Dudę już nie da się resocjalizować, musi ponieść karę za zbrodnię na Konstytucji RP

Andrzej Duda wcale nie ma dobrej pozycji do reelekcji. Dużo gorszą niż Bronisław Komorowski w tym samym analogicznym czasie.

Dobra kampania wyborcza Małgorzaty Kidawy-Błońskiej, i będziemy mieli nowego prezydenta, a Dudę musi czekać Trybunał Stanu. Kilka razy złamał Konstytucję, niech go następnie złamią współwięźniowie w celi.

Dudę już nie da się resocjalizować, musi tylko ponieść karę za zbrodnię na Konstytucji RP.

Wnikliwa analiza sondaży przeprowadzona przez Piotra Pacewicza – czytaj tutaj >>>

Z kolei Marcin Zegadło uważa, że Duda podpisze każdą ustawę demolującą sądownictwo, bo w jego interesie jest paraliż państwa.

Esej Zegadły tutaj >>>

 

Kmicic z chesterfieldem

Zawłaszczanie państwa, zaprowadzanie bezprawie – tak wygląda dzisiaj Polska, państwo mafijne.

Niby to wiemy, ale nie uzmysławiamy. Ogromna większość publicystów i dziennikarzy do opisu tego, co się dzieje używa niewłaściwego języka, bowiem zajmuje się tylko wycinkowym problemem, a nie kontekstem.

Polska jest już zmarginalizowana w Unii Europejskiej, nawet gdyby opozycja wygrała, bądź Małgorzata Kidawa-Błońska wygrała starcie z Andrzejem Dudą, wcale nie będzie to wszystko łatwo odkręcić.

Na miejsce Polski wchodzą inne państwa, a wewnątrz kraju zaprowadzając porządek, nie można wszak uciec się do skrótów, prawo ma być prawem. To jest ta słabość liberalizmu wobec autorytaryzmu. Prawo kontra zamordyzm.

Kaczyński mimo że przegra, nie pogodzi się, sfałszuje wybory, a nawet mimo protestów społeczeństwa obywatelskiego wyśle na ulice szwadrony służb i organizacji paramilitarnych (WOT), które łatwo mogą się zmienić w szwadrony śmierci.

Nie potrzeba nazistów, komunistów, mamy pisizm, który jest dwa w jednym. Tak wyhodowaliśmy wroga wewnątrz Polski.

Z prawem PiS czyni…

View original post 438 słów więcej

 

Porażka PiS w Brukseli ws. pomówień Putina

Polska dyplomacja ponosi właśnie kolejną klęskę. Media donoszą, że nie będzie na razie oświadczenia szefowej Komisji Europejskiej Ursuli von der Leyen ani szefa Rady Europejskiej Charlesa Michela w sprawie niedawnej, niesławnej wypowiedzi prezydenta Rosji Władimira Putina. Polityk z Kremla twierdzi, że II wojna światowa wybuchła przez Polskę.
Kiedy i kto?

Już sama data wybuchu II wojny światowej budzi kontrowersje. Według historiografii USA rozpoczęła się ona dopiero w momencie ataku na Pearl Harbour i przystąpienia do konfliktu północnoamerykańskiego mocarstwa (nietrudno znaleźć w tym rozumowaniu pewną logikę). Inni dopatrują się początków jeszcze w walkach radziecko-japońskich wiosną 1939 r. To jedna sprawa. Które zaś państwo jest odpowiedzialne za tą globalną tragedię?

To dobre pytanie. Słynny – ale też kontrowersyjny – “Raport Hossbacha” sugeruje, że III Rzesza planowała działania zbrojne już na dwa lata przed atakiem na nasz kraj. Niektórzy historycy (np. prof. Paweł Wieczorkiewicz) dopatrują się sporej winy też w ZSRR i… Wielkiej Brytanii. To samo sugeruje Piotr Zychowicz, który pokazuje w swojej książce “Pakt Ribbentrop-Beck”, że zachodnie dyplomacje niejako wmanewrowały nas w wojnę.

Nie można zapominać, że II wojna światowa – podobnie jak I-sza – była efektem konfliktu interesów, jaki zapanował na świecie w latach 30. Polska zaś była tylko pionkiem na tej szachownicy.

Bruksela nie chce umierać na Polskę

“Bruksela nie chce drażnić Rosji” – nieoficjalnie przyznał w rozmowie z RMF FM  jeden z ważnych unijnych dyplomatów.  “Mamy kwestię Ukrainy, Syrii, teraz Libii, czyli zbyt wiele napiętych spraw z Rosją by w tym momencie polemizować jeszcze o historii” – dodał.

Innymi słowy, Polska ma nadal na tyle słabą pozycję w UE, że nikt nie zamierza jej bronić. Tym bardziej, że – jak także powiedział wspomniany polityk – “formalnie Putin nie atakuje Unii”, ale jednego z jej członków.

“Putin nie atakuje Francji, nie atakuje Macrona, nie atakuje Niemiec, tylko atakuje członka  Unii, który teoretycznie powinien być ze względu na swoje miejsce geopolityczne ważnym członkiem Unii, ale dzisiaj nie pełni roli ważnego kraju” – tłumaczył dyplomata.

Rosja jest zbyt dużym graczem pod kątem gospodarczym, by z nim zadzierać. To jasne. Polska z kolei – na spółkę z Węgrami – tworzy w UE obóz dość kłopotliwy dla Niemiec i Francji. Nie można się więc dziwić, że wiodące państwa w Brukseli nie chcą teraz wstawiać się za nami i naciskać na Kreml na prostowanie słów Putina.

W labiryncie

Polska dyplomacja musi w końcu zastanowić się nad swoimi priorytetami. Stawianie w kontrze do UE i zarazem Rosji nie jest dobrym pomysłem. Szukanie zaś sojuszników za oceanem nie jest najszczęśliwszym pomysłem. Czerpmy naukę właśnie z 1939 r.

Więcej >>>

Kmicic z chesterfieldem

Politycy PiS, a za nimi TVP, nie przestają mówić o socjalnych osiągnięciach rządu – to ma być wciąż jeden z filarów „dobrej zmiany”. Ale czy faktycznie jest się czym chwalić? 2019 rok przyniósł trzy zaniechania w polityce PiS, które uderzają w biednych

Pierwsze 3 lata rządów PiS w polityce społecznej przynajmniej pod jednym względem były przełomowe: żaden z poprzednich rządów nie umieścił “socjalu” w centrum swojej opowieści politycznej.

Tymczasem “rodzina 500 plus” zdominowała debatę w Polsce, dziwnie mieszając się przy tym z kwestią praworządności. Choć politycy głównych partii opozycji zaakceptowali program, a przynajmniej nauczyli się nie potępiać go w czambuł, to część ich wyborców niezmiennie jest zdania, że polska demokracja została “sprzedana za 500 plus”, a transakcji dokonali wyborcy PiS.

Władza przy pomocy TVP wykorzystuje te emocje, strasząc, że rządy opozycji oznaczają odebranie zdobyczy socjalnych ostatnich lat: wysokiego świadczenia na każde dziecko i niższego wieku emerytalnego. W tej opowieści rządy…

View original post 1 070 słów więcej

 

Z Dudą można wygrać i trzeba. Prawdopodobnie dokona tego Małgorzata Kidawa-Błońska

Jarosław Kaczyński buduje IX RP, czyli III RP do kwadratu – wszystko będzie tak samo jak do tej pory, tylko bardziej: większe kombinatorstwo i kombinacje z instytucjami, większe obietnice i kto wie, może i szybsze zwroty akcji. Widać, że od wiosny, kiedy PiS uzyskał świetny wynik, partii rządzącej nie idzie coraz lepiej – mówi prof. Jarosław Flis, socjolog z Uniwersytetu Jagiellońskiego. Rozmawiamy o rządzie, o roli Senatu, nowym marszałku i o wyborach prezydenckich. – Na dziś wygląda to tak, że kandydat PO zdobędzie najwięcej głosów, bo to partia, która istnieje 18 lat, zawsze była pierwsza albo druga. Musiałoby się zdarzyć coś naprawdę nieprawdopodobnego, np. PO musiałaby wystawić Magdalenę Ogórek, żeby nie wejść do II tury. Chociaż oczywiście w polskiej polityce wszystko się może zdarzyć – podkreśla

JUSTYNA KOĆ: W piątek prezydent zaprzysiągł nowy stary rząd Mateusza Morawieckiego. Co ciekawe, premier pełni też funkcję tymczasowego ministra sportu. Dziwne?

JAROSŁAW FLIS: Nie ma rzeczywiście żadnego zaskoczenia, przetasowania są chyba nawet mniejsze, niż przy powoływaniu drugiego rządu Donalda Tuska. Sprawa ministra sportu jest dość kuriozalna. Powszechnie wiadomo, jeżeli wierzyć, że minister Paruch jest osobą dobrze poinformowaną, a trudno to podważać, że

FUNKCJA MINISTRA SPORTU BYŁA ELEMENTEM ROZGRYWEK O SENAT I TO NIEUDANYCH. JUŻ SAMO PODEJMOWANIE TAKICH ROZGRYWEK NIE JEST POWODEM DO CHWAŁY, A JEŻELI JESZCZE NIE WYCHODZĄ, TO JUŻ W OGÓLE JAKIEŚ KURIOZUM. TO OCZYWIŚCIE NIE WYWRÓCI RZĄDU, ALE JEST NA PEWNO DODATKOWYM OBCIĄŻENIEM DO OGÓLNEGO BILANSU OSTATNICH WYDARZEŃ.

Widać też, że entuzjazm, gdy po raz pierwszy zdobędzie się władzę, jest dużo większy, niż gdy robi się to po raz drugi. Teoretycznie jest to trudniejsze, także patrząc na ostatnie ćwierćwiecze, gdzie przypadków oddawania władzy było znacznie więcej, niż jej zachowania. Chociażby z tego względu premier powinien bardziej się cieszyć, a przynajmniej to pokazywać.

Może rząd ma zbyt dużo zmartwień? Jeszcze kilka dni temu premier mówił w Sejmie: „Skarbiec jest pełny, ludzie mają pracę, granicę są bezpieczne”. Tak długo się chwalił, że aż marszałek Witek musiała mu przerywać. Teraz okazuje się, że skarbiec nie jest wcale pełen. Pomysł zniesienia limitu składek, podniesienie akcyzy do 10 proc. na alkohol i papierosy, 13. emerytura z funduszu niepełnosprawnych. Te ruchy pokazują prawdziwe kłopoty władzy?
Mamy pierwsze kłopoty rządzących i to też nie jest nowość. Znamy to z przeszłości. PO podwyższała wiek emerytalny, choć w kampanii zastrzegała się, że tego nie zrobi. Potem tłumaczyła, że to konieczne, ale koniec końców za to zapłaciła.

Teraz też PiS w kampanii opowiadał, że na wszystko jest, a jednak po wyborach okazało się, że niekoniecznie. Widać, że kampanię prowadzi się dużo łatwiej, niż później zarządza się państwem. Kampania wszystko przyjmie, a teraz trzeba się z tym naprawdę mierzyć.

JAK PATRZYMY NA DOŚWIADCZENIA PO, TO WŁAŚNIE TUŻ PO DRUGIM ZWYCIĘSTWIE TEFLON ZACZĄŁ SIĘ RYSOWAĆ. PIS POWINIEN WYCIĄGNĄĆ Z TEGO WNIOSKI. LECZ – JAK WIDAĆ – SŁODKI JEST TEN MIÓD I TA MUCHOŁAPKA DZIAŁA NA WSZYSTKICH. TRUDNO SIĘ OPRZEĆ POKUSIE, ŻEBY JESZCZE TROCHĘ OBIECAĆ, A POTEM SIĘ ZOBACZY. TYLKO ŻE POTEM TO JUŻ TAK ŁATWO NIE WYGLĄDA.

Mam jednak wrażenie, że w takiej skali takiej bezczelności jeszcze nie było. Ledwo co nowy Sejm się zebrał, a już mamy poselski projekt dotyczący zniesienia limitu składek. Pęka teflon?
Tu wszystko dzieje się bardziej. Jakiś czas temu sformułowałem tezę, że Jarosław Kaczyński buduje IX RP, czyli III RP do kwadratu, czyli wszystko będzie tak samo jak do tej pory, tylko bardziej, oczywiście po za tym, że teraz to „my” będziemy u władzy, a „wy” na aucie. To też jest jeden z elementów: większe kombinatorstwo i kombinacje z instytucjami, większe obietnice i kto wie, może i szybsze zwroty akcji. Widać, że od wiosny, kiedy PiS uzyskał świetny wynik, partii rządzącej nie idzie coraz lepiej.

Czy sprzeciw Jarosława Gowina może zachwiać rządem Morawieckiego?
Do tego jeszcze daleka droga, chociaż widać, że łatwo to już było. Teraz będzie już tylko trudniej.

Na ile istotny stał się teraz Senat?
To rzeczywiście nowość w polskiej polityce. Do tej pory Senat był na trzecim, jeżeli nie dalszym miejscu, bo chyba nawet samorządy wzbudzały większe zainteresowanie, niż wydarzenia w Senacie. Oczywiście te emocje, które wywoływały spekulacje, czy ktoś przejdzie na drugą stronę, też wzmogły to zainteresowanie. Ciekawe, że sondowany był sam senator Grodzki, aby przeszedł na stronę PiS za posadę ministra zdrowia. Spekulacje w sprawie podkupywania senatorów trafiły na istotną barierę i to najlepiej widać właśnie na przykładzie nowego marszałka.

PRZEJŚCIE NA DRUGĄ STRONĘ OZNACZAŁOBY, ŻE W PRZYSZŁOŚCI MUSIAŁBY SIĘ ON POŻEGNAĆ Z MANDATEM SENATORSKIM, BO PRAWDOPODOBIEŃSTWO, ŻE KANDYDAT PIS ZDOBĘDZIE MANDAT W SZCZECINIE SĄ TAKIE, JAK SZANSE, ŻE KANDYDAT KO ZDOBĘDZIE MANDAT NA PODHALU CZY PODKARPACIU.

Oczywiście jest to teoretycznie możliwe, ale raczej nikt na takim założeniu nie będzie budować swojej kariery politycznej. Tym bardziej, że lepiej być senatorem, który nagle zyskuje wielką wagę, bo Senat staje się ważny, niż kimś, kto powtarza przekazy dnia i klepie ustawy w środku nocy.

Jak bardzo Senat napsuje krwi PS-owi? Nie pytam tylko o spowolnienie procesu legislacyjnego, ale też np. o wezwanie szefa NIK-u Mariana Banasia przed komisję.
Tu wiele zależy od pomysłowości. Sam Banaś dostarcza powodów do tego, ale ważne jest jeszcze, jak zareagują na to media. I to nie media jednoznacznie opowiadające się po jednej czy drugiej stronie, ale te próbujące zachować dystans. Na przykładzie telewizji możemy powiedzieć, że nie to, jak zareaguje TVP Info czy TVN24, ale to, jak to będzie przedstawiał Polsat.

Potrzeba pomysłów, aby pozycję instytucji budować. Wiemy, że to takie proste nie jest, wystarczy spojrzeć na samorządy, które są jeszcze ważniejszą instytucją, niż Senat – tam są realne pieniądze i władza. Ale od czasu zeszłorocznych wyborów do mediów przebiło się niewiele spraw, a tak naprawdę to tylko awaria Czajki w Warszawie.

PROF. JAN ZIELONKA PRZYPOMNIAŁ OSTATNIO PORZEKADŁO TENISISTÓW: NIE MA TAKIEJ PIŁKI, KTÓREJ SIĘ NIE DA ZEPSUĆ. SENAT TO JEST BARDZO WYGODNA I DOBRA PIŁKA, KTÓRĄ OPOZYCJA DOSTAŁA, ALE TO NIE OZNACZA, ŻE NIE MOŻE JEJ ZEPSUĆ.

Jak ocenia pan pomysł, aby Tomasz Grodzki był kandydatem na prezydenta?
Wydaje mi się, że to nie jest realny pomysł, choć dobrze pokazuje przy okazji posuchę po stronie opozycji, więc i taki wariant można rozważyć. Jednak marszałek Grodzki to nie jest jakieś wunderwaffe, choć z drugiej strony innego nie widać. To jest ciężki temat dla PO i na pewno musi się tam rozstrzygnąć i to w najbliższym czasie.

Czyli pana zdaniem Małgorzata Kidawa-Błońska nie jest wunderwaffe?
Jej wynik w Warszawie, którym wszyscy się zachwycają, nie jest wcale taki spektakularny. W procentach głosów – nie jest to oczywiście najlepszy wskaźnik – zdobyła 71 proc. w obrębie listy PO. To jest mniej, niż Ewa Kopacz zdobyła 4 lata temu – 76 proc. Zatem jest porównywalną wunderwaffe do Ewy Kopacz, ale zobaczymy, co się zdarzy. Andrzej Duda też nie był zwalającym z nóg kandydatem, a jednak Bronisława Komorowskiego pokonał. Gdy teraz spojrzymy na wpadki prezydenta, chociażby z referendum, to wiadomo, że nie trzeba być jakimś super geniuszem, aby go pokonać, bo ma rozliczne słabości.

A Szymon Hołownia na prezydenta?
Jak wystartowałby w prawyborach i je wygrał, to byłoby to duże zaskoczenie.  To jest jednak mało prawdopodobne. Oczywiście takie rzeczy się zdarzały – na przykład na Słowacji z prezydentem Andrejem Kiską. Jednak przyczyną było to, że tam scena polityczna poszła w kompletne drzazgi. Nasza scena polityczna akurat się pięknie poukładała.

Na dziś wygląda to tak, że kandydat PO zdobędzie najwięcej głosów, bo to partia, która istnieje 18 lat, zawsze była pierwsza albo druga. Musiałoby się zdarzyć coś naprawdę nieprawdopodobnego, np.

PO MUSIAŁABY WYSTAWIĆ MAGDALENĘ OGÓREK, ŻEBY NIE WEJŚĆ DO II TURY.

Chociaż oczywiście w polskiej polityce wszystko się może zdarzyć. Leszek Miller forsując nikomu nieznaną kandydatkę też zrobił coś, co wszystkich zaskoczyło. Nie sądzę jednak, by ktoś chciał spróbować zrobić coś podobnego raz jeszcze.

Trzaskowski: Nie będę startował na kandydata opozycji w wyborach prezydenckich. Myślę, że największe szanse ma Kidawa-Błońska

– Ja się koncentruję na Warszawie od wielu, wielu miesięcy. O tym mówiłem. W związku z tym ja nie będę startował na kandydata opozycji w tych wyborach [prezydenckich] – mówił Rafał Trzaskowski w rozmowie z Grzegorzem Kajdanowiczem w „Faktach po faktach” TVN24.

– My musimy te wybory wygrać. Rzeczywiście jest parę osób po stronie opozycyjnej, które mają na to szansę. Myślę, że największe szanse ma Kidawa-Błońska – dodał prezydent Warszawy.

Więcej >>>

Pisowska smuta ma już wyznaczony koniec, ale czeka nas najgorsza przeprawa do normalności – droga przez mękę, w której Kaczyński może zechcieć przelać polską krew.

Kmicic z chesterfieldem

Wiele wskazuje na to, że miejscem pochówku będzie archikatedra. I trzeba powiedzieć jasno, że jeśli tak będzie to będzie to decyzja skandaliczna i haniebna. Skandaliczna, bo nie licząca się z ofiarami, a haniebna, bo dowodząca, że wina w takiej sytuacji nie ma znaczenia, i że solidarność hierarchii jest ważniejsza niż sprawiedliwość” – taki wpisem na Facebooku Tomasz Terlikowski ocenił decyzję dotyczącą miejsca pochówku abp. Paetza.

Zmarły w piątek duchowny miał zakaz głoszenia kazań ze względu na oskarżenia o seksualne molestowanie młodych księży i kleryków.

Kuria archidiecezjalna w oficjalnym komunikacie poinformowała, że pogrzeb hierarchy kościelnego będzie miał charakter prywatny, a na miejsce pochówku została wybrana poznańska katedra.

Miejsce pochówku oraz forma pogrzebu są zgodne z normami Kodeksu Prawa Kanonicznego i zostały ustalone ze Stolicą Apostolską, Nuncjaturą Apostolską w Polsce oraz rodziną duchownego” – taką informację przekazała kuria.

Zdaniem Tomasza Terlikowskiego ta decyzja jest nieprzemyślana. „Trudno sobie wyobrazić, by te…

View original post 1 530 słów więcej

 

Tadeusz Rydzyk niczym św. Inkwizycja orzekł: Winien

Tadeusz Rydzyk skomentował sprawę 13-latka z Bełchatowa, który wypluł hostię, a następnie został zatrzymany przez księży, którzy wezwali policję. Zdaniem redemptorysty „idzie potężny hejt na księży”, a to co zrobił nastolatek, to świętokradztwo.

Do incydentu w Bełchatowie doszło w pierwszy weekend listopada. 13-letni chłopak w trakcie mszy świętej w kościele pod wezwaniem Najświętszej Maryi Panny Matki Kościoła i św. Barbary przyjął komunię, a następnie wypluł hostię i schował ją do kieszeni. Nastolatek tłumaczył swoje zachowanie bólem zęba. Księża zdecydowali się wezwać policję, bo uznali ten czyn za obrazę uczuć religijnych.

 Skończyło się pouczeniem stron. Przede wszystkim zgłaszających księży. Wyjaśnialiśmy na miejscu okoliczności zdarzenia. Musieliśmy porozmawiać zarówno ze zgłaszającymi, jak i chłopcem. Po przyjeździe matki został przekazany pod jej opiekę –  w rozmowie z Wirtualną Polską powiedział nadkom. Adam Kolasa z Komendy Wojewódzkiej Policji w Łodzi.

O. Tadeusz Rydzyk: „Ksiądz zwrócił uwagę, wezwał policję, bo to jest świętokradztwo”

Reakcja księży z Bełachatowa wywołała falę komentarzy. Ośrodek Monitorowania Zachowań Rasistowskich i Ksenofobicznych złożył do prokuratury zawiadomienie o podejrzeniu popełnienia przestępstwa, z kolei Tomasz Sekielski, reżyser filmu „Tylko nie mów nikomu”, oburzył się:

„6 miesięcy od premiery ‚Tylko Nie Mów Nikomu’. Nikt, dosłownie nikt z Kościoła nie zgłosił chęci kontaktu / pomocy / zadośćuczynienia żadnej z ofiar, które opowiedziały w filmie swoją historię. Nie znalazł się nawet jeden duchowny… A teraz ścigają dziecko wypluwające opłatek… Polski Kościół AD 2019… Gdzie my k***a żyjemy?” – napisał filmowiec.

Do słów Sekielskiego odniósł się ojciec Tadeusz Rydzyk, który stwierdził, że film „Tylko nie mów nikomu” miał wszystkich zszokować i pokazać nieprawdziwy obraz księży. Powiedział także, że film braci Sekielskich nie mówi o wielkich bohaterach i świętych Kościoła .

– Te wszystkie rzeczy – idzie potężny hejt na księży, chociażby to, co z Najświętszym Sakramentem zrobił 13-latek. Wypluł Hostię i później włożył do kieszeni. Ksiądz zwrócił uwagę, wezwał policję, bo to jest świętokradztwo. I cóż ten twórca takiego działania złego z tym filmem, który tak bardzo chciał zszokować wszystkich [„Tylko nie mów nikomu” – red.] właściwie sugerującego, że wszyscy księża to pedofile, najgorsza kategoria ludzi w społeczeństwie, co jest nieprawdą, nie mówi o wielkich bohaterach, o wielkich świętych, o tym, ile Kościół wycierpiał i tak dalej. I co pisze? „Ścigają dziecko wypluwające opłatek. Gdzie my k***a żyjemy?” – powiedział na antenie Radia Maryja ojciec Tadeusz Rydzyk.

O. Tadeusz Rydzyk: Widzimy coraz bardziej potęgujące się ataki na Kościół

Redemptorysta skomentował także sprawę dotyczącą ataku na księdza w Mosinie.

– Widzimy cały czas coraz bardziej potęgujące się ataki na Kościół, na duchownych. Dzisiaj się dowiadujemy o ataku na księdza w Mosinie. Został pobity dlatego, że zwracał uwagę na niewłaściwe zachowanie ludzi, jakichś mężczyzn, którzy pili alkohol w kruchcie kościoła i załatwiali potrzeby fizjologiczne. No to ksiądz zwrócił im uwagę. Tych rzeczy było więcej: ugodzenie nożem, ksiądz w szpitalu się znalazł, poważna sprawa była we Wrocławiu, już zapomnieliśmy, w Szczecinie, w innych miastach –  komentował na antenie Radia Maryja ojciec Tadeusz Rydzyk.

Ojciec Rydzyk, syn Kaczyński i duch Macierewicz. Takie wyznanie prezentuje PiS i tak się żegnają.

Kmicic z chesterfieldem

Tym razem list Romana Giertycha nie jest prześmiewczy. Adwokat na Facebooku zamieścił ułożone przez siebie przemówienie, które powinien wygłosić były szef MON po tym, jak „Duda wyznaczył Macierewicza na marszałka seniora Sejmu – „Po prostu zrobił to, co mu prezes kazał”.

Giertych chce, żeby Macierewicz przeprosił na pierwszym posiedzeniu Sejmu nowej kadencji za oszukiwanie Polaków w sprawie katastrofy smoleńskiej. Były szef MON powinien powiedzieć: – „Poruszony wyrzutami sumienia chciałbym przeprosić wszystkich za to, że w pełni świadomy, że straszna smoleńska katastrofa nie była spowodowana żadnym zamachem, łgałem bezczelnie przez wiele lat wskazując, że istnieją dowody na sprawstwo katastrofy, a ich od początku nie było”.

Adwokat przypomina, że rodziny ofiar katastrofy smoleńskiej musiały „przechodzić koszmar niechcianych ekshumacji”. Podsuwa Macierewiczowi tekst przeprosin: – „W pierwszej kolejności chciałbym przeprosić Rodziny Ofiar Katastrofy za to, że swoją podłością zatruwałem im dzień po dniu i nie pozwalałem odbyć żałoby. Ze łzami w oczach…

View original post 977 słów więcej

 

Banaś to kupa PiS, tak sfajdał się Kaczyński. I jak, ludu polski, waniajet kraj?

Dziennik „Rzeczpospolita” informuje – Mariana Banasia można usunąć ze stanowiska w Najwyższej Izbie Kontroli. Prezes – jak podaje gazeta – mógł zostać wybrany przez to, że wprowadził posłów w błąd.

Przywołani przez „Rzeczpospolitą” prawnicy twierdzą, że informacje, które Banaś zataił, mogą stanowić podstawę do jego dymisji. Co właściwie zrobił prezes NIK?

Marian Banaś wprowadził w błąd posłów, którzy poparli jego nominację. Polityk zataił informacje mające znaczący wpływ na jego wybór – chodzi m.in. o zaniżenie czynszu za najem kamienicy. Banaś sam przyznał się do tej praktyki w rozmowie z dziennikarzami Telewizji Polskiej. Można przypuszczać, że zabieg ten miał na celu obniżenie podatków, które płacił.

Niektórzy prawnicy twierdzą, że takie działanie można uznać za przestępstwo. „Wystarczy, że Senat lub Sejm podejmie uchwałę odnoszącą się nie do wyboru na prezesa, ale do procedury zgłoszenia kandydata, który nie podał ważnych informacji mających znaczenie dla jego wyboru przez parlamentarzystów” – przyznał jeden z przepytanych przez dziennik prawników. Jeżeli takowa uchwała zostanie podjęta przez Senat, to również Sejm będzie zmuszony do przyjęcia analogicznego dokumentu.

Banaś był wspólnym kandydatem 35 posłów Zjednoczonej Prawicy. Kontrkandydatem Banasia na to stanowisko był Borys Budka z Koalicji Obywatelskiej. Reprezentant prawicy – w sejmowym głosowaniu – otrzymał 243 głosów, jego rywal 135.

Obecnie część z posłów PiS przyznaje, że nie zagłosowałoby na Banasia, gdyby znało prawdę o jego kontrowersyjnych poczynaniach. „Zażądałbym wyjaśnienia tej sytuacji. Dziś wiemy, że CBA bada sprawę jego oświadczeń majątkowych. Dopóki byśmy takiej informacji nie otrzymali, nie sądzę, żeby było możliwe poddanie pod głosowanie tej kandydatury. Tu ewidentnie zostaliśmy wprowadzeni w błąd przez pana Banasia” – przyznał Janusz Śniadek (PiS), przedstawiciel Komisji do spraw Kontroli Państwowej.

Zjednoczona Prawica zdaje się być przytłoczona kolejnymi aferami z udziałem Mariana Banasia. Niedawno okazało się, że polityk współpracował z członkiem grupy przestępczej odpowiedzialnej za wyłudzenia podatku VAT. Szefem NIK interesuje się ponadto Centralne Biuro Antykorupcyjne – instytucja sprawdza wszystkie zastrzeżenia związane z jego oświadczeniem majątkowym. Politykowi, ze względu na liczne kontrowersje i problemy wizerunkowe, grozi utrata certyfikatu bezpieczeństwa Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego, który uprawnia go do dostępu do ściśle tajnych materiałów.

PiS musiałby usunąć nie tylko Banasia, ale swoich przestępców, którzy są ministrami, takich jak Kamiński i Wąsik.

Kmicic z chesterfieldem

Kiedy w 2015 r. Marian Banaś został wiceministrem finansów, złożył oświadczenie, że nie ma mieszkania w Warszawie. Przydzielono mu więc 35-metrowy służbowy lokal, składający się z pokoju, kuchni i łazienki. Banaś nie płacił za wynajęcie tego mieszkania, pokrył jedynie koszty takie jak czynsz czy opłaty za media.

Z lokalu służbowego Banaś korzystał do końca października tego roku, choć – jak ustalił RMF FM – w marcu 2017 roku kupił sobie mieszkanie w Warszawie. W oświadczeniu majątkowym podał, że ma 40-metrowe mieszkanie.  Jak podaje stacja, znajduje się ono „w atrakcyjnej lokalizacji na strzeżonym osiedlu na Pradze”.

Nie wiadomo dlaczego obecny szef NIK nie opuścił służbowego lokalu po zakupie własnego mieszkania. Banaś nie chciał rozmawiać na ten temat.

– „To kolejna gruba rysa na kryształowym wizerunku szefa Najwyższej Izby Kontroli” – skomentowała te doniesienia Grażyna Kopińska z Fundacji Batorego w rozmowie z RMF FM. Zaznacza, że brakuje przepisów regulujących sytuację, gdy podczas…

View original post 1 372 słowa więcej

 

Banaś, pisowski François Vidocq. Takie europejskie standardy

Dziennikarki „Rzeczpospolitej” sprawdziły, kim był Henryk Stachowski – mężczyzna, który podarował Marianowi Banasiowi kamienicę w Krakowie i dom na wsi. Dokumenty, które uzyskały w Instytucie Pamięci Narodowej w Warszawie i Krakowie poddają w wątpliwość słowa Banasia o Stachowskim. 

Jak przypomina „Rz”, Banaś sam mówił w mediach o tym, że otrzymał kamienicę od „żołnierza AK”. Według słów Banasia Stachowski był żołnierzem Kedywu AK, po wojnie zaś został aresztowany przez UB; był torturowany i skazany na więzienie. Następnie pracował m.in. w Domu Handlowym Jubilat w Krakowie, gdzie zakładał „Solidarność”. Zmarł 22 czerwca 2007 r.

Autorki tekstu sprawdziły, czy nazwisko Stachowskiego pojawia się w rejestrze Światowego Związku Żołnierzy Armii Krajowej – nie było go tam. Okazało się też, że jako człowiek zakładający „Solidarność” nie był represjonowany w PRL, co jest zaskakujące. „Rz” sprawdziła w archiwach przeszłość Stachowskiego.

Okazało się, że w maju 1945 r. Stachowski, wraz z pięcioma innymi osobami napadł z bronią w ręku na Komunalną Kasę Oszczędności w Myślenicach; przejął 130 000 zł. Zatrzymało go wtedy UB. Napad przypisano wywrotowej wobec państwa grupie leśnej „Cement”, która działała trzy miesiące i miała na koncie dwa napady; Stachowski brał udział tylko w jednym. Za to skazano go na pięć lat więzienia. W dokumentach brak jednak informacji o przynależności do Kedywu AK. W IPN nie ma także dowodów na jego działalność w „Solidarności”.

W 1999 r. Stachowski wystąpił do sądu o zadośćuczynienie za działalność z tamtych lat. Napisał, że był „inwigilowany i śledzony” aż do momentu zmiany systemu ustrojowego. Autorki zaznaczają, że UB interesował się Stachowskim krótko, w latach 50. W IPN nie ma dowodów na intensywniejsze działania bezpieki wobec Stachowskiego. Interesujący jest również powód, dla którego Stachowski chciał uzyskać odszkodowanie – miał zamiar wykupić na własność mieszkanie, które zajmował od 40 lat przy ul. Potebni w Krakowie.

Sąd przyznał mu ostatecznie 68 tys. zł. „Rz” podaje, że nie wykupił mieszkania, ale niedługo po uzyskaniu przez niego pieniędzy, krakowski sąd wpisał do księgi wieczystej kamienicy przy Krasickiego 24 w Krakowie Mariana Banasia. Jak pisze „Rzeczpospolita”: starszy pan, któremu jeszcze niedawno sen z oczu spędzał brak własnego lokum i pieniędzy na jego wykup, w kilka miesięcy zdążył odzyskać kamienicę i darował ją Banasiowi.

Według „Faktu” Zbigniew Ziobro przeprowadził „nieudany szturm” i jego Solidarna Polska nie zwiększy stanu posiadania w rządzie. Co więcej, politycy PiS mają być niezadowoleni z działań ministra sprawiedliwości, padają oskarżenia o nieprzypadkowy „wyciek z prokuratury”.

Zaraz po wyborach parlamentarnych ruszyła giełda nazwisk w nowym rządzie, jaki formuje Zjednoczona Prawica (PiS, Porozumienie i Solidarna Polska). Ledwo ogłoszone zostały pełne wyniki wyborów, a politycy z otoczenia Zbigniewa Ziobry, lidera Solidarnej Polski, zaczęli w niektórych wypowiedziach podważać pozycję premiera Mateusza Morawieckiego, wskazując, że szefem rządu mógłby być prezes PiS Jarosław Kaczyński.

Od dawna w doniesieniach medialnych padały sformułowania o tarciach na linii Ziobro-Morawiecki, zwłaszcza w spółkach Skarbu Państwa. Jednak wraz z deklaracjami Patryka Jakiego, który stwierdził, że „czas na rozmowę” o fotelu premiera dla Kaczyńskiego, w mediach zaczęły się pojawiać się też doniesienia o tym, że Zbigniew Ziobro próbuje wywalczyć sobie fotel wicepremiera.

Gowin i Ziobro mogą negocjować z Kaczyńskim

Sytuacja jest o tyle interesująca, że Zjednoczona Prawica (występująca w Sejmie jako klub PiS), liczy 235 posłów, ale Porozumienie wprowadziło ich 18, Solidarna Polska również 18. Liderzy tych partii, Jarosław Gowin i Zbigniew Ziobro, mają więc naprawdę dobre pozycje negocjacyjne względem Kaczyńskiego: bez ich posłów ZP nie ma większości w izbie niższej.

We wtorkowym „Fakcie” opisano dotychczasowe efekty rozmów obozu Zjednoczonej Prawicy. Sytuacja Gowina jest w ocenie informatorów gazety klarowna: pozostaje w rządzie, na stanowisku wicepremiera.

Rozwiązać miała się też sprawa Jadwigi Emilewicz, dotychczasowej minister technologii i przedsiębiorczości, o której spekulowano, że za swoją krytykę niektórych projektów PiS może stracić posadę. Emilewcz ma zostać w rządzie i kierować nowym Ministerstwem Rozwoju (kiedyś już istniało, ministrem był wówczas Mateusz Morawiecki, powstało m.in. na bazie dawnego ministerstwa gospodarki).

„Nieudany szturm Ziobry”. Padają oskarżenia o „przeciek”

Zupełnie inaczej wygląda za to pozycja ministra sprawiedliwości. „Fakt” donosi, że Solidarnej Polsce nie udało się zdobyć kolejnego ministerstwa i to mimo zdecydowanych prób Ziobry. Tekst zatytułowany jest zresztą „Nieudany szturm Ziobry”.

Część polityków Zjednoczonej Prawicy jest wściekła na zachowanie samego ministra sprawiedliwości oraz jego zaplecza. Chodzi o publiczne wypowiedzi podważające pozycję premiera Morawieckiego, a także ostatni wyciek informacji z prokuratury

– czytamy. W tym kontekście przywołano publikację „Rzeczpospolitej” o tym, że urzędnicy pracujący w Ministerstwie Finansów (gdy ministrem był m.in. Morawiecki), wyłudzali VAT. Informator dziennika wiąże negocjacje w wydaniu Ziobry i pojawienie się tekstu o przestępstwach w resorcie finansów, a termin nazywa „nieprzypadkowym”.

– W partii przyjęto to jako odwet za niespełnienie ambicji politycznych. Nietrudno się domyślić, gdzie jest źródło wycieku – opisywał informator „Faktu”.

Gowin deklaruje: Ziobro nie stawiał żadnego ultimatum

Także we wtorek w programie „Rozmowa Piaseckiego” w TVN24 o negocjacje wewnątrz obozu rządzącego był pytany wicepremier Jarosław Gowin, lider Porozumienia. Gowin zapewnił:

Sędziowie Sądu Najwyższego odrzucili dzisiaj pierwszy z sześciu protestów wyborczych polityków Prawa i Sprawiedliwości w związku z wyborami do Senatu.

PiS złożyło protesty wyborcze ws. okręgów: nr 12 – Grudziądz, 95 – Kalisz, 96 – Kalisz i 92 – Konin, nr 75 – Katowice i nr 100 – Koszalin. Wszędzie tam wygrali kandydaci opozycji.

– Nie będzie ponownego liczenia głosów w okręgu 75 – Mysłowice, Tychy. Sąd Najwyższy pozostawił bez dalszego biegu pierwszy protest wyborczy PiS. W proteście nie wskazano naruszeń prawa ani dowodów na nieprawidłowości – informuje Maciej Sztykiel z Radia Zet.

Oświadczenie Sądu Najwyższego

W dniu 29 października 2019 r. Sąd Najwyższy w Izbie Kontroli Nadzwyczajnej i Spraw Publicznych na posiedzeniu niejawnym rozstrzygnął pierwszy (z sześciu) protest wyborczy złożony przez pełnomocnika wyborczego Komitetu Wyborczego Prawo i Sprawiedliwość (sprawa o sygn. akt I NSW 103/19), dotyczący ważności wyborów do Senatu Rzeczypospolitej Polskiej z dnia 13 października 2019 r. w okręgu wyborczym nr 75 obejmującym obszar powiatu bieruńsko-lędzińskiego oraz miast na prawach powiatu Mysłowic i Tychów (województwo śląskie). W okręgu tym mandat senatorski uzyskała Gabriela Morawska-Stanecka (Komitet Wyborczy Sojusz Lewicy Demokratycznej), która otrzymała 64 172 głosów, pokonując Czesława Ryszkę (Komitet Wyborczy Prawo i Sprawiedliwość), na którego głosowało 61 823 wyborców”.

Banaś wprowadza nowe standardy przestępczości zorganizowanej. Wiele od niego nauczył się Kaczyński. A może – nie. W każdym razie w tym fachu Banaś jest wielce zdolny i nadaje się na szefa NIK. Patrz François Vidocq.

Kmicic z chesterfieldem

– „Złożyliśmy do sądu zażalenie na postanowienie o odmowie wszczęcia śledztwa w sprawie zarzucanego przez G. Birgfellnera Jarosławowi Kaczyńskiemu oszustwa wielkich rozmiarów” – poinformował na Twitterze Roman Giertych. On i Jacek Dubois są pełnomocnikami austriackiego biznesmena.

11 października prokuratura odmówiła wszczęcia śledztwa z zawiadomienia austriackiego biznesmena Geralda Birgfellnera o podejrzeniu popełnienia przestępstwa przez prezesa PiS Jarosława Kaczyńskiego. Chodzi o budowę w centrum Warszawy dwóch wieżowców przez pisowską spółkę Srebrna.

Prokuratura, którą nadzoruje Zbigniew Ziobro, podjęła tę decyzję tuż przed wyborami do parlamentu. „Prokuratura odmówiła śledztwa dot. dwóch wież Kaczyńskiego – sprawa trafi do sądu”.

Dodajmy, że tego samego dnia prokuratura odmówiła również wszczęcia śledztwa w sprawie zawiadomienia, które złożyli posłowie PO. Dotyczyło ono możliwości popełnienia przestępstwa przez Jarosława Kaczyńskiego poprzez m.in. płatną protekcję, powoływanie się na wpływy oraz przekroczenie uprawnień przez funkcjonariusza publicznego.

Internauci w komentarzach obawiali się, że po ewentualnym uwzględnieniu przez sąd zażalenia, prokuratura niewiele zrobi:…

View original post 1 329 słów więcej

 

Fundamentalizmy: katolicki, narodowy i populistyczny

Facet w sukience twierdzi, że kobieta w spodniach jest obrzydliwościa….

Grozi nam wielkie rozczarowanie demokracją. To, że wróci język, który znamy: kiedy sanacja mówiła o sejmokracji, komuniści – o kretynizmie parlamentarnym, a faszyści – o zgniłym demoliberalizmie.

Abp Marek Jędraszewski w marcu 2016 r. objawił światu nicość mojego ducha i nikczemność zamiarów. Mówił o mnie ciepło: „ten człowiek” lub „jeden z uczestników zasiadających przy obradach Okrągłego Stołu”. Przytaczał mój esej z lata 1991 r. umieszczony w kwartalniku politycznym „Krytyka”.

Powiadał arcybiskup: „Ten człowiek obawia się fundamentu moralnego, jakim jest 10 przykazań, opowiadając się tym samym za relatywizmem moralnym, za tym, że każdy może mieć swoją prawdę i według niej żyć oraz narzucać ją innym. (…) Bojąc się nacjonalizmu, uderzył ten człowiek w to, co jest najbardziej istotne dla całej naszej wielkiej tradycji – w patriotyzm. Ten człowiek nie chciał, by nasze życie po ’89 r. kształtowało się według tych trzech słów tworzących jeden wielki program dla Polski – Bóg, Honor, Ojczyzna”.

Później wracały u różnych ludzi w różnych formach wątki arcybiskupa. I tak niedawno przeczytałem, że w swoim artykule porównałem „uczenie Polaków demokracji do sadzania buszmena przed komputerem”.

Dowiedziałem się też, że mój tekst to „jeden z najbardziej szkodliwych wykwitów polskiej myśli politycznej po 1989 r.”, gdyż odbiera „prawomocność wszystkim głównym orientacjom ideowym, z których wychodząc, można było krytykować” mój obóz. „To wtedy – dowiaduję się – zaczęło się błędne koło wykluczania i gettoizacji oponentów”.

Nigdy nie przypuszczałem, że mój niewielki artykuł z elitarnego kwartalnika będzie miał taką niebywałą moc sprawczą…

Nie sądzę, by te demaskatorskie uwagi zasługiwały na polemikę, ale może zasługują na przypomnienie. Oto ono.
Adam Michnik

Trzy fundamentalizmy, 1991

Nasza refleksja polityczna ma przed sobą pilny problem: świadomość historyczną Polaków. Nie trzeba tłumaczyć, jak wielkie znaczenie w kształtowaniu się postaw i zaangażowań politycznych miały polskie wyobrażenia o historii. Wydaje się, że dziś nastał czas, kiedy owe polskie stereotypy na temat przeszłości, w szczególności zaś na temat dziejów II Rzeczypospolitej, winny zostać poddane spokojnej autorefleksji.

Dotychczas cała historia II Rzeczypospolitej padała w znacznej mierze ofiarą mitów i stereotypów – czy to czarnej legendy w oficjalnej komunistycznej propagandzie, czy to białej legendy tych, którzy przed komunistycznym fałszowaniem historycznych zdarzeń próbowali się obronić. Wydaje się, że naszej przeszłości winniśmy postawić pytania nowe.

Przede wszystkim winniśmy się chyba zastanowić, co stało się w 1922 r., kiedy zamordowano Gabriela Narutowicza. Jakiego typu proces został wtedy uruchomiony, w jakiej atmosferze dokonał się zamach, jakie skutki historyczne przyniósł i dlaczego ta data nie stała się granicznym faktem w polskiej świadomości historycznej, dlaczego tak chętnie spychano ten fakt w niepamięć.

Wydaje się również, że musimy na nowo spojrzeć na cały dorobek ówczesnych obozów politycznych, na nowo przyjrzeć się ówczesnej scenie politycznej jako arenie sporu o kształt państwa i o kształt demokracji – i odpowiedzieć sobie na pytanie, jakimi meandrami podążała ewolucja antydemokratyczna obecna w myśli obozu belwederskiego, obozu endeckiego i obozu PPS-u. Na nowo trzeba także przeanalizować historię Kościoła katolickiego w okresie międzywojennym.

Bez takiej refleksji skazani będziemy na idealizację własnej przeszłości, na świadomość historyczną obarczoną mitologią, a nie trzeźwym osądem, i na pewną bezbronność wobec tego, co można nazwać rewanżem pamięci – pamięci przez lata całe zepchniętej w podświadomość.

Gdybym miał określić zjawiska nowe, mniej lub bardziej akcentowane, występujące jawnie lub skrycie, ale obecne w naszej dzisiejszej debacie politycznej, to mówiłbym o powrocie zagrożenia fundamentalizmem. Fundamentalizm to nic innego jak przekonanie, że posiada się pomysł na urządzenie świata dobrego, przy tym zaś świata wolnego od innych konfliktów niż konflikt między dobrem a złem – a więc na przykład konfliktów interesów czy konfliktów punktów widzenia, które są nieusuwalnym składnikiem ładu demokratycznego.

Mówić można – wedle mego przekonania – o trzech zagrożeniach fundamentalistycznych.

Po pierwsze – fundamentalizm narodowy.

Istnieje pokusa przyporządkowania wszystkich sfer życia publicznego temu, co określić można mianem interesu narodowego. Interes ów jest każdorazowo definiowany przez pryzmat dosyć szczególnej politycznej perspektywy.

W myśl owego interesu obowiązkiem dobrego Polaka miałaby być na przykład solidarność z polską mniejszością na Litwie, niezależnie od tego, jak ona postępuje – mądrze czy niemądrze, prosowiecko czy prolitewsko. Należy się z nią solidaryzować dlatego, że jest polska – to wystarczy. Każda próba krytyki postępowania liderów mniejszości polskiej na Litwie bywa wówczas kwalifikowana jako antypolonizm.

Myślenie tego rodzaju przedstawia sobie i bliźnim obraz Polski jako kraju wolnego od innych konfliktów niż konflikt pomiędzy „dobrze, po katolicku” pojmowanym interesem narodowym a tendencjami nihilistyczno-kosmopolityczno-lewicowymi.

W ramach tak zdefiniowanego interesu narodowego za działalność na szkodę narodu polskiego uznaje się stwierdzenie, że w polskich debatach politycznych dają o sobie znać fobie antysemickie, czy też stwierdzenie, że w Polsce nie powinno być miejsca na milczenie o pogromie Cyganów.

Mówię tu o fundamentalizmie charakterystycznym dla pewnej formacji nacjonalistycznych ruchów i doktryn, który – jak się wydaje – odgrywa dziś istotną rolę nie tylko w Polsce i w innych krajach postkomunistycznych. We współczesnym świecie ten typ fundamentalizmu odżywa na przykład w krajach arabskich, pojawia się w Izraelu, a także – na prawicy – w krajach Europy Zachodniej. W dyskusjach toczonych we Francji wokół fenomenu Le Pena czy w niemieckiej debacie historycznej o nazizmie zauważalna jest obawa przed powrotem tego typu fundamentalizmu. Dlatego warto się mu przyjrzeć jako fenomenowi nie tylko polskiemu, ale i międzynarodowemu.

Istnieje – po wtóre – fundamentalizm religijny.

Zjawisko to związane jest z nową sytuacją, w jakiej znalazł się w Polsce Kościół [katolicki], zaś w całym świecie – sacrum. Nie jest niczym odkrywczym stwierdzenie, że jedną z chorób współczesnego świata jest zanik sacrum, a więc zanik takiego obszaru wartości, które są wspólne całej społeczności, do którego cała społeczność może się odwołać. Można go porównać do Kamiennych Tablic, których strzaskanie oznaczać może zanik fundamentu, w jakim zakorzenione są wszystkie nasze wartości pospólne.

Odpowiedź na tę tendencję wciąż nie została w sposób definitywny udzielona przez Kościoły i religie. Można zresztą wątpić, czy w ogóle może ona zostać ostatecznie sformułowana. Próby udzielenia takiej odpowiedzi były jednak czynione: jedną z nich był Sobór Watykański II, otwarcie na świat, zgoda na to, że pewne autentyczne wartości mogą powstawać poza kręgiem mojego Kościoła czy nawet poza kręgiem mojego wyznania lub kręgu kulturowego.

Inną natomiast odpowiedź przynosi właśnie fundamentalizm, czyli – w tym przypadku – próba ponownego zatarcia granicy między sacrum a profanum, między prawem naturalnym a prawem karnym, między zasadą moralną a normą prawnopaństwową. W tych sprawach czeka nas debata najbardziej zasadnicza – nie mniej istotna niż, powiedzmy, debata wokół hasła powrotu do Europy. Rozmaici ludzie, mówiąc o powrocie do Europy, mają bowiem na myśli całkowicie odmienne zjawiska i zdarzenia; wydaje się na przykład, że gdy o powrocie do Europy mówią niektórzy hierarchowie Kościoła katolickiego, to chodzi im o Europę sprzed rewolucji francuskiej, Europę, która już nie istnieje.

Istnieje wreszcie w dzisiejszej Polsce trzecia pułapka fundamentalizmu,

na którą, jak się wydaje, mogą być najbardziej podatni ludzie przedsierpniowej i solidarnościowej demokratycznej opozycji, w tym autor poniższych refleksji. Mam tu na myśli zatarcie różnicy pomiędzy normą moralną a regułą walki politycznej. Z działalności podziemnej wyniesiona została pewna skala, na której ta granica niemal nie istnieje, na której każde zachowanie polityczne było przetłumaczalne na język i wartości moralne. W ładzie demokratycznym jest inaczej i owa fundamentalistyczna mentalność – nazwijmy ją „moralistyczną” – może stać się przyczyną sporego pomieszania.

Nie znaczy to, bym uważał, że w polityce i w normalnym politycznym dyskursie nie ma miejsca na moralność. Nie uważam również, skoro mówimy o fundamentalizmie religijnym, że w polityce nie ma miejsca dla Kościoła. Miejsce takie oczywiście istnieje, ale ma specyficzny charakter. Tak jak Kościół nie może być partią polityczną, tak jak norma religii nie może być normą prawną, tak norma moralna ukształtowana w polityce podziemia antykomunistycznego – która była normą manichejską – nie może być dziś mechanicznie przeniesiona do gry demokratycznej. Może bowiem dla tej gry i dla siebie samej okazać się zabójcza. Wtedy moralność bardzo łatwo stać się może fanatyzmem i może być instrumentalizowana dla celów zgoła nieszlachetnych.

Inne zagrożenie, które powinno być poddane refleksji, to populizm. Populizm nie jest zjawiskiem nowym, wszakże na nowo warto mu się przyjrzeć. Na nowo warto chyba na przykład przestudiować całą lekcję peronizmu: czym był peronizm, jakim językiem się posługiwał, jakiego typu procedury preferował, jakie mechanizmy wyniosły go do władzy, jakie go od niej odsunęły, jakie wreszcie zapewniły mu żywotność.

Populizm był w Polsce językiem buntu robotniczego przeciwko państwu totalitarnemu – to powiedzieć trzeba jasno. Był to oczywiście bunt o wolność i o godność, ale obie te wartości wyrażał w języku populizmu. Słynne sformułowanie „oni” było typowym sformułowaniem z populistycznego dyskursu, a nie z analizy politycznej czy społecznej gry interesów.

I otóż można twierdzić, że u źródeł tego populizmu zbuntowanego leżała świadomość egalitarna, która przez dziesiątki lat legitymizowała komunistyczną władzę. W tym sensie można powiedzieć, że był to bunt przeciwko komunizmowi w imię głoszonych przezeń wartości egalitarnych. Był to zatem bunt w imię zasad niezupełnie konsekwentnych, wszelako pojęcie sprawiedliwości społecznej było jednym z jego pojęć kluczowych.

Otóż rynek, który jest dziś w Polsce budowany, nie jest ładem, w którym jest miejsce dla sprawiedliwości społecznej jako pojęcia kluczowego. Rynek nie jest od pilnowania sprawiedliwości – rynek jest od wymuszania efektywności i kreatywności. Sprawiedliwości może służyć wtórna dystrybucja dóbr, ale nie mechanizm rynku. Niemniej jednak ów egalitaryzm – zakodowany przez komunizm i przez rewoltę antykomunistyczną „Solidarności” – dziś żyje życiem autonomicznym i jest na równi obecny w dyskursie populistycznym każdego ze związków zawodowych: czy to jest OPZZ, czy „Solidarność”. Jest rzeczą pasjonującą porównywanie dzisiaj języka, którym w ciągu ostatniego roku mówiły OPZZ i „Solidarność”. To jest zjawisko nowe i w sposób nowy musimy się doń odnosić.

Należy też sobie wreszcie powiedzieć: bunt przeciwko komunizmowi w Polsce, bunt jakże skuteczny – to był bunt tłumu.

Dopóki komuniści mieli do czynienia z elitami, nie liczyli się z ich głosem. Dopóki chodziło o demokratyczno-prawne procedury, komuniści nie liczyli się z nimi. Komuniści zaczęli się liczyć z opozycją, gdy za nią stanął tłum – i z tłumem komuniści byli zmuszeni rozmawiać. Ta sytuacja wytworzyła poczucie, że w tłumie jesteśmy skuteczni. Czy raczej: skuteczni jesteśmy wtedy, gdy mówimy językiem tłumu.

Otóż język tłumu jest językiem populistycznego dyskursu. I, jak się wydaje, dziś obserwujemy nawrót do owego języka tłumu, czyli do zachowań wyuczonych w okresie antykomunistycznego oporu; do zachowań, które wtedy były racjonalne w ramach nieracjonalnego systemu, bowiem stanowiły jedyny sposób delegitymizacji systemu politycznego.

Dziś te same zachowania delegitymizują ład parlamentarny i otwierają drogę do autorytaryzmu. Weszliśmy bowiem w ład demokratyczny bez kultury politycznej właściwej ładowi demokratycznemu. To jest trochę tak, jakby barbarzyńcę z buszu posadzić przy komputerze. Nie znaczy to, że barbarzyńca jest kimś mniej wartościowym – w buszu radzi sobie tysiąc razy lepiej niż cywilizowany Amerykanin. Otóż komputer z kolei w buszu jest mało przydatny.

***

Istnieje groźba wielkiego rozczarowania demokracją, jak to już niejednokrotnie w historii Europy bywało. Istnieje groźba, że powróci język, który znamy: kiedy się mówiło o sejmokracji – to jest język sanacji; kiedy się mówiło o kretynizmie parlamentarnym – to jest język partii komunistycznej; kiedy się mówiło o zgniłym demoliberalizmie – to jest język ruchów faszystowskich.

Istnieje niebezpieczeństwo skojarzenia procedur demokratycznych z kryzysem, z anarchizacją życia publicznego, z obniżeniem się jakości życia i poziomu poczucia bezpieczeństwa. Istnieje możliwość, iż będziemy coraz częściej słyszeć okrzyki, że czas skończyć z tym bałaganem, z korupcją, że potrzeba silnej ręki gospodarza, która zaprowadzi ład.

Przekonania takie mogą być „sprzedawane” jako idea rządów prezydenckich lub jako idea demokracji stabilnej; mogą temu towarzyszyć historiozoficzne analizy, że Polska upadla w XVIII wieku przez anarchię, warcholstwo i liberum veto, zatem teraz należy ten stan ukrócić.

Innymi słowy, istnieje ryzyko – które też znamy z historii – że w momencie głębokiego kryzysu pojawiają się ludzie, którzy są niejako odpowiedzią na ten kryzys. Kiedy załamują się tradycyjne wzory kulturowe i procedury, kiedy źródła i mechanizmy komunikacji społecznej przestają być wiarygodne, wtedy pojawia się mąż opatrznościowy, który staje się nadzieją na opanowanie bezładu i na zbawienie.

I znów: to nie jest zjawisko ani specyficznie polskie, ani zjawisko nowe. Trzeba mu się wszelako na nowo przyjrzeć; zastanowić się, jakie są mechanizmy tworzenia się tego typu autorytarnych pokus, jakie są ich skutki; zastanowić się, co – by tak rzec – reżimy autorytarne są w stanie rozwiązać, a czego na pewno nie.

Od odpowiedzi na to pytanie zależy nie tylko kondycja duchowa inteligencji polskiej – która wydaje się dziś zagubiona jak za najgorszych czasów, jakby gdzieś zagubiła swój etos, obraz samej siebie i swojego miejsca w społeczeństwie. Od rozszerzenia się procesu refleksji, o którym tu mówimy, może zależeć coś więcej: szansa przeciwstawienia fundamentalizmowi myśli demokratycznej, zgodnie z którą nie ma miejsca na fundamentalizm żaden – ani nacjonalistyczny, ani religijny, ani moralistyczny. Wedle której nie ma ludzi uprzywilejowanych z natury.

W ramach demokratycznego dyskursu jest miejsce dla autorytetów, jeżeli jednak ktoś mówi, że ma być tak a tak, bo to wynika z prawa naturalnego lub z interesu narodowego, a zatem nie może być na przykład przedmiotem referendum – to łamie fundamentalną zasadę owego dyskursu. Ład demokratyczny polega bowiem na tym, że wszystko, co dotyczy wszystkich, może być przedmiotem referendum.

I od tego może zależeć, czy populizmowi, który jest językiem rewolty, przeciwstawiony zostanie język sporu właściwy demokracji parlamentarnej i państwu prawa. Od tego także może zależeć, czy pokusie autorytarnej, czyli kultowi silnej ręki, przeciwstawiony zostanie ład racjonalnej demokracji, czyli kult silnej głowy.

17 lipca 1991

Euromit. Czy komisarz UE ds. rolnictwa to „najważniejsza funkcja, jaką dotychczas uzyskaliśmy w UE”?

Jeśli „my” oznacza Polskę (a nie tylko PiS), to powyższa niedawna deklaracja Jarosława Kaczyńskiego jest fałszywa.

1. Oczywiście, dotychczas najważniejszą funkcją pełnioną przez Polaka w UE jest już blisko pięcioletnie przewodniczenie Radzie Europejskiej przez Donalda Tuska. Wedle protokołu dyplomatycznego szef Rady Europejskiej nawet poprzedza Jeana-Claude’a Junckera, choć jednak traktatowe uprawnienia Tuska czynią go w unijnej Brukseli drugą osobą po szefie Komisji Europejskiej. Ponadto Jerzy Buzek był przewodniczącym Parlamentu Europejskiego (2009-12) i choć więcej z tego prestiżu niż realnego znaczenia, to jednak trudno byłoby bronić tezy, że to rola mniej znacząca od komisarza Wojciechowskiego.

2. Ale co z samą Komisją Europejską? Teka rolna to działka całkiem dobra – choć na pewno nie jedna z „kluczowych” czy „najważniejszych” (dziedziczona po Irlandczyku, a wcześniej Rumunie) i oznacza zarządzanie bardzo dużymi pieniędzmi. Z tym że grubość tej koperty – w tym tempo zrównywania poziomu dopłat rolnych w UE – będzie zależeć nie od komisarza, lecz głównie od międzyrządowych negocjacji unijnego budżetu na lata 2021-27.

3. Dotąd Polacy byli już komisarzami UE ds. polityki regionalnej (Danuta Hübner) oraz budżetu (Janusz Lewandowski) – to teki o randze podobnej do rolnictwa. Natomiast za smakowitszy kąsek uchodzi posada komisarza ds. wspólnego rynku, polityki przemysłowej łącznie z przemysłem obronnym (obecnie Elżbieta Bieńkowska), czego najlepszym dowodem są usilne zabiegi Paryża, by przejął ją ktoś z Francji.

„Nie było zamachu”, „Może jednak był zamach, bo jest wiele niejasności” , a na koniec znów: „Nie było zamachu”. Czy to kręta droga Jarosława Gowina do smoleńskiej prawdy, czy może mądrość kolejnych etapów?

Wicepremier i minister szkolnictwa wyższego Jarosław Gowin kilka dni temu w „Kropce nad i” tak mówił o katastrofie smoleńskiej: „To jest kwestia wiary, a nie racjonalnych argumentów. Ja wiem na temat katastrofy smoleńskiej ciut więcej niż ogół obywateli i mogę powiedzieć z ręką na sercu, że nie znajduje żadnych racjonalnych argumentów, żeby mówić, że to było cokolwiek innego niż tragiczna katastrofa”.

Dokonała się więc w wicepremierze cudowna przemiana w ciągu ostatnich czterech lat.

Wiosną 2015 roku, już po odejściu z Platformy Obywatelskiej, Jarosław Gowin ogłosił w Radiu ZET, że Jürgen Roth, autor książki o katastrofie smoleńskiej, jest dobrym dziennikarzem i nie należy wykluczać jego teorii o tym, że na pokładzie prezydenckiego samolotu był zdalnie sterowany ładunek trotylu. Zamachu – wedle niemieckiego dziennikarza – dokonały siły rosyjskie, a rozkaz przyszedł z Polski (!).

„Ja mam poczucie, że wiem coraz mniej, jestem coraz bardziej dezinformowany. Dezinformowany przez moje państwo. Rosjanie nie oddają nam czarnej skrzynki. Jedna trzecia wraku zniknęła, polityka zagraniczna Rosji nabrała charakteru ewidentnie neoimperialnego” – komentował książkę Rotha. Dokładnie wtedy Gowin zabiegał o względy Jarosława Kaczyńskiego i dobre miejsca dla swojej formacji na listach Zjednoczonej Prawicy

W 2016 roku trochę zmienił ton, bo po wyborach polityczna układanka była gotowa i nie trzeba było już się tak starać. Mówił więc w TVP Info: „Nie widzę podstaw, żeby stwierdzić, że to był zamach, ale czy go wykluczam? Nie, nie wykluczam”.

Gowin był za tym, aby powołać międzynarodową komisję, która zbada katastrofę. „Mam coraz więcej wątpliwości wokół tej katastrofy, one gromadziły się przez ostatnie lata. Zbyt dużo było niezweryfikowanych informacji po wszystkich stronach” – stwierdził. Komisja międzynarodowa, mimo że domagał się jej cały PiS, nigdy nie powstała. Może nie powstała dlatego, że teoria zamachu była od początku bzdurą i obawiano się, że zagraniczni eksperci to ogłoszą?

A teraz cofnijmy się jeszcze dalej. Listopad 2012 roku. „Gazeta Wyborcza”: „Zamachu nie było i dla wszystkich racjonalnie myślących ludzi jest to oczywiste. Strona rządowa zorganizowała bardzo wiarygodne badania komisji Jerzego Millera, przedstawiciele rządu udzielili chyba 200 tys. wypowiedzi dementujących pogłoski o zamachu. Sam pewnie parę tysięcy razy na ten temat mówiłem, to co jeszcze mamy zrobić?” – pytał.

Nastąpiło więc zakrzywienie czasoprzestrzeni i wiedza Jarosława Gowina o katastrofie smoleńskiej powróciła do 2012 roku. W końcu jesteśmy już po wyborach. Porozumienie Gowina się wzmocniło, ma kilkanaście szabel i Jarosław Kaczyński musi się z nim liczyć przy tak kruchej większości PiS w Sejmie. Tym bardziej że Zbigniew Ziobro ze swoją grupą zaczął się Kaczyńskiemu stawiać. Jarosław Gowin może więc mówić swobodniej, ale jednak wciąż jest ostrożny. W TVN 24 pytany o to, dlaczego Kaczyński mówił o zamachu, skoro jest oczywiste, iż w Smoleńsku mieliśmy do czynienia z katastrofą, mówił tak:
„Jarosław Kaczyński w katastrofie smoleńskiej doznał ogromnych strat osobistych. Staram się o tym pamiętać wtedy, kiedy słucham jego słów. Tylko w kategoriach ogromnego cierpienia osobistego można tłumaczyć takie słowa. Bardzo źle się dzieje, że ta sprawa, tak bolesna dla milionów Polaków, niezależnie od ich sympatii politycznych, jest przedmiotem walki partyjnej” – dodał.

To przypomnijmy, co Gowin mówił o teorii zamachu w 2012 roku jeszcze jako polityk PO: „Rzeczywiście łatwiej jest nam polemizować i walczyć politycznie z Jarosławem Kaczyńskim snującym takie jeżeli nie insynuacje, to co najmniej dziwne aluzje – właściwie czytelne aluzje – niż z Jarosławem Kaczyńskim, który punktuje nas od strony gospodarczej, ale proszę mi wierzyć, my nie wpuszczamy Jarosława Kaczyńskiego w taki kanał. On sam z ogromną determinacją w ten kanał wchodzi i ciągnie za sobą swoją partię”.

A teraz odpowiedzmy na pytanie: „Kto gra katastrofą smoleńską w zależności od sytuacji politycznej i partyjnych interesów?”.

Duda lepszy niż Monty Python w Ministerstwie Głupich Kroków.