Joanna Mucha kandyduje na szefa PO

O Grzegorzu Schetynie, który nie chce być szefem PO >>>

Kmicic z chesterfieldem

Sędziowie coraz lepiej sobie radzą z bezprawiem pisowskim. Niewątpliwie na uwagę zasługuje sędzia Paweł Juszczyszyn – bohater naszych czasów.

Jak to kiedyś w kampanii prezydenckiej we Francji jeden z kandydatów powiedział: – Wszyscy razem nakopiemy im w dupę.

I tak trzeba nakopać PiS-owi. A w najbliższych wyborach nakopać w Dupę. Przepraszam: w Dudę.

Sędzia, któremu minister sprawiedliwości skrócił delegację w związku z nakazaniem Kancelarii Sejmu przedstawienia list poparcia członków nowej KRS, zaskarżył pismo resortu w tej sprawie. Paweł Juszczyszyn domaga się stwierdzenia bezskuteczności odwołania ze względu na naruszenie jego niezawisłości sędziowskiej.

Więcej o Juszczyszynie, który przywraca wiarę w praworządność – czytaj tutaj >>>

System, w którym wola ludu uzasadniałaby autokratyczne rządy, jest marzeniem wielu ruchów populistycznych, ale w naszym kraju jest niebezpiecznie blisko do jej realizacji. Dobrze, że opozycja obudziła się z czteroletniego snu i zaczyna myśleć o jasnej linii programowej. Co powinna teraz zrobić? Pisze politolog i kulturoznawca prof…

View original post 222 słowa więcej

 

Morawieckiego tradycyjna rodzina to patologiczna rodzina

Ciekawe, ile jeszcze podatków i danin nałoży na nas #PiS, zanim z z hukiem odejdzie #exposeKlamstw

Na Zachodzie próbuje się ją „zdemontować”. W Polsce natomiast się ją wspiera finansowo i broni przed „ideologiczną ręką”. A wszystko dlatego, że jest „arcypolska”. O kim mowa? O rodzinie. Polskiej rodzinie, która jest bastionem i fundamentem. Tak nauczał Mateusz Morawiecki w exposé. Szedł z „duchem Polski” odrywając się od realiów życia polskich rodzin

„Normalne państwo to państwo, które szanuje wartości Polaków. Nie przyjmuje skrajności, utopijnych ideologii ani rewolucji światopoglądowych. Ani szowinizmu. Idziemy z duchem czasu, ale idziemy przede wszystkim z duchem Polski! Nasz program jest oparty na kulturze budującej tożsamość narodową, na rodzinie i małżeństwie podlegających szczególnej ochronie”

– zaczął Mateusz Morawiecki jeden z wątków swego nauczania o rodzinie, która jak się okazało po chwili, ma wielu nieprzejednanych wrogów.

„Rodzina jest i musi pozostać fundamentem społeczeństwa. Wiem, że dziś rodzina jest traktowana przez niektórych jak przeżytek.

Im głośniej się mówi o nowych modelach rodziny, tym bardziej pewne, że chodzi o mniejszościowe eksperymenty i mniejszościowe eksperymentalne rozwiązania. Nie zgadzamy się, by wyjątki określały, co jest normą.

Wierzymy, że przyszłość naszych dzieci powinna być budowana na stabilnym fundamencie rodziny. Kiedy człowiek przychodzi na świat, rodzina staje się jego pierwszym bastionem. Ale rodzina to nie tylko bastion każdego Polaka. Rodzina – jak mówił prymas Wyszyński – to bastion całej Polski”.

Politycy prawicy specjalizują się w tworzeniu sztucznej alternatywy, w której do wyboru mamy albo zachowanie stanu obecnego, w którym depczemy prawa mniejszości, albo jakiś rodzaj dystopii, w której większości nagle nie pozwala się żyć w zgodzie z własnym sumieniem. Mówiąc prościej: wprowadzenie małżeństw jednopłciowych miałoby w jakiś sposób odbierać prawa małżeństwom osób o odmiennej płci.

Warto zwrócić uwagę, że akurat w tej części wypowiedzi głównym zarzutem Morawieckiego wobec rodzin, które nie odpowiadają tradycyjnemu modelowi jest to, że „są mniejszościowe”, nie są normą. Z tego samego powodu można zakazywać dzieciom pisania lewą ręką, bo normą jest praworęczność.

Ale kogo właściwie ma na myśli Morawiecki, gdy mówi o „normalnej rodzinie” przeciwstawionej „mniejszościowym eksperymentalnym rozwiązaniom”? We wrześniu definicję taką podał Jarosław Kaczyński:

„Rodzinę widzimy tak jak tutaj, jedna kobieta, jeden mężczyzna w stałym związku i ich dzieci. To jest rodzina!”.

Kilka dni później prezes PiS tłumaczył, że ma szacunek do rodziców, którzy z różnych powodów zmuszeni są do wychowywania dzieci samotnie. Ale definicji rodziny nie zmienił. Jak wyliczaliśmy w OKO.press – rodzin w Polsce, które spełniają wymogi Kaczyńskiego, czyli są trwałymi małżeństwami z co najmniej dwójką dzieci na utrzymaniu, jest najprawdopodobniej mniej niż 2 mln.

Jak słusznie zauważył Morawiecki, czasy się zmieniają. Zmienia się również to, co uważamy za standard. Według roczników statystycznych GUS-u jeszcze w 1980 roku zaledwie 4,8 proc. urodzeń było urodzeniami pozamałżeńskimi, w roku 2018 odsetek ten skoczył do 26 proc. Tak działa „duch czasu”, na dobre i na złe, jakby Morawiecki nie wzywał „ducha Polski”, wzywa nadaremno.

Pozytywnym trendem jest spadek liczby nastoletnich matek z 8 proc. w 1990 roku do niespełna 3 proc. w 2018, jak również mniejsza presja na to, by takie ciąże kończyły się małżeństwem: w 1990 roku 80 proc. w 2018 tylko 13 proc.

Prawica może też bronić art. 18 Konstytucji jak niepodległości, interpretując go – fałszywie – jako wyłączność dla małżeństw heteroseksualnych, ale nie sprawi, że z zniknie nagle kilkadziesiąt tysięcy tak zwanych tęczowych rodzin (zobacz wyrok sądu a także wypowiedź prof. Ewy Łętowskiej)

Rodzina jest pojęciem, które ewoluuje. Dlatego państwo, które chce zrobić z niej bastion powinno się skupić na tym, kto i z kim ją chce tworzyć, ale na tym, by spełniała swoje funkcje. To jest: dawała poczucie stabilności, bezpieczeństwa, zapewniała opiekę.

Spisek przeciwko rodzinie

Morawiecki brnął jednak w opowieść o zepsutej Europie, która niszczy rodziny:

„Na Zachodzie sporo się mówi o niewidocznej pracy kobiet. Praca w gospodarstwie domowym, to często więcej niż jeden etat. Na Zachodzie pojawiają się więc takie pomysły, że skoro kobiety tak ciężko pracują dla rodzin, to pewnie rodzina jest temu winna i trzeba ją rozmontować”.

OKO.press nie zna żadnego zachodniego kraju, który prowadziłby taką politykę. Kraje, które skuteczniej radzą sobie z problemem niewidzialnej pracy kobiet, robią to przy pomocy rozwiązań promujących partnerski model w związkach. Wprowadza się na przykład dzielone urlopy dla matek i ojców, które nie przechodzą na drugiego rodzica, gdy jedno z nich rezygnuje.

Normalna, chrześcijańska, tradycyjna polska rodzina ma jednak inne recepty na to, jak się „nie rozmontować”:

„My zamiast tego wzmacniamy rodzinę i doceniamy pracę kobiet. Jako pierwsi podjęliśmy program konkretnych transferów społecznych, jako pierwsi odpowiedzieliśmy na problem nieopłacanej pracy kobiet, które wychowały co najmniej czwórkę dzieci. W Polsce różnica płac za tę samą pracę kobiet i mężczyzn jest niższa niż w krajach europejskich”.

Tu z kolei Morawiecki dość jednoznacznie sugeruje, że Polska jest europejską pionierką polityki rodzinnej jako takiej. Jest to oczywiście wierutna bzdura, bo nawet „nasze” 500 plus wzorowane jest na niemieckim świadczeniu Kindergeld wynoszącym 180 euro miesięcznie.

Wreszcie kosmicznym pomysłem jest przedstawienie transferów socjalnych jako rekompensaty za tzw. niewidzialną pracę kobiet. W narracji PiS 500 plus było już programem mającym likwidować ubóstwo wśród dzieci, podnosić dzietność, stanowić ogólnie pojętą inwestycję w rodzinę. Wątpliwe jest, czy emerytura dla matki, która wychowała czwórkę dzieci również mogłaby się kwalifikować jako tego rodzaju rekompensata. Czy w takim razie kobieta, która ma jedno, dwoje, troje dzieci niewidzialnej pracy nie wykonuje?

Warto tu podkreślić jeszcze raz, że

sens całej wypowiedzi Morawieckiego sprowadza się do tego, że w Europie systemowo i z ideologicznych powodów niszczy się rodziny, a w Polsce je wspiera finansowo.

Tymczasem, jeśli gdzieś hula idea demontażu rodziny, to najprędzej w Polsce, która pomimo jednego z niższych odsetków rozwodów i związków nieformalnych, konserwatywnego prawa aborcyjnego i małżeńskiego, ma na tle innych krajów UE dramatycznie niski przyrost naturalny.

Ale te rażące sprzeczności nie wzbudzają w Mateuszu Morawieckim poznawczego dysonansu. Przeciwnie, premier wojowniczo kończy tę część kazania o rodzinie słowami:

„Nie ma naszej zgody na eksperymenty społeczne i rewolucje ideologiczne. Stawką jest przyszłość naszych dzieci. I przyszłość ta powinna spoczywać w rękach rodziców, bo to jest normalność!”

Co naprawdę zagraża dzieciom? Cyrankiewicz zmieszany z Kaczyńskim

„Dzieci są nietykalne. Kto podniesie na nie rękę, tę ideologiczną rękę, ten podnosi rękę na całą wspólnotę”

-po tym zdaniu rozległy się najdłuższe i najbardziej donośne oklaski podczas całego przemówienia. To oczywiście z jednej strony trawestacja słynnych słów Józefa Cyrankiewicza, który zapowiadał obcięcie ręki każdemu, kto podniesie ją na władzę ludową, z drugiej zaś –  nawiązanie słów Kaczyńskiego: „Wara od naszych dzieci”.

I znowu – więcej mówi o prawicowych i narodowo-katolickich obsesjach, niż o rzeczywistych potrzebach realnych ludzi. Słusznie uściśla Morawiecki, że chodzi mu o rękę ideologiczną, a nie tę cielesną, która jest narzędziem sprawców przemocy domowej. W tej kwestii rząd Prawa i Sprawiedliwości nie może się pochwalić zasługami. Przeciwnie, gdy psychiatria dziecięca jest w zapaści, Ministerstwo nie przyznaje dotacji Telefonowi Zaufania prowadzonemu od 11 lat przez Fundację Dajemy Dzieciom Siłę. By telefon przetrwał potrzebna była zbiórka publiczna.

Pieniądze z Funduszu Sprawiedliwości, za które finansowane powinny być m.in. organizacje pomagające ofiarom przemocy domowej, rząd lekką ręką wydaje na konferencje o polonofobii, kampanie wyborcze PiS, promocję małżeństwa (jako najskuteczniejszej ochronie przed przemocą) i portale Tadeusza Rydzyka o szatanie i sektach. OKO.press od miesięcy opisuje przypadki tych nadużyć.

PiS obiecuje „wypalać pedofilię gorącym żelazem”, ale działania te sprowadzają się do rozmywania odpowiedzialności Kościoła i sugestii, że prawdziwy problem dotyczy środowiska murarzy i artystów. Efektem tego jest z założenia nieefektywny i niepraworządny projekt powołania „Komisji do badania wszystkich przypadków pedofilii”, która ma działać jak para-sąd.

Ale Mateusz Morawiecki zagrożenie widzi gdzie indziej. Dokładnie tam, gdzie widzi je Marek Jędraszewski, Stanisław Gądecki, Robert Bąkiewicz i Grzegorz Braun:

„Kto chce dzieci zatruć ideologią, odgrodzić od rodziców, rozbić więzi rodzinne, kto chce bez zaproszenia wejść do szkół i pisać ideologiczne podręczniki, ten podkłada pod Polskę ładunek wybuchowy, ten chce wywołać w Polsce wojnę kulturową. Nie będzie tej wojny, nie dopuszczę do niej. A jeśli znajdą się tacy, którzy ją wywołają, to my ją wygramy. Wygra ją rodzina, bo rodzina to wartość arcypolska” – kończy swoje nauczanie o Mateusz Morawiecki, przedstawiciel rządu i partii, która od miesięcy prowadzi kampanię zaszczuwania mniejszości seksualnych, nazywając to obroną rodziny.

Obietnica, że w Polsce ciągle będzie „normalnie”, nieustannie wracała w exposé szefa rządu. Niestety, trudno wziąć ją za dobrą monetę. Dobrze przecież pamiętamy, że poprzednie rządy PiS – niezdolne funkcjonować inaczej niż na granicy porządku konstytucyjnego, w stanie ciągłej politycznej mobilizacji i kryzysu – wiele wspólnego z jakkolwiek rozumianą normalnością nie miały. Jednak nawet biorąc w nawias ostatnie cztery lata, wystarczyło wsłuchać się w wystąpienie premiera, by pod gładkimi formułkami nowoczesnej centroprawicy dostrzec poglądy skrajnie konserwatywne czy – wbrew socjalnej retoryce – radykalnie neoliberalne.

MGLISTE PAŃSTWO DOBROBYTU

Zacznijmy jednak od kluczowego obrazu, jaki Morawiecki przywoływał w swoim wystąpieniu: Polski jako domu dla wszystkich. Premier potwierdził we wtorek to, co PiS mówiło w trakcie kampanii wyborczej: jego rząd będzie budował polskie państwo dobrobytu. Neoliberalizm skończył się w Polsce w 2015 roku, nowe rządy dostrzegają rolę państwa w gospodarce i są w stanie wziąć na siebie odpowiedzialność za dobrostan Polaków, za politykę, w wyniku której z owoców wzrostu gospodarczego czerpać będą wszyscy, nie tylko wąskie grono górnego decyla najlepiej zarabiających.

Polskie państwo dobrobytu ma nie tylko wyrównywać tworzone przez rynek nierówności i gwarantować każdemu pewne minimum godnego życia, ale także działać jako motor rozwoju polskiej gospodarki. Ta ciągle musi bowiem przebijać szklane sufity i rozwijać się szybciej niż sąsiedzi, by dorównać do poziomu ich rozwoju. Zwłaszcza że kolejna rewolucja przemysłowa, robotyka, 5G i internet rzeczy tym bardziej wymuszają odejście od modelu rozwoju opartego głównie na taniej pracy.

Tylko przyklasnąć takiej wizji. Gorzej, że wystąpienie premiera niemal wyłącznie składało się z haseł i ogólników. Szef rządu nie poruszył trzech kluczowych w kontekście rysowanego przez siebie projektu kwestii. Po pierwsze: skąd wziąć na niego pieniądze? Kto – jakie grupy społeczne czy podmioty – powinny wziąć na siebie gros kosztów jego finansowania? Po drugie: w jakie cele – rozwojowe czy społeczne – należy szczególnie zainwestować w kolejnych latach i jakich efektów oczekujemy od takich inwestycji? Po trzecie: jakie konkretne rozwiązania – polityki publiczne, nowe instytucje – rząd zamierza wprowadzić, by zagwarantować, że nakierowane na dany cel środki faktycznie przyczynią się do jego realizacji?

Bez tego wizja polskiego państwa dobrobytu wydaje się cokolwiek mglista i niewiarygodna. Zwłaszcza jeśli przypomnimy sobie, jak wyglądała jego budowa w ostatnich czterech latach: deforma Zalewskiej i strajk nauczycieli, strajk lekarzy rezydentów, zamrożone płace w budżetówce, zamykające się oddziały szpitalne, dramatyczna sytuacja ratowników medycznych, drożyzna zaczynająca zjadać transfery socjalne, dane pokazujące, że problemy z nierównościami dochodowymi są znacznie większe, niż mogłoby się wcześniej wydawać. Przykładów na to, czemu Polska PiS wcale nie staje się państwem dobrobytu, jest naprawdę sporo. Tylko śmiechem można zareagować na przechwałki premiera o tym, jak dzięki jego rządom rosła subwencja oświatowa, liczba nowych miejsc na kierunkach medycznych, jak poprawiała się jakość usług publicznych i spadało rozwarstwienie.

Na tle deklaracji o polskim państwie dobrobytu najbardziej zdumiewająco zabrzmiała propozycja Morawieckiego, by Pracownicze Plany Kapitałowe i indywidualne konta emerytalne wpisać do konstytucji – co rzekomo miałoby przywrócić zaufanie obywateli do państwa. Tymczasem trudno o rozwiązanie dalsze od logiki jakkolwiek rozumianego państwa dobrobytu niż PPK. Prosocjalnie zorientowani eksperci, jak Leokadia Oręziak, wskazują, iż PPK są wyłącznie w interesie rynków kapitałowych, które dostają zastrzyk gotówki ze strony pracowników. Pomysł wpisania tak neoliberalnego rozwiązania do konstytucji jest czymś przedziwnym – nawet pod koniec lat 90., gdy rząd Buzka wprowadzał nieszczęsne OFE, a neoliberalizm niepodzielnie panował w mediach i polityce, nikt nie miał aż tak radykalnych pomysłów.

Wszystkie te opowieści premiera o polskim państwie dobrobytu może jakoś by się obroniły w poprzednim Sejmie, gdzie brakowało lewicy. W tym na szczęście lewica jest i Morawiecki boleśnie to poczuł już w pierwszej sejmowej debacie. Odpowiadający w imieniu klubu Lewicy poseł Adrian Zandberg z Razem zmasakrował exposé premiera. Punkt po punkcie pokazał, czemu projekt PiS niewiele ma wspólnego z państwem dobrobytu, demaskował obecne w nim neoliberalne założenia, przekonująco przywołał skrzeczącą rzeczywistość kryjącą się za rządową propagandą sukcesu. Co ważne, niektóre z ciosów w Morawieckiego musiały rezonować nie tylko w elektoracie lewicy, ale także tym politycznie bliższym premierowi – na przykład gdy Zandberg przypomniał, że polskie państwo utrzymują pracownicy i drobni przedsiębiorcy, podczas gdy amerykańskie i niemieckie korporacje nie płacą podatków.

BAWARIA NIE ISTNIEJE

Zandberg sprawnie kontrował też obecne w wystąpieniu Morawieckiego wątki konserwatywne. Bo przy całym technokratycznym sznycie i zaklęciach o „normalności” premier przedstawił ultrakonserwatywną wizję ładu społecznego. W jej centrum stać ma rodzina: konserwatywna, heteroseksualna, najlepiej oparta na sakramentalnym związku małżeńskim. Wszelkie próby dyskusji o innych modelach rodzinnej więzi – na przykład o rodzinach jednopłciowych – to, jak wynikało z mowy premiera, „zamach na rodzinę”.

Tak konserwatywnie zdefiniowana rodzina ma też być bastionem chroniącym Polskę i Polaków przed światem – zwłaszcza dzieci. Jak najgorszy obskurant wygrażający pięścią z różańcem marszom równości, premier przedstawił tak oczywiste nawet dla większości konserwatystów w naszym kręgu kulturowym kwestie jak edukacja seksualna jako „zagrożenie dla dzieci”, przed którym należy je chronić. Z mowy premiera ktoś mógłby wyciągnąć wniosek, że „polskie rodziny” są jak amazońskie plemiona, które trzeba chronić przed kontaktem ze współczesną cywilizacją.

Oprócz starego straszenia czyhającymi na niewinność polskich rodzin marszami równości premier mówił też wiele o wolności. Z tym, że rozumiał ją dość specyficznie – jako wolność do bigoterii i obrażania mniejszościowych, niewpisujących się w żądania społecznej większości grup. Stąd wszystkie zapowiedzi tego, że „polityczna poprawność” nie będzie w Polsce ograniczać wolność. Stąd wybranie na ikonę wolności nieszczęsnego drukarza z Łodzi, któremu nienawiść do osób homoseksualnych uniemożliwiała nawet wydrukowanie ulotek zamówionych przez organizację LGBT+.

Wszystko, o czym w kwestii wolności i praw człowieka mówił premier, to nie jest normalność, to jest ultrakonserwatywna wizja. Stanowi ona część szerszego prawicowego marzenia o Polsce jako „Bawarii Europy” – gdzie dynamicznemu rozwojowi gospodarczemu i technologicznej modernizacji towarzyszyć ma głęboki społeczno-obyczajowy konserwatyzm, oraz długie trwanie tradycyjnych wartości i zbudowanych na nich społecznych instytucji. Oczywiście taka Bawaria istnieje tylko w marzeniach prawicy.

Co więcej, nieprawdziwa jest nie tylko prawicowa fantazja o Bawarii, ale i ta o Polsce. Polska nie jest aż tak konserwatywnym krajem, jak w swoim exposé założył to premier. Jeśli Morawiecki będzie tkwić przy tych założeniach, jeśli jego rząd będzie próbował przekładać je na realne polityczne posunięcia, to coraz więcej ludzi będzie postrzegać PiS jako partię, która rozpętuje kulturowe wojny, wtrącając się ludziom w ich życie prywatne i nie dając im żyć po swojemu.

NASZA CHATA NIE JEST Z KRAJA

Wreszcie, zdumiewający w exposé Morawieckiego był całkowity brak szerszej refleksji nad globalnymi wyzwaniami, przed jakimi staje współczesna Polska. Zachodnie państwa dobrobytu powstawały w warunkach długotrwałej stabilności gwarantowanej – po tej lepszej stronie Żelaznej Kurtyny – przez cały szereg międzynarodowych instytucji: od NATO, przez wspólnoty europejskie, po system z Bretton Woods. Polska dołączyła do tego, w co przekształcił się ten ład, w ostatnich trzydziestu latach, co dało nam okno rozwoju, jakie dawno nie mieliśmy w naszej historii.

Dziś ten ład mierzy się z wieloma wyzwaniami. Pękają transtatlantyckie więzi, a globalne przywództwo Stanów słabnie. Rośnie pozycja Chin. Globalizacja wyrywa władzę z rąk rządów narodowych. Europa cierpi na kryzys demokracji, oraz napięcia wywołane przez przyjęty model integracji i musi na nowo wymyślić swoją formułę – najpewniej idąc w stronę głębszej federalizacji. Wszystko wywrócić mogą skutki kryzysu klimatycznego. U Morawieckiego nie było śladu wartej uwagi refleksji nad wszystkimi tymi zjawiskami. Można było odnieść wrażenie, że Polska jest dla premiera chatą z kraja, której to, co dzieje się w świecie, zupełnie nie dotyczy.

Morawiecki zaczyna nową kadencję PiS klasycznie: okrada niepełnosprawnych.

Kmicic z chesterfieldem

Premier Mateusz Morawiecki przed rozpoczęciem exposé musiał wiedzieć o porannym wyroku TSUE ws. forsowanych przez PiS zmian w sądach. Jednak – co zdumiewające – nie odniósł się do niego ani słowem. Bił za to w opozycję, powtarzając oklepaną narrację o „donoszeniu na swój kraj

„Lepsze państwo to też lepszy wymiar sprawiedliwości. Będziemy kontynuować reformę w tym obszarze” – zapowiedział w exposé 19 listopada 2019 premier Mateusz Morawiecki. To echo wypowiedzi prezesa PiS z początku października. Jeszcze przed wyborami parlamentarnymi Jarosław Kaczyński obiecywał, że jego partia wróci do reformowania sądów „jeżeli społeczeństwo jej zaufa”.

Ale reformy sądownictwa prowadzone przez resort sprawiedliwości pod egidą Zbigniewa Ziobry były wielokrotnie krytykowane przez instytucje Unii Europejskiej jako zagrażające polskiej demokracji i trójpodziałowi władz. Trybunał Sprawiedliwości UE już dwukrotnie uznał elementy ziobrowskiej rewolucji za niezgodne z unijnym prawem.

We wtorek 19 listopada, tuż przed exposé premiera, TSUE wydał kolejny kluczowy wyrok: odniósł się to statusu powołanej…

View original post 9 239 słów więcej

 

Marszałek Senatu prof. Tomasz Grodzki wygłosił wspaniałe orędzie

Całość orędzia marszałka Senatu prof. Tomasza Grodzkiego.

– Senat będzie wykonywał przypisane sobie obowiązki w taki sposób, aby przekonać Państwa, że jest możliwe uprawianie politycznego sporu w sposób przyzwoity, normalny, bez wzajemnej niechęci czy nienawiści, mając za cel tylko i wyłącznie służbę narodowi. Będziemy przyjmować ustawy sejmowe i jeśli uznamy je za dobre, to uchwalimy. Jeśli będą wymagały poprawek, to poprawimy i odeślemy do Sejmu. Będę także oczekiwał od Senatu tworzenia własnych ustaw, które po uchwaleniu zgodnie z dobrymi praktykami legislacyjnymi będziemy przesyłać do Sejmu jako inicjatywy senackie. Jeśli ktoś by się obawiał, że Senat będzie narzędziem do blokowania Sejmu, jest w całkowitym błędzie – stwierdził marszałek Senatu Tomasz Grodzki w orędziu wygłoszonym na antenie TVP. Poniżej pełny tekst wystąpienia.

*****

Wierzę, że stojąc w służbie prawdy, wyborcy powinni mieć pełne prawo do wiedzy na temat pracy najważniejszych instytucji naszego kraju, dlatego jest mi miło poinformować Państwa, że Senat RP X kadencji wybrał swoje władze i przystąpił do pracy. W tej kadencji naród w swej zbiorowej mądrości zdecydował, że w Sejmie przewagę będzie miał obóz rządzący, a w Senacie opozycja, czy raczej demokratycznie wybrana większość, złożona z pań i panów senatorów Koalicji Obywatelskiej, PSL, lewicy i senatorów niezależnych. Przywraca to w pewnym stopniu równowagę w zmaganiach politycznych, ale jednocześnie nakłada ogromną odpowiedzialność za słowa, czyny i decyzje na obie strony. Nie wolno nam zmarnować tego mandatu otrzymanego od milionów wyborców.

W Sejmie, ale także w Senacie, reprezentującym majestat Rzeczpospolitej i potęgę naszego narodu, widać wyraźnie, że siłą naszego społeczeństwa jest różnorodność, za którą idzie kreatywność i energia Polek i Polaków, których nigdy nie da się stłumić próbami wtłoczenia nas wszystkich w ramy jednej, sztywnej, czasem dziwacznej ideologii. Przekonali się o tym komuniści i przekonają wszyscy, którzy podejmują takie próby, skazane na niepowodzenie w krótszym lub dłuższym czasie.

Jedynym sposobem na harmonijny rozwój Polski jest przyjęcie założenia, że wszyscy Polacy są równi, niezależnie od ich charakteru, przekonań czy rasy. Wszyscy mają równe prawa, ale i obowiązki wobec Ojczyzny. Nikomu nie wolno dzielić ludzi na lepszych czy gorszych, gdyż przeczy to szacunkowi dla przyrodzonej godności człowieka. Tylko wtedy, gdy spowodujemy, że wszyscy będziemy czuli się w naszym pięknym kraju szczęśliwi i spokojni o swój los, będziemy mogli uwolnić ogromną energię, która drzemie w naszym narodzie i która może przekształcić się w niezwykłe osiągnięcia i dokonania. Tylko wtedy będziemy mogli zapewnić naszym dzieciom, wnukom, i nam samym bezpieczeństwo i dobrobyt.

W naszej odysei przez życie w poszukiwaniu szczęścia i spełnienia marzeń jednym idzie łatwiej, innym trudniej, niektórych ta wędrówka wyrzuca na margines a jeszcze inni muszą dźwigać czasami bardzo ciężki krzyż. I tu zaczyna się rola pokornej i służebnej, roztropnej pracy polityków. Tym z Państwa, których rozpiera siła i energia, trzeba stworzyć warunki do realizacji śmiałych projektów i wykorzystania ich kreatywności dla dobra wspólnoty. Tych, których życie doświadczyło bardziej od innych, należy wspomóc i sprawić, aby znowu uwierzyli, że marzenia mogą się spełniać. Chorym należy stworzyć sprawną i dostępną ochronę zdrowia, ubogim ochronę przed niedostatkiem, dzieciom dobrą edukację a obdarzonym zdolnościami artystycznymi możliwość tworzenia i ukazania światu ich niezwykłych dzieł. Przykłady można mnożyć, ale podaję je po to, aby pokazać, jak pojmuję tworzenie dobrego prawa, które uczyni życie Polek i Polaków łatwiejszym i prostszym. Dobre prawo ma czynić nasze życie łatwiejszym i lepszym – to jest główne zadanie dla tych, którzy to prawo tworzą.

Senat jest do tego szczególnie predysponowany zgodnie z maksymą, że jest tym ciałem konstytucyjnym, które inne władze do szlachetnych uczynków pobudza, od niecnych odwodzi a emocje studzi. Zapewniam Państwa, że uczynię wszystko, co w mojej mocy, aby korzystając z ogromnego potencjału pań i panów senatorów, wybranych przez dziesiątki i setki tysięcy wyborców, uczynić z Senatu miejsce, które będzie kuźnią najlepszego prawa, w którym będą królowały szacunek, przyzwoitość, praworządność, honor, prawda i normalna praca merytoryczna, zaś nie będą miały wstępu obłuda, cynizm, oszustwo, kłamstwo, naginanie Konstytucji czy regulaminu Senatu.

Senat będzie wykonywał przypisane sobie obowiązki w taki sposób, aby przekonać Państwa, że jest możliwe uprawianie politycznego sporu w sposób przyzwoity, normalny, bez wzajemnej niechęci czy nienawiści, mając za cel tylko i wyłącznie służbę narodowi. Będziemy przyjmować ustawy sejmowe i jeśli uznamy je za dobre, to uchwalimy. Jeśli będą wymagały poprawek, to poprawimy i odeślemy do Sejmu. Będę także oczekiwał od Senatu tworzenia własnych ustaw, które po uchwaleniu zgodnie z dobrymi praktykami legislacyjnymi będziemy przesyłać do Sejmu jako inicjatywy senackie. Jeśli ktoś by się obawiał, że Senat będzie narzędziem do blokowania Sejmu, jest w całkowitym błędzie.

Pochodzę ze Szczecina, miasta nigdy nie zdobytego, które najdłużej w swojej historii było stolicą potężnego księstwa pomorskiego, zaś po wojnie zostało zasiedlone przez odważnych, kreatywnych ludzi ze wszystkich stron Polski. Ci ludzie, zachowując szacunek dla swoich tradycji i obyczajów, stworzyli unikalną mieszankę, nauczyli się wzajemnej tolerancji, szacunku i wspólnego pielęgnowania ducha wolności, który unosi się nad tym miastem w sposób niezwykły, zapewniając Szczecinowi znaczące miejsce w historii walk o wolną, demokratyczną Polskę. Jestem lekarzem, który na swojej drodze spotykał zarówno chorych, których piękno umysłu czy ciała onieśmielały, jak i takich, których los zepchnął w otchłań beznadziei i upadku. Przysięga Hipokratesa i generalnie zasady etyki lekarskiej zobowiązują nas do leczenia wszystkich wg najlepszej wiedzy niezależnie od ich wyglądu, rasy, koloru skóry, poglądów czy rodzaju choroby. Dobrze jest te zasady podchodzenia z szacunkiem do wszystkich razem i każdego z osobna przenieść na normalne życie, w tym na politykę.

Senat RP z oczywistych względów nie zajmuje się leczeniem w rozumieniu medycznym, ale stanowiąc dobre, mądre prawo, tworzone z myślą o uczynieniu losu milionów Polek i Polaków lepszym czy znośniejszym, może istotnie przyczynić się do uzdrowienia Polski, dotkniętej wieloma problemami, z których najgorszy chyba polega na zatruciu naszych wzajemnych relacji wirusem wzajemnej niechęci i głębokich podziałów między rodakami, które wydają się nie do zniwelowania. Ale pragnę zapewnić, że każda choroba, nawet najcięższa, zwłaszcza jeśli jest mądrze leczona, kiedyś się kończy, czasami szybciej niż ktokolwiek by przypuszczał, czego Państwu i sobie życzę, gdyż przyszłość nie potrzebuje strachu, tylko wymaga natchnienia, wizji i wiary w potęgę naszego wspaniałego narodu.

Schetyna o prawyborach prezydenckich: Jest kilku chętnych samorządowców, prezydentów. Kidawa-Błońska faworytem

– Na pewno jest kilku chętnych samorządowców, prezydentów. Zobaczymy. 19 [listopada upływa termin]. Nie wiem, dlatego że sprawa jest otwarta i proszę też mnie dobrze zrozumieć. Informacja, którą otrzymaliśmy, o której się mówi, że marszałek Kidawa-Błońska chce kandydować, to nie ośmiela innych kandydatów, bo wiadomo, że jej popularność pokazuje jej pozycję, tzn. że jest faworytem tych prawyborów i to nie nastawia innych optymistycznie, ale jestem przekonany, że będą inni dobrzy kandydaci – stwierdził Grzegorz Schetyna w rozmowie z Dorotą Gawryluk w programie „Wydarzenia i opinie” Polsat News.

– Na pewno jest [Małgorzata Kidawa-Błońska] faworytem i w prawyborach i jest bardzo dobrym kandydatem. Natomiast nie mogę dyskwalifikować innych, którzy zgłoszą się do wtorku, bo uważam, że jest kilka osób, które może aspirować i ma ogromne szanse w tym wyborczym wyścigu – mówił dalej przewodniczący PO.

Kidawa-Błońska o orędziu Grodzkiego: Pokazuje, że Senat może być innym miejscem, że inaczej może być tam uprawiania polityka

To orędzie [marszałka Tomasza Grodzkiego] pokazuje, że Senat może być innym miejscem, że inaczej może być tam uprawiania polityka. Nawet język tego orędzia jest inny. Odnosi się do wartości, do tego, co jest dla nas najważniejsze” – mówiła w rozmowie z Moniką Olejnik w „Kropce nad i” w TVN24 wicemarszałek Sejmu Małgorzata Kidawa-Błońska z Koalicji Obywatelskiej.

Kidawa-Błońska pytana o Sikorskiego: Jesteśmy kompletnie inni, mamy inne temperamenty

Jesteśmy [z Radosławem Sikorskim] kompletnie inni. Mamy inne temperamenty. Ci, którzy mnie znają, czasami mówią, że jestem osobą spokojną, łagodną, ale ci, którzy też znają mnie dobrze, wiedzą doskonale, że jeżeli postanowię coś przeprowadzić, jestem skuteczna w tym, co robię. Dbam, żeby nie przekraczać granicy, nie obrażać ludzi, nie zrażać ich, ale przeprowadzać to, na co się zdecydowałam” – mówiła w rozmowie z Moniką Olejnik Małgorzata Kidawa-Błońska.

Kidawa-Błońska o zmianach w funduszu wsparcia: Zabierze się niepełnosprawnym, mówiąc że da się to emerytom. Znowu dzieli się społeczeństwo

To jest wielki skandal. W kampanii wyborczej obiecywano bardzo wiele – trzynastą, czternastą emeryturę. Po protestach rodzin osób niepełnosprawnych stworzono fundusz, który miał im pomagać. Obiecano bardzo dużo, stworzono budżet, w którym tych zapisów nie ma, i okazuje się, że tych pieniędzy nie ma. Zabierze się niepełnosprawnym, mówiąc że da się to emerytom. Znowu dzieli się społeczeństwo” – mówiła Małgorzata Kidawa-Błońska.

Prof. Tomasz Grodzki marszałkiem Senatu RP

Borys-Damięcka: Postanowiłam na dzisiejsze posiedzenie zaprosić Olgę Tokarczuk. W SMS-ie poinformowała, że nie będzie mogła przyjechać do Warszawy i przesyła mnóstwo dobrej, jasnej energii naszemu Senatowi

– Postanowiłam na dzisiejsze posiedzenie zaprosić Olgę Tokarczuk, naszą noblistkę, wiedząc że ma bardzo dużo bardzo ważnych obowiązków związanych właśnie z nagrodą Nobla i zadzwoniłam do niej, bo na wysłanie oficjalnego zaproszenia było już za późno. Niczego nie obiecała, ale poprosiła o chwilę zastanowienia. Następnego dnia otrzymałam od niej SMS-a i pragnę państwu odczytać: szanowna pani, nie chcę przeszkadzać, dzwoniąc w niedzielę. Jednak niestety muszę panią poinformować, że w żaden sposób nie będę mogła przyjechać do Warszawy. Piszę mowę noblowską i mam mnóstwo innych tutaj zobowiązań, łącznie z wyjazdem do Francji. Bardzo mi przykro, pozdrawiam bardzo serdecznie i przesyłam mnóstwo dobrej, jasnej energii naszemu Senatowi. Z szacunkiem, Olga Tokarczuk. I tej dobrej, jasnej energii życzę całej naszej izbie na nadchodzące 4 lata. Dziękuję za uwagę – stwierdziła marszałek senior Barbara Borys-Damięcka w trakcie pierwszego posiedzenia Senatu nowej kadencji.

Tomasz Grodzki oficjalnie nowym marszałkiem Senatu

Tomasz Grodzki został wybrany nowym marszałkiem Senatu. Zdobył 51 głosów. Senatorowie głosowali na kartach imiennych. Grodzki w głosowaniu pokonał swojego jedynego kontrkandydata, Stanisława Karczewskiego, który otrzymał 48 głosów. Od głosowania wstrzymał się jeden senator.

Grodzki: Możemy się spierać, ale jednocześnie musimy pamiętać, że reprezentujemy majestat Rzeczypospolitej i potęgę tego narodu, którego musimy strzec i chronić

– To jest zwycięstwo. To jest zwycięstwo demokracji. Ale wznoszę ten gest w chwili triumfu, ale nie mojego, ponieważ tę funkcję przyjmuję z wielką pokorą i poczuciem odpowiedzialności – mówił Tomasz Grodzki po wyborze na urząd marszałka Senatu.

– Możemy się spierać, ale jednocześnie musimy pamiętać, że reprezentujemy, jak mało kto, majestat Rzeczypospolitej i potęgę tego narodu, którego musimy strzec i chronić. Senat jest wyższą izbą parlamentu. Jeżeli ktoś myśli, że będziemy tylko rolą hamulcowego dla Sejmu, a w tej kadencji mamy do czynienia z sytuacją szczególną, że Sejm jest w rękach rządzących, a Senat w rękach opozycji, to jest w błędzie. Senat musi tylko i wyłącznie wrócić do swojej roli, czyli zamiast szybkiego prawa, ustanawiać dobre prawo – dodał marszałek Senatu. 

Schetyna: Chciałbym dedykować tę decyzję Senatu prezesowi Kaczyńskiemu, który powiedział, że opozycja totalna się skończyła. Chciałem mu powiedzieć, że dzisiaj skończyła się władza totalna

– Chciałbym dedykować to głosowanie i tę decyzję Senatu prezesowi Kaczyńskiemu, który powiedział, że opozycja totalna się skończyła. Chciałem mu powiedzieć, że dzisiaj, teraz skończyła się władza totalna, że trzeba szanować opozycję, trzeba szanować Senat,  trzeba szanować izbę wyższą – mówił Grzegorz Schetyna podczas konferencji prasowej po wyborze Tomasza Grodzkiego na marszałka Senatu.

Grodzki: Chciałbym wskazać Grzegorza Schetynę jako architekta tego porozumienia

– To naród w swojej zbiorowej mądrości zdecydował, że Sejm będzie w rękach rządzących, Senat w rękach opozycji. To nakłada ogromną odpowiedzialność za losy naszego ukochanego kraju na wszystkich. Chciałbym wskazać tu Grzegorza Schetynę jako architekta tego porozumienia, które wydawało się, że jest nie do zrealizowania – mówił Tomasz Grodzki podczas konferencji prasowej po wyborze na marszałka Senatu.

Panie i panowie! Zaczęło się. PiS zaczyna zbierać baty. Skończy się to wykopem Kaczyńskiego i jego ferajny na śmietnik historii. I takimi tam Trybunałami Stanu.

Kmicic z chesterfieldem

Trzeba dużo zmienić by wszystko zostało po staremu mówi znana nie od dziś zasada… I to ona zadecyduje teraz o kształcie nowego rządu.

Dziś Morawiecki poda swój rząd do dymisji, a na nowym rozdaniu sam najwięcej skorzysta – zdradza Wyborcza.pl.

„Po cichu, w zaciszu gabinetów, znalazł swoich ludzi na stanowiska, w których dzieli się pieniądze. Ministrem finansów będzie jego dobry znajomy z banku” – powiedział dziennikowi polityk PiS, sugerując, że Tadeusz Kościński zastąpi Jerzego Kwiecińskiego, który kierował resortem finansów i rozwoju, a teraz, „ma się realizować w międzynarodowych strukturach finansowych”.

Ministerstwem Zarządzania Funduszami ma kierować Małgorzata Jarosińska-Jedynak, samorządowiec, od 2018 r. wiceminister rozwoju. Wyborcza zwraca uwagę, że przy okazji jednym ruchem Morawiecki przejął też sprawy unijne, które zabrał z Ministerstwa Spraw Zagranicznych do kancelarii premiera i powierzył wiceministrowi Konradowi Szymańskiemu.

Blisko współpracowaliśmy przy wszelkich eskapadach europejskich na Radzie Europy. Tam są żmudne negocjacje dotyczące przekładania legislacji europejskiej na realną…

View original post 4 600 słów więcej

 

Opozycja nie lubi siebie jako opozycji, dlatego zwalcza siebie nawzajem

Dlaczego obalenie Schetyny i zniszczenie Platformy Obywatelskiej stało się dla wielu ludzi z szeroko rozumianej metapolitycznej opozycji priorytetem nawet w stosunku do obalenia Kaczyńskiego i zniszczenia PiS-u? Powody są różne – pisze o nich Cezary Michalski. Przeciw trendowi

Z punktu widzenia normalnej polityki ostatnie posiedzenie Zarządu Krajowego PO zakończyło się optymalnie, bowiem nie obaliło Schetyny i nie zniszczyło Platformy. Z punktu widzenia interesów politycznych PiS-u, a także pewnej mody mówienia o polskiej polityce reprezentowanej przez ludzi od PiS-u nieraz bardzo odległych, u których jednak entuzjazm nie zawsze idzie w parze z politycznym rozsądkiem, piątkowe posiedzenia Zarządu Krajowego PO zakończyło się fatalnie, bo nie obaliło Schetyny i nie zniszczyło Platformy.

Zacznijmy jednak od pierwszego kryterium – kryterium normalnej polityki, w której instytucje i liderzy własnego obozu są wartością, a nie czymś, co rozjusza, prowokuje do szydery, sarkazmu, mobilizuje do zniszczenie jedynego politycznego narzędzia, jedynej politycznej broni, jaką mamy dziś przeciwko Kaczyńskiemu. Otóż

SCHETYNA NIE ZOSTAŁ OBALONY ANI NAWET ZDESTABILIZOWANY.

Co w sytuacji, kiedy jest szefem najsilniejszej struktury opozycji i jedynej politycznej reprezentacji mieszczańskiego centrum, a w dodatku kiedy nie ma dla niego żadnego mocnego kontrkandydata – jest wyłącznie wartością. Zarząd PO, czyli reprezentacja partyjnej większości, zgodził się też na proponowane przez Schetynę „skrócone” prawybory, które w najbardziej uporządkowany sposób, przy jak najmniejszym politycznym ryzyku wyłonienia idioty albo agenta, wskażą prezydenckiego kandydata lub kandydatkę PO, a można mieć nadzieję, że także KO, a może nawet prezydenckiego kandydata lub kandydatkę całej opozycji w drugiej turze. Takie rozwiązanie oznacza wzmocnienie, a nie osłabienie pozycji Schetyny, który to rozwiązanie zaproponował, co znowu – kiedy nie ma dla niego ani wyraźnie lepszego, ani w ogóle żadnego wyrazistego kontrkandydata – oznacza stabilizację najsilniejszej partii opozycji.

Druga dobra wiadomość to wskazanie Borysa Budki jako kandydata na przewodniczącego klubu parlamentarnego PO, w dodatku popartego (a chyba nawet zgłoszonego) przez Schetynę, co znów oznacza konsolidację Platformy zamiast jej rozbicia. Jest to w istocie powrót do sytuacji sprzed jakichś dwóch tygodni, kiedy szefem klubu też miał być Budka i też miał go wskazać Schetyna. Później

ZACZĘŁO SIĘ JEDNAK POMPOWANIE BUDKI NA BRUTUSA, KTÓRY JUŻ PRZYGOTOWUJE ZAMACH NA SCHETYNĘ, A NAWET JUŻ TEN ZAMACH PRZECIWKO SCHETYNIE ROZPOCZĄŁ, A MOŻE NAWET JUŻ GO PRZEPROWADZIŁ (TYM GORZEJ DLA FAKTÓW).

A ja – wiedząc, jak potężną siłą są media, choćby te najgłupsze – już zacząłem się bać, że Cezar i Brutus podziabią się widelcami.

Nie dziwił ten fejkowy zamach robiony przez „Wprost”, bo to pismo należy do tego samego właściciela, co „Do Rzeczy”. I podobnie jak „Do Rzeczy” żyje z pieniędzy PiS-owskich, czyli naszych, tyle że pompowanych przez PiS do obu pism za pośrednictwem spółek Skarbu Państwa. Kaczyńskiemu naprawdę zależy na zniszczeniu Platformy, bo wie, że ta partia jest dla niego jedyną przeszkodą na drodze do zbudowania w Polsce Węgier, a może i Turcji.

Bardziej było smutne, że Budkę na Brutusa Platformy (choćby po trupie Platformy) pompowali pożyteczni idioci z mediów niezwiązanych z PiS-em, a nawet zdecydowanie w swoim własnym mniemaniu opozycyjnych. Tym bardziej cieszy, że sam Borys Budka okazał się najmniej entuzjastyczny, jeśli chodzi o przyjęcie roli Brutusa w momencie, kiedy największym problemem Rzymu nie jest Cezar z Platformy, ale biegający po Kapitolu barbarzyńcy z PiS i Konfederacji.

FAKT, ŻE SCHETYNA I BUDKA, ZAMIAST NISZCZYĆ SWOJĄ PARTIĘ I SIEBIE NAWZAJEM, WYSTĄPILI RAZEM, ZNÓW JEST DOBRĄ WIADOMOŚCIĄ, BO ZAPOWIADA, ŻE PLATFORMA POTRAFI ROZEGRAĆ WEWNĘTRZNĄ WALKĘ O WŁADZĘ W SPOSÓB UPORZĄDKOWANY I W RYTMIE KADENCYJNYM, KTÓRY WYZNACZA STYCZEŃ 2020.

Trzecia dobra wiadomość to… (kiedy tak piszę, zaczynam się czuć jak mój ulubiony redaktor Michał Nogaś z “Gazety Wyborczej” rozsyłający regularnie swoje „Newslettery optymisty” pełne „dobrych wiadomości”, z których faktycznie większość jest dobra)… kolejna zatem dobra wiadomość to wyznaczenie – nie tylko przez PO, ale także dogadanie się w tej sprawie przez PO z PSL-em i SLD – kandydata na opozycyjnego marszałka Senatu, a także ustalenie przez opozycję podziału miejsc w senackim prezydium.

Zarówno wskazanie jako potencjalnego marszałka Senatu z PO i KO (podkreślam słowo „potencjalny”, gdyż dopiero w momencie głosowania zobaczymy, jak groźny jest PiS-owski bat i jak wielka PiS-owska marchewka) Tomasza Grodzkiego (świetny lekarz i kompetentny autor wielu punktów w programie opozycji dotyczącym służby zdrowia), jak też porozumienie w sprawie potencjalnych wicemarszałków Senatu z PO, SLD i PSL sugeruje (choć to tylko nadzieja, nie pewność), że opozycja jeszcze nie zwariowała i w przypadku faktycznego zdobycia Senatu (a w przyszłości faktycznego odzyskania od PiS-u państwa) będzie wiedziała, co z tym Senatem (i z tym państwem) zrobić.

TE WSZYSTKIE DOBRE DLA MNIE WIADOMOŚCI WYDAJĄ SIĘ WIADOMOŚCIAMI KATASTROFALNYMI DLA WIELU INNYCH KOMENTATORÓW I KOMENTATOREK Z MEDIÓW NIE TYLKO PIS-OWSKICH. DLA NICH WSZYSTKICH IDEA, ŻE SCHETYNA UTRZYMA SIĘ NA NOGACH JESZCZE JEDEN DZIEŃ, JEST KATASTROFĄ. BUDKA NIE BYŁ DLA NICH ATRAKCYJNY W OGÓLE, KIEDY WSPÓŁPRACOWAŁ ZE SCHETYNĄ. STAŁ SIĘ ATRAKCYJNY NA CHWILĘ, KIEDY MOŻNA GO BYŁO PRZEDSTAWIĆ JAKO WROGA SCHETYNY.

Po ostatnim Zarządzie PO Budka znów odejdzie w cień, bo z ich punktu widzenia nie sprawdził się jako Brutus.

Wcześniej, jak pamiętam, atrakcyjna była dla nich Barbara Nowacka, dopóki nie zaczęła współpracować ze Schetyną, żeby budować sensowną centrową formację. Wtedy stała się „nieinteresująca”, wręcz – jak powiedział mi pewien entuzjasta – „straciła twarz”. Nawet Kosiniak-Kamysz zaczął być ostatnio idolem paru publicystów i publicystek liberalnej prasy, którzy (i które) wcześniej przez długie miesiące skarżyli się (i skarżyły) na „nadmierny konserwatyzm” i „polityczną nieskuteczność” Schetyny. Kosiniak-Kamysz jest bardziej konserwatywny od Schetyny i mniej od niego skuteczny (pod jego władzą PSL straciło w wyborach samorządowych swoje bastiony na Wschodzie, mimo że mogło je zachować, gdyby poszło razem z KO, bo w Lubelskiem czy Świętokrzyskiem na KO, PSL i SLD głosowało więcej ludzi, niż na PiS, resztę dla Kaczyńskiego zrobiła większościowa ordynacja wyborcza).

Po wyborach europejskich Kosiniak-Kamysz rozwalił koalicję, w dodatku nie dlatego, że chciał, ale dlatego, że okazał się za słaby, aby przeciwstawić się Pawlakowi, Sawickiemu i innym ludziom własnego aparatu z dołu i z góry, którzy już zostali przejęci przez PiS. Zatem Kosiniak-Kamysz ani nie jest specjalnie progresywny, ani nie jest politycznie skuteczny, a nagła miłość do niego części publicystów (i publicystek) liberalnej prasy wynika wyłącznie z faktu, że nie jest Schetyną i można go używać do walenia w Schetynę.

BYĆ MOŻE ZRESZTĄ TERAZ KOSINIAK-KAMYSZ ZNÓW STANIE SIĘ DLA TYCH SAMYCH LUDZI „NIEINTERESUJĄCY”, BO JEDNAK ZAWARŁ ZE SCHETYNĄ POROZUMIENIE DOTYCZĄCE WSPÓŁPRACY W SENACIE. JA JEDNAK WŁAŚNIE Z TEGO POWODU CHCIAŁBYM KOSINIAKA-KAMYSZA POCHWALIĆ I W ZASADZIE – JEŚLI PAŃSTWO ZDOŁAJĄ – PROSZĘ O ZAPOMNIENIE TYCH PARU NIEPRZYJEMNYCH UWAG NA JEGO TEMAT, KTÓRE SFORMUŁOWAŁEM DOSŁOWNIE PRZED CHWILĄ.

Dlaczego jest tak jak jest, że obalenie Schetyny i zniszczenie Platformy Obywatelskiej stało się dla wielu ludzi z szeroko rozumianej metapolitycznej opozycji priorytetem nawet w stosunku do obalenia Kaczyńskiego i zniszczenia PiS-u? Otóż powody są różne. Jedni przyłączają się do tego trendu, bo Schetyna i Platforma blokują drogę rozwoju Biedroniowi. Moim zdaniem w prawicowej Polsce Biedroń nie rozwinie się nigdy, jest na to zwyczajnie za słaby (o wiele od niego silniejszemu Palikotowi przeżycie w prawicowej Polsce też się nie udało). Z tego zresztą punktu widzenia wybór przez Biedronia Brukseli zamiast Warszawy był bardzo logiczny.

Inni Schetyny nie lubią, bo uważają, że 20 lat temu zniszczył im Unię Wolności (w dużo większym stopniu odpowiedzialny jest za to Donald Tusk i jemu też swego czasu nie chciano tej zbrodni darować). Jeszcze inni po prostu przyłączają się do trendu, bo są może celebrytami (czyli ludźmi kompetentnymi, ale w innych dziedzinach), lecz z samodzielnym politycznym myśleniem jest u nich dość kiepsko.

CZY DA SIĘ OCALIĆ PLATFORMĘ OBYWATELSKĄ PRZECIWKO TRENDOWI? NIE MAM PEWNOŚCI, ALE WARTO PRÓBOWAĆ. JEST TO BOWIEM OSTATNIA ZORGANIZOWANA SIŁA, KTÓRA BUDOWAŁA III RP I NADAL SIĘ DO NIEJ PRZYZNAJE. JAKIE TO WYTCHNIENIE, KIEDY WOKÓŁ WIDZI SIĘ CORAZ WIĘCEJ OPORTUNISTÓW, KTÓRZY ZAPOMNIELI, KIM BYLI I POD KIM CHODZILI JESZCZE PARĘ LAT TEMU.

Dawni bezwarunkowi wielbiciele (i wielbicielki) Leszka Balcerowicza czy Adama Michnika (z perspektywy czasu, patrząc na dzisiejszych idoli, coraz bardziej się przekonuję, że może nie był to aż tak kiepski wybór) stali się bezwarunkowymi wielbicielami (i wielbicielkami) Kaczyńskiego i Ziobry albo Zandberga i Biedronia. A wszystko po to, żeby – jak mówi poeta – móc w nowy życia strumień wstąpić.

Zbyt stadne wędrówki mamutów doprowadziły do ich wyginięcia. Nie chciałbym, aby podobny los spotkał Polaków.

Koza Kaczyńskiego i zwycięstwo opozycji w Senacie. Małgorzata Kidawa-Błońska na prezydenta

Wydaje się, że w tej chwili mamy problem z głowy i dwie, tak kontrowersyjne kandydatury do TK, będą musiały jednak poczekać. Okazało się bowiem, iż posłowie PiS nieco się pospieszyli wskazując panią Pawłowicz i pana Piotrowicza jako kandydatów do Trybunału. Jak wynika z ustawy, nowych sędziów do tej instytucji powinni wskazać posłowie nowej kadencji Sejmu.

Dyrektor Centrum Informacyjnego Sejmu Andrzej Grzegrzółka tłumaczy, że zgodnie z regulaminem, należy wskazać kandydatów na miejsce odchodzących sędziów maksymalnie 30 dni przed końcem ich kadencji, jednak w tym przypadku marszałek Witek nieco się pospieszyła i już powiadomiono posłów, że to parlamentarzyści nowego Sejmu rozpoczną od początku prace nad wyborem sędziów TK.

Nowo wybrany marszałek ogłosi nowy termin zgłaszania kandydatów do TK i to wówczas rozpocznie się cała procedura wyboru trzech sędziów. Ciekawe, czy i tym razem posłowie PiS postawią na Pawłowicz, Piotrowicza i Chojnę – Duch. A może się opamiętają i zrozumieją, że jednak warto, by do TK nie dostali się ludzie, tak skompromitowani nie tylko czarnymi kartami w życiorysie, ale również dotychczasową działalnością, opartą wielokrotnie na arogancji, bucie, agresji i niekompetencji?

Tym bardziej, że nawet koalicjant PiS nie jest zachwycony tymi kandydaturami. Jak mówi jeden z ludzi Gowina, Marcin Ociepa, wiceprezes Porozumienia, „Nie jestem ich entuzjastą, natomiast będziemy słuchać argumentów naszego koalicjanta”.

O sprawie nie chce się wypowiadać za bardzo rzecznik prezydenta Dudy. Mówi tylko, że prezydentowi zależy ogromnie, by „autorytet TK wzrastał”, ale czy to oznacza, że nie przyjmie on ślubowania od kandydatów, za którymi już dzisiaj optuje PiS? Myślę, że naiwnością byłoby w to uwierzyć, bo przecież Andrzej Duda jest prezydentem przede wszystkim prezesa i swojej partii.

Czas więc pokaże, czy PiS się opamięta, jednak warto w tym wszystkim pamiętać o jednym. Od czasu przejęcia TK przez partię rządzącą nie można już tej instytucji traktować jako niezależnej. Przecież już TK stracił resztki swego autorytetu, stracił już całkowicie swoją wiarygodność i stał się tylko kolejną atrapą… niczym więcej. Kolejni sędziowie z nadania PiS, niezależnie kim będą, tylko ten stan utrwalą. Tak więc, czy warto ekscytować się tym tematem?

To już oficjalne. Kandydatem na marszałka Senatu opozycji jest Tomasz Grodzki. Liderzy Koalicji Obywatelskiej, PSL i Lewicy przedstawili też swoich kandydatów na wicemarszałków.

– Polskie Stronnictwo Ludowe, Lewica, Koalicja Obywatelska ustaliły zasady powołania prezydium Senatu. Te rozmowy przypominały mi najlepsze czasy Koalicji Europejskiej, mieliśmy różne spojrzenia – powiedział Grzegorz Schetyna.

Opozycja oficjalnie ogłosiła kandydatów na marszałka i wicemarszałków

Jak poinformował, kandydatem PO na marszałka Senatu jest Tomasz Grodzki. Schetyna podkreślał, że senator poinformował o „próbach korupcji politycznej” ze strony PiS. Kandydatem na wicemarszałka jest Bogdan Borusewicz. Włodzimierz Czarzasty na konferencji poinformował, że kandydatką na wicemarszałka jest Gabriela Morawska-Stanecka.

– Nie będzie to izba zadymy, będziemy stać na straży tego – powiedział na konferencji Kosiniak-Kamysz. – Nie zgodzilibyśmy się na kandydata, który byłby mocno partyjny. Pan senator Grodzki spełnił warunki, jakie postawiliśmy – dodał.

Wspólnym kandydatem na stanowisko marszałka Senatu jest prof. Tomasz Grodzki – Senator RP z Platformy Obywatelskiej

Czarzasty: Wydaje nam się, że kałuże wyschły

Rekomendacja PSL na wicemarszałka Senatu wciąż stoi pod znakiem zapytania. Z naszych nieoficjalnych ustaleń wynika, że będzie to Michał Kamiński. Kosiniak-Kamysz wyjaśnił, że nazwiska na kandydatów do prezydiów Sejmu i Senatu zostaną podane po posiedzeniu klubu PSL we wtorek. – U nas decyduje cała koalicja – powiedział.

Oficjalnie ogłoszone rekomendacje opozycji do prezydium pokrywają się z naszymi ustaleniami.

Schetyna poinformował, że spotka się dziś z senatorami niezależnymi, których poinformuje o rekomendacjach opozycji.

– Wydaje nam się, że po stronie demokratycznej wszystkie kałuże już wyschły – skomentował uszczypliwie Czarzasty.

>>>

Syfilityczne wartości, które przyświecają PiS i jego sojusznikowi Kk.

Kmicic z chesterfieldem

Posłowie KO zaapelowali do prezydenta, aby ten zmienił swoją decyzję i wyznaczył kogoś innego na stanowisko marszałka seniora niż Antoniego Macierewicza. – Wierzę w to, że prezydent Duda, kierując się zgodą w Sejmie i odpowiedzialnością za polską demokrację, tę decyzję zmieni – tłumaczył wiceprzewodniczący PO Tomasz Siemoniak. Podobne pismo do prezydenta złożyła też Lewica.

Jest czas na zmianę decyzji

Posłowie Koalicji Obywatelskiej wysłali do prezydenta specjalne pismo w sprawie Antoniego Macierewicza, który ma w nowym Sejmie pełnić rolę marszałka seniora.

– Ma pan kolejny raz szansę być prezydentem nie tylko jednej partii, ale wszystkich Polaków. Do tego wymagana jest zmiana tej decyzji. Nie może być tak, że człowiek, który w ostatnich latach szkodzi polskiej racji stanu, jest nominowany na takie stanowisko – mówił Marcin Kerwiński.

Wiele powodów, aby decyzję zmienić

W obszernym, 3-stronicowym piśmie posłowie opozycji argumentują, dlaczego były szef MON nie powinien piastować tej funkcji.

Posłowie przypominają w nim niejasne powiązania Antoniego Macierewicza z obcymi służbami, miliony wydane na komisję smoleńską i budowanie kapitału politycznego na kłamstwie smoleńskim, a także demolowanie polskiej armii.

– Antoni Macierewicz kłamał z mównicy sejmowej o rzekomych “mistralach za dolara”, a teraz…

View original post 1 533 słowa więcej

 

Donald Tusk rezygnuje z kandydowania na prezydenta

Tusk wygrałby z Dudą, ale pojawią się badania i usprawiedliwienia, dlaczego się wycofał. Ta kwestia jest o wiele bardziej złożona, acz składają się na nią także – a może przede wszystkim – psychologia.

Kmicic z chesterfieldem

>>>

Donald Tusk nie będzie kandydował na prezydenta Polski. – Będę mocno wspierał opozycję w tych wyborach. Te wybory można wygrać, a ja byłbym obciążeniem – ocenił były premier w rozmowie z TVN24 i Polsat News. Donald Tusk dodał, że potrzebna jest kandydatura, która „nie jest obciążona bagażem niepopularnych decyzji”.

– Do tego potrzebna jest kandydatura, która nie jest obciążona bagażem trudnych, niepopularnych decyzji, a ja takim bagażem jestem obciążony od czasów, kiedy byłem premierem. Nie zamierzam się tych trudnych decyzji wypierać – powiedział Donald Tusk.

– Nie chciałbym utrudniać opozycji procesu wyłaniania kandydatów. Będę wspierał mocno opozycję i w wykorzystam każdą możliwość, aby wzmacniać pozycję Polski na świecie – powiedział Donald Tusk.

W sierpniowym wywiadzie dla TVN24, Tusk zapowiadała, że 2 grudnia będzie mógł powiedzieć, jak widzi przyszłość polityczną Polski i swoją. Dodał, że jest kilka propozycji, i będzie je poważnie rozważał, także o charakterze bardziej międzynarodowym. Ale serce…

View original post 233 słowa więcej