Duda ośmiesza nam kraj. Kandydat PO tak czy siak pokona tę groteskę z PiS

Już się wszyscy zaczynali śmiać z Grzegorza Schetyny, bo nikt się do prawyborów miał nie zgłosić, a okazało się, że na końcu znowu śmieje się Schetyna. Zgłosił się prezydent Poznania Jacek Jaśkowiak, zawodnik wagi ciężkiej, który już pokonywał faworytów. To problem najpierw dla Kidawy, a później dla Dudy. 

  • Ostatniego dnia, gdy mijał czas na zgłaszanie kandydatów, do prawyborów prezydenckich w PO zgłosił się prezydent Poznania Jacek Jaśkowiak.
  • Jaśkowiak ma za sobą już spektakularne zwycięstwa nad faworytami. W 2014 r. niespodziewanie pokonał w Poznaniu Ryszarda Grobelnego po czterech kadencjach urzędowania.
  • Jaśkowiak ma dużo atutów. Od Kidawy może okazać się retorycznie sprawniejszy i bardziej charyzmatyczny. Dla Dudy będzie nieprzewidywalny.

Miało nie być nikogo albo kandydat-zapchajdziura, żeby uniknąć kompromitacji, a zgłosił się prezydent Poznania Jacek Jaśkowiak. Już wcześniej nie bez powodu wymieniany jako jeden z kandydatów PO na prezydenta obok Rafała Trzaskowskiego i Kidawy-Błońskiej. To będzie bardzo ciekawa rywalizacja, w której szanse są wyrównane. Gra o prezydenturę zrobiła się dużo ciekawsza.

Jaśkowiak już raz był „challengerem”, czyli rzucającym wyzwanie silniejszemu. W 2014 r. startował na prezydenta Poznania, wprawdzie jako kandydat PO, ale przeciwko urzędującemu cztery kadencje prezydentowi Ryszardowi Grobelnemu. W pierwszej turze zgodnie z przewidywaniami wygrał Grobelny z wynikiem 28,5 proc., Jaśkowiak zdobył 21.5 proc. W drugiej Jaśkowiak rozbił Grobelnego, zdobywając aż 59,1. Uznano to za największe zaskoczenie wyborów samorządowych 2014.

Jaśkowiak jest bokserem i popiera prawa LGBT

W następnych wyborach pokonał już wszystkich przeciwników w pierwszej rundzie. Jego atuty to autentyczność, doświadczenie życiowe (nie był całe życie politykiem jak prawie wszyscy politycy) i odwaga. Nie wahał się w 2018 r. objąć honorowym patronatem imprezy środowisk LGBT „Poznań Pride Week” oraz Marszu Równości w Poznaniu. Ta „łatka” nie przykleiła się do niego. Raczej „łatka” bezkompromisowego polityka, który nie kalkuluje pod publiczkę.

W oczach homofoba albo tzw. szarego, czyli stereotypowo konserwatywnego Polaka, Jaśkowiak wygląda raczej jak wzorcowy przykład maskulinizmu. Jest bokserem, aktywnie trenującym w wolnym czasie i sparing partnerem zawodników wagi ciężkiej. Zarzuty o bycie politykiem LGBT będą się od niego odbijać. I pomogą w elektoracie lewicowym i wielkomiejskim, podobnie jak doświadczeni przedsiębiorcy, bowiem elektorat wielkomiejski jest liberalny światopoglądowo, ale także ekonomicznie.

Jaśkowiak jest rozwodnikiem, ale czy to obchodzi Polaków?

Deficyty? Poza Poznaniem jest zdecydowanie mniej rozpoznawalny niż Kidawa, nie mówiąc o Dudzie. Ale w prawyborach wybierać będzie partia, a nie Polacy, w partii Jaśkowiak ma duży respekt i znają go wszyscy. A do czasu samych wyborów Jaśkowiak zdąży ten brak zredukować właśnie dzięki prawyborom. Nie zapominajmy, że Andrzej Duda był dla zwykłego Polaka niemal anonimowy przed kampanią 2015 r.

Drugi potencjalny deficyt: Jaśkowiak jest rozwodnikiem. O ile jednak dla Polaków równouprawnienie LGBT jest wciąż bardzo kontrowersyjne, to sprawa rozwodów, równości kobiet i mężczyzn i liberalnej obyczajowości przechodzi w oczywistość szybciej, niż się jeszcze niedawno można było spodziewać. Polska jest jednym z najszybciej laicyzujących się krajów na świecie. No i Jaśkowiak, tak czy inaczej, nie będzie rywalizował o tych najbardziej tradycyjnych Polaków. Ci i tak poprą Dudę.

Groźniejszy niż Tusk

Dla Dudy wejście do gry Jaśkowiaka to duży problem. Plan kampanii był ustawiony pod Tuska. Trzeba było zacząć go przebudowywać pod Kidawę, a co jeśli okaże się, że kandydatem będzie Jaśkowiak? Stara zasada mówi, że lepiej być kandydatem mniej rozpoznawalnym, którego wizerunek można ukształtować niż dobrze znanym, ale z dużym anty-elektoratem. Dlatego, jeśli zwycięży w prawyborach, Jaśkowiak może być groźniejszym przeciwnikiem dla Dudy niż Donald Tusk.

Badania pokazują atuty Kidawy

Najpierw jednak trzeba pokonać Małgorzatę Kidawę-Błońską. Jaśkowiak może objawić jej deficyty. Kandydatki PO nie wystawiano w debatach przed wyborami parlamentarnymi z obawy o to, że może nie wypaść najlepiej. W prawyborach do debaty z Jaśkowiakiem na pewno dojdzie. Kidawa jest mniej charyzmatyczna niż Jaśkowiak. Ale ma też duże atuty.

Jak pokazaliśmy razem z Przemysławem Sadurą w opublikowanych właśnie na stronie Krytyki Politycznej nowych badaniach, Kidawa ma ciepły wizerunek i przypomina pierwszą damę. Jest podobna do bardzo popularnej swego czasu i też typowanej do prezydentury Jolanty Kwaśniewskiej. Kidawa jest lubiana we wszystkich grupach społecznych, nie tylko wśród mieszkańców większych miast. Ma wysoką rozpoznawalność i zrobiła najlepszy wynik w Polsce w wyborach parlamentarnych 2019 r. Nie ma niczego kontrowersyjnego w jej biografii politycznej. Przy sprzyjających warunkach ma szansę na prezydenturę.

Konieczność rywalizacji z Jaśkowiakiem bardzo komplikuje jej sytuację i oznacza ryzyko dla samej PO i opozycji. Kidawa może wyjść z tych wyborów wykrwawiona, gdy Jaśkowiak objawi jej deficyty. Ale jeśli kandydat nie jest w stanie wygrywać debat w prawyborach, to czy poradzi sobie w debatach z Dudą? Prawybory pokażą po prostu, kto jest lepszy. Nawet jeśli najpierw sędzią będą tylko politycy PO, bo w partii szanse są wyrównane. Gdy startował Sikorski przeciwko Komorowskiemu, to wiadomo było, że traktowany będzie jak obcy, bo jeszcze parę lat wcześniej był w PiS.

PO zyskuje kolejnego lidera

Niezależnie od wyniku prawyborów i wyborów prezydenckich, wejście do gry Jaśkowiaka to dobra wiadomość dla PO i całej opozycji, bo pojawia się kolejny polityk po samej Kidawie i Tomaszu Grodzkim, który poszerza ławkę liderów partii i całej opozycji.

PO ma szanse na przezwyciężenie kryzysu, wymianę kadrową i odzyskanie inicjatywy. Tym bardziej że będzie zmuszona rywalizować z Lewicą, która już pokazała swoje atuty i wypada na razie lepiej w Sejmie niż politycy PO.

Prawybory przyciągną do PO uwagę mediów i samych Polaków. Kandydaci są bardzo różni. Szanse wyrównane. Kidawa typowana jako pewniak już pewniakiem nie jest. Jedno jest pewne: Jaśkowiak umie się bić.

„Duda ośmiesza nam kraj” – Jacek Jaśkowiak o Dudzie.

Kmicic z chesterfieldem

Europa doceniła Donalda Tuska. Stając do wyborów na szefa europejskiej Partii Ludowej, jako jedyny kandydat, mówił: „Wierzę, że tylko ci, którzy dają ludziom poczucie bezpieczeństwa i jednocześnie przestrzegają praw i wolności, mają prawo sprawować władzę. Jestem gotowy do walki, mam nadzieję, że wy też”

20 listopada 2019 w Zagrzebiu Donald Tusk został wybrany szefem Europejskiej Partii Ludowej. 491 osób było za, 37 – przeciw. Zastąpił na stanowisku Francuza Joseph Daula. Były polski premier jest pierwszym przedstawicielem Europy Wschodniej na czele największej partii politycznej w Unii Europejskiej.

„Stańmy razem na tym najważniejszym polu politycznej bitwy, przeciwstawiając się nieodpowiedzialnym populistom, będąc partią odpowiedzialną i popularną.

Po pięciu latach mam dość bycia głównym europejskim biurokratą. Jestem gotowy do walki, mam nadzieję, że wy też”,

mówił Tusk podczas przemówienia przed głosowaniem.

„Wierzę, że tylko ci, którzy dają ludziom poczucie bezpieczeństwa i jednocześnie przestrzegają praw i wolności, mają prawo sprawować władzę. Pod żadnym pozorem nie…

View original post 4 098 słów więcej

 

Morawieckiego tradycyjna rodzina to patologiczna rodzina

Ciekawe, ile jeszcze podatków i danin nałoży na nas #PiS, zanim z z hukiem odejdzie #exposeKlamstw

Na Zachodzie próbuje się ją „zdemontować”. W Polsce natomiast się ją wspiera finansowo i broni przed „ideologiczną ręką”. A wszystko dlatego, że jest „arcypolska”. O kim mowa? O rodzinie. Polskiej rodzinie, która jest bastionem i fundamentem. Tak nauczał Mateusz Morawiecki w exposé. Szedł z „duchem Polski” odrywając się od realiów życia polskich rodzin

„Normalne państwo to państwo, które szanuje wartości Polaków. Nie przyjmuje skrajności, utopijnych ideologii ani rewolucji światopoglądowych. Ani szowinizmu. Idziemy z duchem czasu, ale idziemy przede wszystkim z duchem Polski! Nasz program jest oparty na kulturze budującej tożsamość narodową, na rodzinie i małżeństwie podlegających szczególnej ochronie”

– zaczął Mateusz Morawiecki jeden z wątków swego nauczania o rodzinie, która jak się okazało po chwili, ma wielu nieprzejednanych wrogów.

„Rodzina jest i musi pozostać fundamentem społeczeństwa. Wiem, że dziś rodzina jest traktowana przez niektórych jak przeżytek.

Im głośniej się mówi o nowych modelach rodziny, tym bardziej pewne, że chodzi o mniejszościowe eksperymenty i mniejszościowe eksperymentalne rozwiązania. Nie zgadzamy się, by wyjątki określały, co jest normą.

Wierzymy, że przyszłość naszych dzieci powinna być budowana na stabilnym fundamencie rodziny. Kiedy człowiek przychodzi na świat, rodzina staje się jego pierwszym bastionem. Ale rodzina to nie tylko bastion każdego Polaka. Rodzina – jak mówił prymas Wyszyński – to bastion całej Polski”.

Politycy prawicy specjalizują się w tworzeniu sztucznej alternatywy, w której do wyboru mamy albo zachowanie stanu obecnego, w którym depczemy prawa mniejszości, albo jakiś rodzaj dystopii, w której większości nagle nie pozwala się żyć w zgodzie z własnym sumieniem. Mówiąc prościej: wprowadzenie małżeństw jednopłciowych miałoby w jakiś sposób odbierać prawa małżeństwom osób o odmiennej płci.

Warto zwrócić uwagę, że akurat w tej części wypowiedzi głównym zarzutem Morawieckiego wobec rodzin, które nie odpowiadają tradycyjnemu modelowi jest to, że „są mniejszościowe”, nie są normą. Z tego samego powodu można zakazywać dzieciom pisania lewą ręką, bo normą jest praworęczność.

Ale kogo właściwie ma na myśli Morawiecki, gdy mówi o „normalnej rodzinie” przeciwstawionej „mniejszościowym eksperymentalnym rozwiązaniom”? We wrześniu definicję taką podał Jarosław Kaczyński:

„Rodzinę widzimy tak jak tutaj, jedna kobieta, jeden mężczyzna w stałym związku i ich dzieci. To jest rodzina!”.

Kilka dni później prezes PiS tłumaczył, że ma szacunek do rodziców, którzy z różnych powodów zmuszeni są do wychowywania dzieci samotnie. Ale definicji rodziny nie zmienił. Jak wyliczaliśmy w OKO.press – rodzin w Polsce, które spełniają wymogi Kaczyńskiego, czyli są trwałymi małżeństwami z co najmniej dwójką dzieci na utrzymaniu, jest najprawdopodobniej mniej niż 2 mln.

Jak słusznie zauważył Morawiecki, czasy się zmieniają. Zmienia się również to, co uważamy za standard. Według roczników statystycznych GUS-u jeszcze w 1980 roku zaledwie 4,8 proc. urodzeń było urodzeniami pozamałżeńskimi, w roku 2018 odsetek ten skoczył do 26 proc. Tak działa „duch czasu”, na dobre i na złe, jakby Morawiecki nie wzywał „ducha Polski”, wzywa nadaremno.

Pozytywnym trendem jest spadek liczby nastoletnich matek z 8 proc. w 1990 roku do niespełna 3 proc. w 2018, jak również mniejsza presja na to, by takie ciąże kończyły się małżeństwem: w 1990 roku 80 proc. w 2018 tylko 13 proc.

Prawica może też bronić art. 18 Konstytucji jak niepodległości, interpretując go – fałszywie – jako wyłączność dla małżeństw heteroseksualnych, ale nie sprawi, że z zniknie nagle kilkadziesiąt tysięcy tak zwanych tęczowych rodzin (zobacz wyrok sądu a także wypowiedź prof. Ewy Łętowskiej)

Rodzina jest pojęciem, które ewoluuje. Dlatego państwo, które chce zrobić z niej bastion powinno się skupić na tym, kto i z kim ją chce tworzyć, ale na tym, by spełniała swoje funkcje. To jest: dawała poczucie stabilności, bezpieczeństwa, zapewniała opiekę.

Spisek przeciwko rodzinie

Morawiecki brnął jednak w opowieść o zepsutej Europie, która niszczy rodziny:

„Na Zachodzie sporo się mówi o niewidocznej pracy kobiet. Praca w gospodarstwie domowym, to często więcej niż jeden etat. Na Zachodzie pojawiają się więc takie pomysły, że skoro kobiety tak ciężko pracują dla rodzin, to pewnie rodzina jest temu winna i trzeba ją rozmontować”.

OKO.press nie zna żadnego zachodniego kraju, który prowadziłby taką politykę. Kraje, które skuteczniej radzą sobie z problemem niewidzialnej pracy kobiet, robią to przy pomocy rozwiązań promujących partnerski model w związkach. Wprowadza się na przykład dzielone urlopy dla matek i ojców, które nie przechodzą na drugiego rodzica, gdy jedno z nich rezygnuje.

Normalna, chrześcijańska, tradycyjna polska rodzina ma jednak inne recepty na to, jak się „nie rozmontować”:

„My zamiast tego wzmacniamy rodzinę i doceniamy pracę kobiet. Jako pierwsi podjęliśmy program konkretnych transferów społecznych, jako pierwsi odpowiedzieliśmy na problem nieopłacanej pracy kobiet, które wychowały co najmniej czwórkę dzieci. W Polsce różnica płac za tę samą pracę kobiet i mężczyzn jest niższa niż w krajach europejskich”.

Tu z kolei Morawiecki dość jednoznacznie sugeruje, że Polska jest europejską pionierką polityki rodzinnej jako takiej. Jest to oczywiście wierutna bzdura, bo nawet „nasze” 500 plus wzorowane jest na niemieckim świadczeniu Kindergeld wynoszącym 180 euro miesięcznie.

Wreszcie kosmicznym pomysłem jest przedstawienie transferów socjalnych jako rekompensaty za tzw. niewidzialną pracę kobiet. W narracji PiS 500 plus było już programem mającym likwidować ubóstwo wśród dzieci, podnosić dzietność, stanowić ogólnie pojętą inwestycję w rodzinę. Wątpliwe jest, czy emerytura dla matki, która wychowała czwórkę dzieci również mogłaby się kwalifikować jako tego rodzaju rekompensata. Czy w takim razie kobieta, która ma jedno, dwoje, troje dzieci niewidzialnej pracy nie wykonuje?

Warto tu podkreślić jeszcze raz, że

sens całej wypowiedzi Morawieckiego sprowadza się do tego, że w Europie systemowo i z ideologicznych powodów niszczy się rodziny, a w Polsce je wspiera finansowo.

Tymczasem, jeśli gdzieś hula idea demontażu rodziny, to najprędzej w Polsce, która pomimo jednego z niższych odsetków rozwodów i związków nieformalnych, konserwatywnego prawa aborcyjnego i małżeńskiego, ma na tle innych krajów UE dramatycznie niski przyrost naturalny.

Ale te rażące sprzeczności nie wzbudzają w Mateuszu Morawieckim poznawczego dysonansu. Przeciwnie, premier wojowniczo kończy tę część kazania o rodzinie słowami:

„Nie ma naszej zgody na eksperymenty społeczne i rewolucje ideologiczne. Stawką jest przyszłość naszych dzieci. I przyszłość ta powinna spoczywać w rękach rodziców, bo to jest normalność!”

Co naprawdę zagraża dzieciom? Cyrankiewicz zmieszany z Kaczyńskim

„Dzieci są nietykalne. Kto podniesie na nie rękę, tę ideologiczną rękę, ten podnosi rękę na całą wspólnotę”

-po tym zdaniu rozległy się najdłuższe i najbardziej donośne oklaski podczas całego przemówienia. To oczywiście z jednej strony trawestacja słynnych słów Józefa Cyrankiewicza, który zapowiadał obcięcie ręki każdemu, kto podniesie ją na władzę ludową, z drugiej zaś –  nawiązanie słów Kaczyńskiego: „Wara od naszych dzieci”.

I znowu – więcej mówi o prawicowych i narodowo-katolickich obsesjach, niż o rzeczywistych potrzebach realnych ludzi. Słusznie uściśla Morawiecki, że chodzi mu o rękę ideologiczną, a nie tę cielesną, która jest narzędziem sprawców przemocy domowej. W tej kwestii rząd Prawa i Sprawiedliwości nie może się pochwalić zasługami. Przeciwnie, gdy psychiatria dziecięca jest w zapaści, Ministerstwo nie przyznaje dotacji Telefonowi Zaufania prowadzonemu od 11 lat przez Fundację Dajemy Dzieciom Siłę. By telefon przetrwał potrzebna była zbiórka publiczna.

Pieniądze z Funduszu Sprawiedliwości, za które finansowane powinny być m.in. organizacje pomagające ofiarom przemocy domowej, rząd lekką ręką wydaje na konferencje o polonofobii, kampanie wyborcze PiS, promocję małżeństwa (jako najskuteczniejszej ochronie przed przemocą) i portale Tadeusza Rydzyka o szatanie i sektach. OKO.press od miesięcy opisuje przypadki tych nadużyć.

PiS obiecuje „wypalać pedofilię gorącym żelazem”, ale działania te sprowadzają się do rozmywania odpowiedzialności Kościoła i sugestii, że prawdziwy problem dotyczy środowiska murarzy i artystów. Efektem tego jest z założenia nieefektywny i niepraworządny projekt powołania „Komisji do badania wszystkich przypadków pedofilii”, która ma działać jak para-sąd.

Ale Mateusz Morawiecki zagrożenie widzi gdzie indziej. Dokładnie tam, gdzie widzi je Marek Jędraszewski, Stanisław Gądecki, Robert Bąkiewicz i Grzegorz Braun:

„Kto chce dzieci zatruć ideologią, odgrodzić od rodziców, rozbić więzi rodzinne, kto chce bez zaproszenia wejść do szkół i pisać ideologiczne podręczniki, ten podkłada pod Polskę ładunek wybuchowy, ten chce wywołać w Polsce wojnę kulturową. Nie będzie tej wojny, nie dopuszczę do niej. A jeśli znajdą się tacy, którzy ją wywołają, to my ją wygramy. Wygra ją rodzina, bo rodzina to wartość arcypolska” – kończy swoje nauczanie o Mateusz Morawiecki, przedstawiciel rządu i partii, która od miesięcy prowadzi kampanię zaszczuwania mniejszości seksualnych, nazywając to obroną rodziny.

Obietnica, że w Polsce ciągle będzie „normalnie”, nieustannie wracała w exposé szefa rządu. Niestety, trudno wziąć ją za dobrą monetę. Dobrze przecież pamiętamy, że poprzednie rządy PiS – niezdolne funkcjonować inaczej niż na granicy porządku konstytucyjnego, w stanie ciągłej politycznej mobilizacji i kryzysu – wiele wspólnego z jakkolwiek rozumianą normalnością nie miały. Jednak nawet biorąc w nawias ostatnie cztery lata, wystarczyło wsłuchać się w wystąpienie premiera, by pod gładkimi formułkami nowoczesnej centroprawicy dostrzec poglądy skrajnie konserwatywne czy – wbrew socjalnej retoryce – radykalnie neoliberalne.

MGLISTE PAŃSTWO DOBROBYTU

Zacznijmy jednak od kluczowego obrazu, jaki Morawiecki przywoływał w swoim wystąpieniu: Polski jako domu dla wszystkich. Premier potwierdził we wtorek to, co PiS mówiło w trakcie kampanii wyborczej: jego rząd będzie budował polskie państwo dobrobytu. Neoliberalizm skończył się w Polsce w 2015 roku, nowe rządy dostrzegają rolę państwa w gospodarce i są w stanie wziąć na siebie odpowiedzialność za dobrostan Polaków, za politykę, w wyniku której z owoców wzrostu gospodarczego czerpać będą wszyscy, nie tylko wąskie grono górnego decyla najlepiej zarabiających.

Polskie państwo dobrobytu ma nie tylko wyrównywać tworzone przez rynek nierówności i gwarantować każdemu pewne minimum godnego życia, ale także działać jako motor rozwoju polskiej gospodarki. Ta ciągle musi bowiem przebijać szklane sufity i rozwijać się szybciej niż sąsiedzi, by dorównać do poziomu ich rozwoju. Zwłaszcza że kolejna rewolucja przemysłowa, robotyka, 5G i internet rzeczy tym bardziej wymuszają odejście od modelu rozwoju opartego głównie na taniej pracy.

Tylko przyklasnąć takiej wizji. Gorzej, że wystąpienie premiera niemal wyłącznie składało się z haseł i ogólników. Szef rządu nie poruszył trzech kluczowych w kontekście rysowanego przez siebie projektu kwestii. Po pierwsze: skąd wziąć na niego pieniądze? Kto – jakie grupy społeczne czy podmioty – powinny wziąć na siebie gros kosztów jego finansowania? Po drugie: w jakie cele – rozwojowe czy społeczne – należy szczególnie zainwestować w kolejnych latach i jakich efektów oczekujemy od takich inwestycji? Po trzecie: jakie konkretne rozwiązania – polityki publiczne, nowe instytucje – rząd zamierza wprowadzić, by zagwarantować, że nakierowane na dany cel środki faktycznie przyczynią się do jego realizacji?

Bez tego wizja polskiego państwa dobrobytu wydaje się cokolwiek mglista i niewiarygodna. Zwłaszcza jeśli przypomnimy sobie, jak wyglądała jego budowa w ostatnich czterech latach: deforma Zalewskiej i strajk nauczycieli, strajk lekarzy rezydentów, zamrożone płace w budżetówce, zamykające się oddziały szpitalne, dramatyczna sytuacja ratowników medycznych, drożyzna zaczynająca zjadać transfery socjalne, dane pokazujące, że problemy z nierównościami dochodowymi są znacznie większe, niż mogłoby się wcześniej wydawać. Przykładów na to, czemu Polska PiS wcale nie staje się państwem dobrobytu, jest naprawdę sporo. Tylko śmiechem można zareagować na przechwałki premiera o tym, jak dzięki jego rządom rosła subwencja oświatowa, liczba nowych miejsc na kierunkach medycznych, jak poprawiała się jakość usług publicznych i spadało rozwarstwienie.

Na tle deklaracji o polskim państwie dobrobytu najbardziej zdumiewająco zabrzmiała propozycja Morawieckiego, by Pracownicze Plany Kapitałowe i indywidualne konta emerytalne wpisać do konstytucji – co rzekomo miałoby przywrócić zaufanie obywateli do państwa. Tymczasem trudno o rozwiązanie dalsze od logiki jakkolwiek rozumianego państwa dobrobytu niż PPK. Prosocjalnie zorientowani eksperci, jak Leokadia Oręziak, wskazują, iż PPK są wyłącznie w interesie rynków kapitałowych, które dostają zastrzyk gotówki ze strony pracowników. Pomysł wpisania tak neoliberalnego rozwiązania do konstytucji jest czymś przedziwnym – nawet pod koniec lat 90., gdy rząd Buzka wprowadzał nieszczęsne OFE, a neoliberalizm niepodzielnie panował w mediach i polityce, nikt nie miał aż tak radykalnych pomysłów.

Wszystkie te opowieści premiera o polskim państwie dobrobytu może jakoś by się obroniły w poprzednim Sejmie, gdzie brakowało lewicy. W tym na szczęście lewica jest i Morawiecki boleśnie to poczuł już w pierwszej sejmowej debacie. Odpowiadający w imieniu klubu Lewicy poseł Adrian Zandberg z Razem zmasakrował exposé premiera. Punkt po punkcie pokazał, czemu projekt PiS niewiele ma wspólnego z państwem dobrobytu, demaskował obecne w nim neoliberalne założenia, przekonująco przywołał skrzeczącą rzeczywistość kryjącą się za rządową propagandą sukcesu. Co ważne, niektóre z ciosów w Morawieckiego musiały rezonować nie tylko w elektoracie lewicy, ale także tym politycznie bliższym premierowi – na przykład gdy Zandberg przypomniał, że polskie państwo utrzymują pracownicy i drobni przedsiębiorcy, podczas gdy amerykańskie i niemieckie korporacje nie płacą podatków.

BAWARIA NIE ISTNIEJE

Zandberg sprawnie kontrował też obecne w wystąpieniu Morawieckiego wątki konserwatywne. Bo przy całym technokratycznym sznycie i zaklęciach o „normalności” premier przedstawił ultrakonserwatywną wizję ładu społecznego. W jej centrum stać ma rodzina: konserwatywna, heteroseksualna, najlepiej oparta na sakramentalnym związku małżeńskim. Wszelkie próby dyskusji o innych modelach rodzinnej więzi – na przykład o rodzinach jednopłciowych – to, jak wynikało z mowy premiera, „zamach na rodzinę”.

Tak konserwatywnie zdefiniowana rodzina ma też być bastionem chroniącym Polskę i Polaków przed światem – zwłaszcza dzieci. Jak najgorszy obskurant wygrażający pięścią z różańcem marszom równości, premier przedstawił tak oczywiste nawet dla większości konserwatystów w naszym kręgu kulturowym kwestie jak edukacja seksualna jako „zagrożenie dla dzieci”, przed którym należy je chronić. Z mowy premiera ktoś mógłby wyciągnąć wniosek, że „polskie rodziny” są jak amazońskie plemiona, które trzeba chronić przed kontaktem ze współczesną cywilizacją.

Oprócz starego straszenia czyhającymi na niewinność polskich rodzin marszami równości premier mówił też wiele o wolności. Z tym, że rozumiał ją dość specyficznie – jako wolność do bigoterii i obrażania mniejszościowych, niewpisujących się w żądania społecznej większości grup. Stąd wszystkie zapowiedzi tego, że „polityczna poprawność” nie będzie w Polsce ograniczać wolność. Stąd wybranie na ikonę wolności nieszczęsnego drukarza z Łodzi, któremu nienawiść do osób homoseksualnych uniemożliwiała nawet wydrukowanie ulotek zamówionych przez organizację LGBT+.

Wszystko, o czym w kwestii wolności i praw człowieka mówił premier, to nie jest normalność, to jest ultrakonserwatywna wizja. Stanowi ona część szerszego prawicowego marzenia o Polsce jako „Bawarii Europy” – gdzie dynamicznemu rozwojowi gospodarczemu i technologicznej modernizacji towarzyszyć ma głęboki społeczno-obyczajowy konserwatyzm, oraz długie trwanie tradycyjnych wartości i zbudowanych na nich społecznych instytucji. Oczywiście taka Bawaria istnieje tylko w marzeniach prawicy.

Co więcej, nieprawdziwa jest nie tylko prawicowa fantazja o Bawarii, ale i ta o Polsce. Polska nie jest aż tak konserwatywnym krajem, jak w swoim exposé założył to premier. Jeśli Morawiecki będzie tkwić przy tych założeniach, jeśli jego rząd będzie próbował przekładać je na realne polityczne posunięcia, to coraz więcej ludzi będzie postrzegać PiS jako partię, która rozpętuje kulturowe wojny, wtrącając się ludziom w ich życie prywatne i nie dając im żyć po swojemu.

NASZA CHATA NIE JEST Z KRAJA

Wreszcie, zdumiewający w exposé Morawieckiego był całkowity brak szerszej refleksji nad globalnymi wyzwaniami, przed jakimi staje współczesna Polska. Zachodnie państwa dobrobytu powstawały w warunkach długotrwałej stabilności gwarantowanej – po tej lepszej stronie Żelaznej Kurtyny – przez cały szereg międzynarodowych instytucji: od NATO, przez wspólnoty europejskie, po system z Bretton Woods. Polska dołączyła do tego, w co przekształcił się ten ład, w ostatnich trzydziestu latach, co dało nam okno rozwoju, jakie dawno nie mieliśmy w naszej historii.

Dziś ten ład mierzy się z wieloma wyzwaniami. Pękają transtatlantyckie więzi, a globalne przywództwo Stanów słabnie. Rośnie pozycja Chin. Globalizacja wyrywa władzę z rąk rządów narodowych. Europa cierpi na kryzys demokracji, oraz napięcia wywołane przez przyjęty model integracji i musi na nowo wymyślić swoją formułę – najpewniej idąc w stronę głębszej federalizacji. Wszystko wywrócić mogą skutki kryzysu klimatycznego. U Morawieckiego nie było śladu wartej uwagi refleksji nad wszystkimi tymi zjawiskami. Można było odnieść wrażenie, że Polska jest dla premiera chatą z kraja, której to, co dzieje się w świecie, zupełnie nie dotyczy.

Morawiecki zaczyna nową kadencję PiS klasycznie: okrada niepełnosprawnych.

Kmicic z chesterfieldem

Premier Mateusz Morawiecki przed rozpoczęciem exposé musiał wiedzieć o porannym wyroku TSUE ws. forsowanych przez PiS zmian w sądach. Jednak – co zdumiewające – nie odniósł się do niego ani słowem. Bił za to w opozycję, powtarzając oklepaną narrację o „donoszeniu na swój kraj

„Lepsze państwo to też lepszy wymiar sprawiedliwości. Będziemy kontynuować reformę w tym obszarze” – zapowiedział w exposé 19 listopada 2019 premier Mateusz Morawiecki. To echo wypowiedzi prezesa PiS z początku października. Jeszcze przed wyborami parlamentarnymi Jarosław Kaczyński obiecywał, że jego partia wróci do reformowania sądów „jeżeli społeczeństwo jej zaufa”.

Ale reformy sądownictwa prowadzone przez resort sprawiedliwości pod egidą Zbigniewa Ziobry były wielokrotnie krytykowane przez instytucje Unii Europejskiej jako zagrażające polskiej demokracji i trójpodziałowi władz. Trybunał Sprawiedliwości UE już dwukrotnie uznał elementy ziobrowskiej rewolucji za niezgodne z unijnym prawem.

We wtorek 19 listopada, tuż przed exposé premiera, TSUE wydał kolejny kluczowy wyrok: odniósł się to statusu powołanej…

View original post 9 239 słów więcej

 

Krew prędzej czy później się poleje, to jest logika rządów Kaczyńskiego i jego partii

Powyborcza rzeczywistość zdecydowanie nabrała tempa. Po 7 dniach od wyborów Prawo i Sprawiedliwość postanowiło zakwestionować wynik wyborów do Senatu i złożyło protest wyborczy. – To wygląda na rozpaczliwą walkę o większość w Senacie po stronie PiS-u – mówi Jerzy Stępień, b. prezes Trybunału Konstytucyjnego. Partia chce przeliczenia głosów w 6 okręgach. Jednocześnie prokuratura odmówiła wszczęcia śledztwa w sprawie dwóch wież Kaczyńskiego.

Państwo nie działa

O decyzji prokuratury poinformowali posłowie opozycji Cezary Tomczyk i Marcin Kierwiński z PO. – To jest sprawa wyjątkowa, dlatego że sprawa dwóch wież, sprawa Srebrnej jak w soczewce pokazuje całe państwo PiS. Dzisiaj ponad wszelką wątpliwość możemy udowodnić, że państwo polskie przestało funkcjonować, że prokuratura nawet bez przesłuchania głównego świadka, a być może nie tylko świadka, jest w stanie odmówić wszczęcia postępowania w sprawie tak bulwersującej – mówił Cezary Tomczyk.

To opozycja złożyła zawiadomienie do Prokuratury Okręgowej w Warszawie w tej sprawie. Jak poinformowali posłowie, na odmowie wszczęcia postępowania jest data 11 października, czyli w przedwyborczy piątek.

– Tak wygląda republika banasiowa, tak wygląda sytuacja, w której na czele państwa stoi paradyktator Jarosław Kaczyński – komentował Cezary Tomczyk.

Senat do powtórnego przeliczenia

PiS nie odpuszcza sprawy Senatu. Przez ostatni tydzień trwały nieformalne próby “przekupienia” senatorów opozycji, które nie przyniosły skutku.

W końcu PiS złożył protesty wyborcze dotyczące 6 okręgów i oczekuje ponownego przeliczenia głosów w okręgach nr 75 (Katowice), nr 100 (Koszalin), nr 12 (Grudziądz), 95 (Kalisz), 96 (Kalisz) i 92 (Konin).

We wszystkich okręgach wygrali kandydaci nie-PiS-owscy.

Wnioski tłumaczy dużą liczbą głosów nieważnych. Protesty wpłynęły w piątek 18 października. W poniedziałek Sąd Najwyższy zwrócił się do przewodniczącego Państwowej Komisji Wyborczej, Prokuratora Generalnego i przewodniczących odpowiednich Okręgowych Komisji Wyborczych z prośbą o zajęcie stanowiska w terminie pięciu dni.

Wybory do Senatu wygrała opozycja dzięki tzw. paktowi senackiemu. W efekcie Zjednoczona Prawica ma 48 senatorów, kandydaci opozycji 51. 43 senatorów dostało się z list Koalicji Obywatelskiej, trzech z PSL-Koalicji Polskiej i dwóch z Lewicy. Czworo senatorów startowało z niezależnych komitetów, z czego trzech kojarzonych jest z opozycją: Stanisław Gawłowski, Krzysztof Kwiatkowski i Wadim Tyszkiewicz.

JUSTYNA KOĆ: Nie dało się przekupić senatorów, więc PiS próbuje innych środków, aby odbić Senat z rąk opozycji?

JERZY STĘPIEŃ, b. prezes Trybunału Konstytucyjnego: To wygląda na rozpaczliwą walkę o większość w Senacie po stronie PiS-u. Natomiast sądzę, że tych protestów będzie więcej i będą dotyczyły także i mandatów obsadzonych przez PiS. Czytałem, że jeden z kandydatów do Senatu głosował w jednej z miejscowości razem z przyjaciółmi. Później okazało się, że w protokole nie odnotowano żadnego głosu, który by padł na tego kandydata do Senatu. Poczekajmy zatem jeszcze z wyciąganiem wniosków.

Dlaczego PiS czekał aż 7 dni ze złożeniem skargi?
Przez ten tydzień

TRWAŁY NAGANNE, PACHNĄCE KORUPCJĄ PROCEDERY, ALE NASZ POZIOM KULTURY POLITYCZNEJ JAK WIDAĆ JEST TAKI, ŻE SIĘGA SIĘ PO TEGO TYPU METODY.

One oczywiście są ukrywane i nie dzieje się to przy podniesionej kurtynie, zatem politycy zdają sobie sprawę, że to jest rzecz naganna. To jedyne, co może nieść tu jakąś nadzieje. Wydaje mi się, że w przypadku Senatu nie ma szans na powtórzenie się przypadku pana Kałuży, przynajmniej na początku, bo nie wiemy, jak sytuacja się rozwinie. Na razie PiS ma trudności z pozyskiwaniem zdrajców czy renegatów.

Z tego, co wiem, to z okręgu, gdzie startował pan Gawłowski, było dużo nieważnych głosów, a w skali całego kraju takich głosów było bardzo mało – o połowę mniej, niż w poprzednich wyborach. Dodatkowo w przypadku wyborów do Senatu ich liczenie jest proste, tu nie ma skomplikowanej procedury przeliczania głosów na mandaty.

PiS zmienił prawo wyborcze w zeszłej kadencji, po raz ostatni jeszcze w sierpniu. O ważności wyborów ma teraz rozstrzygać “właściwa izba” SN, zmieniła się też definicja znaku “x” i ważności oddania głosu. To może mieć znaczenie?
Nie chcę tego komentować. Na pewno poprzednie przepisy były jasne, nie budziły wątpliwości.

TRUDNO MI POWIEDZIEĆ, CZYM KIEROWALI SIĘ RZĄDZĄCY, WPROWADZAJĄC ZMIANY. MOŻE WŁAŚNIE U PODSTAW LEŻAŁA CHĘĆ STWORZENIA MOŻLIWOŚCI SWOBODNEJ OCENY, CZY GŁOS JEST WAŻNY, CZY NIE.

Dodatkowo nie można zmieniać prawa wyborczego w terminie krótszym niż 6 miesięcy przed wyborami – tak orzekł w 2006 roku TK. A zgodnie z kodeksem dobrych obyczajów prawa wyborczego przyjętych przed Radę Europy ten okres powinien wynosić dwa lata. Jak wiadomo, PiS niespecjalnie się przejmuje orzeczeniami poprzedniego TK czy ciał UE.

Jak ważną kwestą jest wygrana opozycji w Senacie?
To bardzo istotne, ponieważ mimo że istnieje możliwość odrzucenia uchwał Senatu w dość prosty sposób, bo wystarczy zwykła większość w Sejmie, to pamiętajmy, że także po stronie rządowej istnieją podskórne bunty i tarcia i wcale nie jest powiedziane, że zawsze senackie zmiany będzie można odrzucić. Ma to tez znaczenie symboliczne, bo PiS przegrał.

SENAT ZACZNIE TEŻ ODGRYWAĆ TERAZ NOWĄ ROLĘ, ZBLIŻONĄ DO TEJ, KTÓRĄ ODGRYWAŁ SENAT W LATACH 1989-91, KIEDY MIAŁ AMBICJE ZGŁASZANIA INICJATYW USTAWODAWCZYCH.

Przypomnę, że reforma samorządowa została zrealizowana dzięki inicjatywie ustawodawczej Senatu.

Prokuratura odmówiła wszczęcia śledztwa w sprawie 2 wież. Na konferencji Cezary Tomczyk z PO skomentował: “Ta sprawa jest dowodem na podporządkowanie prokuratury aparatowi politycznemu. Państwo nie działa”. Zgodziłby się pan ze zdaniem opozycji?
U mnie ta sytuacja rodzi ogromne wątpliwości. Jednak ta sprawa wymagała wszczęcia postępowania i przeprowadzenia podstawowych czynności. Jak wiadomo, nie doszło do tego, tylko sprawie “ukręcono łeb”. Dla mnie jest oczywiste, że ta sytuacja ma podłoże polityczne, tym bardziej, że prokurator generalny jest jednocześnie politykiem partii rządzącej i ministrem sprawiedliwości.

Więcej >>>

Koniec demokracji, Kaczyński zmierza ku dyktaturze

>>>

Szef komitetu wykonawczego PiS Krzysztof Sobolewski poinformował, że partia złożyła cztery kolejne protesty – w okręgach 12 (Toruń), 95 i 96 (Kalisz) oraz 92 (Konin).

W Koninie Paweł Arndt z Koalicji Obywatelskiej zdobył 76,9 tys. głosów, a Robert Gaweł z PiS – 75,4 tys. W Toruniu mandat zdobył Ryszard Bober z PSL, który miał o 2,4 tys. głosów więcej niż Andrzej Mioduszewski z PiS.

W okręgu 95 różnica wyniosła ok. 2,3 tys. głosów. Mandat zdobyła Ewa Matecka z KO, która pokonała Łukasza Mikołajczyka z PiS. W sąsiednim okręgu różnica również wyniosła 1,5 tys. głosów na korzyść Janusza Pęcherza z KO. Wygrał on z Andrzejem Wojtyłą z PiS.

Wcześniejsze protesty PiS

Pozostałe protesty obejmują zarówno głosowanie do Sejmu, jak i Senatu. Już wcześniej informowaliśmy, że dwa protesty wyborcze złożył PiS. Dotyczą one senackich okręgów nr 75 (Mysłowice i Tychy) oraz nr 100 (Koszalin).

Tajne spotkanie prezesa NIK Mariana Banasia z szefem klubu parlamentarnego PiS i wicemarszałkiem Sejmu Ryszardem Terleckim. Jak ustalił reporter RMF Mariusz Piekarski, spotkali się dziś po południu w budynku Sejmu. Rozmowa trwała 20 minut. Obaj panowie zaprzeczają, by podczas rozmowy wicemarszałek Sejmu Ryszard Terlecki nakłaniał Mariana Banasia do rezygnacji z prezesury NIK.

>>>

PiS zmierza ku dyktaturze, władza wymyka się im z rąk. Kiedy Kaczyński i jego mafia pójdą siedzieć?

Kmicic z chesterfieldem

PiS złożył w Sądzie Najwyższym protest wyborczy i domaga się ponownego przeliczenia głosów w dwóch okręgach w wyborach do Senatu.

Wybory do Senatu były niezwykle zacięte. PiS będzie miał tam 49 senatorów, partie opozycyjne – 51. Różnica jest niewielka, więc od razu po wyborach partia Jarosława Kaczyńskiego zaczęła kusić senatorów opozycji. Na razie bezskutecznie. Teraz okazuje się, że walka o Senat przybrała także inną formę. Polska Agencja Prasowa poinformowała, że PiS złożył wniosek do Sądu Najwyższego o ponowne przeliczenie głosów w dwóch okręgach w wyborach do Senatu.

Zażarta walka pomiędzy trzema kandydatami

Protesty dotyczą okręgów nr 75 (Mysłowice i Tychy) oraz nr 100 (Koszalin). W koszalińskim okręgu wyborczym do końca trwała zażarta walka pomiędzy trzema kandydatami – ostatecznie zwyciężył tam Stanisław Gawłowski, poseł PO, z wynikiem 33,67 proc. Tuż za nim umiejscowił się Krzysztof Nieckarz z PiS z wynikiem 33,43 proc., a na trzecim miejscu niezależny Krzysztof Berezowski (32,90 proc.).

Różnica pomiędzy pierwszym…

View original post 4 939 słów więcej

 

Z PiS można było wygrać i należało

Wyraźnie daje się wyczuć kryzys PiS-u jako „wiodącej siły Narodu”. Natomiast musimy poczekać ze stwierdzeniem, że sytuacja zmieniła się radykalnie. Podstawowy fakt jest taki, że PiS dalej ma 235 głosów – tyle, ile miał. Jak widzieliśmy przez ostatnie 4 lata, to pozwoliło im, wbrew silnym protestom społecznym, podporządkować sobie TK, prokuraturę, w dużej mierze przeprowadzić zmiany upolityczniające wymiar sądowniczy i zmienić media publiczne w propagandową tubę – mówi dr Jacek Kucharczyk, prezes Instytutu Spraw Publicznych. Rozmawiamy o powyborczej rzeczywistości, ale też o możliwych scenariuszach na przyszłą kadencję. Pytamy też, jak na polityczną rzeczywistość może wpłynąć postawa szefa NIK. – Do tej pory ta „skuteczność” prezesa była istotnym motywem poparcia dla partii władzy. Teraz gdy prezes domaga się bezskutecznie dymisji od osoby, którą on sam na to stanowisko w państwie wstawił, jego autorytet zostanie nadwyrężony, co może zachęcić innych graczy w ramach obozu rządzącego do silniejszego stawiania się prezesowi – mówi

JUSTYNA KOĆ: Mimo że PiS wybory do Sejmu wygrał, to sytuacja tej partii w tym rozdaniu zmieniła się radykalnie?

JACEK KUCHARCZYK: Wyraźnie daje się wyczuć kryzys PiS-u jako „wiodącej siły Narodu”. Natomiast musimy poczekać ze stwierdzeniem, że sytuacja zmieniła się radykalnie. Jestem sceptyczny co do tego stwierdzenia, bo wcześniejsze kryzysy, które sam uważałem za potencjalne game changery, jak dwie wieże czy sprawa „pancernego Mariana”, nie zmieniały sytuacji.

Podstawowy fakt jest taki, że PiS dalej ma 235 głosów – tyle, ile miał. Jak widzieliśmy przez ostatnie 4 lata, to pozwoliło im, wbrew silnym protestom społecznym, podporządkować sobie TK, prokuraturę, w dużej mierze przeprowadzić zmiany upolityczniające wymiar sądowniczy i zmienić media publiczne w propagandową tubę.

NAPIĘCIA W PIS SĄ WIDOCZNE GOŁYM OKIEM – SŁABY WYNIK W SENACIE I BRAK WIĘKSZOŚCI SEJMOWEJ POZWALAJĄCEJ NA ZMIANĘ KONSTYTUCJI, NA CO BYŁ APETYT. BRAK TEŻ WIĘKSZOŚCI POZWALAJĄCEJ NA ODRZUCENIE PREZYDENCKIEGO WETA, CO JEST WAŻNE W ŚWIETLE NADCHODZĄCYCH WYBORÓW. WAŻNE SĄ LICZBY – PRAWIE 9 MLN DLA DEMOKRATYCZNEJ OPOZYCJI I 8 MLN DLA PIS-U.

W samym PiS-ie czy raczej Zjednoczonej Prawicy też mamy napięcia wewnętrzne. To de facto koalicja 3 partii, z których dwie mniejsze odniosły względny sukces i mogą sprawić Kaczyńskiemu wiele kłopotów.

Obaj koalicjanci – Gowin i Ziobro – widząc swoją silniejszą pozycję licytują wyżej. A bez tych partii PiS traci większość. To zachwieje monolitem na prawicy?
PiS traci większość bez tych partii i to jest niewątpliwie kłopot dla Kaczyńskiego, bo wobec nowego układu sił będą żądać dla siebie coraz więcej. Ziobro już teraz ma silną pozycję, bo kontrolując prokuraturę, już ma w ręku losy śledztwa w sprawie dwóch wież, czyli w zasadzie ma też mocne argumenty w stosunku do samego prezesa. Gowin z kolei może kwestionować PiS-owską politykę socjalną, a jak wiemy, sukces PiS-u w dużej mierze oparty jest właśnie na transferach socjalnych, na które teraz potrzeba pieniędzy, na przykład od przedsiębiorców, których Gowin chce bronić przed wzrostem danin.

Trzeba zauważyć jednak, że z drugiej strony to hipotetyczne wyjście Gowina nie spowoduje, że pojawi się alternatywa dla rządów PiS-u. Trudno mi sobie wyobrazić większość parlamentarną z Lewicą, PSL-em i Gowinem. Opozycja jest zbyt pluralistyczna, żeby w tej chwili stworzyć realną większość rządzącą z uciekinierami ze Zjednoczonej Prawicy. W najlepszym przypadku możemy mieć więc do czynienia z pęknięciem w obozie władzy, co być może w jakimś momencie doprowadzi do przyśpieszonych wyborów parlamentarnych.

MOŻNA TEŻ SOBIE WYOBRAZIĆ, ŻE PO PRZEGRANYCH PRZEZ PRAWICĘ WYBORACH PREZYDENCKICH DOJDZIE DO ROZŁAMU.

Ziobro i Gowin to nie jedyne problemy Kaczyńskiego. Kolejnym jest Marian Banaś, który wbrew prezesowi pozostaje na stanowisku szefa NIK-u i zaczyna pracę. To duży problem dla prezesa?
To poważna prestiżowa porażka. Ja bym zaczekał jednak, aby zobaczyć, jaki będzie wpływ na opinię publiczną tego nieposłuszeństwa pancernego Mariana. Ta sytuacja może też uruchomić dalsze procesy dekompozycyjne władzy, np. konflikty służb specjalnych, o których się teraz mówi. Jednak w czasie wyborów afera Banasia PiS-owi nie zaszkodziła i być może PiS połknie tę żabę i przejdzie nad szefowaniem Banasia w NIK do porządku dziennego. To będzie oczywiście kolec, który będzie uwierał, ale niekoniecznie musi wywołać jakiś głębszy kryzys poparcia dla władzy.

PiS nieraz wychodził z poważnych kryzysów obronną ręką. Już słyszymy pana Brudzińskiego, że Banaś nie był z PiS-u, co oczywiście może wydawać się śmieszne, ale do tej pory ta strategia rozbrajania przez zaprzeczanie oczywistościom była dla tej partii skuteczna.

Czy to jednak nie podkopie pozycji Kaczyńskiego? Do tej pory zawsze jak wkraczał prezes, to wszyscy kładli po sobie uszy. Był wodzem, który w razie potrzeby doprowadzał do porządku „rozhulanych bojarów”, a tu nagle któryś z nich jawnie pokazał prezesowi gest Kozakiewicza.
Tu zgadzam się, że to może okazać się wizerunkowym problemem nie tylko PiS-u, ale i samego Kaczyńskiego. Do tej pory ta „skuteczność” prezesa była istotnym motywem poparcia dla partii władzy. Teraz gdy prezes domaga się bezskutecznie dymisji od osoby, którą on sam na to stanowisko w państwie wstawił, jego autorytet zostanie nadwyrężony, co może zachęcić innych graczy w ramach obozu rządzącego do silniejszego stawiania się prezesowi. Jak wspomnieliśmy, takich

GRACZY, KTÓRZY MOGĄ PRÓBOWAĆ SIĘ USAMODZIELNIĆ, JEST CO NAJMNIEJ KILKU. TO ZIOBRO, GOWIN, ALE I BYĆ MOŻE MORAWIECKI CZY MACIEREWICZ, KTÓREGO WYNIK WYBORCZY TEŻ WZMOCNIŁ I KTÓRY NIEKONIECZNIE W KAŻDEJ KWESTII BĘDZIE SZEDŁ NA SZNURKU PREZESA.

Opozycja też ma swoje kłopoty. W PO toczy się debata nad przywództwem Schetyny, w Senacie z kolei widać już tarcia co do wyboru marszałka. Czy opozycja nie zmarnuje tego zwycięstwa?
Niewątpliwie jest problem na opozycji. Wynik KO jest rozczarowujący, nawet w świetle celów, które stawiał sobie sam Grzegorz Schetyna, czyli zdobycia co najmniej 30 procent głosów. Koalicja dostała mniej mandatów, niż w bardzo trudnym roku 2015, a to znaczący sygnał. Gdy patrzy się na nowych pozyskanych wyborców, to z całej opozycyjnej trójcy KO wypadła najsłabiej, czyli najmniej wykorzystała wysoką frekwencje wyborczą. To poważny problem, bo jednocześnie KO czy PO pozostaje największą siłą opozycyjną i na niej spoczywa de facto odpowiedzialność nie tylko za własny los, ale także – nie waham się powiedzieć – polskiej demokracji. Słaba KO to przedłużenie rządów PiS przez braku realnej alternatywy. Jest pytanie o wizerunek, o dalsze przywództwo i o jasny klarowny program. Sporo już powiedziano o słabości programu KO, o zmienianiu haseł w trakcie kampanii oraz o tym, że bardzo dobry ruch z nominowaniem Kidawy-Błońskiej przyszedł zbyt późno i nie był konsekwentnie realizowany. Wiele osób miało problem ze zrozumieniem, jaka faktyczna zmiana idzie za tą nową twarzą.

JA NIE WIDZĘ ALTERNATYWY DLA KOALICJI JAKO WIODĄCEJ SIŁY OPOZYCYJNEJ, ALE JEDNOCZEŚNIE JAKO NA NAJWIĘKSZYM UGRUPOWANIU SPOCZYWA NA NIEJ NAJWIĘKSZA ODPOWIEDZIALNOŚĆ ZA LOSY DEMOKRATYCZNEJ OPOZYCJI.

Czy opozycja dogada się w sprawie wyboru marszałka?
Sytuacja, kiedy są inne od KO, niezależne podmioty w opozycji wymaga zupełnie innego podejścia, opartego na dialogu. Senat to wyzwanie. Dla mnie Bogdan Borusewicz jest oczywistym kandydatem ze względu na staż w Senacie i jego przeszłość polityczną, ale to nie jest oczywiste dla innych sił politycznych na opozycji i o tym trzeba z nimi rozmawiać. Nie wolno postawić wszystkich senatorów i sił politycznych przed ultimatum. Tu potrzebny jest kompromis.

Martwi mnie też to, że KO wciąż nie jest w stanie znaleźć swojego języka w kwestii wartości w polityce. PiS zrobił z kwestii wartości młot na opozycję, mam na myśli retorykę obrony rodziny, polskości i Kościoła. Co ważne, badania pokazują, że społeczeństwo robi się coraz bardziej otwarte w tych sprawach, czyli ewoluuje w kierunku dokładnie odwrotnym, niż PiS chce nas popychać.

Z badań, które robiliśmy w Instytucie w ramach międzynarodowego projektu Voices on Values (http://voicesonvalues.dpart.org), wynika, że

W POLSCE (PODOBNIE JAK W INNYCH KRAJACH) JEST DUŻA GRUPA OSÓB, KTÓRYM BLISKIE SĄ ZARÓWNO WARTOŚCI SPOŁECZEŃSTWA OTWARTEGO, JAK I ZAMKNIĘTEGO. ONI PO CZĘŚCI PODZIELAJĄ WARTOŚCI, KTÓRE PROMUJE PIS, A PO CZĘŚCI WARTOŚCI LIBERALNE. TA GRUPA JEST DO WZIĘCIA, TYLKO TRZEBA MÓWIĆ DO NICH JASNO O TYCH WARTOŚCIACH, A NIE UCIEKAĆ OD DYSKUSJI.

Nie wolno mówić, że edukacja seksualna, prawa mniejszości seksualnych czy aborcja to tematy zastępcze. Trzeba o tym wprost mówić do swoich i potencjalnych wyborców. Same elektoraty KO i Lewicy są pod względem wartości społecznych do siebie zbliżone i różnią się od wyborców PiS.

Moim zdaniem, większość wyborców KO jest o wiele bardziej liberalna, niż byśmy mogli przypuścić ze stwierdzeń polityków koalicji czy składu list wyborczych, na których znalazło się szereg bardzo konserwatywnych osób. Ucieczka od zajęcia jasnego stanowiska w takich kwestiach, chociażby poprzez wyjmowanie kart do głosowania przy tej absurdalnej uchwale o tym, jak to prześladuje się w Polsce Kościół katolicki, jest oddawaniem pola PiS-owi. Tutaj opozycja musi znaleźć własny język i mówić wyraźnie o wartościach, a nie rejterować czy „małpować” Kaczyńskiego, próbując pozyskać wyborców, mówiąc jego językiem. To już, moim zdaniem, jest grzech śmiertelny, bo się w ten sposób jedynie uwiarygadnia tę reakcyjną narrację PiS-u.

Więcej >>>

Dla Polski w czasie zarazy PiS nie jest groźny symetryzm, ale dupowatość.

Kmicic z chesterfieldem

„Mamy takiego swojego Jankowskiego teraz, w naszych czasach” – oznajmiła na antenie TOK FM posłanka opozycji Joanna Scheuring-Wielgus w rozmowie Piotrem Kraśko. – „To jest ksiądz Dymer ze Szczecina, który ma powiązania ze wszystkimi politykami, od prawa po Platformę Obywatelską, a który robi rzeczy niewyobrażalne, jeśli chodzi o przestępstwa seksualne. Jest cały czas kryty przez władzę, przez polityków, przez biznesmenów ze Szczecina. Musimy o tym mówić” – oświadczyła.

O duchownym pisała także szczecińska „Gazeta Wyborcza”, ujawniając, że prokuratura wszczynała śledztwa dwukrotnie. Oba zostały umorzone. Także kilkuletni proces, do którego w końcu doszło, zakończył się uniewinnieniem duchownego.

Polityczka zapowiedziała, że w tej sytuacji powoła zespół parlamentarny, który będzie zajmować się Kościołem. – „Mogę zagwarantować, że to będzie jeden z głównych tematów, którymi się zajmę” – zapewniła.

Przy okazji nawiązała do toczącej się obecnie w Sejmie debaty na temat edukacji seksualnej, zwracając uwagę

To ona apelowała w Sejmie, by odrzucić obywatelski projekt…

View original post 2 064 słowa więcej

 

Ocipieć

Hanna Zdanowska kandydatką na wybory prezydenckie 2020? Z otoczenia prezydent Łodzi dochodzą sygnały świadczące o tym, że to niekoniecznie czcze spekulacje. Wiadomo też, kogo prezydent Łodzi poprze w wyborach na szefa PO.

– Wynik Hanny Zdanowskiej w Łodzi to był spektakularny sukces i wyobrażam sobie, że ona mogłaby być liderką, która zmierzy się w pojedynku z Andrzejem Dudą – powiedział w rozmowie z „Wyborczą” Błażej Lenkowski, politolog, prezes Fundacji Liberté!, a także współorganizator Igrzysk Wolności.

Mówiąc o spektakularnym sukcesie, Lenkowski miał na myśli 70-procentowe zwycięstwo, które Zdanowska odniosła w wyborach samorządowych nad kontrkandydatem z PiS – posłem Waldemarem Budą. Według Lenkowskiego kandydatura Zdanowskiej na prezydenta RP miałaby być zasadna również z tego powodu, że prezydent Łodzi – miasta, które za jej rządów wydostało się z gospodarczej zapaści – udowodniła swoją zdolność również do rozwiązywania problemów społecznych, a w związku z tym do walki o nowy elektorat.

– To daje nadzieję na przyszłość i pokazuje, że potrafi się komunikować nie tylko z wąską grupą wyborców swojej partii – mówił Lenkowski.

Zdanowska bada grunt?

Wśród komentarzy internautów pod wspomnianym wywiadem przeważają reakcje negatywne. Z jednej strony, anonimowi czytelnicy wytykają Zdanowskiej brak osobistego zaangażowania w protesty w obronie praw kobiet i sądownictwa, przeciągające się remonty dróg w centrum miasta, czy brak charyzmy. Z drugiej strony, pod imieniem i nazwiskiem zwracają się do redakcji osoby, które w prezydent Zdanowskiej widziałyby kandydatkę na prezydenta RP. Wśród nich prof. Andrzej Piechocki, biolog związany z Uniwersytetem Łódzkim i Polską Akademią Nauk:

„Świetna kandydatka na stanowisko prezydenta Polski. Mądra, waleczna, nieustępliwa, rozumiejąca zarówno prostych ludzi, jak i intelektualistów oraz twórców związanych ze sztuką. Pod jej kierunkiem wrócilibyśmy na europejskie wody z ogromną szansą na zniwelowanie upadku w ostatnich czterech latach” – pisze Piechocki.

– Dużo mówi się w urzędzie miasta o tym, na ile to jest realne, ale wiadomo, że taki pomysł był.

Myślę, że Hanna Zdanowska starała się wybadać atmosferę wokół swojej ewentualnej kandydatury, ale plany pokrzyżowała jej Kidawa-Błońska

– mówi nam osoba z otoczenia prezydent Łodzi.

Małgorzata Kidawa-Błońska, startując w ostatnich wyborach parlamentarnych z pierwszego miejsca KO w Warszawie, zdobyła ponad 416 tys. głosów, co było najlepszym wynikiem w kraju. Spekulując na temat tego, kto miałby być kandydatem lub kandydatką na prezydenta RP, Lenkowski wskazywał, że wiele zależy od wyników wyborów parlamentarnych. Zakładał przy tym, że Kidawa-Błońska – którą w minionej kampanii wyborczej KO prezentowało jako potencjalną premier – byłaby naturalną kandydatką na prezydentkę wówczas, gdyby KO odniosła sukces. Wynik jest jednak dość daleki od oczekiwań, w związku z czym w szeregach koalicji pojawił się postulat zmiany przywództwa. Nie jest jednak jasne, czy pozbawienie Grzegorza Schetyny przewodnictwa w KO nie będzie jednoznaczne z rezygnacją z proponowanego przez niego kandydata na prezydenta, którym – według nieoficjalnych informacji – miałaby być Kidawa-Błońska.

Jasne jest jedno – i potwierdzają to liczne głosy z Piotrkowskiej 104. Mianowicie to, że w nadciągających wyborach na szefa PO Zdanowska nie poprze Schetyny.

Zmiana w PO – albo poza nią

Zdecydowanie trudniej odpowiedzieć na pytanie, kogo prezydent Łodzi poprze w zamian. Formę legendy miejskiej ma w Łodzi teoria o bliskich politycznych kontaktach Zdanowskiej z Tuskiem, który miałby być cichym zwolennikiem jej kandydatury na prezydenta RP. Cały czas żywe są też pogłoski o tym, że Tusk – który z obaw przed dużym elektoratem negatywnym sam raczej nie wystartuje w wyborach prezydenckich – miałby próbować tworzyć stronnictwo oparte o wpływowych politycznie samorządowcach.

Przed wyborami europejskimi mówiło się nawet o nowym ugrupowaniu o roboczej nazwie „Ruch 4 czerwca”, którego powstanie miałoby zostać ogłoszone przy okazji 30. rocznicy pierwszych wyborów. 4 czerwca 2019 jednak minął, a nowego ugrupowania wciąż nie ma, dlatego coraz bardziej prawdopodobny wydaje się scenariusz, według którego nowe stronnictwo zaplanowano pod kątem odnowy wewnątrz Platformy (a więc również Koalicji) Obywatelskiej.

– Scenariusz najlepszy z perspektywy łódzkiej byłby taki, że albo Rafał Trzaskowski, albo Borys Budka przejmują władzę w PO, a partia się zmienia.

Po pierwsze, cały „dwór Schetyny” idzie w odstawkę, po drugie, mocniej angażujemy w partię samorządowców i eksponujemy nowe twarze, których w Sejmie kilka teraz jest – mówi członek łódzkiej PO.

Spośród dwóch wspomnianych powyżej kandydatów Zdanowska bardziej miałaby się skłaniać ku Trzaskowskiemu, ceniąc sobie jego perspektywę samorządowca. Odnowę Platformy mieliby jednak przeprowadzać również samorządowcy, których Zdanowska chciałaby wciągnąć z powrotem do partii: prezydent Sopotu Jacek Karnowski (poza PO od 2008 roku), czy Aleksandra Dulkiewicz, prezydent Gdańska (poza PO od roku 2018). Swego czasu mówiło się o konflikcie pomiędzy Zdanowską a Dulkiewicz, która nie poparła prezydent Łodzi w wyborach na prezesa Unii Metropolii Polskich (został nim Tadeusz Truskolaski – prezydent Białegostoku).

– Może źle się ta relacja zaczęła, ale nie traktujemy Dulkiewicz jako politycznej konkurentki. Gdańsk jest na to zbyt daleko od Łodzi – słyszymy w odpowiedzi.

Osoba z politycznego zaplecza Zdanowskiej dodaje jednak, że jeśli odnowy PO nie uda się przeprowadzić, to prawdopodobnie prezydent Łodzi wystąpi z partii. Ważnym bodźcem ku temu byłoby utrzymanie władzy w PO przez Schetynę, co do którego istnieje obawa, że będzie próbował zmarginalizować pozycję Zdanowskiej – w ramach zemsty za zachowanie prezydent Łodzi w ostatniej kampanii wyborczej. Przypomnijmy, że prezydent Łodzi po ogłoszeniu wyborczych list ostentacyjnie odeszła ze sztabu KO, a potem poparła Tomasza Trelę, startującego z SLD, oraz Krzysztofa Kwiatkowskiego, rywala Małgorzaty Niewiadomskiej-Cudak – kandydatki uzgodnionej w ramach paktu senackiego opozycji.

Hanna Zdanowska: Nigdy nie mówić „nigdy”

Czy liczne w kampanii wyborczej zawoalowane ataki na Schetynę nie oznaczają jednak, że Zdanowska sama rozważa kandydaturę na szefową PO?

– Nie połączę tych dwóch funkcji [prezydenta miasta i szefowej PO], a obecna jest dla mnie ważniejsza

– odpowiada Zdanowska, co zdaniem ważnego łódzkiego działacza PO oznacza, że nie będzie kandydować na 98 procent.

W porównaniu z kategoryczną (na 98 proc.) odmową w powyższej sprawie znacznie mniej jednoznaczna wydaje się odpowiedź prezydent na pytanie o jej ewentualny start w wyborach prezydenckich. Wśród jej stronników opinie na temat tego, czy kwestia może być aktualna, również są podzielone. Często słychać stwierdzenia, że Zdanowska nie ryzykowałaby porażki – zwłaszcza że nowa ordynacja wyborcza przyjęta w zeszłym roku przez rząd PiS pozwala jej ubiegać się o fotel prezydenta miasta po raz czwarty (dwukadencyjność nie działa wstecz – liczy się ją od jesieni 2018).

Zapytana o ewentualny start w wyborach na prezydenta RP, Zdanowska najpierw dziwi się, że spekulacje jeszcze się nie skończyły i zapewnia, że dla niej najważniejsza jest Łódź. Dodaje jednak, że kandydatów może być wielu, więc może nie najgorszym rozwiązaniem byłyby prawybory wśród kandydatów opozycji. Czy sama wzięłaby w nich udział? Odpowiada, że w polityce nigdy nie wolno mówić nigdy…

Można ocipieć!

Kmicic z chesterfieldem

Dzisiaj mija 2 rocznica jak pod Pałacem Kultury w Warszawie podpalił się w akcie protestu przeciw polityce PIS Piotr Szczęsny – szary człowiek, który kochał wolność ponad wszystko. Trzeba pamiętać o tym wydarzeniu, dlatego przypominam jego list – testament.

Patriotyczni eksperci od turystyki i krajoznawstwa oferują Oldze Tokarczuk atrakcyjne destynacje.

Ze współczuciem trzeba przyznać, że Akademia Szwedzka sprawiła Oldze Tokarczuk wielki problem. Laureatka Nagrody Nobla musi sobie teraz łamać głowę, jaki kraj jako miejsce osiedlenia wybrać. Rodacy, którzy wpisują się na forach internetowych, życzliwie podsuwają jej niezliczone pomysły. Warto kilka wymienić, z szacunku zachowując oryginalną pisownię komentatorów portalu tygodnika „Sieci”.

„Jedź do iSSraela. Idealne państwo dla bydła antypolskiego”.

„Wracaj na Wzgórza Golan”.

„i ona ma taką nagrodę może powinna wyprowadzić się do niemiec”

„Proponuję wyjazd na Krym”.

„Proponuję wyjazd do KRLD”.

„Wyjazd do państw arabskich”.

Propozycji jest tak dużo, że niektórym osobom trudno coś nowego wymyślić. Stąd i taki kategoryczny…

View original post 5 180 słów więcej

 

Zemsta Kaczyńskiego będzie wielka

Dostali kupę kasy, a nie zagłosowali na PiS. Szczególnie niewdzięczni okazali się warszawiacy.

Jarosław Kaczyński jest lekko rozczarowany Polakami. W wieczór wyborczy powiedział: „Otrzymaliśmy dużo, ale zasługujemy na więcej”. A tu tylko 235 mandatów. Prezes z budżetu państwa, czyli naszych podatków, dał Polakom wiele – po 500 złotych na pierwsze dziecko i każde następne, 300 złotych wyprawki szkolnej, trzynastą emeryturę i pod koniec kampanii obiecał czternastą, ulgi podatkowe dla młodych ludzi. Czy taki socjal nie zasługuje na większość konstytucyjną?

Szczególnie niewdzięczni są warszawiacy, którzy znokautowali Kaczyńskiego. Małgorzata Kidawa-Błońska zdobyła prawie dwukrotnie więcej głosów niż on. Dobrze, że Schetyna oprzytomniał i nie kandydował z Warszawy.

Kaczyński stwierdził, że był potężny front przeciwko jego ugrupowaniu. Oczywiście, gdyby nie te wstrętne media, to świat nie dowiedziałby się o podejrzanych oświadczeniach majątkowych szefa NIK, o jego kontaktach z gangsterami, bo przecież mamy tak sprawne służby i prokuraturę, że przez lata działalność szefa NIK, a przedtem wiceministra finansów mogła uchodzić płazem.

To skandal, że opozycja dopuściła do tego, że na ostatniej prostej Banaś przy pomocy parlamentarzystów z PiS wyrzucił trzech wiceszefów NIK. Grzegorz Schetyna powinien razem ze swoim ugrupowaniem stanąć murem w obronie urzędników. Być może m.in. za to został ukarany sromotną porażką w rodzimym mieście, w którym zdobył o 25 tys. mniej głosów od konkurentki z PiS. Powinien czym prędzej posypać głowę popiołem i odejść z funkcji. Ale oczywiście, jak to w Platformie, wszystko się toczy powoli, będzie grillowany do stycznia, bo wtedy mają nastąpić wybory.

Schetyna chce się schować za Senatem, w którym opozycja zdobyła 51 mandatów. Zamiast rozdawać karty i mówić, kto ma zostać marszałkiem Senatu, powinien się zastanowić nad samym sobą. Nie ma czasu na zwlekanie.

I nie ma czasu, by czekać, aż Donald Tusk 2 grudnia, gdy kończy się jego kadencja szefa Rady Europejskiej, zadecyduje, co będzie robić dalej. Opozycja powinna rozpocząć wyścig o fotel prezydencki już dziś.

A co się stanie z Senatem? Wkrótce przekonamy się, jakie są kręgosłupy moralne wybrańców. PiS ma duży talent w podkupywaniu posłów. Czy to się uda z senatorami? Zobaczymy. Prof. Tomasz Grodzki już dostał propozycję, jak to określił, wynajęcia się do rządu PiS i powiedział „nie”.

Senat będzie mógł powstrzymywać zapędy polityków PiS w produkowaniu bubli. Skończy się maszynka do głosowania pod wodzą marszałka Stanisława Karczewskiego? Zobaczymy.

A co się stanie z Senatem? Wkrótce przekonamy się, jakie są kręgosłupy moralne wybrańców. PiS ma duży talent w podkupywaniu posłów. Czy to się uda z senatorami? Zobaczymy. Prof. Tomasz Grodzki już dostał propozycję, jak to określił, wynajęcia się do rządu PiS i powiedział „nie”.

Kmicic z chesterfieldem

BEATA I MAŁOLATA

Jeśli matka powie swojej 17-letniej córce o tym, co to jest prezerwatywa i że niekoniecznie używa się jej podczas balu maskowego, może dostać pięć lat więzienia. Takie kary za „edukację seksualną skierowaną do osoby poniżej 18 roku życia” przewiduje popierany przez PiS projekt, fałszywie przedstawiany jako oręż do „walki z pedofilią”.

Ciekawe, co na ten temat powie Beata „Brocha” Szydło, której syn ksiądz, jak głosi internetowa „wieść gminna”, uwiódł 16-letnią parafiankę i zrobił jej dzidziusia?

W rodzinie Szydło pewne zamieszanie, ale przecież z księdzem to nie grzech, a poza tym jaka radość, bo w Brzeszczach urodzi się kolejny wyborca PiS! Może Prezes, dla ocieplenia swego wizerunku zgodzi się być matką chrzestną potomstwa?

JANUSZ W RUI

Zakała polskiej polityki Janusz Korwin Mikke, po latach wraca do parlamentu i to w otoczeniu dziarskiej młodzieży. Gdy po ogłoszeniu wyników wyborów TVN nadawał relacje z siedziby Konfederacji, byłem przekonany, że to…

View original post 2 213 słów więcej