści biją się w pierś…

W krajach, w których obywatele pokładają więcej wiary w proces demokratyczny, ludzie dali wyraz swojemu niezadowoleniu nie poprzez protesty, ale przekazanie władzy populistom takim jak Trump. Przyczyny rozczarowania są jednak takie same – kolosalne różnice w zarobkach, słabnąca pozycja klasy robotniczej, utrata setek tysięcy miejsc pracy w przemyśle i brak nadziei na lepsze jutro. Co poszło nie tak?

Najwięksi proponenci wolnego rynku przekonywali polityków od lat 60. ubiegłego wieku, że najkrótszą drogą do trwałego wzrostu gospodarczego jest deregulacja, otwarcie przepływów kapitałowych i globalizacja. Wśród nich znalazł się noblista Paul Krugman, który w latach 90. agresywnie atakował przeciwników wolnego handlu, nie zostawiając miejsca na merytoryczną dyskusję.

Dzisiaj słynny ekonomista przyznał się do błędu – ślepa wiara w modele ekonomiczne i zgrabne równania matematyczne okazała się zgubna. Wzrost produktywności w USA nie stanowił wystarczającej przeciwwagi dla ucieczki amerykańskiego kapitału i pracy do Chin. Niezwykle skomplikowane łańcuchy dostaw w globalnej produkcji pozwoliły korporacjom osiągnąć niebotyczne zyski, podczas gdy masy społeczeństwa straciły źródła dochodu i możliwość podjęcia godnej pracy.

Krugman i inni zwolennicy wolnego handlu, którzy zdefiniowali sposób zarządzania gospodarką w ostatnich dekadach, muszą teraz odpowiedzieć na pytanie, czy brak elastyczności w ich poglądach i agresywna propaganda oparta na oderwanych od rzeczywistości modelach nie przyczyniły się do globalnej fali populizmu.

Szczegóły można przeczytać w „Foreign Policy”.

…czy zbyt późno? Nadciąga finansowy armagedon

Na błędy ekonomistów i ich zacietrzewienie zwraca uwagę również Mervyn King, były prezes Bank of England, który przeprowadził Wielką Brytanię przez kryzys finansowy 2008 roku. Zauważa, że warunki ekonomiczno-polityczne na świecie rzadko bywają tak trudne jak dzisiaj. Wspomina o wojnie handlowej między Chinami i USA, protestach w Hongkongu, problemach w krajach rozwijających się takich jak Argentyna i Turcja, napięciach między Francją i Niemcami w kwestii przyszłości waluty Euro oraz o wewnętrznym konflikcie na scenie politycznej Stanów Zjednoczonych zbiegającym się ze słabnącą pozycją mocarstwa na świecie.

Silna gospodarka pomaga przetrwać zawirowania polityczne, jednak według bankiera warunki gospodarcze nie poprawiły się od ostatniego kryzysu, a co gorsza – nie nastąpiła konieczna rewaluacja całego systemu ekonomicznego. Poprzednie kryzysy stanowiły motywację do wprowadzania radykalnych zmian, jednak dzisiaj nadal próbujemy używać tych samych narzędzi do wydobycia się ze wszechobecnej stagnacji. King uważa, że musimy zerwać ze wspieraniem strony podażowej i raczej pogodzić się z myślą, że brak wzrostu gospodarczego wynika ze strukturalnych problemów z popytem, których ekonomiści nie chcieli zauważyć.

Aby temu zaradzić, musimy zainwestować w wielkoskalowe projekty infrastrukturalne. Przed urzędnikami banków centralnych stoi teraz trudne zadanie – muszą uświadomić polityków o nadciągającym kryzysie oraz przekonać ich do prowadzenia polityki, która umożliwi wymagane inwestycje. Drukowanie pieniędzy i pompowanie ich w gospodarkę było relatywnie łatwym rozwiązaniem, jednak o ile do pewnego stopnia wyciągnęło nas z poprzedniego kryzysu, o tyle nie uchroni nas przed kolejnym.

Więcej w „The Guardian”.

Najlepsza i najtańsza służba zdrowia? Wkrótce w Chinach

Jeszcze pięć lat temu służba zdrowia w Chinach świadczyła usługi tak niskiej jakości, że zamożniejsi wybierali się za granicę w celu zakupu leków i opieki zdrowotnej, a dla większości obywateli każda poważniejsza diagnoza oznaczała wyrok. Rosnąca klasa średnia wywarła jednak presję na rząd, który w odpowiedzi na jej wymagania zwiększył wydatki na publiczne szpitale do 38 miliardów dolarów. Do 2030 roku wartość całego sektora opieki zdrowotnej ma się podwoić do 2,3 biliona dolarów, a prywatne inwestycje w chińskie firmy biotechnologiczne wzrosły czterokrotnie w latach 2015018 do niemal 18 miliardów dolarów. Efekty tych działań są namacalne – średnia długość życia przeciętnego obywatela państwa środka wyrównała się w ostatnich latach ze średnią długością życia obywatela USA.

Pekin zamierza nie tylko poprawić jakość i dostępność usług, ale również obniżyć ich koszty. W tym celu wywiera presję na korporacje farmaceutyczne i oferuje dostęp do ogromnej puli pacjentów w zamian za znacznie obniżenie cen leków. Producenci, tacy jak Pfizer czy Roche, zrozumieli potencjał i sprostali wymaganiom oferując zniżki sięgające 70%. Państwowy monopson w sektorze zdrowotnym to niespełnione marzenie socjaldemokratów w USA, gdzie koszty opieki medycznej całkowicie wyrwały się spod kontroli.

Szczegóły można znaleźć w „Bloomberg”.

Plastikowe siatki miały uratować środowisko

Świat produkuje bilion plastikowych siatek rocznie. Można je dzisiaj znaleźć nie tylko w sklepach i na wysypiskach śmieci, ale również wewnątrz zwierząt morskich. Co bardziej empatyczni z nas z trudem patrzą na zdjęcia żółwi o zdeformowanych skorupach zaklinowanych w plastikowych opakowaniach. Jednak wszystkich mogą dotknąć negatywne skutki zdrowotne konsumpcji rosnących ilości wszechobecnych mikroskopijnych cząsteczek tworzywa. W związku z tym kolejne kraje, poczynając od Bangladeszu w 2002 roku, wprowadzają zakaz obrotu plastikowych siatek.

Trudno sobie wyobrazić, że w zamyśle te poręczne produkty miały stanowić ekologiczną alternatywę dla siatek papierowych ze względu na ich wytrzymałość. Szwedzki wynalazca Sten Gustaf Thulin nie przewidział jednak, że nastąpi eksplozja popularności jednorazówek, kiedy prezentował swój produkt w 1959 roku. Jak wspomina jego syn, “ojciec zawsze miał przy sobie złożoną siatkę w kieszeni”.

O sprawie pisze „The Independent”.

Komputer Google’a osiągnął supremację kwantową

Gigant Doliny Krzemowej pochwalił się na łamach czasopisma naukowego „Nature: supremacją kwantową. Używając komputera kwantowego, wykonano w 3 minuty i 20 sekund obliczenia, które zajęłyby ponad 10 000 lat nawet najpotężniejszym klasycznym komputerom. Tak jak pierwsza latająca maszyna braci Wright nie była pełnoprawnym samolotem, tak komputer Google’a trudno nazwać uniwersalną maszyną obliczeniową – sukces dotyczy bowiem jednego konkretnego zadania. Mimo to, jak przekonują naukowcy odpowiedzialni za przeprowadzenie eksperymentu, oba wynalazki udowodniły, że nasze najśmielsze marzenia mogą się okazać rzeczywistością.

W przyszłości komputery kwantowe przysłużą się do rozwoju sztucznej inteligencji, projektowania nowych materiałów, zarządzania logistyką czy też łamania najbardziej skomplikowanych szyfrów. To właśnie to ostatnie zastosowanie technologii przykuwa uwagę agencji bezpieczeństwa wewnętrznego na całym świecie. Chiny oraz Stany Zjednoczone ustanowiły informatykę kwantową za jeden z priorytetów bezpieczeństwa narodowego, inwestując w powiązane inicjatywy miliardy dolarów.

Sprawą zajmuje się m. in. „Die Welt”.

Powiedzmy, że MI6 byłby w stanie ujawnić prawdziwe intencje Trumpa, jego zmowę z Putinem, to któremu rządowi by to przedstawił? Komu konkretnie w Stanach Zjednoczonych?

embed

W swojej poprzedniej powieści, „Szpiegowskie dziedzictwo”, le Carré wskrzesił kultową postać ze swoich dawnych, najlepszych powieści – George’a Smileya. I myślał, że to będzie jego ostatnia książka. Jednak w wieku 88 lat ten żywy klasyk brytyjskiej literatury, a przy tym dla wielu wzór do naśladowania przez wzgląd na swój upór i szczerość, z jaką bronił własnego poczucia etyki i bardziej sprawiedliwego modelu społecznego, powraca z nową książką – „Agent Running in the Field”. Jest to historia szpiegowska, bliska w duchu legendarnej powieści „Druciarz, krawiec, żołnierz, szpieg”; nowość polega na tym, że unosi się nad nią widmo brexitu. Le Carré jest człowiekiem, którego łatwo rozśmieszyć, i jest niezwykle uprzejmy, lecz nie ukrywa gniewu, kiedy mowa o brexicie i rządach Borisa Johnsona. Nawet trudno mu opowiadać o swojej książce, nie wspominając o tym, co dzieje się w jego kraju.

Ten wywiad odbył się na Majorce w sierpniu, podczas wakacji pisarza na Balearach, ale został zaktualizowany kilka dni temu. Le Carré był świeżo po udziale w kolejnej demonstracji przeciwko brexitowi w Londynie, ale nadzieja, którą podtrzymywał jeszcze latem – że jego kraj pozostanie w UE – już, jak mówi, zgasła.

***

Guillermo Altares: Kiedyś powiedział pan, że jako 30-latek widział, jak budowano mur berliński i jak go burzono, gdy miał pan lat 60. Czy wyobrażał sobie pan wtedy Europę, w której obecnie żyjemy, i kryzys spowodowany brexitem?

JOHN LE CARRÉ: – Skąd, do dziś wydaje mi się to nie do pomyślenia. Jest to bez wątpienia największy idiotyzm, jakiego dopuściła się Wielka Brytania od czasu zajęcia Kanału Sueskiego w 1956 r. Dla mnie jest to w dodatku katastrofa z naszej własnej winy, za którą nie możemy winić nikogo – ani Irlandczyków, ani Europejczyków z kontynentu…

Jesteśmy narodem, który zawsze był zintegrowany z sercem Europy. Być może mieliśmy konflikty z tym i owym, ale przecież jesteśmy Europejczykami. Pomysł, że możemy zastąpić dostęp do największej na świecie wspólnoty handlowej dostępem do rynku amerykańskiego, jest przerażający. Ta niestabilność, którą powoduje Donald Trump jako prezydent USA, jego egotyzm i megalomańskie decyzje… Czy naprawdę zamierzamy zdać się na jego łaskę, zamiast pozostać aktywnymi członkami UE? To szalone, przerażające i niebezpieczne. Nie podoba mi się to z politycznego punktu widzenia, a z ekonomicznego ani w to nie wierzę, ani tego nie rozumiem.

Nie rozumiem, jak doszliśmy do sytuacji, w której mamy rząd Myszki Miki złożony z polityków drugiej kategorii. Taki na przykład obecny szef naszej dyplomacji, niejaki Dominic Raab, należy do typu ludzi, którymi naprawdę wręcz gardzę, gdy zabierają się do polityki; nigdy nie poznałem tych brexiterów, ale wiem, że akurat on ma na swoim koncie wyłącznie podrzędne raporty o skutkach brexitu i jest wyjątkowo kiepskim negocjatorem. To właśnie myślę o tej sytuacji.

„Kiedy wielcy szpiedzy się starzeją, zaczynają szukać wielkich prawd” – mówi pana bohater, George Smiley, pod koniec „Szpiegowskiego dziedzictwa”, powieści sprzed dwóch lat. Czy to dotyczy również pisarzy?

– Dla mnie przynajmniej jest to prawdą.

Z biegiem lat stałem się bardziej radykalny, bardziej przeciwny wojnie, rozpaczliwie martwię się ekologią i zmianami klimatu.Mam 14 wnuków i trzech prawnuków, a ich przyszłe życie i w ogóle egzystencja całej ludzkości jest w poważnym niebezpieczeństwie. Planeta oczywiście przetrwa, ale nie jestem pewien, czy wszystkim ludziom też się to uda.

Wspomniał pan o Smileyu. Z perspektywy czasu jest to dla mnie teraz interesujące, ponieważ Smiley, o ile wiemy, kończy swoje życie w Niemczech. To tam znajdujemy go pod koniec tamtej powieści, a moja nowa książka opowiada o kimś, kogo należy wyciągnąć z Wielkiej Brytanii.

W tej chwili bardzo trudno być Brytyjczykiem i Europejczykiem. Demonizacja Europy przez dzisiejszą brytyjską prasę wydaje się nie do powstrzymania. Należy pamiętać, że 80 proc. brytyjskich mediów jest w rękach miliarderów żyjących w rajach podatkowych. Kto skorzysta na brexicie? Może oni.

To coś, czego nie potrafię zrozumieć. Jeśli jesteś zainstalowany w raju podatkowym i możesz stawiać przeciwko funtowi, jeśli zarządzasz funduszami inwestycyjnymi i wiesz, co w trawie piszczy, możesz zarobić dużo pieniędzy. Czy właśnie to sprawia, że te szychy z prasy stawiają na brexit?

Musimy pamiętać, że mamy do czynienia z ludźmi o wątpliwej etyce, zaczynając od Borisa Johnsona. Uważam, że bardzo ważne jest, aby Europejczycy to zrozumieli. To nie jest nasz pierwszy skład, to nasze głębokie, trzecioligowe rezerwy.

Co pan sądzi o nowym porozumieniu w sprawie wystąpienia z Unii, które wynegocjował Johnson?

– To zdrada Irlandii Północnej, kolejny gwóźdź do trumny Zjednoczonego Królestwa. Ciekawe, co teraz zrobi pan premier Johnson, ponieważ zachował się jak kompletny sztubak, nie chcąc podpisywać listu z prośbą o kolejne odroczenie brexitu, który musiał wysłać do Brukseli zobowiązany uchwałą parlamentu. To chłopiec udający premiera. Najważniejsze jest, aby zapobiec wystąpieniu bez porozumienia i w tej sprawie popieram środki podjęte przez parlament w celu wymuszania na tym rządzie kolejnych przedłużeń.

Latem jeszcze pan myślał, że istnieje niewielka szansa na to, iż wyjście będzie niemożliwe i że odbędzie się nowe referendum. Już stracił pan tę nadzieję?

– Obawiam się, że rzeczywistość jest taka, jaka jest. Brexit już bardzo wszystkich męczy, szybko spada w związku z tym zaufanie dla instytucji państwa. I chociaż kolejne ruchy Johnsona są uznawane nawet przez nasz sąd najwyższy za nielegalne – jak wrześniowe zawieszenie prac Izby Gmin – premier w pewnym stopniu staje się silniejszy. Zamkną mu drzwi do wyjścia bez porozumienia, ale obawiam się, że w końcu wygra: doprowadzi do przyspieszonych wyborów, przepchnie twardy brexit i pozostanie u władzy przez dwie kadencje.

Mamy na ulicach do czynienia ze wzrostem neofaszyzmu: największe zagrożenie terrorystyczne w Wielkiej Brytanii obecnie pochodzi od skrajnej prawicy, tak twierdzi policja. I to brexitowi politycy zatruli atmosferę w tym kraju. Najpierw były stare śpiewki o eurofobii, potem tabloidy wywołały w ludziach poczucie odrzucenia, a teraz cyniczni gracze to wykorzystują.

Gdzieś w naszym kraju wciąż kryje się stabilność i zdrowy rozsądek, ale już tego nie ma w sferze politycznej.

Jakie niebezpieczeństwa grożą teraz Wielkiej Brytanii?

– Istnieje realne ryzyko rozpadu Królestwa. Nawet Irlandii Północnej mówimy teraz otwarcie, aby się waliła. A wszystko to przybliża bardziej niż kiedykolwiek możliwość zjednoczenia Irlandii, zaś Szkocja może skorzystać z tej sytuacji. Moim zdaniem z dnia na dzień rośnie możliwość, że Wielka Brytania się rozpadnie. W przyszłości może być też tak, że problem Madrytu z Katalonią stanie się znacznie poważniejszy właśnie w wyniku tego, co się tutaj dzieje. Johnson jest osobą, która nie ma nic wspólnego z prawdą, głosował przeciwko wielu rzeczom, które sam teraz oferuje. Wynegocjował znacznie gorsze porozumienie od poprzedniego. Boże, jak mnie to wkurza i przygnębia…

Czy uważa pan, że Trump, a nawet Johnson mogą być rosyjskimi agentami?

– Nie widzę powodu, dla którego Johnson miałby nim być, z wyjątkiem tego, że zawsze wiódł bardzo rozwiązłe życie, jest niedyskretny i ma bardzo nieprzyjemny charakter. Trump to jest zupełnie inna sprawa. Ma ogromne interesy finansowe w Rosji, istnieją wyraźne przesłanki, by sądzić, że jego ludzie próbowali spekulować na rynku nieruchomości w Moskwie, a życie samego Trumpa jest bardzo nieuporządkowane. Gdyby Władimir Putin miał dowody na przykład na szwindle podatkowe Trump Organization i był gotów je opublikować, być może mógłby go znokautować.

Tylko dlaczego miałby to zrobić? O wiele lepiej jest po cichutku Trumpa dominować. Ilekroć na horyzoncie pojawia się kwestia agresywnej polityki Rosji, Trump okazuje irracjonalną sympatię dla Putina.

Czasem ponosi mnie fantazja i zastanawiam się, co by się stało, gdyby brytyjski wywiad, który ma bardzo dobre źródła w Rosji, uzyskał niezbite dowody na to, że Trump jest kontrolowany przez Putina. Kto by go wysłuchał? Jak by sobie z tym poradzili?

Pana dwie ostatnie książki przywróciły atmosferę starej zimnej wojny, a w tej najnowszej – nawet między Niemcami a Wielką Brytanią. Sądzi pan, że dotychczasowi sprzymierzeńcy już nie ufają Londynowi?

– Mamy w tym kraju dość wstrętny system propagandy. Większość gazet popiera brexit, demonizuje liberalnego premiera Irlandii i całą Europę, a już ich największym wrogiem są Niemcy. Nie przestają wypisywać perfidnych bzdur o „duchu Dunkierki”, o tym, jak Europa opuściła Anglię…

Jesteśmy w rękach manipulatorów, i to Rosja maczała ręce w tej manipulacji. Wymiar udziału Rosji w referendum brexitowym nie został w pełni przyjęty przez opinię publiczną. A jest na to coraz więcej dowodów.

W ogóle przeprowadzanie referendum w Wielkiej Brytanii, gdzie istnieje demokracja parlamentarna, jest czymś absurdalnym. Może przeprowadzimy referendum odnośnie do kary śmierci i zaczniemy wieszać ludzi na ulicach, kiedy 50,5 proc. głosujących będzie za? Kluczem do demokracji parlamentarnej jest to, że wybiera się kompetentnych ludzi do reprezentowania swojej społeczności. Co się z nami stało, co stało się z umiarkowanymi, porządnymi ludźmi, z pragmatykami? W kraju o takich tradycjach trzeźwego parlamentaryzmu?

Już czuć zapach pełzającej autokracji. Jestem wściekły na to wszystko, bo wiem, że my, ogół Anglików, jednak tacy nie jesteśmy.

Napisał pan kiedyś, że skuteczność tajnych służb odzwierciedla możliwości danego kraju. Z nowej powieści trudno wysnuć wniosek, że brytyjskie służby są najskuteczniejsze na świecie…

– Brakuje nam obrania kierunku. Po zimnej wojnie zostaliśmy bez konkretnych poglądów. W tej chwili nie jestem w stanie znaleźć w nas cienia idealizmu – no, chyba że za idealizm uznamy ślepą wiarę w dobrodziejstwa brexitu. Nie ma żadnego lidera z wystarczającą siłą i charyzmą, aby pokazać nam, co się rzeczywiście dzieje. Ja chciałem opisać ten absolutny brak kierunku.

Powtarzam, nawet gdyby MI6 był w stanie ujawnić prawdziwe intencje Trumpa, jego zmowę z Putinem, to któremu rządowi by to przedstawił? Komu konkretnie w Stanach Zjednoczonych? Komuś w obecnym Białym Domu? Przerażającą rzeczą po obu stronach Atlantyku jest zanik odwagi moralnej.

Właśnie jednym z najważniejszych lejtmotywów w pana twórczości jest zdolność ludzi do pozostania moralnymi w niemoralnym świecie. Czy to także jeden z tematów nowej książki?

– Bez wątpienia. Chociaż konsekwentnie moralne postępowanie w prawdziwym świecie może być niezwykle niebezpieczne… W okresie od zakończenia zimnej wojny do chwili obecnej chcieliśmy czuć, że mamy moralny cel, światłych przywódców i jakiś kolejny plan Marshalla. Chcieliśmy, aby ktoś wykorzystał kapitalną okazję do odbudowania świata. To było możliwe. Był świetny moment, wystarczyło wyłonić świetnego lidera. Nikt się nie pojawił.

W „Agent Running in the Field” jest bardzo ekscytujący fragment, a jednocześnie czuję, że jest on dla pana bardzo osobisty – mianowicie gdy bohater wyznaje swojej córce, że jest szpiegiem. Pan miał podobną rozmowę?

– W tajnych służbach to zawsze był problem, ponieważ w pewnym momencie trzeba było porozmawiać z dziećmi i zwykle się czekało, aż przynajmniej przejdą przez okres dojrzewania… I wtedy odbywała się ta rozmowa. Akurat mnie się to nie przydarzyło, ponieważ wtedy już dawno opuściłem służbę. Ale wiele osób musiało przez to przejść i zwykle reakcja dzieci była bardzo gwałtowna: „Okłamywałeś mnie przez całe lata!”.

W szerszym sensie robiłem rzeczy, których teraz się wstydzę, rzeczy wprawdzie całkowicie uzasadnione etyką służby, ale teraz patrzę na nie inaczej. Do pewnego stopnia Nat, bohater nowej powieści, jest także trochę zawstydzony, a jego ostatnie słowa do młodszego przyjaciela to: „Chciałem mu powiedzieć, że jestem przyzwoitym człowiekiem, ale było już za późno”. Tylko co właściwie oznacza przyzwoitość?

We wspomnieniach zatytułowanych „Tunel z gołębiami” dużo pisał pan o karierze literackiej, a bardzo mało o latach pracy wywiadowczej, szczególnie w Niemczech podczas zimnej wojny. Powtarza pan, że są rzeczy, o których nigdy nie będzie mógł powiedzieć.

– Jednym z moich pierwszych zadań było przeprowadzanie wywiadów z osobami, które uciekały z bloku sowieckiego przez Węgry – przez tę samą granicę, od której obecnie odbijają się uchodźcy. Nawiasem mówiąc, jestem głęboko rozczarowany ścieżką, jaką podążyło kilka krajów byłego bloku sowieckiego: Polska czy Węgry…

Moje życie nie było niekończącym się poszukiwaniem moralności. Te przesłuchania, choć nazywaliśmy je wywiadami, były fascynujące. Robiliśmy to, co później robi pisarz: przypatrywaliśmy się wszystkim punktom widzenia na daną sytuację, a następnie w głowie ustalaliśmy wersję najbardziej zbliżoną do prawdy.

W kontrwywiadzie przesłuchiwałem także brytyjskich urzędników. Niech sobie pan wyobrazi kogoś, kto ma awansować na wysokie stanowisko w ministerstwie obrony, ale z akt wynika, że w młodości był członkiem partii komunistycznej. Trzeba było udać się do szefa sztabu i powiedzieć, że szanujemy tę osobę, ale mamy problem z jej przeszłością i że musimy ją przesłuchać. I wtedy ta osoba musiała zaakceptować przesłuchania lub odesłać nas do diabła. Większość się zgadzała i była przesłuchiwana, trwało to tydzień, dwa tygodnie, w tempie trzech lub czterech godzin dziennie. Cały czas odwoływaliśmy się do innych źródeł, np. przechwytywanych listów lub informacji agenta. I w końcu wydawaliśmy zalecenie. Proces ten był bardzo nieprzyjemny, ale przeprowadzany mądrze i z dużą uprzejmością.

Jest jeszcze fragment nowej książki rozgrywający się w Czechach, który sugeruje, że Rosjanie przegrali zimną wojnę, ale odtąd już wyłącznie wygrywają…

– Rosja, dzięki masowym akcjom z zakresu public relations, robi wrażenie, że ma wszystko pod kontrolą, a w rzeczywistości jest bankrutem, a sytuacja jej gospodarki jest tragiczna. Ale Kreml prowadzi politykę ekspansji terytorialnej, choćby na Ukrainie, która może zresztą niebawem zniknąć jako niezależne państwo, nie wykluczam tego. Zaś z zewnątrz Rosja wydaje się przedstawiać jako wyjątkowo jednolita, zdecydowana, mająca jasne cele siła konfrontująca się z rosnącą niejednorodnością i niezdecydowaniem Zachodu – Wielkiej Brytanii, Europy, Stanów Zjednoczonych… A pamiętajmy, że Putin nie ma skrupułów i myśli o świecie tylko w kategoriach spisku.

***

Nowa powieść Le Carré

O czym jest „Agent Running in the Field”, 25. i – jak twierdzi pisarz – na pewno ostatnia jego powieść? „Jak w przypadku każdej z jego najlepszych książek, czytając, trzeba być należycie skoncentrowanym, bo wszystko, co najważniejsze, jest poukrywane w dwuznacznościach błyskotliwych dialogów” – piszą krytycy na Wyspach. Nat ma 47 lat, szkocko-rosyjskie pochodzenie i został niedawno odwołany przez MI6 z pracy operacyjnej (prowadził siatkę w Estonii). Dostał przydział do podrzędnej sekcji kontrolującej z gabinetowego dystansu poczyniania Rosjan. Nic dziwnego, że więcej uwagi poświęca grze w badmintona w klubie w Battersea, gdzie jego sparingpartnerem jest pewien młody człowiek, wściekły na brexit. Ale wtedy dzieje się coś jeszcze: Nat wpada na trop operacji „Jericho”, w ramach której rząd w Londynie zamierza wyrządzić wiele przykrości Europie w zamian za przychylność nowej generacji polityków w Białym Domu. Jedzie do Czech, by spotkać się ze swoim dawno temu zwerbowanym, a teraz uśpionym agentem. Wszystko to dzieje się w świecie, w którym technologia umożliwia już permanentną inwigilację każdego. Chyba że jest się wysokiej klasy szpiegiem…

Desperat Kaczyński

Wbrew lansowanej przez polityków opozycji i część przedstawicieli mediów tezie, że złożone przez Prawo i Sprawiedliwość protesty wyborcze to zamach na polską demokrację, wygląda to raczej na akt desperacji, przygotowany zresztą z bardzo dużym niechlujstwem prawniczym, wręcz pogłębiającym wrażenie chwytania się ostatniej deski ratunku. Dziś możemy już z dużą dozą pewności przyjąć, że próby przekupienia senatorów z opozycji, często intratnymi stanowiskami w rządzie i suto opłacanymi posadami w spółkach Skarbu Państwa spełzły na niczym. Dla Jarosława Kaczyńskiego to musi być duży szok, że nie wszyscy w polityce są tak zepsuci jak jego podwładni. Większość w Senacie staje się celem nieosiągalnym, co przekonanego o słuszności posunięć “dobrej zmiany” lidera PiS musi bardzo irytować.

Wnioski o unieważnienie wyborów w okręgach gdzie kandydaci partii rządzącej przegrali w bezpośrednim starciu nie mają zbyt wielkich szans na sukces, bo wygląda na to, że prawnicy Prawa i Sprawiedliwości popełnili przy ich sporządzaniu fatalny w skutkach błąd. Kodeks wyborczy daje bowiem możliwość merytorycznego rozpatrywania ich dopiero po spełnieniu warunków formalnych, a konkretnie tylko w przypadkach w nim przewidzianych. Jeśli zatem w samej treści wniosków nie znajduje się uzasadnienie dużo obszerniejsze niż to, które opisała depesza Polskiej Agencji Prasowej (ujawnione także w komunikacie SN), to los każdego z tych wniosków został przesądzony już w chwili ich złożenia. Zwrócił na to uwagę jeden z internautów na Twitterze, przywołując dokładnie treść art. 82 KW.

Każda inna decyzja sędziów SN, niż odrzucenie wniosków PiS z uwagi na brak wykazania przestępstwa przeciw wyborom lub naruszenia przepisów dotyczących samego głosowania będzie prawnym absurdem, w zasadzie dyskwalifikującym każdego z sędziów, którzy by się pod nim podpisali. Z kolei wykazanie przestępstwa lub naruszenia przepisów może być niemożliwe dlatego, że w każdej z komisji, które kwestionowane protokoły podpisali był przedstawiciel PiS, który będąc naocznym świadkiem liczenia żadnych nieprawidłowości nie odnotował.
Paradoksem może być zatem to, że partia rządząca na tyle skutecznie poprawiła zapisy Kodeksu Wyborczego w kwestii przeliczania głosów, że dziś, gdy zapewne z chęcią wynik lekko by “skręciła”, nie może tego skutecznie dokonać.

Oczywiście istnieje również opcja, że chęć władzy u Jarosława Kaczyńskiego jest już dziś tak silna, że przestaje już dbać o pozory i oszustwa wyborczego chce dokonać na oczach wszystkich, niezależnie od konsekwencji. Wówczas jednak skutków nie sposób dziś przewidzieć, a za chciwość lidera PiS zapłacimy wszyscy.

Protesty wyborcze latami rozpoznawała Izba Pracy i Ubezpieczeń Społecznych (IPiUS) SN. Sytuacja zmieniła się w kwietniu br.

Prezydencka ustawa utworzyła wtedy dwie nowe izby SN, a sprawy publiczne dostała powołana właśnie Izba Kontroli Nadzwyczajnej i Spraw Publicznych (IKNiSP). Dziś to ona orzeka o ważności wyborów i rozstrzyga protesty wyborcze.

Duda lekceważy orzeczenie NSA

Andrzej Duda nie uzasadnił, dlaczego to właśnie IKNiSP powinna decydować o ważności wyborów. „Jest tylko niewinne wymienienie kompetencji izby. Nie ma analizy, jakie to może mieć konsekwencje ustrojowe oraz dla naszych praw wyborczych” – zauważył w 2017 r. rzecznik praw obywatelskich Adam Bodnar.

Powodów nie trzeba było szukać – w ten sposób prezydent zapewnił sobie prawo obsadzenia izby o strategicznej roli. Do IKNiSP Duda powołał w sumie 20 nowych sędziów. Wszystkich wskazała mu upolityczniona Krajowa Rada Sądownictwa obsadzona pół roku wcześniej przez Sejm głosami PiS.

Prezydent był bardzo zdeterminowany, by wręczyć nominacje nowym osobom. Zlekceważył nawet orzeczenie Naczelnego Sądu Administracyjnego, który wstrzymał wykonalność uchwał KRS z wynikami konkursów do SN po skargach odrzuconych kandydatów. – Nominacje wbrew postanowieniom NSA podważają legitymację powołanych sędziów – uważa prof. UŚ Krystian Markiewicz, prezes stowarzyszenia sędziów Iustitia.

Dziś statusem osób w SN, które wskazała upolityczniona KRS, zajmuje się unijny Trybunał Sprawiedliwości po pytaniach prejudycjalnych o Izbę Dyscyplinarną (obsadzoną tak jak IKNiSP). W listopadzie TSUE może orzec, czy nowa KRS jest niezależna i jaki to miało wpływ na organizowane przez nią konkursy sędziowskie.

Izba czasami wierzga

Prezeską IKNiSP Duda uczynił dr hab. Joannę Lemańską, swoją koleżankę z Katedry Prawa Administracyjnego Uniwersytetu Jagiellońskiego. W izbie są również dr hab. Aleksander Stępkowski, były wiceszef MSZ w rządzie PiS i założyciel instytutu Ordo Iuris, prof. KUL Krzysztof Wiak, członek rady naukowej Ordo Iuris, czy konstytucjonalista z KUL dr hab. Marek Dobrowolski, który wsparł rząd PiS i w opinii prawnej uznał, że Trybunał Konstytucyjny nie ma prawa orzekać wyłącznie na podstawie konstytucji.

W izbie orzeka też prof. UW Antoni Bojańczyk, który był typowany na nowego rzecznika praw obywatelskich, gdyby PiS udało się odwołać Adama Bodnara. Są również doświadczeni sędziowie jak Marcin Łochowski, który pracował wcześniej w Sądzie Apelacyjnym w Warszawie.

W 2019 r. IKNiSP pokazywała niezależność i kwestionowała uchwały upolitycznionej KRS z wynikami konkursów sędziowskich. Uchyliła też decyzje ministra sprawiedliwości, który odmówił sędziom urlopów dla poratowania zdrowia. W SN przegrywał również prokurator generalny – w sprawach przeniesienia prokuratorów w stan spoczynku.

– Mam nadzieję, że sędziowie tej izby wykorzystają szansę na pokazanie, że są niezależni – podkreślił konstytucjonalista Marcin Matczak.

Opozycja apeluje do organizacji międzynarodowych, by monitorowały ponowne liczenie głosów w wyborach do Senatu. O ich ważności zdecyduje izba Sądu Najwyższego utworzona przez PiS. Ale i tu opozycja ma swój plan

– Nie mamy pewności, że głosy zostaną uczciwie przeliczone – stwierdził Grzegorz Schetyna. Apel o pomoc skierował do OBWE, Rady Europy i Komisji Weneckiej. Po rozmowie z liderem Koalicji Obywatelskiej Jan Petersen, ambasador misji OBWE, która monitorowała wybory parlamentarne w Polsce, zapowiedział, że zostanie ona przedłużona na czas rozpatrzenia protestów.

Co zrobi Gersdorf?

Konferencję prasową KO zorganizowała przed gmachem Sądu Najwyższego. Politycy opozycji przedstawili dziennikarzom swoje protesty wyborcze – domagają się powtórzenia wyborów w okręgach: jeleniogórskim, łomżyńskim i pabianickim. Wniosków nie skierowali jednak do utworzonej za czasów PiS Izby Kontroli Nadzwyczajnej i Spraw Publicznych SN.

– Naszą skargę kierujemy do Sądu Najwyższego. To, do której izby zostanie skierowana, będzie osobistą decyzją pierwszej prezes Małgorzaty Gersdorf – mówił poseł KO Mariusz Witczak. – Sugerujemy, że to Izba Pracy powinna rozpoznać sprawę, bo ma charakter niezależny, została prawidłowo powołana i zajmowała się dotąd rozpatrywaniem tego typu protestów.

Sędzia Michał Laskowski, rzecznik SN: – Decyzji jeszcze nie ma, natomiast stan prawny jest taki, że protesty rozpoznaje wiadoma izba. Pani prezes nie ma nieograniczonych możliwości dysponowania sprawami i musi stosować przepisy ustawy, nawet jeśli ta ustawa jej się nie podoba.

Laskowski zastrzegł, że sytuacja mogłaby ulec zmianie, gdyby autorzy protestu dołączyli do niego wnioski o wyłączenie sędziów Izby Kontroli Nadzwyczajnej i Spraw Publicznych: – Wtedy trzeba by im nadać tryb procesowy. Obecnie nie przewiduję, aby pani prezes sama z siebie wydała tak karkołomną decyzję.

Specjaliści: słaba argumentacja PiS

Wcześniej protesty dotyczące sześciu okręgów senackich złożył PiS. Wicerzecznik partii Radosław Fogiel stwierdził, że wnioski dotyczą tych miejsc, w których liczba głosów nieważnych była wyższa niż ta, którą kandydaci opozycji wygrali z kandydatami PiS. Sprawa jest istotna, bo w 100-osobowym Senacie opozycja dysponuje minimalną przewagą – 51:48 (startująca z własnego komitetu wyborczego Lidia Staroń oświadczyła, że będzie niezależna).

Wielu specjalistów, w tym były szef Państwowej Komisji Wyborczej Wojciech Hermeliński, podkreśla, że taka argumentacja, jaką przedstawił PiS, nie jest przesłanką do uznania protestu. Nie ma bowiem żadnych dowodów, że doszło do jakichkolwiek nieprawidłowości. Inaczej, jak podkreśla opozycja, jest w przypadku jej wniosków – SN miałby np. rozstrzygnąć, czy w odpowiednim terminie został zgłoszony kandydat PiS po śmierci Kornela Morawieckiego.

– To próba wpłynięcia na wynik wyborów – oceniał działania PiS Schetyna i przypominał stare powiedzenie przywódcy Związku Radzieckiego Józefa Stalina, że nieważne jest to, kto jak głosuje, ale ważne jest to, kto liczy głosy.

To była aluzja do tego, że sędziowie Izby Kontroli Nadzwyczajnej i Spraw Publicznych zostali wskazani przez upolitycznioną Krajową Radę Sądownictwa, a powołał ich prezydent Andrzej Duda.

Nikt nie zgłaszał uwag

Dwa pierwsze protesty PiS, dotyczące wyborów do Senatu, rozpoznają sędziowie: profesor KUL Jacek Widło, dr hab. Grzegorz Żmij oraz profesor KUL i członek rady programowej Ordo Iuris Krzysztof Wiak. Pozostałe składy we wtorek nie zostały jeszcze przydzielone.

Wnioski rządzącej partii dotyczą np. okręgu nr 75, który obejmuje Mysłowice, Tychy i powiat bieruńsko-lędziński. Do tej pory senatorem z tego okręgu był reprezentujący PiS Czesław Ryszka. W wyborach 13 października niespodziewanie pokonała go jednak Gabriela Morawska-Stanecka, wiceprzewodnicząca Wiosny, która startowała z listy Lewicy jako jedyna kandydatka opozycji.

Morawska-Stanecka zdobyła 64 172 głosy, a Ryszka 61 823. Wicerzecznik PiS Radosław Fogiel protest tłumaczył tym, że różnica między kandydatami była mniejsza niż liczba nieważnych głosów. Było ich w sumie 3749, w tym 1302 z powodu postawienia znaku X przy obydwu kandydatach, a 2447 osób wrzuciło do urny czystą kartę.

W trakcie głosowania i liczenia nikt nie zgłaszał żadnych uwag czy nieprawidłowości. Partia Jarosława Kaczyńskiego zrobiła to dopiero, gdy okazało się, że straciła władzę w Senacie.

Nie ta Lewica

Równocześnie Koalicja Obywatelska złożyła swoje trzy protesty. Jak zaznaczył senator Marek Borowski, wynikają one z szacunku do prawa i zostałyby złożone niezależne od działań PiS. Tłumaczył, że wnioski rządzącej partii nie mają odpowiednich uzasadnień, bo ich jedyną podstawą jest niekorzystny wynik wyborów, czyli różnica między obu kandydatami i głosami nieważnymi. Natomiast kodeks wyborczy wymaga przedstawienia jakichkolwiek dowodów na nieprawidłowości.

Na porannej konferencji prasowej Borowski przypomniał, że w 2011 r. w jednym z okręgów senator PO Stanisław Bisztyga przegrał różnicą 68 głosów, a równocześnie stwierdzono 9 tys. głosów nieważnych. Tym razem najmniejsza różnica stwierdzona przez PiS to 320 głosów przy 3749 głosach nieważnych – to okręg nr 100 w Koszalinie, gdzie wygrał poseł PO Stanisław Gawłowski.

– Nasze protesty dotyczą kwestii absolutnie zasadniczej – uzasadniał Borowski. W jego przekonaniu wyborcy zostali wprowadzeni w błąd z powodu karty wyborczej w okręgu jeleniogórskim. Wystartował tam Jacek Zdrojewski reprezentujący komitet Polska Lewica, którego logo przypomina samochodowe oznaczenie PL. Przy jego nazwisku umieszczone zostało jednak logo Lewicy, którą tworzyły SLD, Wiosna i Razem.

– Polska Lewica nie podpisała paktu senackiego – argumentował Borowski. I wskazywał, że przez tę pomyłkę wiele osób mogło wesprzeć Zdrojewskiego i odebrać głosy, a tym samym zwycięstwo kandydatowi Koalicji Obywatelskiej.

Ramka z logo

Drugi przypadek dotyczy okręgu pabianickiego, gdzie znaczek Koalicji Obywatelskiej został wdrukowany w ramkę po prawej stronie kandydata, choć powinno być samo logo, bez ramki. Jak podkreślał Borowski, instrukcja nakazująca postawić znak X w kratce przy nazwisku, a nie w lewej kratce przy nazwisku, mogła wprowadzić wyborców w błąd.

Różnica między kandydatem KO a PiS wynosiła w okręgu pabianickim 1861, a w ramce z logiem KO krzyżyk umieściło 2546. – Nie jesteśmy pieniaczami. Skarżymy tam, gdzie może to zmienić wynik wyborów – stwierdził Borowski.

Kolejny powód protestu opozycji to zbyt późne zgłoszenie kandydata przez PiS w okręgu 59 łomżyńsko-suwalskim – na miejsce zmarłego Kornela Morawieckiego. Zdaniem Roberta Tyszkiewicza kandydatura może być zgłoszona na 15 dni przed wyborami, a została zgłoszona na 13 dni.

– Okręgowa Komisja Wyborcza w Białymstoku nie miała prawa poinformować komitetu wyborczego PiS, że może taką kandydaturę złożyć, a następnie nie miała prawa tej kandydatury zarejestrować – tłumaczył Tyszkiewicz. – Liczy się data śmierci kandydata. Nowy kandydat został zarejestrowany z naruszeniem przepisów kodeksu wyborczego i został wybrany nieprawnie.

Libicki: Patrzmy PiS na ręce

– Bardzo się ucieszyłem, jak PiS ogłosiło, że chce ponownego przeliczenia głosów. Bo skoro przyszło im do głowy, że nie da się już żadnego senatora opozycji przeciągnąć na stronę PiS, to jest to bardzo dobry sygnał – mówi „Wyborczej” Jan Filip Libicki, senator PSL. – Chciałbym tylko, by opinia publiczna, także za pośrednictwem mediów, bardzo uważnie patrzyła na ręce tym, którzy będą te głosy ponownie przeliczać.

PiS było gotowe oddać panu fotel marszałka Senatu, byleby tylko odzyskać większość w izbie? – zapytaliśmy. – Tego nie wiem. Na pewno zadzwonił do mnie wysoki funkcjonariusz PiS. Nie polityk, mój znajomy. Spytał, czy nie spotkałbym się na kawie z wpływowym senatorem Prawa i Sprawiedliwości, bo mógłbym wysoko zawistować. Powiedziałem, że ja się na kawę, oczywiście, umówię z każdym. Ale jeżeli ma to dotyczyć tego, bym opuścił tę większość, która ukształtowała się w Senacie po wyborach, to nie jestem zainteresowany rozmową – odparł Libicki.

Kmicic z chesterfieldem

View original post